Archiwum kategorii: Gospodarka

Czy skrajny konserwatyzm i wolność gospodarcza muszą iść w parze?

Tym razem z braku czasu na pisanie notki postuję video. W kontekście sytuacji, jaka miała miejsce na wczorajszej konferencji Free Market Road Show, zastanawiam się, dlaczego partie polityczne, którym bliskie są ideały wolności gospodarczej, są częściej prawicowe niż lewicowe. Przepraszam za słabą jakość nagrania, ale nie dysponuję dobrą kamerką internetową.

Więcej informacji o konferencji Free Market Road Show znajdziecie tutaj: freemarket-rs.com/tour.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=6eIJRT9xczM]

 

Oto 40 milionów powodów, dla których powinniśmy ubiegać się o igrzyska w Krakowie

Dziwna moda zapanowała ostatnio w internetach. Wszyscy od prawa do lewa zawzięcie krytykują pomysł organizacji w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Hejt porównywalny z nienawiścią do mamy Madzi, pijanych kierowców i sześciolatków w szkołach. Co ciekawe, te głosy to nie kolejny towar eksportowy klanu Gąsieniców z Gubałówki, ani następny po kampanii antygenderowej pomysł Episkopatu. Antyigrzyskowość jest na topie, jest hipsterska, klawa i dobrze się sprzedaje. Zbiorowej demencji dały się ponieść w zasadzie wszystkie grupy społeczne, w tym spora część normalsów. Tylko patrzeć, a ruszy produkcja koszulek, breloczków i… rezystorów (?) z hasłem „nie dla igrzysk”.

Nie zamierzam trwonić słów nad polemiką ze zdaniem babć z ulicy, które czasami wypowiadają się do kamery o zgubnych konsekwencjach wielkopańskich igrzysk. W sprawie mierzi bowiem szczególnie lenistwo intelektualne publicystów. Zamiast zainwestować czas w rozpoznanie tematu, co przynajmniej dla zatrudnionych w mediach opiniotwórczych powinno być dobrą praktyką, większość z nich decyduje się na ślepe schlebianie powszechnej nagonce i marazmowi. W Poranku Radia TOK FM 25 marca br. Renata Kim, Eliza Olczyk i Andrzej Talaga zgodnie opowiedzieli się przeciw pomysłowi organizacji igrzysk w Krakowie. Była to kropla, która przelała czarę goryczy i ostatecznie skłoniła mnie do poświęcenia czasu na napisanie tego tekstu. Szczególnie Renata Kim niesamowicie się zaperzyła. „Wszyscy eksperci, którzy podliczali, ile kosztuje taka impreza, mówią, że koszty zawsze przewyższają zyski [prawdopodobnie red. Kim chodziło o przychody – M.S.]” – perorowała. W dalszej części wypowiedzi szpetnie wyraziła się o politykach obiecujących zyski – kłamcy. Niestety, muszę z pełną świadomością powiedzieć, że to red. Kim jest kłamcą (kłamczynią?). Dziennikarka – gotowa bez mrugnięcia okiem kląć się na wszystkie możliwe autorytety – z całą pewnością nie zapoznała się samodzielnie z ani jednym opracowaniem naukowym czy raportem, a już na pewno nie z takimi artykułami jak te znalezione na szybko przeze mnie:

  • Leopkeya, B., Parenta, M.M. (2012) Olympic Games Legacy: From General Benefits to Sustainable Long-Term Legacy, The International Journal of the History of Sport 29(6), 924-943.
  • Levy, B., Berger, P.D. (2013) On the Financial Advantage of Hosting the Olympics, International Journal of Humanities and Social Science 3(1), 11-20.
  • Rose, A.K., Spiegel, M.M. (2011) The Olympic Effect, Economic Journal 121(553), 652-677.

Nie sięgnęła też po żadne bryki w stylu przeglądu literatury M. Malfasa, E. Theodorakiego i B. Houlihana – Impacts of the Olympic Games as mega-events lub E. Kasimati – Economic aspects and the Summer Olympics: a review of related research. Nie przeszkadzało jej to jednak w sięganiu (mniej więcej w co drugim słowie) po bardzo brzydkie wyrazy: „ściema”, „bajanie”, „bzdura”, „nonsens”. Co tam, ciemny lud to kupi. Przecież brakuje kasy na żłobki.

Rzeczywiście, duża część naukowców słusznie zwraca uwagę, że raporty ex ante mają tendencję do wyolbrzymiania przyszłych korzyści związanych z organizacją wielkiej imprezy. Jest to działanie obliczone na uzyskanie akceptacji politycznej dla dużego projektu i obserwujemy ten proceder również w Polsce. Niemniej, nieprawdą jest stwierdzenie, że korzyści per saldo nie występują. Szczególnie w Polsce z większą pokorą powinniśmy podchodzić do ferowania lekkomyślnych wyroków niepochlebnych dla igrzysk. To my jesteśmy wszak państwem, które dzięki Euro 2012 jako jedyne w Europie uniknęło recesji i to pomimo beznadziejnej polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd. Gdyby nie inwestycje realizowane na potrzeby Mistrzostw Europy w piłce nożnej, dołączylibyśmy niechybnie do grona maruderów. Mówimy o wydarzeniach sprzed niespełna dwóch lat. Zbiorowa skleroza?

Swoistym geniuszem błysnął też red. Talaga: „to zawsze jest potworny lobbing firm, na przykład budowlanych. Bo takie firmy zarabiają na budowie obiektów.” Redaktor ma rację. Działać trzeba tak, żeby nikt przypadkiem nie zarobił. Równanie w dół tudzież pielęgnacja status quo jest kwintesencją nowoczesnej polityki gospodarczej. Szybkie googlowanie pokazało, że potwór lobbingu jest podobny do latającego potwora spaghetti i wygląda mniej więcej tak:

Potwor

Źródło obrazu: fronda.pl

Powtórzmy też raz jeszcze, powtarzaną do znudzenia prawdę, że wydatki związane stricte z organizacją igrzysk są relatywnie niewielkie i ograniczają się do kilku (w przypadku imprezy typu Euro 2012) do kilkunastu (w przypadku zimowych igrzysk) miliardów złotych. W odniesieniu do niedawnego Euro 2012 były to koszty budowy czterech stadionów oraz wydatki związane z zabezpieczeniem imprezy. Cała reszta, którą publicyści chętnie doliczają do rachunku imprezy, to inwestycje, które tak czy inaczej by powstały. Dzięki ich wymuszonemu przyspieszeniu, mogliśmy cieszyć się prędzej z efektów. Podobnie jest w przypadku zimowych igrzysk olimpijskich. Nakłady na infrastrukturę sportową osiągną zapewne kwotę trochę wyższą niż przy okazji Euro 2012. Co prawda wystarczy jeden stadion (organizatorzy planują ceremonię otwarcia na istniejącym stadionie Wisły, ale mnie wydaje się to nierealne), ale do wybudowania pozostaje kilka innych obiektów, między innymi okryty ponurą sławą tor saneczkowo-bobslejowy, który – i to akurat święta prawda – nigdy się nikomu nie zwrócił. To nieśmiertelny argument przeciwników igrzysk, którzy będą go powtarzać do końca świata. Ale niestety – tak samo jak nie można nauczyć się pływać, nie zachłystując się raz czy dwa wodą z chlorem, nieznany jest przypadek organizacji igrzysk bez utopienia części funduszy w lodowej rynnie.

Według obecnej wiedzy igrzyska mają kosztować 17 mld zł, z czego jakieś 8 mld to infrastruktura. Pozostaje 9 mld na obiekty sportowe, przy czym organizatorzy przekonują, że część i tak by powstała (znając życie – nie wierzę, ale taka jest oficjalna wersja). Warto pamiętać również, że część inwestycji weźmie na siebie Słowacja, gdzie odbędą się co najmniej konkurencje alpejskie. Ponadto, jest pewne, że krakowskie igrzyska odbędą się pod hasłem oszczędności. Nie ma mowy o dorównaniu poziomem wydatków krajom, które z pieniędzmi się nie liczą (vide Pekin 2008, Soczi 2014). Taki przekaz marketingowy ma szansę okazać się wręcz atrakcyjny, dając szansę na nawiązanie do pierwotnej idei igrzysk. W aurze kryzysu hasło oszczędnej imprezy może stać się nośne.

Swoje trzy grosze do dyskusji dorzucił red. Antoni Bohdanowicz z natemat.pl w artykule „Oto pięć powodów, dlaczego nie powinniśmy ubiegać się o Igrzyska w Krakowie. Powiedzmy temu pomysłowi stop!”.

