Archiwum kategorii: Podróże

Dwa brzegi Wardaru – wspomnienia z Macedonii

W ostatnich dniach i tygodniach dochodziły do nas (niestety tylko za pośrednictwem wybranych, co bardziej zainteresowanych światem mediów) tragiczne informacje z Macedonii. Nie pretendując w żadnym wypadku do roli eksperta, postanowiłem przybliżyć niektórym z Was swoje własne przemyślenia na temat tego kraju, mniemam, że jednego z bardziej pokrzywdzonych na naszym kontynencie. Tym bardziej, że relacja Małgorzaty Gołoty w natemat.pl ma dość nieszczęśliwy nagłówek („Macedonia wskrzesza ducha bałkańskiej wojny i grozi reszcie świata destabilizacją”), sugerujący, że to maleńka Macedonia jest agresorem gotowym wywrócić do góry nogami ład w Europie.

Macedonię odwiedziłem we wrześniu 2009 roku, a więc wieki temu. Patrząc pod tym kątem, notka jest spóźniona – ale tylko pozornie. To co ważne z reguły uchowa się w pamięci. Podróż autobusem z Prisztiny do Skopja prawdopodobnie zeszła mi na drzemce, bo niewiele z niej kojarzę. Dworzec autobusowy (połączony z dworcem kolejowym) w stolicy Macedonii był pierwszym powiewem zachodniej cywilizacji na postjugosłowiańskich Bałkanach. Mając wówczas na świeżo w pamięci dworce w Tiranie (zakurzony, klaustrofobiczny plac w centrum miasta, połączony z dworcem kolejowym, z którego odchodziło dziennie kilka gratów z niemieckiego demobilu) i Prisztinie (z cuchnącymi toaletami w tureckim stylu), skopijski hub autobusowy był luksusem.

Macedończycy i Polacy mają wiele wspólnego. Począwszy od wieloletniej walki o niepodległość, poprzez konflikty z sąsiadami, aż do tej specyficznej mieszanki pracowitości, lenistwa, dumy i braku pewności siebie. Ich prezydent, Boris Trajkowski (urodzony w Strumicy metodysta), zginął w katastrofie lotniczej w Mostarze w 2004 roku. Ich relacje z sąsiadami nie układają się dobrze i są jedynym krajem w Europie pozostającym w mniej lub bardziej otwartym sporze na wszystkich możliwych frontach. Grecja odmawia im prawa do nazwy Macedonia, w absolutnie bezrozumny sposób obawiając się ewentualnych roszczeń terytorialnych względem greckiej krainy o tej samej nazwie. To blokada rozwojowa niesłychanego kalibru, gdyż Macedonia ma utrudniony dostęp do instytucji międzynarodowych, których członkiem jest Grecja, a jeśli już udaje jej się wejść na salony, to pod upokarzającą nazwą FYROM (Former Yugoslav Republic of Macedonia). Najbardziej okazały skopijski pomnik, przedstawiający ponad wszelką wątpliwość Aleksandra Macedońskiego, nosi oficjalnie nazwę „bojownika na koniu” – oczywiście by nie drażnić Aten. Relacje macedońsko-bułgarskie są z kolei naznaczone nieustającym kulturkampfem, głównie w zakresie języka – Bułgarzy (nie bez racji) przekonują, że macedoński to nic ponad dialekt bułgarskiego. Wreszcie Albania i Kosowo, czyli Wielka Albania in spe, relacje z którą stały się zarzewiem najnowszego konfliktu. Z tego powodu doszło już do potyczek zbrojnych – w 2001 roku. Starcia mniejszego kalibru mają miejsce bardzo często. Teraz przeżywamy déjà vu, a relatywnie spora mniejszość albańska (szacowana na ok. 25 proc. populacji, w przeważającym stopniu wyznania muzułmańskiego) w Macedonii nie rokuje dobrze. Z Belgradem w sposób oczywisty dzielą Skopje resentymenty związane z czasami byłej Jugosławii, ale można powiedzieć, że relacje z Serbią są jednak najzdrowsze, jeśli nie liczyć sporów o autokefalię Macedońskiego Kościoła Prawosławnego (nieuznawanego przez wszystkie kanoniczne kościoły prawosławne, także przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny).

Skopje na tle stolic swoich sąsiadów robi niesamowite wrażenie. Rzeka Wardar dzieli miasto na dwie części – lewobrzeżną, nowoczesną i prawobrzeżną, tradycyjną. Pokonując Kamienny Most znajdujemy się w innym świecie. Twierdza Kale i przede wszystkim baščaršija (stary bazar) pozostawiają niezapomniane wrażenie. Zaryzykuję stwierdzenie, że poza starym miastem w Sarajewie, nie ma w Europie drugiego tak magicznego miejsca jak północny brzeg Wardaru w Skopju.

Średniowieczny Kamienny Most na Wardarze, symbol Skopja

Odbudowana część półmilionowego miasta, stanowiąca nowe centrum ogniskujące się wokół placu Makedonija, nie odbiega zarówno zamysłem urbanistycznym jak i pewną kulturą miejską od miast zachodnioeuropejskich. Czasem do przesady, czego symbolem jest sprawiające luksusowe wrażenie dom-muzeum Matki Teresy z Kalkuty (była Albanką, ale urodziła się w Skopju w 1910 roku jako Anjezë Gonxha Bojaxhiu). Przepych budowli zdecydowanie kontrastuje z naznaczonym skromnością sposobem życia albańskiej noblistki.

Turystów mało. Na twierdzy Kale spotykam kilku umęczonych ludzi z wielkimi plecakami. Zastanawiam się, jak tu dotarli z takim obciążeniem. To oczywiście Polacy, ale brakuje im tchu na rozmowę. Z zabytków zapamiętałem szczególnie cerkiew św. Spasa (czyli Zbawiciela), maleńki obiekt z pięknym XIX-wiecznym ikonostasem. Maleńki, bo wkopany w ziemię – w czasach imperium osmańskiego Turcy nie pozwalali budować cerkwi, które przewyższają tureckiego jeźdźca na koniu. A przynajmniej tak się twierdzi, lecz to bardzo poetycka interpretacja – chodziło po prostu o to, aby prawosławne kopuły nie zdominowały muzułmańskich minaretów. Tuż obok cerkiewki znajduje się muzeum i miejsce spoczynku największego macedońskiego bohatera narodowego, lidera walk narodowowyzwoleńczych i odmienianego przez wszystkie przypadki Goce Delčeva.

Do stolicy Macedonii przybywam w trakcie trwania XIV Biennale Młodych Artystów z Europy i Krajów Śródziemnomorskich. W galerii narodowej spotykam się z tym środowiskiem, w dużej mierze anglojęzycznym. Młodzi Macedończycy są nastawieni bardzo patriotycznie i sprawiają wrażenie dumnych ze swojego kraju. Jeden z nich zaprasza mnie na wycieczkę po Kanionie Matka, który – jak twierdzi – powinien zaliczać się do siedmiu cudów natury. Niestety, choć to tylko 15 kilometrów od Skopja, nie mam czasu. Wiem, że na wizytę w kanionie dobrze jest poświęcić cały dzień.

Za odbudowę stolicy Macedonii po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi z 1963 roku wzięli się m.in. polscy urbaniści, Adolf Ciborowski i Stanisław Jankowski. Niestety, nie tylko. W odbudowie miasta dopuszczono też elementy modernizmu, a głównym rozgrywającym był tu zyskujący wówczas światową popularność (po igrzyskach olimpijskich w Tokio) Kenzō Tange. Zanim Macedończycy powiedzieli mu „do widzenia”, udało mu się jednak doprowadzić do realizacji kilku projektów, o czym przekonałem się na własnej skórze. Vesna i Elena, moje koleżanki, które gościły mnie w Skopju, mieszkały w akademikach kompleksu Goce Delčeva. Gdy przyszliśmy tam już po zmroku, poczułem się, jakby ktoś wtrącił mnie w otchłań orwellowskiej antyutopii, gdzieś w okolice Ministerstwa Miłości z „Roku 1984”. Fakt, całości dopełniał fatalny standard życia w domu studenckim (a to już nie wina Tange, że prysznice to nic innego jak kran z zimną wodą zawieszony nad twoją głową, a brud w częściach wspólnych był niewyobrażalny), ale całość jednak komponowała się z przytłaczającą, monstrualną i groźną modernistyczną architekturą. Żałuję, że nie zrobiłem własnych zdjęć.


Kompleks akademików Goce Delčev w Skopju; źródło: commons.wikimedia.org

Dawny budynek poczty głównej w Skopju. Zegar zatrzymano na godzinie 5:17, kiedy to pierwsze wstrząsy oznajmiły kataklizm.

Nowoczesna cerkiew św. Klimenta Ochrydzkiego, (wbrew woli wielu) symbol miasta

Ze Skopja jadę autobusem na południe, do Ochrydy. Ochryda mogłaby stać się turystycznym rajem, gdyby nie zapatrzone w inne regiony oczy zachodniego turysty. Nazywana jest miastem 365 kościołów i rzeczywiście – cerkwi i cerkiewek jest tu bez liku. Rejon Jeziora Ochrydzkiego, jako jedyny „obiekt” w Macedonii, wpisany jest na listę UNESCO.

Znalezienie tu taniego noclegu nie jest żadnym problemem. Już po wyjściu z autobusu atakują naganiacze. Mnie udało się wynająć samodzielny pokój blisko centrum zdaje się, że za jakieś 5 euro. Ochryda uspokaja, wycisza i cieszy oko architekturą. Niestety, trzeba pamiętać, że odwiedzamy kraj biedny, a bieda ujawnia się nawet w kurortach. Ja sam zostałem zaatakowany przez około dziesięcioosobową grupkę bardzo natrętnych dzieci w wieku 10-13 lat.

Malowniczo położona cerkiew Jovana Kaneo w Ochrydzie

Kilkadziesiąt kilometrów od Ochrydy, również nad brzegami Jeziora Ochrydzkiego, znajduje się miasteczko Struga, gdzie swój początek bierze Czarny Drin, płynący dalej przez Albanię do Morza Adriatyckiego. Struga jest też znana z wieczorów poetyckich, które co roku przyciągają światową czołówkę trubadurów.

Słynny Most Poetów w Strudze. Konkursy poetyckie wygrywali tu m.in. Różewicz, Okudżawa, Neruda czy Brodski.

Struga oferuje piękno Jeziora Ochrydzkiego, ale w przeciwieństwie do Ochrydy zachowuje sielskość i nie męczy natłokiem turystów

Na rejs po Jeziorze Ochrydzkim zabrakło czasu. I dobrze, bo gdybym się skusił by dalej do klasztoru św. Nauma przedostać się wodą (opcja wolniejsza) zamiast lądem (opcja szybsza), to być może uczestniczyłbym w największej katastrofie wodnej w historii Macedonii, która miała miejsce właśnie w ten dzień. 5 września 2009 roku na przeładowanej łodzi Ilinden życie straciło 15 Bułgarów.

