Archiwum miesiąca: grudzień 2011

Jak wskrzesić gatunek homo oeconomicus?

Moja edukacja ekonomiczna rozpoczęła się dosyć wcześnie. Dokonując akumulacji pierwszego poważnego, jak na owe czasy (i mój wiek) kapitału, w kwocie 220 tys. zł (naturalnie, przed denominacją), kupiłem piłkę nożną. Kapitał pochodził głównie z IPO, tj. debiutu w szkole podstawowej i zebranych z tej okazji „prezentów” od rodziny, co zaszło 1 września 1994 roku. Futbolówka kosztowała 165 tys. zł, a więc wydatek pochłonął trzy czwarte mojego ówczesnego majątku. Inwestycja w kategoriach finansowych się nie zwróciła, bo nie zostałem wielkim piłkarzem, ale co się nagrałem tą piłką (była ładna, z motywami nawiązującymi do MŚ w USA) – to moje. Później, dokonując różnych inwestycji, bądź samodzielnie (chipsy i batoniki), bądź przez inwestorów instytucjonalnych (rodziców), gospodarowałem rzadkimi zasobami, z mniejszym lub większym rozsądkiem. Operując przenośnią, sprzyjało mi znikome ryzyko polityczne (troskliwy nadzór rodziców), szeroko dostępna pomoc publiczna (finansowanie etapowe ze strony rodziców) i stabilna stopa zwrotu (zapewniana przez konserwatywnego regulatora – rodziców). Ech, monotonia… Ale skuteczna.

Rozpisuję się o tym i powracam do zarania mojego cash managementu, aby uświadomić sobie, jak człowiek zarządza pieniędzmi na podstawie samej tylko intuicji, bez przygotowania ekonomicznego. Teraz już wiem, że nie wolno inwestować 75% kapitału w jeden instrument (w moim przypadku była to wspomniana piłka), bo to hazard. Ale wówczas owa intuicja nie zadziałała, co sugeruje, że homo oeconomicus to nie korzeń człowieczeństwa, z którego się wyrasta, ale pewien gatunek, w który się „wrasta” wraz z doświadczeniem. Owszem, z wykresami giełdowymi byłem za pan brat od dzieciństwa, nie do końca wszak byłem świadomy ich znaczenia. Zasłyszane w telewizji pojęcie „nierentowna firma” przez długi czas tłumaczyłem sobie zakład będący w tak fatalnej sytuacji finansowej, że jego pracownicy po zaprzestaniu pracy w nim nie będą mogli otrzymać… renty. Umysł dziecka przyjmie wszystko.

Przedmiot zatytułowany „Podstawy przedsiębiorczości” pojawia się w szkole średniej. Przy czym określenie „pojawia się” jest tutaj bardzo na miejscu. W moim przypadku wykładał go geograf, w innych, które znam – chemiczka lub pan z łapanki. Brakuje jeszcze siostry zakonnej i fryzjerki, ale jestem pewien, że jak nasz kraj długi i szeroki, i takie przypadki musiały się zdarzyć. Z zajęć nie wyniosłem dosłownie nic. W wieku 19 lat moją podstawową kompetencją społeczną w zakresie nauk ekonomicznych była umiejętność wypełnienia PIT-a. Dla porządku, nabyłem ją w gimnazjum na wiedzy o społeczeństwie, a nie w liceum na podstawach przedsiębiorczości.

Zastrzegam – nie wiem, czy od „moich czasów” (6-8 lat temu) coś się zmieniło. W każdym razie, dowiem się. Ale nic dziwnego, że wielkim szokiem i przełomem okazały się dla mnie pierwsze zajęcia na studiach ekonomicznych – mikroekonomia. Pojęcie maksymalizacji użyteczności, krzywe popytu i podaży, elastyczności, przychody ze skali, malejąca użyteczność krańcowa… To wywraca sposób myślenia, filozofię myślenia o finansach, do góry nogami. Ale przecież nie tylko o finansach w ścisłym znaczeniu! Narzędzia stosowane w ekonomii i logika, jaką ta nauka się posługuje, dają fantastyczny warsztat, otwierają możliwości na wielu polach badawczych. Rację miał F. A. Hayek, gdy mówił, że ekonomia to nie jakaś bliżej nieokreślona „rzecz”. Ekonomia to my, ekonomia jest w nas – i nie da się jej ująć jako nauki w granice, ramy czy skrępować jej innego typu sztucznymi więzami. I w tym tkwi piękno tej dziedziny wiedzy. Bardzo chciałbym, aby wśród dzieci i młodzieży jak najwcześniej wzbudzać zainteresowanie tą dyscypliną, tym bardziej, że zetknie się z nią siłą rzeczy każdy, a niewiedza może drogo kosztować – i dosłownie, i w przenośni.

Jako postscriptum mogę napisać, że po 1994 roku nabyłem jeszcze kilka piłek. Niektóre kosztowały więcej, niektóre mniej niż ówczesne 165 tys. zł. Ale żadna już nie sprawiła mi tyle radości, co ta pierwsza. Cóż – czytelny dowód na prawdziwość prawa malejącej użyteczności krańcowej!

Dlaczego nie powinniśmy cieszyć się z losowania EURO 2012?