Red. Bohdanowicz najpierw testuje też wiedzę czytelników, pytając w jakim mieście odbyły się igrzyska w 1994 roku. Lillehammer, to oczywiste. Zakończyły się raczej finansową klapą i do dziś Lillehammer nie jest szczególnie rozpoznawalnym kurortem zimowym. Wszystko prawda. Ale my nie organizujemy igrzysk w Trzebini albo Skawinie (populacja tych miast odpowiada mniej więcej Lillehammer), tylko w Krakowie i Zakopanem, które już teraz mają nie najgorszą rozpoznawalność wśród turystów i – co najważniejsze – potencjał wzrostu. Trudno powiedzieć, na co dwie dekady temu liczyli organizatorzy igrzysk w Norwegii, ale z pewnością po latach poszli po rozum do głowy – w wyścigu o igrzyska w 2022 roku wystawili do boju Oslo, które będzie najgroźniejszym konkurentem historycznej stolicy Polski.

Zdanie „jaki jest sens promowania imprezy, o której nie wiadomo nawet, czy się odbędzie” (red. Bohdanowicz pije do wydatków ponoszonych już teraz na promocję, spoty reklamowe itp.) zdradza kompletną nieznajomość tematu. Rozumiem, że krytykancki rozmach i werwa autora pozwala mu myśleć, że igrzyska to projekt na tyle banalny, że mógłby go rozpisać samemu, pierdząc w tym czasie w fotel i oglądając telenowelę, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Na szczęście MKOl wymaga już na tym etapie kompleksowej dokumentacji, m.in. jasno sformułowanej tzw. strategii  dziedzictwa (ang. legacy strategy), w której aplikant formułuje wizję związaną z post-olimpijskim rozwojem miasta w zakresie: turystyki, obiektów sportowych, rozwoju społeczno-gospodarczego itp. Najwyraźniej, w dobie Internetu są jednak tematy, na które każdy musi się wypowiedzieć, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek mądrego do wygenerowania. Ot, modnie jest zaistnieć. Dziś red. Bohdanowicz zagra autorytet w dziedzinie organizacji igrzysk, jutro będzie pisał o żywności genetycznie modyfikowanej, a pojutrze o umowach śmieciowych. „Znajomi mówią, że potrafię coś powiedzieć na każdy temat, więc chyba pasuję do natemat.pl” – głosi opis na profilu blogera i jest wyjątkowo trafny.

Pomysł organizacji referendum, proponowany przez red. Bohdanowicza, jest niewydarzony, gdyż głosowanie nie przyciągnęłoby do urn wymaganych 50 proc. obywateli. Wszyscy to wiemy, ale wszyscy dajemy się od czasu do czasu złapać w sieć magicznego myślenia o dobrodziejstwie referendów. Może przy nakładach promocyjnych równych tym, które wydaje się obecnie na kandydaturę Krakowa (albo chociaż tym, które wydano na promocję referendum akcesyjnego w 2003 roku – tam 50-proc. próg został ledwo-ledwo pobity), miałoby to sens. Ale wówczas z pomocą przychodzi żelazna logika dana nam do ręki przez samego blogera: jaki jest sens finansowania referendum, o którym nie wiadomo nawet czy będzie wiążące? Nie oszukujmy się, polskie społeczeństwo nie dorosło do posługiwania się tym instrumentem demokracji bezpośredniej i szybko się to nie zmieni. Standard wybranych do parlamentu polityków najlepiej świadczy również o raczej marnej jakości decyzji podejmowanych przez ogół obywateli.

Rozczulające jest zakończenie artykułu:

„Nikt na tym nie zyska, poza gronem firm, które wygrają przetargi/zlecenia m.in. na projektach oraz budowie obiektów czy dróg (choć te drugie i bez imprezy powinny powstać)”

Nikt, rzeczywiście. Pan Bohdanowicz zapewne na kursy ekonomiczne uczęszczał do red. Talagi. Mam nadzieję, że egzamin poprawkowy będzie miał miejsce już w jakimś zakładzie zamkniętym. Najpierw jednak trzeba będzie repety z podstaw matematyki, bo z warsztatem arytmetycznym też u blogera nie najlepiej.

A teraz moje autorskie zdanie, które wyrażę krótko, choć nieco manifestowo:

Dzięki igrzyskom, polską przywarę – jaką jest nieuleczalna skłonność do improwizacji – możemy zaprząc do realizacji kolejnych celów cywilizacyjnych. Jesteśmy na co dzień dość miernym narodem, któremu opornie idzie zwykła, rutynowa praca w warunkach „bez batu nad głową”. Jesteśmy jednak również skorzy do mobilizacji w chwilach dziejowych i przełomowych. Odpowiadając red. Bohdanowiczowi w konwencji tytułu jego tekstu – jest 40 milionów powodów do organizacji igrzysk w Krakowie. Są to: nasza polska próżność, zdolność do pracy pod presją czasu, pragnienie sukcesu oraz uznania – coś, co chcąc nie chcąc każdy z nas ma w jakimś stopniu w genach. Praktyka uczy także, że dobre projekty zawsze ogniskują w sobie ponadnormatywną dozę krytyki. Bezrefleksyjna nienawiść do igrzysk, tym bardziej ze strony laików posługujących się bardzo wątłymi i sztampowymi argumentami, powinna nadać projektowi rozpędu, a organizatorom animuszu do dalszej pracy. Będzie on potrzebny. Bo zanim odnajdziemy w naszych wadach to co najlepsze i skanalizujemy swoją energię na konstruktywną pracę, będziemy musieli wszyscy zwalczyć naszą największą bolączkę – krytykanctwo.

Dyskretny triumf terrorystów

Trudno jest wyrażać swoją ogólną opinię na temat jakiejś branży. Nie sposób na przykład powiedzieć, że cała branża odzieżowa jest do bani. Ostatnimi czasy do bani jest Reserved, choć moim zdaniem płacenie podatków na Cyprze i tak zasługuje na większą pobłażliwość niż outsourcing produkcji ubrań do krajów Trzeciego Świata (niestety LPP robi jedno i drugie). Trudno też wieszać psy na branży detergentów do zmywania naczyń. Są lepsze i gorsze, ale wszyscy zgodzą się, że sama branża jest potrzebna. Co poniektórzy ekstremiści mogliby oczywiście uznać, że pewne gałęzie gospodarki są z gruntu złe, niepotrzebne i w ogóle genderowo-masońskie. Amisze mogliby to powiedzieć o motoryzacji, brunatni prawacy o tabletkach antykoncepcyjnych, a pacyfiści o zbrojeniówce. Jednak w naszym życiowym łańcuchu wartości każda branża odgrywa określoną rolę (wysilałem się mocno by uniknąć banału, nie udało się).

Nie inaczej jest z pasażerskim lotnictwem cywilnym, któremu chciałbym poświęcić tę krótką notkę, bo mam o nim wyjątkowo ambiwalentne zdanie. A to z powodu coraz bardziej natrętnej, coraz niezmienniej niezmiennej i coraz wyraźniej skazanej na porażkę polityce walki z terroryzmem na lotniskach. 42 lata zajęło Stanom Zjednoczonym (na razie symboliczne) zakończenie fatalnej w skutkach wojny z narkotykami po tym jak ferment w tej sprawie zasiał dwa i pół roku temu ONZ. Czy równie długo poczekamy na zakończenie równie głupiej, a rozpętanej na dobre po zamachach na World Trade Center, wojny z „samolotowym” terroryzmem? Wygląda bowiem na to, że terroryści osiągają swój cel – paraliżują życie milionów normalnych ludzi, których jestestwo i bagażstwo przeżuwane jest każdego dnia przez służby ochrony portu, konsekwencje czego są nieobliczalne i niepoliczalne: od niemowlęcia spadającego „na główkę” z blatu kontroli bagażowej (jego pozbawiony podzielności uwagi ojciec zajęty był akurat obowiązkowym zdejmowaniem płaszcza) do urazy majestatu kardynała. No dobra, to drugie to tylko żart. Tak czy inaczej, liczne prowokacje dziennikarskie wykazały, że jeśli ktoś bardzo chce, to i tak przemyci na pokład scyzoryk. Wygląda na to, że terroryści po mistrzowsku opanowali zasadę głoszoną przez Bruce’a Lee w „Wejściu smoka” – tzw. sztukę walki bez walki. Na razie jest 1:0 dla nich i to bez użycia ani jednej bomby, bez poświęcenia ani jednego samobójcy-męczennika.

Poza lotniskowymi masochistami i ekshibicjonistami, nikt nie lubi kontroli osobistej. Dotychczas najbardziej upokarzające było – w mojej ocenie – zdejmowanie paska. Moje nierozerwalne skojarzenie wiodło mnie w progi hitlerowskiego Trybunału Ludowego. Zawsze gdy muszę zdejmować pasek zastanawiam się co czuł Stauffenberg w 1944 roku w oczekiwaniu na swój wyrok śmierci. Teraz niepokoi mnie, że coraz częściej pojawia się też tyleż kłopotliwa (szczególnie zimą), co zupełnie niedorzeczna prośba o zdjęcie butów.