Urokliwy klasztor św. Nauma nad Jeziorem Ochrydzkim znajduje się zaledwie 300 metrów od granicy albańskiej. Według legendy założył go w X wieku sam św. Naum, jeden z uczniów Cyryla i Metodego. Tu też według legendy został pochowany. Bez wątpienia, jest to miejsce o największym zagęszczeniu turystów na metr kwadratowy w całej Macedonii.

Granica macedońsko-albańska była do tej pory jedyną w moim życiu, którą przekroczyłem na piechotę, wzbudzając niemałe zdziwienie pograniczników. Przejście przez granicę jest wydarzeniem dość traumatycznym. Przechodzimy ze strony macedońskiej, względnie czystej i schludnej, na stronę albańską, która jest jednym wielkim rezerwuarem wszelkiego sortu śmieci. Jezioro Ochrydzkie po stronie albańskiej traci w dużej mierze swój urok. Wśród licznych cnót Albańczyków, potrzeba zachowania czystości nie znajduje poczesnego miejsca. O brzegi jeziora obijają się więc sterty porosłych glonami odpadów… Ale o Albanii już było (1 / 2 / 3).

***

Dziś Macedonia stała się kolejnym pionkiem w partii granej przez Moskwę. Incydenty w Kumanowie to co prawda wynik wewnętrznych rozgrywek między rządem w Skopju a mniejszością albańską, ale nie przeszkadza to Rosji w rozgrywaniu tego konfliktu. Podobnie jak sto lat temu, w przededniu pierwszej wojny światowej, Bałkany mogą stać się języczkiem u wagi. Słowenia i Chorwacja, byłe republiki jugosłowiańskie, mają już za sobą akces do Unii Europejskiej. Z pozostałych państw, moim subiektywnym zdaniem, najbliżej powinno być Macedonii. Do Unii nie komponuje mi się nacjonalistyczna i rusofilska Serbia, bliźniacza mentalnościowo choć nieco bardziej „wyluzowana” Czarnogóra, chwiejna i wciąż znajdująca się pod międzynarodową kuratelą Bośnia i Hercegowina, a także zdecydowanie zbyt odstające pod względem rozwoju gospodarczego Albania i Kosowo. Rzeczywistość jest jednak inna. Choć spośród tych państw Macedonia najwcześniej – bo już w 2004 roku – złożyła wniosek o członkostwo, aktualnie bliżej sukcesu negocjacyjnego są Serbia oraz Czarnogóra. Macedończycy muszą czekać. Ale czy Europa w obecnej sytuacji może sobie pozwolić na stojącą w politycznym rozkroku Macedonię?

Źródło: en.wikipedia.org/wiki/Enlargement_of_the_European_Union

 

Dyskretny triumf terrorystów

Trudno jest wyrażać swoją ogólną opinię na temat jakiejś branży. Nie sposób na przykład powiedzieć, że cała branża odzieżowa jest do bani. Ostatnimi czasy do bani jest Reserved, choć moim zdaniem płacenie podatków na Cyprze i tak zasługuje na większą pobłażliwość niż outsourcing produkcji ubrań do krajów Trzeciego Świata (niestety LPP robi jedno i drugie). Trudno też wieszać psy na branży detergentów do zmywania naczyń. Są lepsze i gorsze, ale wszyscy zgodzą się, że sama branża jest potrzebna. Co poniektórzy ekstremiści mogliby oczywiście uznać, że pewne gałęzie gospodarki są z gruntu złe, niepotrzebne i w ogóle genderowo-masońskie. Amisze mogliby to powiedzieć o motoryzacji, brunatni prawacy o tabletkach antykoncepcyjnych, a pacyfiści o zbrojeniówce. Jednak w naszym życiowym łańcuchu wartości każda branża odgrywa określoną rolę (wysilałem się mocno by uniknąć banału, nie udało się).

Nie inaczej jest z pasażerskim lotnictwem cywilnym, któremu chciałbym poświęcić tę krótką notkę, bo mam o nim wyjątkowo ambiwalentne zdanie. A to z powodu coraz bardziej natrętnej, coraz niezmienniej niezmiennej i coraz wyraźniej skazanej na porażkę polityce walki z terroryzmem na lotniskach. 42 lata zajęło Stanom Zjednoczonym (na razie symboliczne) zakończenie fatalnej w skutkach wojny z narkotykami po tym jak ferment w tej sprawie zasiał dwa i pół roku temu ONZ. Czy równie długo poczekamy na zakończenie równie głupiej, a rozpętanej na dobre po zamachach na World Trade Center, wojny z „samolotowym” terroryzmem? Wygląda bowiem na to, że terroryści osiągają swój cel – paraliżują życie milionów normalnych ludzi, których jestestwo i bagażstwo przeżuwane jest każdego dnia przez służby ochrony portu, konsekwencje czego są nieobliczalne i niepoliczalne: od niemowlęcia spadającego „na główkę” z blatu kontroli bagażowej (jego pozbawiony podzielności uwagi ojciec zajęty był akurat obowiązkowym zdejmowaniem płaszcza) do urazy majestatu kardynała. No dobra, to drugie to tylko żart. Tak czy inaczej, liczne prowokacje dziennikarskie wykazały, że jeśli ktoś bardzo chce, to i tak przemyci na pokład scyzoryk. Wygląda na to, że terroryści po mistrzowsku opanowali zasadę głoszoną przez Bruce’a Lee w „Wejściu smoka” – tzw. sztukę walki bez walki. Na razie jest 1:0 dla nich i to bez użycia ani jednej bomby, bez poświęcenia ani jednego samobójcy-męczennika.

Poza lotniskowymi masochistami i ekshibicjonistami, nikt nie lubi kontroli osobistej. Dotychczas najbardziej upokarzające było – w mojej ocenie – zdejmowanie paska. Moje nierozerwalne skojarzenie wiodło mnie w progi hitlerowskiego Trybunału Ludowego. Zawsze gdy muszę zdejmować pasek zastanawiam się co czuł Stauffenberg w 1944 roku w oczekiwaniu na swój wyrok śmierci. Teraz niepokoi mnie, że coraz częściej pojawia się też tyleż kłopotliwa (szczególnie zimą), co zupełnie niedorzeczna prośba o zdjęcie butów.

To jednak tylko igraszki. Pierwsza zasadnicza nieprzyjemność spotkała mnie kilka lat temu na lotnisku w Łodzi. Tak… Jest takie lotnisko. W czasie remontu generalnego na Okęciu, wiele rejsów przejęło lotnisko im. Władysława Reymonta, zupełnie chyba nieprzygotowane do wzięcia tego zadania na swoje barki. Zostałem wówczas zgromiony jak [każdy może użyć w tym miejscu swojego ulubionego sformułowania] za to, że przed kontrolą osobistą nie opróżniłem kieszeni w spodniach. A konkretnie – w tylnej kieszeni pozostała paczka chusteczek. Trzeba było zobaczyć tę rozpaloną fizjonomię strażnika. Rozpierała go duma. Był w awangardzie walki z terroryzmem. Mówią, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Nie zgadzam się z tym. Groteska i faszyzm grają w zupełnie innej lidze.

W grudniu podobna przygoda spotkała mnie na lotnisku we Wrocławiu. Mój bagaż został „wylosowany” do szczegółowej kontroli, choć jak się okazało nie bez przyczyny. „Strasznie dużo ma pan elektroniki” – zajęczał sprawdzacz bagażu. „Kable to elektronika? Resztę wyłożyłem” – ripostowałem. „No nie, ale… o, komórkę pan ma. Jedną można mieć, ale pan ma trzy”. „No tak się złożyło”. „O, i piersiówkę pan ma”. Rzeczywiście, zapomniałem wyjąć i została po poprzednim wyjeździe. Ale pusta. Zresztą nawet gdyby była pełna, objętość jej zawartości mieściłaby się w przepisach. Antyterrorysta z pedanterią dobrego krawca dokonywał oględzin mojej „elektroniki”, szczególnie interesując się nietypową ładowarką do aparatu fotograficznego i zapasowym kompletem baterii. Dłużyło się to wszystko niemiłosiernie. W końcu dostałem pozwolenie na ponowne spakowanie rozbabranego bagażu. Kąśliwie zapytałem, czy jestem czysty i czy pan sprawdzacz na pewno nie znalazł żadnych nożyczek do paznokci. Po zastanowieniu odpowiedział, że za nożyczkami akurat się nie rozglądał. Mnie oniemiałemu zabrakło trzeźwości myślenia by dopytać, czego w takim razie szukał.

Image from LATimes.com
Image from LATimes.com

Nie kontestuję przepisów antyterrorystycznych w całości. To oczywiste, że loty szczególnego ryzyka muszą być poddane ściślejszej kontroli. Rozumiem, że na lotnisku w Tel Awiwie trzeba się pojawić nie dwie, a trzy godziny przed planowanym odlotem, a będąc w Rosji też czułbym się bezpiecznie wiedząc, że osoba na ławce obok mnie to po prostu ładna czerkieska, a nie terrorystka z Dagestanu. Ale żeby podobnemu rygorowi były poddawane loty w strefie Schengen, albo nawet rejsy wewnątrzkrajowe? Chamstwo w państwie!

Daleko mi też do stwierdzenia, że cały przemysł lotniczy jest przez to nieprzyszłościowy. Póki co na trasach długodystansowych transport powietrzny jest monopolistą i – dajmy na to – jeśli ktoś potrzebuje przemieścić się z Hagi do Hobart albo z Kapsztatu do New Delhi, nie ma zbyt wielu opcji do wyboru. Czy istnieje zatem ryzyko, że pasażerowie odwrócą się od tej formy komunikacji? Póki co nie, ale już niejeden ustabilizowany biznes padł ofiarą niespodziewanej innowacji, „czarnego łabędzia”. A może rozwiązanie jest prostsze niż nam się wydaje? Nie znam przepisów lotniczych i regulacje, które tutaj na dużym poziomie ogólności krytykuję zasadniczo są mi dość obce jeśli chodzi o szczegóły. Na chłopski rozum, wystarczyłoby stworzenie sieci alternatywnych lotnisk, które obsługiwałyby linie lotnicze „wyznające” mniej rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że wówczas Unia Europejska byłaby forpocztą skłonną do wydania dyrektywy w sprawie całkowitego zakazu obsługi takich maszyn w jakimkolwiek kraju członkowskim.

Nadgorliwość w kontroli bagażu prowadzi do gorszących scen na lotniskach, szczególnie tych, w których liczba obsługiwanych pasażerów przerasta możliwości infrastruktury. Kilometrowe kolejki sprawiają, że na lot rzeczywiście trzeba czasem przyjechać bardzo wcześnie. Po wprowadzeniu kolei wysokich prędkości w Polsce, może się zatem okazać, że krajowe rejsy staną się zupełnie nieatrakcyjne, bo nie pozwolą nawet na oszczędność czasu, nie mówiąc o pieniądzach. Loty międzynarodowe na razie pozostają raczej niezagrożone. Jako klienci musimy swoje w kolejce odstać. Ale gdy to się zmieni, chciałbym być wówczas jak ten człowiek, po prostu pierwszy

Kaukaski tygiel – część trzecia: Górski Karabach

Nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami z ostatniego przystanku naszej zeszłorocznej podróży po republikach Kaukazu Południowego, czyli z Górskiego Karabachu. Dla mnie, po Naddniestrzu, był to już drugi pobyt w państwie nieuznawanym przez większą część społeczności międzynarodowej (jak to nazywam – „kraj, którego nie ma”).