Im dłużej przetrawiam swoją piątkową mękę przed telewizorem, tym większy niesmak czuję w związku z losowaniem grup przyszłorocznych Mistrzostw Europy, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie. Dziwi mnie powszechna w społeczeństwie radość z wylosowania łatwej grupy. Owszem, jest ona łatwa, ale jakby dodał pospiesznie minister Rostowski – tylko RELATYWNIE. Po raz kolejny empiria dowodzi, że mamy jako naród (wyłączając na chwilę z tej kategorii piłkarskich analfabetów, którzy o losowaniu być może nie słyszeli) bardzo krótką pamięć. Grupa z Ekwadorem i Kostaryką, pięć lat temu na Mistrzostwach Świata w Niemczech, była jeszcze łatwiejsza, a – zdążyliśmy już to najwidoczniej wyprzeć z pamięci – odpadliśmy z kretesem z dalszych gier. Pisze o tym dość obszernie Rafał Stec.

Poza meczem z Rosją, którego atrakcyjność tkwi raczej w kontekstach politycznych aniżeli piłkarskich, pozostałe starcia – z Grecją i Republiką Czeską – na papierze zapowiadają się jako dania nudne jak flaki z olejem. Gdyby nie status meczu otwarcia, potyczki Polski i Grecji, dwóch najsłabszych drużyn EURO 2008, nie obejrzałby w Europie pies z kulawą nogą. Można też podejrzewać, że w ostatniej kolejce rundy grupowej, światowe telewizje chętniej pokażą mecz Rosja-Grecja, niż rozgrywaną równolegle lokalną bitkę Polski (tym bardziej, jeśli to będzie dla niej tylko bój o honor) z jej południowymi sąsiadami.

Trudno czynić komukolwiek wyrzuty, bo na wynik losowania nikt (nawet, trzeba to przyznać, nawet PZPN) nie miał wpływu. Można utyskiwać na los, ale nie ma to większego sensu. Będę więc wciąż narzekać na nielogiczną reakcję kibiców. Owszem, radość z wylosowania teoretycznie najłatwiejszej grupy można zrozumieć – jeżeli ktoś jest optymistą. Dla mnie szanse Polski na wyjście z grupy wzrosły jednak nieproporcjonalnie w stosunku do ryzyka kompromitacji, czyli zajęcia miejsca niepremiowanego awansem. W mojej opinii, na idealny komplet grupowych rywali składały się drużyny Anglii, Portugalii i Francji. Z jednej strony, bardzo atrakcyjne marketingowo, z drugiej – sportowo do przejścia. To już jednak w tej chwili niewiele wnoszące dywagacje.

To co martwi wszak bardziej, to wymierne korzyści ekonomiczne z losowania. Na tej niwie, niestety bardziej zyskała Ukraina, która będzie u siebie gościć takich tuzów europejskiego futbolu jak reprezentacje Niemiec, Holandii, Anglii, Francji, Szwecji i Danii, toteż może liczyć również na przybycie kibiców z nieco zasobniejszymi portfelami. Z grona PIIGS-ów (pejoratywny akronim utworzony z pierwszych liter nazw krajów o najbardziej chwiejnych ostatnio gospodarkach), na Ukrainie zagra tylko Portugalia – ale i w tym przypadku kibice będą mieć przyjemność z podziwiania nad Dniestrem swego bożyszczego, CR7. Pozostałe „świnie”, Włochy, Irlandia, Grecja i Hiszpania, zagrają w Polsce. Razem z relatywnie biedniejszymi Rosjanami, Chorwatami i Czechami.

Pocieszenie? Zdecydowana większość z teamów narodowych szykuje się do zamieszkania w czasie turnieju w Polsce. Przynajmniej jak na razie, bo po wynikach losowania, swoje bazy zmieniają Skandynawowie – najpierw Szwedzi ogłosili, że przenoszą się pod Kijów, dziś na myśl o tysiąckilometrowych podróżach „wymiękli” Duńczycy. Pytanie, gdzie zadomowi się większość kibiców? Czy przyjedzie za reprezentacją, czy tam, gdzie rozlokowane są stadiony? Oczywiście, szczęśliwcy, którzy mają bilety na przyszłoroczne finały, nie będą się długo zastanawiać. Wydaje się jednak, że większość zaszczytu posiadania kart wstępu na stadiony nie dostąpi i atmosferą turnieju rozkoszować się będzie w strefach kibica. Inaczej bonusy wizerunkowe, związane z organizacją tak wielkiej imprezy, znacznie się z perspektywy Polski skurczą. Obywatele peryferyjnych Chorwacji czy Irlandii, albo stawianej w stan upadłości Grecji, mogą nie być odpowiednio podatni na uroki oferowane przez nasz kraj nadwiślański. I nie chodzi tu wcale o kwestie finansowe (jeżeli ktoś już przyjeżdża na turniej, to najpewniej nie z pustą portmonetką), ale o długofalowe czerpanie przez Polskę z pożytków wizerunkowych. Chorwacja i Grecja to po prostu kraje małe, „eksportujące” raczej niewielu turystów. Nic dziwnego. Do spółki z Włochami i Hiszpanią tworzą ścisłą europejską czołówkę przemysłu wypoczynkowego. Tym samym, nie należy się spodziewać, by śródziemnomorscy goście padli na kolana na widok Bałtyku, czy ugięli w pokorze kark pod wrocławskim pręgierzem.