To jednak tylko igraszki. Pierwsza zasadnicza nieprzyjemność spotkała mnie kilka lat temu na lotnisku w Łodzi. Tak… Jest takie lotnisko. W czasie remontu generalnego na Okęciu, wiele rejsów przejęło lotnisko im. Władysława Reymonta, zupełnie chyba nieprzygotowane do wzięcia tego zadania na swoje barki. Zostałem wówczas zgromiony jak [każdy może użyć w tym miejscu swojego ulubionego sformułowania] za to, że przed kontrolą osobistą nie opróżniłem kieszeni w spodniach. A konkretnie – w tylnej kieszeni pozostała paczka chusteczek. Trzeba było zobaczyć tę rozpaloną fizjonomię strażnika. Rozpierała go duma. Był w awangardzie walki z terroryzmem. Mówią, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Nie zgadzam się z tym. Groteska i faszyzm grają w zupełnie innej lidze.

W grudniu podobna przygoda spotkała mnie na lotnisku we Wrocławiu. Mój bagaż został „wylosowany” do szczegółowej kontroli, choć jak się okazało nie bez przyczyny. „Strasznie dużo ma pan elektroniki” – zajęczał sprawdzacz bagażu. „Kable to elektronika? Resztę wyłożyłem” – ripostowałem. „No nie, ale… o, komórkę pan ma. Jedną można mieć, ale pan ma trzy”. „No tak się złożyło”. „O, i piersiówkę pan ma”. Rzeczywiście, zapomniałem wyjąć i została po poprzednim wyjeździe. Ale pusta. Zresztą nawet gdyby była pełna, objętość jej zawartości mieściłaby się w przepisach. Antyterrorysta z pedanterią dobrego krawca dokonywał oględzin mojej „elektroniki”, szczególnie interesując się nietypową ładowarką do aparatu fotograficznego i zapasowym kompletem baterii. Dłużyło się to wszystko niemiłosiernie. W końcu dostałem pozwolenie na ponowne spakowanie rozbabranego bagażu. Kąśliwie zapytałem, czy jestem czysty i czy pan sprawdzacz na pewno nie znalazł żadnych nożyczek do paznokci. Po zastanowieniu odpowiedział, że za nożyczkami akurat się nie rozglądał. Mnie oniemiałemu zabrakło trzeźwości myślenia by dopytać, czego w takim razie szukał.

Image from LATimes.com
Image from LATimes.com

Nie kontestuję przepisów antyterrorystycznych w całości. To oczywiste, że loty szczególnego ryzyka muszą być poddane ściślejszej kontroli. Rozumiem, że na lotnisku w Tel Awiwie trzeba się pojawić nie dwie, a trzy godziny przed planowanym odlotem, a będąc w Rosji też czułbym się bezpiecznie wiedząc, że osoba na ławce obok mnie to po prostu ładna czerkieska, a nie terrorystka z Dagestanu. Ale żeby podobnemu rygorowi były poddawane loty w strefie Schengen, albo nawet rejsy wewnątrzkrajowe? Chamstwo w państwie!

Daleko mi też do stwierdzenia, że cały przemysł lotniczy jest przez to nieprzyszłościowy. Póki co na trasach długodystansowych transport powietrzny jest monopolistą i – dajmy na to – jeśli ktoś potrzebuje przemieścić się z Hagi do Hobart albo z Kapsztatu do New Delhi, nie ma zbyt wielu opcji do wyboru. Czy istnieje zatem ryzyko, że pasażerowie odwrócą się od tej formy komunikacji? Póki co nie, ale już niejeden ustabilizowany biznes padł ofiarą niespodziewanej innowacji, „czarnego łabędzia”. A może rozwiązanie jest prostsze niż nam się wydaje? Nie znam przepisów lotniczych i regulacje, które tutaj na dużym poziomie ogólności krytykuję zasadniczo są mi dość obce jeśli chodzi o szczegóły. Na chłopski rozum, wystarczyłoby stworzenie sieci alternatywnych lotnisk, które obsługiwałyby linie lotnicze „wyznające” mniej rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że wówczas Unia Europejska byłaby forpocztą skłonną do wydania dyrektywy w sprawie całkowitego zakazu obsługi takich maszyn w jakimkolwiek kraju członkowskim.

Nadgorliwość w kontroli bagażu prowadzi do gorszących scen na lotniskach, szczególnie tych, w których liczba obsługiwanych pasażerów przerasta możliwości infrastruktury. Kilometrowe kolejki sprawiają, że na lot rzeczywiście trzeba czasem przyjechać bardzo wcześnie. Po wprowadzeniu kolei wysokich prędkości w Polsce, może się zatem okazać, że krajowe rejsy staną się zupełnie nieatrakcyjne, bo nie pozwolą nawet na oszczędność czasu, nie mówiąc o pieniądzach. Loty międzynarodowe na razie pozostają raczej niezagrożone. Jako klienci musimy swoje w kolejce odstać. Ale gdy to się zmieni, chciałbym być wówczas jak ten człowiek, po prostu pierwszy

Cała wstecz, czyli czym się różni Tusk od Thatcher

  1. Dzisiejszy pogrzeb premier Margaret Thatcher to okazja do wspomnień i lekcji, ale także możliwość do poszukania na naszym poletku następców Żelaznej Damy. Tym bardziej, że na jej pogrzeb wybiera się Donald Tusk i ważni ministrowie z jego gabinetu. Tusk niewątpliwie chciałby, aby jego nazwisko znalazło się na kartach historii wypisane pogrubioną czcionką, ale miejsce należne Thatcher chciałby uzyskać przy minimalnym wysiłku i ryzyku. To nie ma prawa zadziałać. Tuskizm nie zdominuje thatcheryzmu w zbiorowej pamięci. Aby dochrapać się zaszczytów należnych Thatcher, trzeba dokonać „mentalnej ekshumacji” jej myśli, wartości i stylu, w jakim uprawiała politykę.
  2. 8 marca premier Donald Tusk był gościem Poranka Radia TOK FM, z okazji dziesięciolecia tej stacji. Rocznicowy wywiad okazał się dosyć łagodny. Piątkowy skład komentatorów (Żakowski, Lis, Władyka, Wołek) nie starał się nawet zmusić premiera do intelektualnego wysiłku. Wręcz przeciwnie, po zakończonym wywiadzie, publicyści rozpływali się w zachwytach nad świeżością i zręcznością premiera. Mnie z tej rozmowy utkwiło w pamięci co innego, coś co nie zostało moim zdaniem dostatecznie napiętnowane w komentarzach po tym wydarzeniu. Mianowicie, Donald Tusk przyznał – jasno i otwarcie – że… nie czuje się strategiem! Prezes rady ministrów w czterdziestomilionowym kraju wyznał wszem i wobec, że wizje nigdy nie były jego mocną stroną i osobiście preferuje politykę małych kroczków od wyznaczania długofalowych strategii. Innymi słowy, premier nie wie dokąd idzie. A jak powszechnie wiadomo, gdy się nie wie, dokąd się zmierza, żaden wiatr nie jest korzystny. Dryfujemy. I obawiam się, że osobą, która na tej inercji zyska najwięcej, będzie sam premier. Jest rzeczą zadziwiającą, że czterech inteligentnych przecież facetów, siedzących w studiu, nie zżarło Tuska żywcem za tak kompromitującą wypowiedź. Gdyby tej rozmowie przysłuchiwała się brytyjska premier, na pewno doprowadziłaby wszystkich do pionu jednym ze swoich wielu elokwentnych bon motów: „I make great leaps forward, not little jumps in studios”.
  3. Tusk jest antytezą Thatcher. Brytyjska premier realizowała jasny, bezkompromisowy, nierzadko niepopularny i bolesny program, ale kolejne zwycięskie wybory były tylko rezultatem działań rządu. Wielokrotnie narażała na szwank swoje sondaże, ale najlepszym dowodem skuteczności jej polityki są protesty jej przeciwników, zapowiadane nawet na dzień jej pogrzebu, mimo że od ustąpienia Thatcher z urzędu minęły już 23 lata. Po 23 latach od ustąpienia rządu Tuska, nie będzie o nim natomiast pamiętał nawet pies z kulawą nogą. Nikt nie zada sobie nawet trudu, by splunąć na jego portret. W przypadku Platformy Obywatelskiej wszystko, od pierwszego dnia drugiej kadencji, podporządkowane jest bowiem wyborom. Jest bardzo prawdopodobne, że również wybory parlamentarne w 2015 roku padną łupem Tuska. Jeśli dotrwa do końca trzeciej kadencji, będzie rządził przez 12 lat i pobije w tym względzie Margaret Thatcher. Daleko mu jednak do Żelaznej Damy pod względem osiągnięć. Inna sprawa, że nawet nie próbował. Ba, nawet rządzący „tylko” przez cztery lata gabinet prof. Jerzego Buzka, działający w znacznie mniej komfortowych warunkach politycznych, był w stanie przeprowadzić cztery wielkie reformy. Jak to z wielkimi reformami bywa, żadna z nich nie była idealna. Problem w tym, że żadnej nie udoskonalono. Następcy nie pomogli w utrwaleniu dziedzictwa reformatorskiego rządu i albo likwidowali reformy zupełnie (zdrowotna), albo bezczynnie obserwowali ich nieefektywności (oświatowa, administracyjna), albo też właśnie teraz demontują je w najlepsze (reforma emerytalna). „Małe kroczki” Tuska nie mają z reformami nic wspólnego. Zupełnie, jak gdyby Polska działała idealnie jako organizm państwowy, a premier czuł się najlepiej w roli administratora albo woźnego.
  4. Ostatnie zamieszanie wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej pokazuje krótkowzroczność, makiawelizm i brak wyższych ambicji u premiera Tuska. Przewodniczący PO żyje kategoriami statystycznymi: minimalizuje dług publiczny (ten „na papierze” i tak nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym zadłużeniem), a maksymalizuje wyniki sondaży, z których cieszy się jak małe dziecko. Nie zamierzam powielać tu argumentów używanych w mediach publicznych w dyskusji ZUS vs. OFE. Sądzę, że dla większości czytelników moje poglądy na system emerytalny są klarowne. Osobiście, podoba mi się artykuł-kompendium Łukasza Pałki, opublikowany w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Żyjmy krócej”). Czego byśmy nie powiedzieli, ani ja, ani nawet prof. Balcerowicz, finał tego sztucznie wywołanego sporu jest jasny: rząd zdemontuje OFE i „drugi filar”, i „uratuje” na 2-3 lata wskaźniki długu publicznego. Co z tego, że ucierpią przyszłe pokolenia emerytów, zupełnie już pozbawione realnych oszczędności przeznaczonych na wypłatę świadczeń (chyba, że ktoś korzysta ze słabo rozreklamowanego „trzeciego filaru”) oraz rynek kapitałowy, który tylko dzięki OFE był w stanie zanotować imponujący rozwój w ostatniej dekadzie. Byle do wyborów! I cała wstecz!