Wjazd do samozwańczej republiki, nieuznawanej oficjalnie nawet przez samą Armenię (choć tylko z terytorium tego kraju można się tam dostać) wymaga posiadania wizy. Wydaje ją konsulat Reprezentacji (nie ambasady!) Górskiego Karabachu w Armenii. Należy mieć na uwadze, że jakiekolwiek ślady w paszporcie świadczące o pobycie w Karabachu uniemożliwiają późniejszy wjazd do Azerbejdżanu. Podobno nie ma jednak problemu z poproszeniem służb konsularnych o wbicie pieczątki na osobnej kartce. Nie testowaliśmy tego podejścia, bo i tak oboje z Emilią mieliśmy w planach rychłą wymianę paszportu na nowy. Formularz wizowy wygląda tak:

Formularz wizowy do Górskiego Karabachu

I rachuneczek – 6000 dram za dwie osoby, czyli niecałe 50 zł:

Rachunek za wizę do Górskiego Karabachu

Wszystkie te ceregiele są oczywiście pokłosiem trwającej do 1994 roku wojny między Armenią i Azerbejdżanem o Górski Karabach. Obecna republika zajmuje terytorium większe od zamieszkanej przeważnie przez Ormian historycznej krainy. Konflikt ma oczywiście swoje źródło jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Tereny Karabachu od początku istnienia ZSRR wchodziły, ze względów politycznych i wbrew ich charakterowi etnicznemu, w skład Azerbejdżańskiej SRR. Po rozpadzie, Karabach, wówczas w ok. 75 proc. zamieszkany przez Ormian, w sposób naturalny przypadł Azerbejdżanowi. To nie spodobało się w Erywaniu i było zarzewiem konfliktu zbrojnego. W referendum przeprowadzonym przez lokalne władze, zdecydowaną większość uzyskała opcja niepodległościowa. Azerbejdżańskie wojska wkroczyły do Karabachu, ale w toku walk zostały wyparte przez partyzantkę i regularną armię ormiańską. W efekcie, praktycznie cała populacja azerbejdżańska została zmuszona do emigracji. Dziś, 140-tysięczny Karabach zamieszkują niemal wyłącznie Ormianie.

Pokłosiem wojny jest także znana (aż za dobrze!) polskim kibicom drużyna Qarabağ Ağdam FK, grająca w lidze azerbejdżańskiej, dla której Ağdam jest tylko tytularną siedzibą. Miasto, a właściwie jego ruiny, znajdują się dziś poza jurysdykcją Azerbejdżanu, na terenach okupowanych przez Armenię. O tym jak zespół rodem z Karabachu radził sobie z polskimi zespołami (w tym z „moim” Piastem) można się przekonać na załączonych materiałach:

Podróż z Erywania do Stepanakertu (azerbejdżańska nazwa to Xankəndi) trwa, w zależności od temperamentu kierowcy, od 5 do 6 godzin. Zanim woditiel wyruszył ze stolicy Armenii, różni handlarze próbowali – wchodząc jeden za drugim do marszrutki – sprzedać pasażerom najprzeróżniejsze przedmioty. Czego nie było w ich bazarowym arsenale! Zestaw noży, śrubokrętów, szmaciana lalka, zimne napoje, a nawet sporej wielkości obrazek z Matką Boską w trójwymiarze!

W momencie, w którym marszrutka z Erywania zaparkowała na dworcu autobusowym w Stepanakercie, obskoczyła nas grupa naganiaczy. Wynajmowałem już pokoje w taki sposób i szczerze mówiąc w tym przypadku nawet liczyłem na tych naganiaczy, bo to najszybsza opcja znalezienia kwatery, a czasu nie mieliśmy dużo. Jeden z nich był szczególnie przekonujący i widząc w mojej ręce polski przewodnik, pochwalił się, że znajduje się w nim rekomendacja dla jego „usług noclegowych”. Rzeczywiście, autorzy polecali jedną z kwater w Stepanakercie, człowiek brzmiał więc rozsądnie. Zdecydowaliśmy się.

Przy głównej ulicy Stepanakertu
Pranie wywieszane na sznurach między blokami to jeden ze znaków rozpoznawczych miasta

Po krótkiej rozmowie okazało się, że właściciel klitki (pokój był dość podły, ale nie nastawialiśmy się na nic innego) znał Polskę całkiem dobrze. Jak wielu Ormian i innych mieszkańców byłego Związku Radzieckiego, także i on odbył w słusznie minionej epoce służbę wojskową w Polsce. Nawet obnażył się częściowo przed nami, zdejmując koszulę i odsłaniając tatuaż, który zrobił sobie we Wrocławiu. W czasie naszych przygód w Stepanakercie spotkaliśmy także innego taksówkarza (ludzie w tym kraju są albo żołnierzami albo taksówkarzami, trudno o inne zajęcie), który całkiem nieźle mówił po polsku, mimo że od jego służby wojskowej w okolicach Szczecina minęło sporo czasu. W każdym razie, gdyby ktoś potrzebował taksy w Stepanakercie, dzwońcie do Waldka: +374 (0?) 97 250 159.

W samym 50-tysięcznym Stepanakercie nie ma w zasadzie nic ciekawego. Ze względu na dogodne połączenia z resztą kraju, można potraktować stolicę jako dobrą bazę wypadową.

Mieliśmy mało czasu, więc zaplanowaliśmy tylko odwiedziny w Ağdamie i Szuszy. Przewodniki polecają jeszcze obejrzenie co najmniej monasterów w Gandzasarze, Dadiwanku i Amaras. Pewnie skorzystalibyśmy z jednej z tych propozycji, gdyby nasz pobyt tam trwał chociaż dobę dłużej. A przypomnę, że „na czysto” spędziliśmy w Karabachu tylko niecałe 24 godziny.

Człowiek, od którego wynajęliśmy pokój (nie pamiętam jego imienia, ale nazwijmy go dla wygody Vlad), gdy tylko usłyszał o naszych planach na popołudnie, zaoferował również swoje usługi taksówkarskie. Widząc jego auto można było trochę się skrzywić, ale umówiliśmy się, że ma przyjechać po nas za pół godziny. W międzyczasie postanowiliśmy spożyć jakąś namiastkę obiadu i w tym celu udaliśmy się do położonego vis-à-vis sklepu osiedlowego. Wtedy po raz pierwszy mogliśmy się przekonać, że podejście mieszkańców Karabachu do wszelkiej maści standardów jest dosyć luźne. Po przyniesieniu do domu zakupionych jogurtów okazało się, że są dość poważnie przeterminowane. Wróciłem do ekspedientki z prośbą o wymianę. Jej zdziwienie było rozczulające. Nieswieżi? – zapytała. Ostatecznie zgodziła się je wymienić, ale wyraz zdziwienia nie zniknął ani na chwilę z jej twarzy.

Nasz kwatermistrz-taksiarz zajechał elegancką czarną wołgą (sic!). I się zaczęło. Zdziwiło mnie, że przed Ağdamem skręcił w – jak mi się wydawało – niewłaściwą odnogę drogi. Wjechaliśmy na lekkie wzniesienie, po czym facet zaczął –gestykulując – roztaczać przed nami widok tego wspaniałego miejsca. Tego było za wiele. Na tyle, na ile pozwalała mi znajomość rosyjskiego, nakrzyczałem na niego, każąc mu natychmiast wieść nas do ruin miasta, a nie na opłotki, z których tylko „dobrze widać”. Wtedy wpadł w histerię. Zaczął krzyczeć, że są tam żołnierze, miny, a jednemu turyście urwało nawet nogę. W ogóle wykluczał jakiekolwiek ustępstwo. Oznajmiłem mu, że nie na to się umawialiśmy i nakazałem natychmiastowy powrót do Stepanakertu. Owszem, teoretycznie wjazd do ruin miasta jest zabroniony (część może nadal być zaminowana), ale w praktyce ogarniętym miejscowym pogwałcenie tego przepisu nie powinno nastręczać żadnych trudności.

W stolicy udaliśmy się do hotelu Armenia (najbardziej luksusowy hotel w kraju) i skorzystaliśmy z pośrednictwa recepcji (oczywiście niemówiącej po angielsku) przy zamówieniu kolejnej taksówki. Zanim wsiadłem, upewniłem się trzykrotnie, że taksówkarz zrozumiał, o co mi chodzi i gdzie chcemy dojechać. Przez całe to zamieszanie z nieuczciwym „taksówkarzem” straciliśmy już z godzinę, no i trochę dramów. Nowy kierowca okazał się odważniejszy i nie miał żadnego problemu z wjechaniem do ruin. Zaparkował samochód i dał nam godzinę na obchód.

Miasto jest rzeczywiście zupełnie niezamieszkane, ale zdarza się zobaczyć pastuchów pasących tam swoje krowy (kością niezgody pozostaje zresztą fakt, że Ormianie używają tutejszego meczetu jako stodoły). Nam zdarzyło się również natknąć się na dwa dość agresywne psy, ale obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Poza tym jest bezpiecznie, przy założeniu, że patrzymy pod nogi i uważamy by nie wpaść do studzienki (pokrywy zostały najprawdopodobniej rozkradzione). Żołnierze z pobliskiego posterunku byli bardzo przyjaźni. Sami zaprosili nas do wejścia na minaret, a później zaoferowali nawet, że zrobią nam zdjęcie. W zasadzie dopiero wchodząc na minaret ma się okazję w pełni doświadczyć ogromu zniszczenia jakie dokonało się w tym miejscu. Z perspektywy kilkudziesięciu metrów widać wyraźnie, że Ağdam, niegdyś liczący blisko 50 tysięcy mieszkańców, musiał być prężnym, tętniącym życiem ośrodkiem miejskim.

Widok z minaretu w Ağdamie
Widok z minaretu w Ağdamie
Ağdam, na tle zniszczeń wojennych
Zapadający zmierzch w Ağdamie

Do Szuszy dotarliśmy już po zmroku i nie udało się wykonać żadnych udanych zdjęć. Szkoda, bo położona w centrum miejscowości, zupełnie biała katedra Ghazanchetsots jest bardzo urokliwa (i niestety kompletnie nieoświetlona). Miasto jest bardzo małe, zaledwie czterotysięczne, choć w czasach świetności było jednym z większych na całym Kaukazie. W czasie działań wojennych o Szuszę toczono zacięte walki.