Nekrofilia SLD, czyli jak się wywołuje duchy na lewicy

Mam dość rehabilitowania Edwarda Gierka! Komunista, który doprowadził do ruiny polską gospodarkę, zafundował nam co najmniej dwie „stracone dekady” w walce o niepodległość, oraz dopełnił działa zniszczenia mentalności polskiego społeczeństwa – wynoszony jest na piedestał przez postkomunistyczną lewicę. Jego zwolennicy dumnie podnoszą teraz głowy, bo chwalenie „dobrego gospodarza z Zagłębia” najwyraźniej stało się modne.

Co gorsze, w imię źle pojętych postaw koncyliacyjnych, nawet osoby o poglądach – najogólniej mówiąc – nielewicowych, mają tendencję do „wybielania” postaci Gierka. Mowa zarówno o narodowych socjalistach, jak Jarosław Kaczyński, jak i o samym premierze Donaldzie Tusku. Oboje chętnie godzą się z retoryką obieraną przez postkomunistów. Mówią: jeżeli już trzeba wyróżnić kogoś z PRL-owskiej wierchuszki, kogoś, kto może choć trochę zasłużył na ciepłe słowa, to – niech tam – Gierek nie był taki zły. To katastrofa. Budowanie wizerunku zagłębiowskiego sekretarza jako „dobrego wujka” to utrwalenie bardzo szkodliwego mitu, dowód piramidalnej niewiedzy i nieumiejętności posługiwania się nie tylko kalkulatorem, ale i jakimkolwiek racjonalnym aparatem poznawczym.

Wiceprzewodnicząca SLD, Paulina Piechna-Więckiewicz, zaapelowała o ogłoszenie 2013 roku rokiem Edwarda Gierka. Wiele można zarzucić SLD. Płytkość, zacietrzewienie ideologiczne, niezdolność do wygenerowania jakiejkolwiek konstruktywnej myśli. Ale niewątpliwie najlepiej wychodzi im wskrzeszanie trupów. Czy to politycznych, w stylu Leszka Millera, czy całkiem dosłownych, w postaci Edwarda Gierka. Za co ten rok Gierka? Może w dowód wdzięczności, że w październiku ubiegłego roku udało się wreszcie spłacić wszystkie zaciągnięte przez niego zobowiązania zagraniczne? Czy to sprawia, że winy bonzy z Zagłębia są już przedawnione? Nie, bo zabieg wyzerowania tzw. długu Gierka odbył się wyłącznie na papierze. Tak naprawdę, dług Gierka ma się dobrze. Zastąpiliśmy go wyłącznie nowym zadłużeniem, nieco tańszym w obsłudze.

W ostatnim roku rządów Gierka dług Polski osiągnął 24,1 mld USD (ówczesnych), czyli ok. 12 proc. PKB liczonego według parytetu siły nabywczej, ale to wskaźnik zupełnie nieporównywalny z dzisiejszymi realiami. Dlaczego? Wymagalne płatności z tytułu obsługi zadłużenia zagranicznego w 1981 roku wynosiły prawie 11 mld USD, czyli o 28 proc. więcej niż wartość całego eksportu do krajów kapitalistycznych! Ponadto, szacuje się, że tylko 20 proc. kredytów przeznaczono na inwestycje, i to takie pożal się Boże. Import surowców i konsumpcja pożarły resztę. Właśnie w 1981 roku, tuż po ustąpieniu Gierka, PRL ogłosiło niewypłacalność. Trudno się dziwić, bo między 1970 a 1980 rokiem wartość zadłużenia w dewizach wzrosła ponaddwudziestokrotnie. Rolowanie długu Gierka odbija się nam czkawką od wielu lat. Po transformacji, polscy ekonomiści, zamiast spędzać czas na doprowadzeniu gospodarki do porządku, ślęczeli nad negocjacjami z Klubem Paryskim i Klubem Londyńskim. Ale z drugiej strony, gdyby nie sukces tych rozmów, wartość odsetek mogłaby być nie do udźwignięcia dla młodego, niepodległego państwa.

W latach siedemdziesiątych ekonomiczne bankructwo socjalistycznej polityki centralnego planowania (systemu nakazowo-rozdzielczego) było ewidentne. Gierek, będąc tego świadomym, zdecydował się lewarować tę nieefektywność długiem. Utrwalił i pogłębił w Polsce dramat marnotrawstwa. Musiał wiedzieć, że wcześniej czy później (okazało się, że jednak wcześniej) zakończy się to nie tylko ekonomiczną, ale i humanitarną klęską (w drugiej połowie lat siedemdziesiątych gwałtownie poszybowały w górę wskaźniki śmiertelności obywateli, które osiągnęły apogeum w 1980 roku). Należy mu się za to potępienie, a nie piedestał.

Gierek sprawił, że dziś wiele starszych (czy tylko?) osób tęskni za komunizmem lub ma do niego sentyment. Według badań CBOS z 2009 roku, aż 44 proc. Polaków pozytywnie oceniało czasy PRL. Daleko szukać – nawet internauci z rozrzewnieniem wspominają tasiemcowe kolejki do mięsnego. Ten krótki, kilkuletni okres sarmackiego życia ponad stan, zakończony w 1976 roku tzw. „manewrem gospodarczym”, przewrócił ludziom w głowach i wychodzi nam wszystkim bokiem po dziś dzień. Edward Gierek był zbrodniarzem. Niepospolitym, bo nie mordował ludzi, jak inni twardogłowi komuniści. Gierek przeniknął głębiej, do serc Polaków. Był zbrodniarzem gospodarczym.

Tak jak w chorobie gorączka informuje nas o tym, że mamy się źle i wymagamy leczenia, tak w systemie komunistycznym partyjny beton „przypominał” społeczeństwu, że musi dążyć do odzyskania wolności. Gierek zaburzył tę prawidłowość, był kochany i podziwiany, pieczołowicie dbał o swój wizerunek . Zbił gorączkę, ale nie zlikwidował objawów choroby. Komunizm lat siedemdziesiątych to była choroba bezobjawowa, a takie są przecież najgroźniejsze. „Socjalizm z ludzką twarzą”, jak miało się wkrótce okazać, był bardzo zdradliwy.

Mentalność wetującego

Mało który termin w polskiej historiografii ma tak negatywną wymowę jak liberum veto. Nie wciskam już nawet tego zwrotu w cudzysłów, ani nie zapisuję go kursywą, bo jest moim zdaniem tak przesiąknięty polskością, że nie sposób traktować go w tekście jako makaronizmu. Przypisuje mu się wszelkie zło, włącznie z kapitalną (ba, decydującą!) rolą, jaką odegrał w procesie upadku polskiej państwowości w XVIII wieku. W 1669 roku poseł kijowski Adam Olizar po raz pierwszy zastosował to pojęcie w praktyce. Zerwał obrady odbywającego się w Krakowie sejmu koronacyjnego. Zanim to jednak nastąpiło, możliwość zakrzyknięcia liberum veto formalnie istniało w Rzeczypospolitej już od dziesięcioleci. A jednak wcześniej nie sięgnięto w ogóle po to narzędzie – tak silne było w izbie przekonanie, że uchwały powinny zapadać w drodze jednomyślności. Ogółem, od sejmu z 1669 roku do Konstytucji 3 Maja, która zniosła liberum veto, zastosowano je 73 razy. Wziąwszy pod uwagę, że posiedzenia ówczesnego sejmu były zwoływane rzadziej niż to ma miejsce obecnie, liczba ta jest duża. Coś zatem poszło nie tak.

Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem federacyjnym. Zasada jednomyślności miała znaczenie nie tylko głęboko demokratyczne (ochrona praw mniejszości), ale także czysto praktyczne. W czasach, gdy mechanizm egzekucji ustanowionego prawa był bardzo mizerny, należało dążyć do sytuacji, w której dana uchwała byłaby akceptowana i z ochotą wdrażana przez reprezentantów każdego z sejmików regionalnych. W innym przypadku, prawo ustanowione centralnie pozostałoby martwe. Nikt nie miał wówczas władzy, by skontrolować (a co ważniejsze – ukarać) niesubordynowane powiaty. To lokalna szlachta egzekwowała ustawy. Ostateczność polegająca na możliwości powołania się przez posłów na liberum veto była gwarantem sytuacji, że w Koronie i na Litwie nie tworzy się prawa „martwego”, nadwątlającego autorytet sejmu, co często ma miejsce dzisiaj, mimo że aparat egzekucyjny jest bardzo rozbudowany.

Zasadzie liberum veto przyświecało także przekonanie, że zawsze znajdzie się „jeden sprawiedliwy”, który powstrzyma zaślepioną masę przed popełnieniem błędu. Taki Henry Fonda z „12 Angry Men” lub Gary Cooper z „High Noon”. Nie przewidziano jednak sytuacji odwrotnej: co, gdy wystarczy tylko jeden przekupny poseł, by wywrócić porządek obrad do góry nogami. Cóż, deprecjacja takiej wartości jak honor rozpoczęła się już w XVII wieku.

W obecnym polskim parlamentaryzmie formalnego zamiennika dla liberum veto oczywiście nie ma, ale pewne substytuty od czasu do czasu występują. Jednak po zawetowaniu przez ogół obywateli (w wyborach) istnienia takich posłów jak Andrzej Lepper czy Gabriel Janowski, nie ma potrzeby zrywania obrad. Ale idea liberum veto wylała nam się poza mury gmachu przy Wiejskiej i jest stosowana w innych dziedzinach życia. Nierzadko, przed samymi murami sejmu.

Pokusiłem się o swoją prywatną, wybiórczą i subiektywną listę nowożytnych polskich (skutecznych) wet, czyli brzemiennych w skutki protestów jednostek (lub przytłaczającej mniejszości), które odbywają się z pominięciem współczesnych mechanizmów demokratycznych. Subiektywny, bo uważam wybrane przykłady za walkę w złej sprawie (inaczej nazwałbym je Termopilami, niosącymi jednak trochę większy ładunek pozytywnych skojarzeń). Nie jestem zwolennikiem demokracji, ale nie jestem także entuzjastą buntów i zaślepionego nieposłuszeństwa.

  1. W imię owiec. Obwodnica Augustowa i Dolina Rospudy. Na przełomie 2006 i 2007 roku aktywiści Greenpeace’u i popierający ich ekolodzy zablokowali budowę ważnego fragmentu drogi krajowej. Oczywiście, były też niedopatrzenia formalne, ale de facto to environmentaliści wymusili taki, a nie inny finał. Proces inwestycyjny został wstrzymany na wiele lat. Dopiero trzy tygodnie temu wojewoda podlaski podpisał zezwolenie na realizację inwestycji drogowej. Jako, że konflikt wokół pierwotnej lokalizacji drogi dotyczył głównie siedlisk ptasich, zawsze w takich sytuacjach powtarzam za Thomasem More’em: „owce pożarły ludzi”.
  2. W imię przywilejów. Wyprawa górniczych związków zawodowych na Warszawę w lipcu 2005 roku (nie mylić ze strajkiem). Rzesza w dużej części zapijaczonych bandytów ze związków zawodowych zdemolowała stolicę. Nazajutrz, przestraszeni posłowie przegłosowali korzystne dla górników przywileje. Żaden inny zawód w Polsce nie cieszy się takimi bonusami. Żaden też nie dysponuje tak agresywnymi związkami. Pokazuje to, że przerost znaczenia związków w polskiej gospodarce bardzo niebezpiecznie ociera się o patologię. Warto nadmienić, że w następstwie tych wydarzeń, „Solidarność” wynajęła kancelarię prawną do pomocy oskarżonym bojówkarzom i zaoferowała pokrycie kosztów ewentualnych grzywien. Ewentualna racjonalizacja górniczych przywilejów, mimo upływu ponad siedmiu lat od wydarzeń w Warszawie, nadal nie wygląda obiecująco.
  3. W imię krzyża. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Czytelnicy pozwolą, że nie będę rozwijać tego tematu. Pisał o tym już zresztą Stanisław Tym w swoim felietonie.
  4. W imię prawa własności. Wojciech Gąsienica-Byrcyn, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, a prywatnie właściciel dużej działki na Gubałówce, od lat hamuje inwestycje korzystne dla turystów i narciarzy. Okrzyknięty przez media „grabarzem Gubałówki”, Gąsienica-Byrcyn i jego klan na pewno nie są jedynymi winnymi całej sytuacji, bo dobrej woli brakuje po obu stronach konfliktu. Niemniej jednak, istotne dobro narodowe pozostaje nadal częściowo niedostępne dla turystów.
  5. W imię własnej bezmyślności. Kibole. To, co ich motywuje do działania, już zawsze chyba pozostanie dla mnie „black boxem”. Przypadek jest szczególnie skomplikowany, bo trudno ocenić beneficjenta ich harców. Na pewno nie są to kluby, które z powodu ich zachowania płacą kary liczone w dziesiątkach czy setkach tysięcy złotych. Do tego dochodzą straty wizerunkowe i utracone wpływy z biletów (szczególnie od rodzin z dziećmi, które rezygnują z uczestnictwa w widowisku, na którym są kibole). Na samych kibolach klub wiele nie zarabia, bo mają oni zawsze najtańsze miejscówki. Piłkarze też chyba nie bardzo poprawiają swoją grę pod wpływem dopingu. Szczególnie, gdy tego dopingu nie ma, bo akurat trwa protest, albo gdy po serii słabszych występów zawodnicy są poniewierani i zastraszani. Należy zatem stwierdzić, że chuligani uprawiają „sztukę dla sztuki” – w ich przypadku „postawa à la XVII-wieczny poseł kijowski” ma charakter bezinteresownej bezmyślności, przez którą nie przemawia żadne szczególne dążenie, która za to skutecznie uprzykrza życie innym.

Oczywiście, można powiedzieć, że sam fakt, iż to mniejszość doprowadziła do wszystkich wymienionych wyżej zjawisk nie świadczy jeszcze o tym, że sprawa, o którą walczyli, była zła. Wielokrotnie zdarza się, że przygniatająca większość lansuje hasła, które nie zasługują nawet na uwagę, a co dopiero na realizację. Być może większość jest dużo groźniejsza niż mniejszość. To prawda. Jednak warto zdać sobie sprawę, że (pozaparlamentarny) mechanizm liberum veto jest nadal w użyciu w dzisiejszych społeczeństwach. O ile był uzasadniony wówczas (co dowiodłem w pierwszych akapitach), gdy samorządność lokalna była praktycznie w powijakach, o tyle – czy jest uzasadnienie dla tego modelu współcześnie?