Po powrocie z Szuszy, postaraliśmy się o znalezienie dobrego lokalu na kolację. Skorzystaliśmy z rady TripAdvisor, który polecał restaurację Sphinx. Trudno jej nie zauważyć, bo przed wejściem stoi równie pokaźna co kiczowata figura sfinksa oraz kilka plastikowych drzew palmowych. Wewnątrz, wystrój jest w zasadzie niczego sobie. Zdziwił nas jednak brak klientów. Po naszym bardzo przykrym doświadczeniu z Sofii, nie wchodzimy do pustych knajp. Ale – pomyślałem – tutaj to pewnie naturalne. Sądzę, że bardzo niewiele osób w takim kraju jak Górski Karabach bywa w restauracjach. Poza tym, byliśmy już bardzo głodni. Niestety, trzeba było trzymać się swoich zasad, bo jak miało się okazać – nie było dane nam się najeść. Mięso, które dostaliśmy (lokalny specjał, khorovats) składało się niemal z samych kości. Czarę goryczy przelał fakt, że piwo, które zamówiliśmy okazało się przeterminowane. Co więcej, nie był to żaden niepasteryzowany przysmak, ale heineken, którego trudno doprowadzić do stanu przeterminowania nawet w domu pełnym abstynentów, a co dopiero w stołecznej restauracji. Zgłosiłem nasze uwagi kelnerce, ale jej angielszczyzna była bardzo mierna. Stwierdziłem, że za co jak za co, ale na pewno nie zapłacimy za przeterminowany browar. Zdziwiła się, że mi to przeszkadza i powiedziała, że teraz, gdy piwa są już otwarte, nie można nic zrobić. Powinienem zgłosić to wcześniej, przed otwarciem butelki. Szkoda tylko, że przychodząc do restauracji nie można zakładać z góry, że nie dostanie się zepsutego napoju. Nie chciałem robić afery, bo nie bardzo wiedziałem, czym mogą skończyć się takie przepychanki słowne w tym kraju, toteż zapłaciłem. Ostentacyjnie nie daliśmy jednak napiwku i kazaliśmy przynieść sobie resztę. Sprawiło to kelnerce pewien problem, bo nie miała drobnych i musiała przez jakieś 15 minut prosić o przysługę kucharki na zapleczu.

Nienasyceni, poszliśmy posiedzieć przy fontannie. Ta w Stepanakercie jest dużo mniejsza od tych w Erywaniu czy Batumi, ale… jest. Obowiązkowo. Po nacieszeniu oczu fontanną i skorzystaniu z hot spotu (tak, przy fontannie działa bezprzewodowy Internet!) udaliśmy się na spoczynek. A przynajmniej taką mieliśmy intencję… Okazało się jednak, że pod adresem zapisanym w naszym przewodniku nie ma kwatery naszego „przyjaciela” Vlada. Co więcej, adres taki w ogóle w Stepanakercie nie istnieje (ulica ma się dobrze, ale numer jest zbyt wysoki). Zachowaliśmy się dość lekkomyślnie, nie przypatrując się wczesnym popołudniem tabliczce adresowej przed wejściem do naszej kwatery, aby zweryfikować adres. W pośpiechu wybieraliśmy się do Ağdamu, a potem w złości rozstawaliśmy się w centrum miasta z naszym niewydarzonym taksówkarzem i tym samym wszystko wskazywało na to, że chwilowo staliśmy się bezdomni. Jeszcze jakiś czas poszwendaliśmy się po mieście w nadziei, że może trafimy na jakiś charakterystyczny punkt, który zapamiętaliśmy. Próbowaliśmy się również dodzwonić na numer podany w przewodniku, ale bezskutecznie. Odwlekając podjęcie zdecydowanych kroków, zajęliśmy się jeszcze zakupami. Ja potrzebowałem na gwałt trochę ubrań i szczoteczkę do zębów, bo w pokoju zostawiłem część zawartości plecaka. Wzięliśmy też wódkę z morwy, która jest w Karabachu suwenirem numer jeden. Popularnym towarem eksportowym są też inne owoce oraz orzechy włoskie. Coraz prężniejszy jest też naturalnie przemysł winiarski.

Fontanna – czyli klasyka Kaukazu

Trzeba było stawić zatem czoła niespodziewanemu problemowi: potrzebowaliśmy nowego miejsca na nocleg. Po przeanalizowaniu dostępnych opcji, zdecydowaliśmy się skorzystać z hotelu Nairi, położonego nieco poza centrum. Hotele w ścisłym sercu miasta okazały się bardzo drogie. Co ciekawe w karabaskim przemyśle hotelowym, nie jest przyjęte, że obsługa recepcji posługuje się językiem angielskim. W zasadzie w żadnym z hoteli, który odwiedziliśmy, nie byliśmy w stanie porozmawiać po angielsku. W hotelu Nairi dziwi to szczególnie, bo jego historia należy do ciekawych. Obiekt został założony w 1999 roku przez Agoba 'Jacka’ Abolakiana, ormiańskiego emigranta z Australii. Gdy pod koniec ubiegłego wieku odwiedził swoje rodzinne strony, z przerażeniem stwierdził, że nie ma gdzie spać. Zainwestował wówczas w adaptację budynku starej, nieczynnej szkoły na hotel. Żeby dobrze się w nim mieszkało innym Australo-Ormianom, kangurowo-kaktusowe motywy są wszechobecne na korytarzach. Trudno stwierdzić, czy biznes się kręci, bo w tym olbrzymim gmachu byliśmy chyba jedynymi gośćmi (ogólnie, w 2010 roku Górski Karabach odwiedziło 8 tysięcy turystów nie-Ormian i liczba ta z roku na rok rośnie). Mimo to, recepcjonista zaprowadził nas chyba do najodleglejszego pokoju, jaki miał do dyspozycji. Było w nim nieprzyjemnie i zimno, a klimatyzacja nie działała tak jak powinna. W Karabachu ma prawo być zimno nawet w lecie (my byliśmy tam w pierwszej połowie listopada), bo choć średnia wysokość ponad poziomem morza wynosi tu blisko 1100 metrów, to wiele regionów republiki położonych jest jeszcze wyżej. Rano czekaliśmy na śniadanie nieprzyzwoicie długo, mimo że umówiliśmy się z recepcjonistą na konkretną godziną. 20 minut po czasie do stołówki wparowała pani kucharka obładowana siatkami zakupów. Trzeba jednak przyznać, że śniadanie, które w końcu wyczarowała, było smaczne.

Kontrasty Stepanakertu

Największym koszmarem związanym z pobytem w Stepanakercie okazał się jednak… powrót stamtąd. Nie chodzi o to, że marszrutka przez dobre trzy godziny zbierała się do odjazdu (nie istnieją sztywne rozkłady), ani o to, że Stepanakert nie oferuje zbyt wielu atrakcji pozwalających na przyjemne zagospodarowanie owych trzech godzin. Rzecz w tym, że kierowca, z którym mieliśmy nieszczęście podróżować, okazał się prawdziwym szatanem i piratem drogowym. Nie jestem szczególnie bojaźliwy jeśli chodzi o tzw. „wschodni styl jazdy samochodem”, ale ten fafarafa przebił wszystko, co do tej pory znałem. Pędził po półce skalnej z zawrotną prędkością, ścinał zakręty, rwał i gwałtownie zmieniał prędkość jazdy, wyprzedzał w niebezpiecznych miejscach. Przed każdym wirażem zastanawiałem się, czy to tutaj dopełnimy żywota. Nie byłem nawet w stanie zająć się czytaniem, co z reguły jest moim głównym zajęciem w czasie podróży. Dwie współpasażerki wymiotowały na postojach. Wychodząc z marszrutki na dworcu w Erywaniu prawie ucałowaliśmy ziemię. Emilia podeszła do kierowcy i sklęła go po polsku prosto w oczy.

Pozytywem tej podróży był spotkany w trakcie jednego z przystanków ormiański żołnierz. Była to jedyna osoba, jaką spotkaliśmy na Kaukazie, która mówiła doskonałym angielskim. Mimo, że jest zdolnym studentem prawa, sprawiał wrażenie, jakby nie miał żadnego problemu z tym, że dwa lata swojego życia musi spędzić w mundurze. Tryskał humorem, ale może to dlatego, że właśnie cały oddział jechał na przepustkę. Na okoliczność spotkania obdarował nas cukierkami.

Cukierki od ormiańskiego poborowego

Tyle jeśli chodzi o Górski Karabach – ta relacja pieczętuje spóźniony o prawie rok tryptyk kaukaskich wpisów na blogu. Bardzo wątpię, żebym kiedykolwiek zawitał tam po raz kolejny, więc monastyry Gandzasar i Dadiwank zapewne pozostaną dla mnie nieodkryte…

Kaukaski tygiel – część druga: Armenia

Kolejna odsłona relacji z podróży po republikach Kaukazu Południowego dotyczyć będzie nieuchronnie Armenii. Pierwsze skojarzenia? Na pewno chaczkary, czyli krzyże z kamienia, których na terytorium Armenii są grube tysiące. Poza tym Ararat, góra, która co prawda leży na terytorium Turcji, ale – będąc doskonale widoczna z Erywania – służy za uniwersalny i wszechobecny symbol Armenii. Poza tym: średniowieczne monastyry, diaspora, koniak, owoce, górzyste tereny, pamięć o czystce etnicznej sprzed stu lat. Kilka miesięcy temu słyszałem w radiu wywiad z red. Karoliną Głowacką i red. Aleksandrą Dziadykiewicz, które wybrały się na wspólną podróż po Armenii i Górskim Karabachu. Byłem zdziwiony, jak wiele dzielimy wspólnych przeżyć i wniosków. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy w niedzielę, tłukąc się niemiłosiernie marszrutką z Tbilisi do Erywania (nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że czekają nas dużo bardziej „widowiskowe” kursy), więc od razu stwierdziliśmy, że dobrze będzie tego dnia odwiedzić Eczmiadzyn. Miasto, szumnie zwane ormiańskim Watykanem, znajduje się nieopodal Erywania. W stolicy ormiańskiego kościoła wałęsało się trochę osób, ale trudno mówić o tłoku.

Eczmiadzyn
Eczmiadzyn

Ciekawie wyglądające nagrobki nieopodal:

Eczmiadzyn

Jak wspominałem w poprzedniej notce o Gruzji, kościół ormiański jest najstarszym na świecie (czego oczywiście Gruzini nigdy nie przyznają), bo już w 301 r. ówczesny król Armenii Tirydates przyjął chrzest z rąk Grzegorza Oświeciciela. Niedługo potem, w 406 r. powstał ormiański alfabet, opracowany przez mnicha Mesropa Masztoca oraz przetłumaczono Biblię (na wiele lat przed tym, jak jej tłumaczenia na języki narodowe trafiły na watykański Index librorum prohibitorum).

Napełniwszy się wiedzą o duchowym dziedzictwie Ormian, w poniedziałek przystąpiliśmy do oględzin Erywania. Nie był to szczęśliwy pomysł. Wszystkie muzea były zamknięte, w tym szczególnie Muzeum Genocydu, upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez młodoturków w latach 1915-1917, na którym zależało mi najbardziej. Człowiek zawiedziony „wolnym poniedziałkiem” wygląda mniej więcej tak:

Erywań

Erywań jest trudnym miastem do nawigacji. Duże różnice poziomów i zawijaste ulice nie sprzyjają orientacji. Do chodzenia po mieście potrzebna jest znajomość lokalnej topografii albo dobra mapa, która wykaże, skąd dokąd można dojść pieszo, a gdzie potrzebna będzie taksówka. Po mieście można oczywiście poruszać się komunikacją publiczną, np. marszrutkami, ale w dzień roboczy jest w nich bardzo ciasno. W poniedziałek, poza poznawaniem miasta, mieliśmy też do wykonania ważną czynność administracyjną – mianowicie, wyrobienie wiz pozwalających na wjazd do Republiki Górskiego Karabachu. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy chcemy i czy uda nam się tam pojechać. Jak wiecie, udało się. Ale o tym szerzej napiszę w kolejnej części opowieści, która będzie poświęcona całkowicie Karabachowi.