Drugi zarzut – można powiedzieć, nie bez racji, że wszystko powyższe jest winą państwa. To ono ustaliło wadliwe prawo, które nie pozwala w łatwy i szybki sposób wywłaszczać obywateli w imię realizacji inwestycji celu publicznego i za godziwym odszkodowaniem. To ono kompromituje się, przegrywając każdego dnia walkę z bandytami na stadionach i wokół nich. To ono jest wasalem ekologów i katoli. To ono wreszcie pokazuje od wielu lat, że od stołu negocjacyjnego zawsze bardziej zadowolone odchodzą te związki zawodowe, które w czasie demonstracji lepiej prezentują się pod względem siłowym i pirotechnicznym.

Te przykłady to tylko reprezentacja podobnych zachowań, na jakie natykamy się w wielu dziedzinach życia. Jestem przekonany, że bardzo daleko im zarówno do liberum veto Michała Drzymały (pod względem powagi), jak i do protestu mieszkańca jakiejś polskiej wioski, który – domagając się doprowadzenia prądu do własnej chaty – ogłosił secesję od Polski i wywiesił na posesji własną flagę (pod względem zabawności).

Błądząc we mgle

Wszyscy znamy ludowe porzekadło o sześciu kucharkach. Po debacie ekonomicznej, zorganizowanej ostatnio przez Prawo i Sprawiedliwość, można by ukuć nowe przysłowie: Gdzie ekonomistów trzy dychy – tam w brud pustosłowia i pychy. Tematem debaty miały być propozycje „reform” przedłożone przez partię Jarosława Kaczyńskiego.

Z pustego i Salomon nie naleje

Problem tkwi w tym, że gospodarka nie zajmuje żadnego poczesnego miejsca w programie PiS, toteż i zgłaszane propozycje dowodziły raczej niewiedzy i bezradności tej partii w sprawach ekonomicznych. Żaden ze zgłaszanych postulatów nie zasługuje na miano reformy. Mamy za to do czynienia z instrumentami o charakterze doraźnym bądź krótkowzrocznym, mającym za zadanie ręcznie sterować gospodarką. Te postulaty, które „pozują” na reformy, są natomiast zdefiniowane tak ogólnikowo, że nie sposób dojść, o co chodzi partii Jarosława Kaczyńskiego. Na przykład hasło „zreformować podatki” nie jest nigdzie rozwinięte. W Sejmie zostały co prawda złożone odpowiednie projekty ustaw, ale brakuje w nich przełomu – jest to kolejna żonglerka podatkami, bez realnej zmiany systemu. PiS ma także na sztandarach deregulację i to jedyny punkt, który łączy tę partię z PO, ale trudno powiedzieć, czy w tych działaniach przeważa miłość do idei ukręcenia łba zbędnym przepisom, czy miłość do Jarosława Gowina. Szeroko komentowany był także blamaż Jarosława Kaczyńskiego w sprawie obietnicy stworzenia 1,2 mln miejsc pracy w ciągu najbliższych 10 lat, podczas gdy w ostatnich czterech latach – w warunkach kryzysu – powstało ich aż 800 tysięcy.

PiS chce przywrócić wiek emerytalny wynoszący 60 i 65 lat. O ustalaniu jakichkolwiek progów pisałem już wcześniej. Majstrowanie przy wieku emerytalnym nie jest reformą, a jedynie manipulowaniem parametrem jednego z instrumentów systemu emerytalnego. To bardzo wąskie, wręcz agorafobiczne, postrzeganie kwestii zabezpieczenia społecznego.

Z gruntu sprzeciwiam się wszystkim nowym obciążeniom podatkowym, szczególnie wymierzonym w konkretne podmioty (zdefiniowane „z palca”), co jest przejawem ręcznego sterowania gospodarką i zaprzeczeniem idei powszechności podatku. Tymczasem, PiS proponuje przeforsowanie haraczu dla banków i hipermarketów. Dlaczego? Przypuszczam, iż dlatego, że za dużo aktualnie zarabiają. Boję się takich decyzji, bo gdy okaże się, że za 10 lat, dzięki sprzyjającej koniunkturze, za dużo zarabiać będą zakłady krawieckie i garmażeryjne, to PiS wpadłby na pomysł, żeby im wyznaczyć specjalny podatek. PiS jest niezdolny do zrozumienia, że większe obciążenia, nałożone na przykład na hipermarkety, zostaną w całości przerzucone na klientów. Z tego, co sobie przypominam, to PiS najgłośniej utyskuje na drożyznę – tym razem chce to zjawisko domniemanej drożyzny dodatkowo pogłębić. Przytomnie alarmował w tej sprawie podczas debaty Marek Zuber.

Trzydzieścioro indywidualności

Większości wypowiedzi ekonomistów trudno cokolwiek zarzucić w sensie merytorycznym, ale były one na tyle ogólnikowe, że zamieniły się raczej w litanię truizmów niż w zestaw konkretnych polityk czy rekomendacji. Niestety, obok deklaracji mądrych, bądź w najgorszym razie bezdyskusyjnie oczywistych, nie mogło oczywiście zabraknąć nonsensów, spośród których wymieniam kilka:

  • Prof. Grażyna Ancyparowicz: polska gospodarka miała być społeczną gospodarką rynkową, ale tak się nie stało. Jest to gospodarka wyłącznie neoliberalna, gospodarka bardzo silnie poddana deregulacji, prywatyzacji, regułom wolnego rynku.

Nie wiem, skąd u prof. Ancyparowicz taki optymizm. W Polsce nie obserwujemy prawie trendu deregulacyjnego, prywatyzacja jest bardzo powolna, a wolny rynek daleki od ideału. Niestety, społecznej gospodarki rynkowej również nie mamy – i tu zgadzam się z sądem ekonomistki. Niestety, to co obserwujemy jest modelem bliższym zbiurokratyzowanemu socjalizmowi niż neoliberalizmowi, jako że nadaktywność państwa w gospodarce jest widoczna na każdym kroku. Słusznie zauważył to prof. Stanisław Gomułka, który zaznaczył, że wydatki publiczne w Polsce sięgają 50 proc. PKB.

  • Janusz Szewczak: Polacy nie posiadają żadnego wartościowego majątku. Nawet te 500 mld zł oszczędności, jakie mają w bankach, zanieśli do zagranicznych banków (…) Uważam, że pierwszą sprawą, jaką powinniśmy podjąć, jaką przyszły rząd powinien podjąć, to natychmiastowe zatkanie tych dziur, przez które wyciekają setki miliardów złotych rocznie. Z moich szacunków wynika, że jest to ok. 200 mld zł rocznie i tracimy je na rzecz m.in. zagranicznych podmiotów.

Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, wykorzystał debatę do promocji swojego pracodawcy. Nie wyjaśnił, w jaki sposób fakt ulokowania 500 mld zł kapitału w zagranicznych bankach ma przełożenie na utratę wartości tych pieniędzy. „Obliczenia” eksperta wskazują na 200 mld zł strat. Oczywiście, nie wskazał, skąd biorą się te straty, oblekając całą sprawę w mgiełkę (mgłę?) tajemnicy. Insynuacja w najczystszej formie.

  • Jacek Wróbel: Powinniśmy dyskutować na innym poziomie dyskusji. System podatkowy to nie jest żadna mądrość. Powinien być prosty, jasny itd. itd. W tej chwili mamy chaos. Powinniśmy zejść na poziom cząsteczki elementarnej. Podatkiem podstawowym powinien być podatek transakcyjny od każdej, dokonanej transakcji na poziomie 2-5 proc. Wprowadziłbym również podatek dochodowy na poziomie 50 proc. Ten system zakłada m.in. odejście od bzdurnego podatku VAT-owskiego.

Jacek Wróbel proponuje przewrót podatkowy, rewolucję. System, o którym mówi nie ma precedensu i w żadnym kraju świata nie istnieje podobny model. Co więcej, przy obecnym stanie prawnym w Unii Europejskiej, likwidacja VAT-u byłaby niemożliwa do zrealizowania. Wróbel zachował się jak nieskrępowany rzeczywistością ekonomista teoretyk. Jak astronom wysłany na orbitę. Nie odmawiam Wróblowi sensu istnienia i wyrażania się w ten sposób, ale jego wystąpienie ewidentnie nie pasowało do forum, w jakim się znalazł i do tematyki, jaka była poruszana.

  • Prof. Jerzy Kropiwnicki: Trzeba rozważyć wykupienie części sektora bankowego przez Polskę.

Pomysł absurdalny, o którym wypowiadałem się już w jednym z poprzednich wpisów. Najgorsze, że jego gorącym entuzjastą jest Jarosław Kaczyński, co absolutnie dyskwalifikuję tę partię jako prorynkową.

Ogólnie, debatę „Alternatywy” należy ocenić krytycznie. Dla PiS-u, co było jasne od początku, było to wydarzenie polityczne i zasadniczy cel spotkania został spełniony już w momencie, gdy do sztabu PiS-u wpłynęły potwierdzenia uczestnictwa od zaproszonych gości. Kompromitacji nie było, ponad trzydziestu uczestników to bardzo dobry wynik. Merytorycznie, debata zakończyła się klapą, bo część ekonomistów wykorzystała to wydarzenie do lansowania swojej osoby (aktywnie lansowali się nawet nieobecni, głośno swą absencję akcentując), a część abstrahowała w swoich wypowiedziach od konkretów i wygłaszała sądy bardzo generyczne. Tak czy inaczej, nawet jeśli z debaty płyną jakieś wnioski, nikt w PiS-ie nie będzie w stanie ich zinterpretować ani wcielić ich w życie, gdyż ekonomia jest od dawna materią zbyt skomplikowaną dla przedstawicieli tej partii. Przypomnijmy, że debatę otworzyła Beata Szydło, etnograf i niedoszła pani doktor w tej dziedzinie. To w tej chwili lider PiS-u w kwestiach ekonomicznych.

Co dalej z PiS-em?

PiS utyskuje na utrzymujące się wysokie poparcie dla PO, ale nie robi nic, by to zmienić. W Polsce od wielu lat nie ma realnej opozycji i organizacja debaty gospodarczej przez PiS nie zmieni tego obrazu. Retoryka konfrontacji sprzyja scementowaniu obecnego, radykalnie roszczeniowego elektoratu. Ten elektorat składa się zarówno ze skrajnie prawicowych, jak i lewicowych radykałów oraz bezrefleksyjnej rzeszy wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, gotowych ogłosić go mesjaszem narodu. Na tym krąg potencjalnych wyborców się zamyka. PiS w takiej formie nigdy nie przebije się przez próg 30 proc. głosów, co przy braku zdolności koalicyjnej skazuje go na trwałą nieobecność w rządowych ławach. W takim układzie, debatę należy potraktować jako ciekawy event z zakresu marketingu politycznego i symulowaną próbę wprowadzenia spraw gospodarczych do dyskursu publicznego, co jednakże nie może przynieść żadnych namacalnych skutków.

Mimo to, PiS-owi należy się szacunek. Nie ma już obecnie w tej partii rozdźwięku między słowami a czynami. Lepsze to niż to, co oferuje nam partia rządząca, która na sztandarach ma „A”, a w życie wprowadza „B”. Dla każdego jest już dzisiaj jasne, że wszelka hipokryzja i zakłamanie, jakie były domeną PiS-u jeszcze kilka lat temu oraz we wczesnych miesiącach postsmoleńskich – teraz zupełnie zanikła. PiS daje do zrozumienia, że jego celem jest powrót do idei ciemnogrodzkiej IV RP – nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku sukcesu wyborczego, te zapowiedzi doczekałyby się spełnienia. Program PiS-u jest szczery i nie ma w nim kłamstwa. Jest to program na miarę możliwości ugrupowania, które nie ma żadnego potencjału intelektualnego, bo resztka posłów na poziomie opuściła już szeregi partii. Pozostali mierni i jałowi umysłowo politycy, wiernopoddańczo wpatrzeni w swego dobrodzieja-lidera, którzy po prostu nie są w stanie spłodzić żadnej konstruktywnej idei. Ale za to w te idee, które uda im się już wykoncypować, wierzą z całej siły. W tym sensie, partia ta jest uczciwa wobec elektoratu, choć oczywiście wszyscy wolelibyśmy, by ta uczciwość przejawiała się w wierności ideom bardziej pożytecznym.

Brak obłudy i fałszu ma jednak swoją cenę. PiS zatrzymał się w rozwoju na etapie smoleńskiej mgły. Od tamtego czasu nie jest w stanie jej rozrzedzić i wyjść z intelektualnej zapaści. Swój polityczny kapitał, które zapewni mu byt i trwanie, może więc zbijać tylko na ciemnocie. Każda zmiana kursu jest obarczona dużą dozą ryzyka, bo elektorat przyzwyczajony do silnej ręki zamordystycznego prezesa, przepełniony ksenofobią, rusofobią i mesjańskim nacjonalizmem, może nie zaakceptować zbyt daleko idących, liberalizujących posunięć. Wszak łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. I tak samo we mgle błądzi.

Syzyfowe prace a sprawa polska

W „Syzyfowych pracach” Stefana Żeromskiego gorliwi rusyfikatorzy bezskutecznie usiłowali – nieudolnie i wbrew naturze – wyplewić polskość z serc swoich podopiecznych. Teraz, w epoce, gdy patriotyzm ekonomiczny wypiera patriotyzm pola bitwy, działania zaborców są replikowane przez nasze władze, polityczne i ekonomiczne. A chodzi o modną ostatnio tezę o konieczności tzw. repolonizacji banków. Pisze o tym Stefan Kawalec (link), hołduje temu Krzysztof Rybiński (link), popiera prezes NBP, Marek Belka (link). Przytomnie oponował przeciw tym pomysłom Maciej Bitner (link), a także – co dziwi najmniej – Robert Gwiazdowski (link), ale są oni w zakrzyczanej mniejszości.

Politycy nie przepuszczą żadnej okazji, by przypodobać się wyborcom. Robią to żerując na prymitywnych instynktach i resentymentach Polaków, a czynią to po to, by poszerzyć pulę stanowisk do obsadzenia swoimi poplecznikami. Nie jest przecież tajemnicą, że wśród raptem kilku instytucji w Polsce zdolnych dokonać spektakularnego przejęcia banku od zagranicznego właściciela, są PKO BP, PZU, BGK i ewentualnie Getin Holding. Tylko ten ostatni jest w prywatnych rękach. W pozostałych przypadkach, takie repolonizacyjne akwizycje byłyby w istocie reprywatyzacją i okazją do stworzenia dodatkowych synekur.

Co dałby nam polski kapitał w bankach? To kluczowe pytanie, bo odpowiedź na nie pokaże, czy gra w ogóle jest warta świeczki. Nawet, gdyby repolonizacja, pieszczotliwie zwana przez niektórych „udomowieniem”, miałaby się dokonać za sprawą cywilizowanych metod, to czy będzie to korzystne z punktu widzenia stabilności sektora bankowego? Irving Fisher, autor hipotezy adaptacyjnych oczekiwań, znałby przyczynę ślepej wiary w to, że rodzimy kapitał jest lepszy. Według jego teorii, ludzie przewidują na podstawie przeszłych wydarzeń, sądząc, że powtórzą się w przyszłości. I tak, świadomością polityków rządzi przekonanie, że kryzysy już zawsze będą miały globalny wymiar, a wówczas wypełnieni patriotycznymi uczuciami bankierzy sypną groszem by stworzyć z Polski bezpieczną przystań na rozszalałym oceanie. Ale to nonsens. Po pierwsze, dywersyfikacja źródeł kapitału jest z zasady dobra, a obecny udział polskiego kapitału w sektorze bankowym jest całkiem bezpieczny (ok. 30 proc. aktywów). Po drugie, kryzysy mają nierzadko nawet w dzisiejszych czasach charakter lokalny. W przypadku, gdy mielibyśmy do czynienia z lokalnym załamaniem gospodarki, prawdopodobnie objęłoby ono również sektor finansowy. Polski kapitał w bankach byłby wówczas przeszkodą potęgującą kryzys, a nie amortyzującą jego skutki. To właśnie zagraniczne banki, mimo że często reagują słabiej na bodźce generowane przez politykę monetarną, są czynnikami stabilizującymi gospodarkę, co potwierdzają badania, m.in. Bonina, Hasana i Wachtela (2005) czy de Haasa i Lelyvelda (2006).

To prawda, że w czasie ostatniego kryzysu, PKO BP był jedynym bankiem zwiększającym akcję kredytową dla znajdujących się w potrzebie przedsiębiorstw. To piewcom teorii o dobrodziejstwach banków zdominowanych przez kapitał krajowy daje do ręki poważny argument. Ale postępowanie wbrew naturze rynku nie prowadzi do niczego dobrego, o czym przekonujemy się boleśnie, śledząc serial nieudolności, którego areną są Stany Zjednoczone i kraje strefy euro. Gdy więc dojdzie do drugiej fali kryzysu, a wyceny niektórych banków spadną na tyle, że krajowych graczy będzie stać na ich przejęcie, nie ma przeciwwskazań, by takie transakcje utrudniać. Ale powinny zadziałać mechanizmy rynkowe, a nie imperialistyczne czy etatystyczne plany NBP, KNF czy Ministerstwa Skarbu. Walka z rynkiem nie popłaci. I oby dyrektor Kriestoobriadnikow i inspektor Zabielskij pozostali bohaterami literackimi, a nie autorytetami dla ekonomistów i polityków.