W Erywaniu zamieszkaliśmy w hostelu Envoy. To miejsce godne polecenia i całkiem słusznie uważane przez backpackersów za legendarne. W cenie bardzo „hostelowej” otrzymujemy standard, jakiego nie powstydziłby się niejeden kaukaski hotel. Envoy plasuje się w ścisłej czołówce hosteli, w których przyszło mi przebywać w czasie moich europejskich podróży.

Kilka reminescencji ze stolicy. Myślicie pewnie, że te wielkie schody ze zdjęcia poniżej dokądś prowadzą? Niestety, donikąd.

Erywań

Zdjęcie jednej z erywańskich reklam na pierwszy rzut oka nie przedstawia nic szczególnego, ale gdy się przyjrzy, można zobaczyć, że wiele z tytułów tych książek brzmi znajomo…

Erywań

Całe centrum Erywania wykonane jest z atrakcyjnego czerwonawego tufu. Autorem tej koncepcji był architekt Aleksander Tamanian i trzeba przyznać, że jest to rozwiązanie bardzo efektowne:

Erywań

Od czasów Tamaniana, miasto znacznie się jednak rozrosło, co przy braku równie zdolnego urbanisty musiało sprawić, że im dalej od centrum, tym dzisiejszy Erywań jest coraz mniej pociągający.

Po dosyć intensywnym zwiedzaniu perełek Gruzji, byliśmy szczerze mówiąc znudzeni oglądaniem nieskończonych monastyrów i cerkwi. Niestety, nie było nam dane przerwać. W kolejnych dniach odwiedziliśmy monastyry w Sewanawank i Airawank (nie wydaje mi się, by była to dobra transkrypcja na język polski, ale jest najbardziej popularna), znajdujące się na wybrzeżu „ormiańskiego morza”, czyli Jeziora Sewan.

Najpierw był Sewanawank, klasztor niegdyś o zaostrzonym rygorze, przeznaczony dla mnichów-banitów:

Sewanawank
Sewanawank

Monastyr leży na półwyspie, choć… kiedyś była to wyspa. Kto czytał „Kirgiz schodzi z konia” Kapuścińskiego, ten z pewnością pamięta siłowanie się ormiańskich „hydrologów” z naturą za czasów radzieckich. Zakończyło się to niestety tak, jak musiało się zakończyć – kompletną katastrofą ekologiczną i drastycznym spadkiem lustra wody w jeziorze. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, według różnych źródeł, poziom wody obniżył się o 30-40 metrów.

Potem był zupełnie niepodobny do swojego poprzednika monastyr w Airawank:

Airawank
Airawank

Następnie kierowca zawiózł nas do jednego z najbardziej znanych w Armenii cmentarzy z okresu średniowiecza, znajdującego się w miejscowości Noratus. Są tam zarówno stare chaczkary, jak i bardziej nowożytne groby. Ormiańskie cmentarze są wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze, w zasadzie każdy grób opatrzony jest portretem. I to nie byle jakim:

Noratus

Jak widać, krzyże – w przeciwieństwie do portretów – nie są obowiązkowe. Po drugie, Ormianie na cmentarzach… jedzą. Jest to jeden ze sposobów oddania szacunku zmarłym przodkom. By jadło się łatwiej, przy wielu grobach jest cała infrastruktura:

Noratus

Po trzecie, szybki rzut oka na daty mówi, że ormiańscy mężczyźni umierają dość młodo (co potwierdzają statystyki). Może to z uwagi na tytoń. W 2006 roku Armenia była na 6. miejscu na świecie pod względem odsetka palaczy. Pali oficjalnie 70 proc. mężczyzn, choć my mieliśmy wrażenie, że 100 proc. również nie byłoby złym oszacowaniem.

Po zwiedzaniu cmentarza, kupiliśmy trochę miejscowej wódki owocowej w plastikowych butelkach i zostaliśmy zaproszeni na obiad do rodziny mieszkającej nieopodal. Ormiańska kuchnia nie jest już tak smaczna jak gruzińska, ale jest jadalna. Podobnie, słynne ormiańskie alkohole to również koniak (np. „Dvin” był ulubionym trunkiem Winstona Churchilla) i – w mniejszym stopniu – wino. Po posileniu się (i lekkim podpiciu) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Gegard, zespół świątynny wpisany na listę UNESCO:

Gegard
Gegard

W krajach górzystych wody pitnej jest zawsze pod dostatkiem (przerabialiśmy to już w Bośni i Hercegowinie), więc leje się gdzie popadnie:

Gegard

Wieś Garni nieodparcie przywołuje skojarzenia z Grecją, a to za sprawą świątyni boga Mitry, będącej centralnym obiektem dobrze zachowanej średniowiecznej twierdzy. Elementy charakterystyczne dla okresu hellenistycznego są widoczne na pierwszy rzut oka.

Garni

Widoki ze szczytu na wąwóz rzeki Azat są naprawdę imponujące, a ja jestem ciekawy, do kogo należy ta willa, ale raczej nie do Kirka Kerkoriana:

Garni

Mówiąc o Armenii, nie sposób nie wspomnieć, że jest krajem wybitnie i obrzydliwie rusofilskim – w przeciwieństwie do Gruzji. Ma to przełożenie na wszystkie dziedziny życia, w tym i na gospodarkę. Półki w ormiańskich sklepach uginają się pod ciężarem towarów importowanych znad Wołgi. Różnic z Gruzją jest zresztą sporo. Gruzinów trudno spotkać podróżując po świecie, to naród, który najlepiej czuje się u siebie w domu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Ormianami, to naród handlarzy, żyjący w wiecznej diasporze. Ormiańskie pochodzenia mają m.in. Charles Aznavour, Aram Chaczaturian, Cher, Garri Kasparow czy multimiliarder Kirk Kerkorian (i to jeden z niewielu wątków ekonomicznych w tej notce). W Armenii częściej niż w Gruzji zdarzy się, że spotkamy kogoś, kto posługuje się językiem angielskim albo francuskim. Z rosyjskim nie ma oczywiście żadnych problemów.

Sama Armenia jest krajem wielkości porównywalnej do województwa wielkopolskiego. Więcej niż co trzeci Ormianin żyjący w Armenii mieszka w Erywaniu (nie przychodzi mi do głowy państwo, dla którego odsetek ludzi zamieszkałych w stolicy byłby większy). Ale i miasto miało dużo czasu, by „uzbierać” sobie tylu osadników. O prehistorycznych korzeniach Ormian niech świadczy fakt, że w 1968 roku Erywań obchodził… 2750. rocznicę założenia miasta.

Nie wszystko jednak aż tak bardzo różni się od Gruzji. Wygląda na to, że cechą wspólną narodów kaukaskich jest niechęć do wczesnego wstawania z łóżka. Była chyba środa, a więc zwykły dzień roboczy, kiedy przed 7:00 rano wyszliśmy z hostelu z zamiarem złapania jakiegoś transportu na dworzec autobusowy. Centrum stolicy Armenii o tej porze przypominało peryferyjną dzielnicę Warszawy o 3 w nocy. Nie działo się absolutnie nic: na ulicach nie było żywego ducha, po ulicy przejeżdżał jeden samochód na trzy minuty. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczął się dzień pracy. Z olbrzymim trudem, po jakichś 20 minutach złapaliśmy zabłąkaną taksówkę. Wspólną cechą Ormian i Gruzinów jest także zwyczaj wieczerzy połączonej z toastami. U Ormian szefa stołu nazywa się tak samo jak u Gruzinów – tamadą.

Jak widać, gospodarka Armenii nie ma przed sobą świetlanych perspektyw. Jeśli chodzi o standardy polityczne, Armenia również jest krajem nadal niestabilnym. Nie minęło nawet 15 lat od najbardziej traumatycznego, niewyjaśnionego do dziś incydentu w ormiańskim parlamencie. W strzelaninie zginął wówczas premier Wazgen Sarkisjan i przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Karen Demirczian:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=oT_yG4P4a88]

Do tego dochodzą konflikty i zatargi z sąsiadami: z Azerbejdżanem o Górski Karabach, z Turcją o klasyfikację prawną rzezi Ormian, z Gruzją na płaszczyźnie kulturowej oraz stosunków z Rosją.

Na koniec jeszcze kilka luźnych obserwacji o samym Erywaniu, w którym bądź co bądź spędziliśmy najwięcej czasu. Do dzisiaj nie udaje mi się rozgryźć znaczenia niektórych erywańskich znaków drogowych:

Erywań

Miasto jest wbrew pozorom dość snobistyczne, czego dowodem (niejedynym!) chociażby salon Armani Junior:

Erywań

Rynek ormiański szturmują także i polskie firmy, choć rusofilia Ormian jest nie do ogarnięcia i przewaga rosyjskich produktów w sklepach jest miażdżąca:

Erywań

Jak w każdym szanującym się kaukaskim mieście, także i w Erywaniu znajdziemy reprezentacyjną fontannę. Ta funkcjonuje w dodatku przy sztucznym jeziorze:

Erywań

Po pobycie w Erywaniu wróciliśmy jeszcze na jeden dzień do Gruzji, skąd następnego dnia odlecieliśmy do Polski. Ale wcześniej, będąc jeszcze w stolicy Armenii, wyskoczyliśmy na jeden dzień do Górskiego Karabachu. I o tej najdzikszej przygodzie będzie w kolejnej, ostatniej notce z kaukaskiego tryptyku. Do następnego razu!

Kaukaski tygiel – część pierwsza: Gruzja

Raport z październikowo-listopadowej wyprawy do republik Kaukazu Południowego rozpoczynam od Gruzji. Nie jest to pewnie kraj bardziej interesujący od Armenii, a na dodatek (zbyt) popularny ostatnio wśród polskich turystów, ale z uwagi na zachowanie chronologii podróży, najlepiej będzie, jeśli rozpocznę od niego.

Na lotnisku w Tbilisi urzędnik wręczył nam buteleczki młodego kachetyjskiego wina. Pewnie z racji faktu, że przybyliśmy do kraju w okresie winobrania. Mimo wszystko, bardzo miły sposób na przywitanie turystów – w żadnym innym kraju nie spotkałem się z czymś podobnym. Od razu wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby turystów na Okęciu witać małą żubróweczką albo góralskimi kierpcami. Wolałbym jednak, by takie suweniry wręczano przy opuszczaniu państwa, a nie przy wjeździe, bo wino i tak zabraliśmy ze sobą do Polski. Na miejscu czekały bowiem dużo większe atrakcje niż degustacja miniaturowego trunku.

Gruzję odwiedziliśmy zaledwie kilka dni po wyborczym triumfie Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie w październikowych wyborach parlamentarnych. Człowiek, którego majątek sięga połowy PKB Gruzji, nie miał problemów z pokonaniem stronników wciąż urzędującego prezydenta Saakaszwilego. Był to pierwszy pokojowy transfer władzy w historii tego kraju. Moment zatem historyczny. Miejscowe media pochłonięte były całkowicie analizą obecnej sytuacji politycznej.

Przez większość czasu w Gruzji towarzyszyli nam nasi przewodnicy i kierowcy, a prywatnie nowożeńcy, Kacha i Janis (wbrew pozorom, pierwsze imię jest męskie, a drugie żeńskie). W Tbilisi przywitała nas zaskakująco dobra jak na tę porę roku pogoda, która potem utrzymywała się (z wyjątkiem jednego czy dwóch dni) przez cały nasz wyjazd. Temperatura w ciągu dnia sięgała 20 stopni, a w Batumi nawet 24-26 stopni. Niby listopad, a można było spokojnie się opalać.

Stolica wywiera bardzo korzystne wrażenie. Szczególnie panorama, którą podziwiać można ze wzgórza, na którym znajduje się miejscowa twierdza, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Połączenie nowoczesności (choć zdecydowanie zbyt wyszukanej i napuszonej jak na mój gust) z dość dobrze zachowaną starością, przynajmniej w tych najbardziej reprezentacyjnych częściach miasta. Wiele z futurystycznie wyglądających budynków ma jednego fundatora – wspomnianego miliardera, Bidzinę Iwaniszwilego. Kacha pokazuje palcem to rezydencję bogacza, to odnowiony w imponującym stylu przez Saakaszwilego pałac prezydencki (z czego wyraźnie nie jest zadowolony), to most „always ultra”, wymyślną konstrukcję w kształcie podpaski. Niestety, zwiedzanie Tbilisi, podobnie jak późniejsze zwiedzanie Erywania, przypadło na poniedziałek, co oznacza, że większość muzeów (w tym etnograficzne – na którym najbardziej mi zależało) było zamkniętych.

Tbilisi
Tbilisi

Najlepiej zachowanym (patrząc przez pryzmat zachodnich standardów) zabytkiem Gruzji jest miasto Mccheta. Niemniej jednak, w mojej opinii starożytność i nowoczesna sterylność nie idą ze sobą w parze. Nie jest to może tak samo silny dysonans, jaki odczułem niegdyś w berlińskim Pergamonmuseum, ale jednak. Przechadzając się po starych budowlach, wolałbym trochę więcej „zapachu starości”, aniżeli wymuskanych, przystosowanych dla zachodnich turystów wygód.

Mccheta
Mccheta

Obwożąc się po Kachetii, zahaczyliśmy o kaukaskie Las Vegas, jakim niewątpliwie jest małe miasteczko Signagi. Oprócz niezłego muzeum prac Niko Pirosmaniego, gruzińskiego malarza prymitywisty (à la łemkowski Nikifor), znajduje się tam bowiem działający całą dobę urząd stanu cywilnego. Po spontanicznej decyzji o wzięciu ślubu cywilnego, przebraniu się przy bagażniku auta i zakupie plastikowych obrączek, okazało się, że z ceremonii jednak nici, bo urzędniczka „przypomniała” sobie, że jednak nie jest tłumaczką przysięgłą języka polskiego. O tyle to było ważne, że nasze polskie nazwiska należałoby na dokumencie urzędowym zapisać alfabetem gruzińskim, co w przypadku mojego nazwiska nie było jeszcze takie trudne, ale w przypadku Emilii okazało się problemem nie do przeskoczenia. Niepocieszeni udaliśmy się do rodzinnej wioski naszego przewodnika na tradycyjną gruzińską wieczerzę – suprę.

Było to najbardziej niezwykłe przeżycie, bo supra nosiła wszelkie cechy autentyczności. Pojechaliśmy na kachetyjską wieś, do domu dziadków Kachy. Niestety, zaczęło się od dość przykrego incydentu, bo gdy zajechaliśmy pod dom, lśniła przed nim karetka pogotowia. Okazało się, że babcia naszego przewodnika (mająca zresztą polskie korzenie, bo jej wciąż żyjąca matka, którą również poznaliśmy, urodziła się na Wołyniu) z powodu nadciśnienia musiała poddać się interwencji lekarskiej. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie i tylko supra lekko się opóźniła. Wujek Kachy był mistrzem ceremonii (tamadą) i co rusz wznosił toasty z młodego wina. To za miłość, to za przyjaźń, to za gości, to za gospodarzy, to za przyjaźń polsko-gruzińską, to za zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego. A wszystko pięknie i kwieciście, nawet w niedoskonałych tłumaczeniu naszego kierowcy, który angielskim władał niewiele lepiej od licealisty po wakacyjnym kursie u metodystów. Każdy toast kończył się zwrotem „gaumardżos”, co po polsku znaczy mniej więcej „na zdrowie”. Cała moja znajomość języka gruzińskiego ogranicza się do tego jednego słowa. Jakieś 2,5 litra wina, które wypiliśmy na głowę, odbiło się oczywiście negatywnie na porannym wstawaniu i czasie rozpoczęcia podróży powrotnej ze wschodnich rubieży kraju.

Na terenie Gruzji znajdują się trzy słynne skalne miasta: David Garedża, Upliscyche i Wardzia. Odwiedziliśmy je wszystkie, co było chyba lekką nadgorliwością (nasi gruzińscy przewodnicy niektóre z nich widzieli po raz pierwszy w życiu). Najlepiej zachowane (tj. dopieszczone funduszami UNESCO), choć najstarsze ze wszystkich, jest Upliscyche…

Upliscyche
Upliscyche

… najbardziej malownicze (i w zasadzie niestarożytne, bo pochodzące z XII wieku) to Wardzia, która w czasach swojej świetności mogła dać schronienie nawet 60 tys. mieszkańców…

Wardzia
Wardzia

… a najtrudniej dostępne – Dawid Garedża z VI wieku. Niestety to ostatnie, zlokalizowane iście po eremicku, niedaleko granicy z Azerbejdżanem (komórki już zmieniły sieć), było w trakcie naszej wizyty częściowo zamknięte, przez co nie mogliśmy go w pełni podziwiać. Dawid Garedża jest obiektem sporu granicznego między Gruzją a Azerbejdżanem, gdyż część kompleksu leży rzekomo już po azerbejdżańskiej stronie granicy. Niemniej jednak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Gruzja i Azerbejdżan to kraje najlepiej dogadujące się na Kaukazie i to mimo (a może właśnie dzięki) odmienności religijnej (chrześcijańska Gruzja, muzułmański Azerbejdżan). Jak na kaukaskie warunki, relacja między obu narodami, wyłączając wspomniany spór graniczny, jest wzorcowa. Inaczej ma się rzecz na linii azerbejdżańsko-ormiańskiej (brak jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych w wyniku długotrwałego konfliktu o Górski Karabach) oraz gruzińsko-ormiańskiej (spory zarówno na niwie kulturowo-religijnej, jak i politycznej – Gruzji nie jest po drodze z nieprzyzwoicie wręcz prorosyjską Armenią). Kacha w rozmowach nigdy nie przyznał Armenii prymatowi w jakiejkolwiek sprawie, nawet oczywistej. Jak na przykład w tej, że Apostolski Kościół Ormiański (założony ok. 314 roku) jest starszy niż Gruziński Kościół Prawosławny i Apostolski (chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej w Gruzji w 317 r.). Armenia i Gruzja to dwa najstarsze schrystianizowane państwa świata, a oba kościoły powstały na długo przed tym, jak świat zachodni wymyślił „prymat Rzymu” i tym samym funkcjonują one w oderwaniu od kościoła rzymskiego.

Mimo niezbyt dogodnej lokalizacji, warto było jednak udać się tam, bo po odbiciu z głównej drogi, trasa tam wiedzie przez półpustynny teren. Przez około dwie godziny przejeżdża się tylko przez jedną wioskę – Udabno – zamieszkałą przez przesiedleńców z górzystej Swanetii.

Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża

Czasami na drodze zdarzają się jeszcze stada owiec, pędzone przez pasterzy. Z punktu widzenia Polaka – totalna egzotyka, w Gruzji to normalny widok:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HvxLVvvvic0]

Osobny paragraf należy się muzeum Stalina w Gori. Miejsce urodzenia zbrodniczego przywódcy ZSRR to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kult Stalina jest wciąż żywy. Trudno rozmawiać w Gruzji o Soso, czasami nawet bałem się rozpoczynać ten temat. Lepiej nie usłyszeć zbyt wiele, by się nie zawieść. Chciałbym wierzyć, że to wszystko na niby, taka ustawiana gra dla picu, dla przyciągnięcia turystów. Niestety, chyba tak nie jest, a mit Stalina siedzi głęboko w gruzińskiej mentalności. Pieczołowitość i powaga pań zatrudnionych w muzeum mówi sama za siebie, w Gruzji brakuje dystansu do osoby Stalina. Wydaje się, że staliniści w Gruzji to głównie osoby starsze i problem może zostać w przyszłości rozwiązany poprzez biologię, ale jednak z takimi demonami nigdy nic nie wiadomo. Wojciech Górecki pisze w książce „Toast za przodków”, że często w czasie supry pojawiają się toasty za Stalina. Reportażysta brał także udział w realizacji filmu „Boskość J. W. Stalina w świetle najnowszych badań”, którego niestety nie udało mi się obejrzeć. Można jednak znaleźć w Internecie jeden ze wstrząsających odcinków emitowanej niegdyś w TVP audycji „Szerokie tory”, poświęcony między innymi właśnie wciąż żywemu kultowi ludobójcy. Na szczęście, w naszym przypadku w czasie supry pominięto ten wątek.

Na zdjęciu poniżej kibel, w którym załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne towarzysz Stalin w trakcie krótkiego, acz owocnego pobytu w Jałcie.

Toaleta Stalina w wagonie, którym udał się na konferencję jałtańską

W drodze z Tbilisi do Gori, po prawej ręce widać miasto przesiedleńców z Osetii Południowej, ewakuowanych z tego rejonu po wybuchu ostatniej wojny. Według opowieści naszych przewodników, miasteczko wzniesiono w ciągu kilku dni. To imponujące, bo prezentuje się wcale nieźle, jest schludne i w niczym nie przypomina „barakowisk”, z jakimi zwykle kojarzą się obozy dla uchodźców.