Źródła:

  • Bonin, J. P., Hasan, I. and Wachtel, P. (2005) Bank performance, efficiency and ownership in transition countries, Journal of Banking & Finance, Vol. 29, Issue 1 (January), pp. 31-53.
  • De Haas, R. and van Lelyveld, I. (2006) Foreign Banks and Credit Stability in Central and Eastern Europe: A Panel Data Analysis, Journal of Banking & Finance, Vol. 30, Issue 7 (July), pp. 1927-1952.

„Inside Job” – ticked

After submitting my master’s thesis in the recent weeks, the amount of spare time did not magically multiplied (that is what I naively hoped for), but nevertheless I pulled myself together to catch-up for literature- and movie-related unforgivable ommissions. One of them was “Inside Job”, a movie watched and discussed even by my friends with non-financial backgrounds, which ultimately made me act. Much has already been said about Charles Ferguson’s documentary, but I feel like sharing my views as well.

First of all, no one can deny, the movie is unavoidably biased. The director has a clear hypothesis and manipulates the input he managed to collect in order to exert the influence he wants. The issue of validity of this hypothesis is vague. He points out deregulation and financial innovation as the major, continuous factors that spoilt the markets. As a matter of fact, I cannot agree with such an approach. Deregulation itself is good. The thing that worries is the deficit of ethics in business. Ferguson touches this topic very superficially, mainly with relation to prevailing conflict of interest among U.S. academics. This is important, but does not make up for a one-and-only root cause. Ferguson is silly blaming e.g. Ronald Reagan for initiating deregulation back in 1980s, since the one may be blamed only for the foreseeable consequences of his decisions. True, many decision-makers rejected the opportunity to appear in the movie, but it may not be used as a tacit argument against them. It seems that the scope of “Inside Job” is too wide and complex. It does not really explain the direct causations of the recent turbulence, but rather meanders throughout the past and ambiguous actions that might, but did not have to cause the effects they caused. Too much time is devoted to topics unrelated (directly) to the crisis, e.g. drug consumption or luxury prostitution settled by corporate credit cards. As such, Ferguson’s picture becomes an arbitrary public persecution and a somewhat populist medium to express rage aimed at world’s top economic figures and the Wall Street as a whole.

Few people, if any, are able to grasp the crisis mechanism from cover to cover. However, from my point of view, even if we assume that bankers are inherently greedy and will always lack proper ethics, the following sources brought most far-reaching consequences:

  • Rating agencies, assigning AAA to compound assets filled with junk instruments, have made market vulnerable to downturn by providing insidious profit opportunities; given lower rating, many institutions would not have been allowed to invest in such securities.
  • Politicians have assumed that a decent home is a commodity; quoting George W. Bush addressing subprime borrowers: You don’t have to have a lousy home. The low-income home buyer can have just as nice a house as anybody else; therefore, yes, the deficit of regulation is important here, but it regards retail credit, rather than derivatives traded by professionals.

20 lat prywatyzacji – wciąż bez pointy

W tym roku mija dwadzieścia lat od zapoczątkowania przemian gospodarczych w naszym kraju. Jednym z kluczowych elementów transformacji były niewątpliwie przekształcenia własnościowe. Cel ten przez różne rządy wcielany był w życie z różną gorliwością. Efektem tego braku zdecydowania, czy wręcz opieszałości, jest fakt, że Ministerstwo Skarbu Państwa nadal istnieje i ma się czym zajmować. Dziś posługując się przykładem jednej ze sprywatyzowanych spółek chciałbym pokusić się o szereg refleksji dotyczących zjawiska prywatyzacji w Polsce.

Może to truizm, ale beneficjentami prywatyzacji jesteśmy wszyscy. Prywatyzacja wzmacnia akcjonariat obywatelski, poprawia efektywność zarządzania przedsiębiorstwem czy warunki bytowe pracowników. Jej największa siła tkwi jednak w efektach zewnętrznych, externalities. Przyjmując takie podejście, w mojej opinii największym wygranym wszystkich transakcji prywatyzacyjnych po 1990 r. jest przedsiębiorstwo ze wsi – kopalnia węgla kamiennego w Bogdance. Czym są externalities w jej przypadku? Ich katalog jest bardzo rozciągliwy. Począwszy od poprawy opinii Polaków o prywatnej własności jako podstawie dobrobytu, a skończywszy na przykład tym, że górnicy z Bogdanki już nigdy nie spalą opon pod Kancelarią Premiera, tym samym oszczędzając trochę grosza z budżetu przeznaczonego na postrajkowe porządki.

Choć zeszłoroczna prywatyzacja Bogdanki – nie ukrywajmy – była wymuszona trudną sytuacją budżetową i narastającym długiem publicznym, to po pierwsze – kole to w oczy chyba tylko libertariańskich purystów, a po drugie – za kilka lat i tak już nikt o tym nie będzie pamiętał.
Jak emeryci kupowali kopalnię
O wadze denacjonalizacji kopalni Bogdanka decydują dwa niezwykłe czynniki. Po pierwsze, świadomie czy nie, to górnicy stali się awangardą prywatyzacji. W momencie, gdy wiele grup społecznych rękami i nogami broni się przed prywatnym kapitałem, upublicznienie Bogdanki jawi się jako bezprecedensowy krok pod prąd. Po drugie, jakby tego było mało, interesariuszami transakcji stali się… emeryci. Ta niezbyt kojarzona z przedsiębiorczością i papierami wartościowymi grupa społeczna tym razem niosła „kaganek” prywatyzacji. Fundusze emerytalne (cała czternastka!) stały się bowiem głównymi udziałowcami spółki, sprywatyzowanej do cna w marcu bieżącego roku.
Bogdanki nie przygarnęły więc państwowe molochy, ale niepodstawieni, z krwi i kości prywatni inwestorzy. Trudno o lepszy kubeł zimnej wody dla opinii publicznej. Kubeł, który pozwoli niektórym otrząsnąć się z postkomunistycznej depresji i odruchu bezwarunkowego polegającego na sianiu „złej nowiny” o rodzimej gospodarce i wolnym rynku. Pracownicy kopalni, inwestorzy instytucjonalni, posiadacze jednostek funduszy emerytalnych – tak, oni wszyscy są na plusie, ale to nie wszystko. Zwycięzcą jest odrodzona polska mentalność, która poprzez realizację tego przedsięwzięcia „zmartwychwstała”, wynurzając się z otchłani postkomunistycznego defetyzmu.
Cena emisyjna Bogdanki w czerwcu 2009 r. wynosiła 48 zł. Zdaniem wielu analityków spółka była przeszacowana. Niespełna rok później fundusze bez szemrania zapłaciły 70,50 zł. Dziś jeden walor wart jest grubo ponad 100 zł. Jakiej miary byśmy nie przyłożyli, prywatyzacja spółki okazała się sukcesem nie tylko marketingowym, ale i przyniosła zysk liczony w twardym pieniądzu.
Źródło: nettg.pl
20 lat temu kopalnia „Bogdanka” była na skraju bankructwa – dziś może służyć za przykład dla innych.
Wydawało się, że – szczególnie w Polsce – słowo „górnictwo” pasuje do wszystkiego, ale nie do takich wyrażeń jak „długoterminowa strategia rozwoju”, „ład korporacyjny”, „relacje inwestorskie”. Potrafię wyobrazić sobie i salwy śmiechu jednych, i spazmatyczne okrzyki paniki drugich – na dźwięk słowa „prywatyzacja” w połączeniu z nazwą kopalni. Udało się, ale…
Sygnał dla pozostałych
Debiut Bogdanki ma szansę zapisać się złotymi zgłoskami w historii polskiej prywatyzacji tylko wtedy, gdy na fali pozytywnych doświadczeń swoje kopalnie sprywatyzują Kompania Węglowa, Katowicki Holding Węglowy czy Jastrzębska Spółka Węglowa.
Bogdanka jest więc wygranym „na kredyt”. Jest to kredyt zaufania wobec Ministerstwa Skarbu Państwa i zarządów pozostałych kopalń, że w najbliższych latach podejmą prywatyzacyjny wysiłek. 120 tys. górników zatrudnionych w 32 kopalniach węgla kamiennego i kolejne 17 tys. pracujących w 5 kopalniach węgla brunatnego, może na tym tylko zyskać, bo „fundamenty” mówią same za siebie. Nadal ponad 90 proc. energii elektrycznej w Polsce produkowanej jest z węgla i żadne normy ekologiczne, ani mgliste plany budowy elektrowni atomowych nie są w stanie tego z dnia na dzień zmienić. Górnictwo to biznes.
I pomyśleć, że w latach osiemdziesiątych kopalnia w Bogdance była na szarym końcu w Polsce pod względem rentowności, a na początku lat dziewięćdziesiątych poważnie rozważano jej zamknięcie. Wiele słów ciśnie się na usta, ale samą transakcję i późniejsze losy spółki można skwitować jednym słowem – niespodzianka!