Najsilniejszą stroną Gruzji jest niewątpliwie smaczna kuchnia. Wiele z zakosztowanych tam potraw próbowałem także w polskich „gruzińskich” restauracjach, ale żadna nie smakowała tak dobrze, jak na Kaukazie. Uniwersalne i tanie chaczapuri („serowy chleb” albo uboga wersja pizzy – jak kto woli) w różnych odmianach, gruzińskie pierogi, czyli chinkali (smaczne, ale nie da się ich zjeść nie brudząc rąk i – w moim wypadku – połowy twarzy), szaszłyki, lobio (na bazie popularnej w tym kraju fasoli), a na deser czurczchela, zwana szumnie „kaukaskim snickersem”, a z wyglądu przypominająca długą kiełbasę i tak też eksponowana na straganach. W tej mozaice nie może oczywiście zabraknąć napojów, czyli najczęściej wina, choć ja osobiście preferuję gruzińskie brandy (np. Sarajishvili). Niezła jest także winogronowa wódka, zwana czaczą. Niestety, prężny niegdyś gruziński przemysł herbaciany (wszyscy chyba pamiętają z piosenki mityczne „herbaciane pola Batumi”) kompletnie podupadł. Gruzja, jak i cały Kaukaz, nie jest niestety krainą piwoszy i o kupieniu smacznego browaru można raczej zapomnieć. Na ewentualnego kaca najlepszym lekarstwem jest słynna na całym świecie woda mineralna Borjomi. Od niedawna wznowiono również jej sprzedaż w Polsce. Niestety, krótko po tej informacji, gruchnęła wieść, że marka przejdzie w ręce rosyjskie, ku rozpaczy chyba każdego, komu woda Borjomi jest bliska.

Gruzińskie jedzenie

Skoro już o Bordżomi (bo woda Borjomi pochodzi z miasta o tej samej nazwie, tj. – spolszczając – Bordżomi)… Miasto kandydowało do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. Gdy przyjedzie się na miejsce, wspomnienie tego faktu brzmi jak bardzo ponury dowcip. Jest 1 listopada i niby już po sezonie (przynajmniej letnim), ale wszechogarniająca atmosfera ponurej beznadziei jest trudna do wytrzymania. O ile ujęcie ciepłego źródła znajduje się w głównym parku, o tyle ujęcie wody zimnej jest tragiczne. Należy wspiąć się na skarpę przy rzece, przejść przez kładkę, następnie wzdłuż koryta rzeki – bardzo wąską (a w deszczu – błotnistą) ścieżką. Jak na flagowy produkt miasta, dostęp do niego jest zdecydowanie zbyt trudny.

Dopiero w Bordżomi w pełni zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo rozwinięte u Gruzinów jest leniuchowanie. Była może godzina 10 rano, gdy spacerowaliśmy po mieście. Z trudem udało nam się kupić coś na śniadanie. Ulice były opustoszałe. Wypicie kawy około 11 również nastręczyło pewne trudności – poza tym okazało się, że w kawiarni nie ma… mleka. Na dworcu kolejowym wszystkie okna były zabite dechami. Dramat, i trudno wyobrazić sobie igrzyska olimpijskie rozgrywane w takim miejscu. Jedynym plusem Bordżomi jest naturalnie doskonała lokalizacja pośród górzystych terenów. Jednakże kolejka linowa, jedna z atrakcji bordżomskiego parku, zakończyła swoje działanie z dniem 31 października i 1 listopada nie mogła niestety nas obsłużyć.

Bordżomi

A w pobliskim lesie jedliśmy gumę do żucia z drzewa. Podobno nie umiera się od tego:

Guma do żucia z żywicy

Jeśli jednak Bordżomi ma być symbolem gruzińskiego lenistwa, pozerstwa, przepychu i próżności, to do opisania Batumi zabrakłoby skali. To miasto (?) w niczym nie przypomina jakiegokolwiek miejsca, jakie widziałem do tej pory. To połączenie Las Vegas z przysłowiowym Wąchockiem, przenikanie się najbardziej wyuzdanego Zachodu z najbardziej pocztówkowym i stereotypowym Wschodem, amalgamacja snobistycznej klasy wyższej i zwykłych małomiasteczkowych plebejuszy. Ekscentryczność, przejawiająca się w takich pomysłach jak budowa fontanny wódki (staliśmy przy niej kilkanaście minut i nie poczęstowała nas niestety czaczą – może dlatego, że było już po sezonie), diabelski młyn na dachu drapacza chmur albo hotele stylizowane na amerykańskie Miami Beach. Przy wjeździe do miasta czytamy na wielkim banerze cytat z Donalda Trumpa. Wielki inwestor wita turystów słowami „In five years, Batumi will be the best city in the world”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć biznesowych Trumpa, w sprawie Batumi pomylił się i to okrutnie. Mam nadzieję, że za tę blagę zainkasował chociaż porządne pieniądze od władz miasta. No… Chyba, że Donald Trump zainwestuje w rozwój Batumi swoje prywatne pieniądze, o czym zresztą swego czasu było głośno.

Jeśli chcecie w Batumi podziwiać takie widoki…

Batumi
Batumi
Batumi

… wynajmijcie apartament nie dalej niż w promieniu 300 metrów od plaży. 400 metrów od plaży drogi nagle tracą asfalt, a z budynków wyziera postkomuna…

Batumi – rzut beretu od centrum miasta

W Batumi, na plus na pewno zaciszny ogród botaniczny o bogatej tradycji, w którym spędziliśmy prawie pół dnia.

Ogród botaniczny w Batumi
Ogród botaniczny w Batumi

Realia komunistyczne trafiły więc w Gruzji na bardzo podatny grunt. System, który przynajmniej części społeczeństwa pozwalał żyć w wystawnym przepychu, łechtał drzemiącą w tym narodzie próżność, umiłowanie życia ponad stan i potrzebę obdarowywania innych kosztownymi prezentami. Poza paletą negatywnych cech, każdy Gruzin jest bowiem z natury gościnny i życzliwy, czuły na punkcie honoru gospodarza. Należy podkreślić, że ta gościnność wyraźnie odbiega od przysłowiowej polskiej gościnności, o której lubi się przypominać przy wielu okazjach. W Gruzji gościnność jest wartością żywą i praktykowaną, a nie uśpionym od dawna narodowym mitem.

Najzabawniejszym, choć dość irytującym problemem w Gruzji jest poczta. Zakup kartek pocztowych graniczy z cudem, to produkt, który zupełnie się w tym kraju nie przyjął. W Batumi, turystycznej perełce Gruzji, poczciarka sprzedała nam jakieś zakurzone archiwalia z czasów Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Załączam skan dla celów dowodowych.

Front kartki pocztowej
Tył kartki pocztowej

Samo znalezienie urzędu pocztowego jest wyzwaniem. W Tbilisi szukaliśmy go z Kachą około pół godziny, po czym – nie wpadając na żaden trop – zrezygnowaliśmy. Urzędy często zmieniają adresy i połapanie się w tym jest trudne nawet dla tubylca.

Ostatniego dnia podróży po Kaukazie, wróciliśmy do Tbilisi zrobić ostatnie zakupy i zrelaksować się przed powrotem do kraju. Jednym z symboli miasta są łaźnie. Nazwa stolicy kraju pochodzi zresztą od ciepłych wód. Można powiedzieć, że Tbilisi to po polsku Cieplice. Łaźnie są rozlokowane w bardzo klimatycznych miejscach. Nie są typową atrakcją turystyczną, przeciwnie – przychodzą do nich prawie sami Gruzini. Wszystko tak trochę na pograniczu starodawnej tradycji i komunistycznych naleciałości. Do kąpieli można zamówić sobie dzban gorącej herbaty z cytryną. Z ciekawostek: zdziwiło nas, że łaźnia zaopatruje gości w prześcieradła zamiast ręczników. Okazało się jednak, że są one dużo bardziej efektywne. Tak żebyście wiedzieli, jak to wygląda:

Łaźnia w Tbilisi
Łaźnia w Tbilisi

W jednym z pociągów na naszej trasie podróżowaliśmy w kuszetce z Szotą Iatashvilim, dość znanym gruzińskim poetą. Iatashvili był po solidnej dawce koniaku (kapka ostała mu się jeszcze w butelce, którą dzierżył), ale pewnie tylko dzięki tej odrobinie śmiałości, jaką wyzwala alkohol, był w stanie improwizować trochę po angielsku. Znał osobiście autora książki, którą akurat czytałem (wspomniany „Toast za przodków” Góreckiego). Tłumaczka z sąsiedniego przedziału wystosowała w jego imieniu oświadczenie, po czym położyliśmy się spać. A mnie przypomniała się piosneczka:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=nJ0mBS0qTSo]

Bośniacki literacki rekonesans

Jakiś rok temu otrzymałem od znajomego książkę Juli Zeh „Cisza jest dźwiękiem” (oryg. „Die Stille ist ein Geräusch”), będącą reportażem autorki z jej podróży po Bośni i Hercegowinie. Fakt, że sięgnąłem po niego i odkurzyłem dopiero wczoraj, najlepiej świadczy o mojej niemocy czytelniczej, na którą cierpiałem w ostatnich dwunastu miesiącach. Jednak w obliczu zbliżającej się wrześniowej eskapady do kraju nad Neretwą, wyjątkowo słabo poznanego i wątle zakorzenionego w ogólnoeuropejskiej świadomości, konieczność zdobycia jakiejś głębszej wiedzy jawi się jako więcej niż wskazana.

Książka, przynajmniej jej początek, czyta się bardzo dobrze. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wydana została w 2004 roku, a autorka odbywała swą podróż w momencie, gdy Bośnia i Hercegowina była jednym z państw najbardziej odizolowanych od bieżącego nurtu wydarzeń. Po zakończeniu wojny w 1995 roku, Bośnia zniknęła bowiem z czołówek mediów. Strach rodzi się z niewiedzy, toteż wszyscy znajomi autorce podróż odradzali. W zakamarkach ich pamięci istniały tylko dwie „miejscowości”, których nazwy wryły się w umysł tak mocno, że stały się trudne do wyplewienia: „bośniacka-enklawa-bihać” i „oblężone-sarajewo”. Komentarz zbędny.

Teraz światowe koncerny medialne znów interesują się Srebrenicą, a i sam kraj pod względem politycznym wygląda już dużo stabilniej. Jestem bardzo ciekawy, jak wygląda z bliska. We wrześniu planuję zobaczyć co najmniej stolicę Sarajewo, zabytkowy Mostar, słynne z fałszywych objawień maryjnych Medziugorie i Neum, jedyne bośniackie miasto z dostępem do morza, w którym zamierzam stacjonować. O ile oczywiście biuro podróży nie pokrzyżuje moich planów i nie odwoła wycieczki, na wzór tego, co zrobiło poprzednie biuro, z którego usług pierwotnie chciałem skorzystać. Jak widać, nie można powiedzieć by Neum cieszyło się wśród polskich turystów szczególną popularnością, a podróż do Bośni zupełnie na własną rękę byłaby skomplikowana i niestety bardzo nieopłacalna.

Juli Zeh żałuje, że przed wyjazdem nie zapoznała się na przykład z średniowieczną historią Bośni. I ja chyba będę również żałować, ale widoków na ujarzmienie aż tak rozległej porcji literatury nie dostrzegam. Mam jednak nadzieje, że mój rekonesans na reportażu Zeh się nie zakończy.

Droga do Kukës

To korytarz przyjaźni i pokoju – mówił albański premier, Sali Berisha, przy akompaniamencie braw licznie zgromadzonej publiczności, wymachującej radośnie flagami Albanii i Unii Europejskiej. Było to w czwartek, 25 czerwca 2009 roku.

Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że Albania i Kosowo, dwa kraje które w być może nie tak dalekiej przyszłości scalą się w jedno państwo, realizując tym samym upragnioną, odwieczną koncepcję polityczną Wielkiej Albanii, które w całości niemal zamieszkane są przez przedstawicieli jednego narodu – Albańczyków, są tak słabo ze sobą skomunikowane. Autokarów kursujących na linii Tirana – Prisztina jest co prawda kilka, ale wszystkie jak jeden mąż rozpoczynają bieg o godzinie 18:00, nie pozostawiając podróżnym żadnego wyboru. Połączenia kolejowe nie istnieją (Albania w ogóle nie posiada żadnego połączenia międzynarodowego – szerzej o albańskich pociągach napiszę w kolejnej części reportażu), samolotów rejsowych jest jak na lekarstwo. To może samochodem?

Jeszcze nie tak dawno temu dystans między obiema stolicami, liczący około 340 kilometrów pokonywało się w czasie dziesięciu godzin (sic!). A więc do stolicy Kosowa autobus zwykł przyjeżdżać o świcie. Teraz jednak podróż trwa tylko sześć godzin, do Prisztiny przyjeżdża się tuż po północy. Skąd ta czterogodzinna różnica?

Trwającą pół dnia eskapadę między albańską stolicą a stolicą braterskiego Kosowa, trasą wiodącą przez kręte dróżki rozsiane pomiędzy dzikimi łańcuchami górskimi północnej Albanii, skrócono do sześciu godzin. A i to nie wszystko – bo docelowo podróż ta ma zabierać z życia kierowcy nie więcej niż dwie godziny! Wszystko dzięki nowej drodze z Durrës nad Adriatykiem do Kukës i Morinë tuż przy granicy z Kosowem, na budowę której kontrakt podpisano w 2006 roku. Wykonało ją turecko-amerykańskie konsorcjum Bechtel-Enka. To największa w dziejach inwestycja zrealizowana w Albanii. Autostrada jak na tutejsze warunki jest imponująca i stanowi spory sukces rządu. 170 kilometrów, z czego 7 kilometrów mostów i pięcioipółkilometrowy, wydrążony w skałach, najdłuższy na Bałkanach tunel między Thirra a Kalimash.

Przed rokiem droga nie była jednak zupełnie skończona. W tunelu działał tylko jeden pas i ruch odbywał się wahadłowo. To poważne utrudnienie, ale Albańczycy i tak zdecydowali się uruchomić wartą 800 milionów euro drogę. Kontemplując tę kwotę trzeba dodatkowo pamiętać, że roczne przychody albańskiego budżetu państwa to ledwie niewiele ponad… 2,5 mld euro.

I choć wydatki okazały się dwukrotnie wyższe od oczekiwanych, a wielu polityków musiało stawić czoło oskarżeniom o napychanie własnych kieszeni, to jednak droga pozostaje sprawą narodową, urasta do rangi symbolu. Budowę promuje nawet wystawa zdjęć na głównej ulicy Tirany. W czasach, gdy w krajach wysoko rozwiniętych o sile integracji decydują technologie informacyjne, tutaj wciąż najistotniejsze jest to, co namacalne, infrastruktura, fizyczne połączenie dwóch bratnich miast. Droga. Może wydawać się w pierwszej chwili, że oto nowoczesność wdziera się przebojem do Albanii, przecinając bitumiczną, szeroką na cztery pasy nitką całe połacie tajemniczych albańskich gór, Gór Przeklętych, znanych w Europie z wciąż praktykowanej na ich terenach gjakmarrji (zemsty rodowej). Ale to złudzenie. W rzeczywistości to tylko tradycja przybiera nową formę. Albańczycy nie są narodem podróżników, ale są narodem emigrantów. Źle czują się z dala od domu, ale ich rodziny są dziś często rozdzielone granicami państw. Podróżować więc muszą, by stało się zadość tradycji pielęgnowania więzi rodzinnych. Autostrada ma oczywiście kolosalne znaczenie gospodarcze, ale znaczy też wiele dla przeciętnego Albańczyka.

W autobusie sunącym tą właśnie nową drogą pomocnik kierowcy zebrał od nas paszporty w celu spisania ich numerów seryjnych. Oddając je, niedbale czyta nazwiska pasażerów. Wyczytani podnoszą rękę i odbierają dokumenty. Z moim imieniem Albańczyk ma wyraźny problem. W końcu czyta coś co brzmi mniej więcej jak „Marcin”. Po chwili z siedzenia z przodu odwraca się do mnie około pięćdziesięcioletni mężczyzna z pytaniem czy nie jestem przypadkiem Polakiem. Zdębiałem, bo pytanie zadane było po polsku, choć mężczyzna zważywszy na swój akcent moim rodakiem na pewno nie był.

Okazało się, że Xhafer jest Kosowianinem (z dumą pokazywał paszport w eleganckiej granatowej okładce z pozłacanym godłem, wydany już przez władze Republiki Kosowa). Ostatni raz w naszym kraju był w latach osiemdziesiątych, ma w Polsce przyjaciół. Mimo że nie utrzymuje z nimi zażyłych kontaktów, język polski pamięta w stopniu zadziwiającym. Czasami gubi słowa, ale szybko je sobie przypomina. Ma pewne kłopoty z wymową, mam wrażenie, że także ze zrozumieniem, ale nie komplikuje nam to komunikacji w zasadniczy sposób. Rozmawiamy szybko, aktywnie, wręcz łapczywie, wiedząc, że nigdy więcej się nie spotkamy…

Byłem w Krakowie jeszcze  gdy Karol Wojtyła był tam arcybiskupem. Mój przyjaciel zaprowadził mnie do niego po jednej z mszy. (Ja jestem katolikiem.) Przedstawił mnie jako znajomego z Kosowa. Kto wtedy słyszał o Kosowie?! I wtedy stała się rzecz bardzo dla mnie dziwna. Przyszły papież uśmiechnął się i wymienił ze mną kilka zdań. Wojtyła mówił do mnie… po albańsku!

Później zapewniał mnie:

Bardzo dobrze myślę o Polsce. Dobrze chcę dla Polski.

Xhafer też jest cukrzykiem. Kiedy na postoju, już po wyjeździe z Kukës, zamówiliśmy na kolację tradycyjną kosowską pleskavicę (wołowina z warzywami) przepołowił dołączoną bułkę na dwie części i jej wnętrzem pieczołowicie wycierał pozostały na mięsie tłuszcz. Ten jego obraz najbardziej utkwił mi w pamięci. Pożegnaliśmy się w Prizren, tam Xhafer wysiadał.

W Kosowie autobus zwolnił, tam autostrady jeszcze nie ma. Wszyscy oczekują na przedłużenie tej albańskiej do Prisztiny, co już na dobre scali dwa organizmy państwowe, niegdyś rozłączone przez los.

Premier Kosowa, Hashim Thaci mimo wcześniejszych zapowiedzi nie pojawił się na uroczystości otwarcia drogi ze względu na napięty terminarz i wizytę w Stanach Zjednoczonych.

Sklepik przy głównej alei

Do Tirany przyjeżdżam bardzo wcześnie, jeszcze przed siódmą. W Albanii najwygodniej podróżuje się o świcie, szczególnie latem, gdy temperatury bywają bardzo wysokie. Ale chodzi też o to, by stać się „tutejszym”, wtłoczyć się w rytm dnia typowego tubylca, wstającego wcześnie rano do pracy. Komunikacja międzymiastowa nie podlega tu z reguły żadnemu rozkładowi jazdy. Improwizacja, która dotyka wielu dziedzin życia, działa nadzwyczaj sprawnie, ale dla przybysza z zewnątrz – pozostaje improwizacją, rodzącą pewien specyficzny posmak niepokoju, a nawet obłędnej dzikości. Autobusy lub minibusy (zwane potocznie furgonami) odjeżdżają najczęściej dopiero wtedy, gdy zapełnią się pasażerami. Najszybciej zapełniają się rano, dlatego jakąkolwiek podróż po kraju warto zaczynać właśnie wtedy. Rozkład jazdy jest tu bytem zbędnym, przynajmniej w swojej zmaterializowanej, papierowej postaci. Mają go autobusy do Prisztiny, do Aten, do Dortmundu. Ale po co rozkład jazdy na autobusy do Tirany? Przecież one i tak jeżdżą co chwilę. I to prawda – podróż do stolicy nie sprawia w ciągu dnia najmniejszych problemów, non stop potykamy się o furgony z wielką tabliczką „Tiranë”, wetkniętą za przednią szybę. Gorzej, jeżeli chcemy wybrać się w drogę powrotną, a w końcu prędzej czy później z każdej podróży trzeba wrócić. Połączenia do innych miast nie są już tak częste, a pragnienie dostania się gdziekolwiek po godzinie 18:00 zaspokoi już wyłącznie taksówka.

Główny, aczkolwiek ku rozpaczy przyjezdnych wcale nie jedyny dworzec autobusowy w stolicy Albanii to stosunkowo niewielkie, zasnute wieczną mgiełką kurzu żwirowisko. Nazwa „dworzec” może i nadana została trochę na wyrost, ale ci, którzy mieli do czynienia z krajowym dworcem PKS na warszawskiej Pradze nie powinni być szczególnie zszokowani. Od tego miejsca, zlokalizowanego w północnej części centrum miasta, aż do jego południowych krańców, ciągnie się główna arteria Tirany. Z początku, na relatywnie krótszym odcinku, ulica nosi nazwę króla Zogu I, później przechodzi w ulicę Dëshmorët e Kombit, czyli Męczenników Ojczyzny.

Nietrudno zgadnąć, że centralnym punktem miasta jest pomnik Skanderbega. Obserwowanie go o różnych porach dnia, pod różnym kątem, przy różnym oświetleniu, nie wiedzieć czemu stało się dla mnie czynnością o działaniu hipnotyzującym. Skanderbeg w porannym półmroku, w południowym skwarze, w przytulnych promieniach popołudnia… Jedna twarz, którą każdy albański artysta wyrzeźbi z zamkniętymi oczami, a tyle różnych doznań. Nawet teraz, gdy patrzę na pocztówki z tirańskim placem Skanderbega, nie poznaję pomnika, pod którym przesiedziałem tyle czasu.

Na południowych rubieżach Tirany, za stadionem i zabudowaniami uniwersytetu, rozciąga się wielki park miejski. Tu natrafiamy na rozsiane w bezładzie cmentarze, pomniki i inne miejsca pamięci związane z burzliwą historią Albanii. U jego bram, w cieniu pobliskich drzew, na niewielkim placyku mieści się skromny pomnik Fryderyka Chopina, a raczej Frederika Shopena.

O ile albańscy handlarze nie są podobni do tureckich i nie narzucają się, o tyle szczególną rolę w albańskim systemie transportowym odgrywają – tak byśmy to nazwali – „naganiacze”. Trudno tu mówić o agresji, aczkolwiek ich zaangażowanie, mierzone stopniem zdarcia gardła, bywa ogromne. Kierowcy furgonów z reguły naganiają samodzielnie, kierowcy większych autobusów najczęściej mają od tego swojego człowieka. Rozpoczyna się walka o bilety (warte czasami zaledwie kilkadziesiąt leków, czyli 2-3 złote): kto kogo przekrzyczy, kto pierwszy zwróci uwagę potencjalnych pasażerów. Można się dziwić, że tak jest, bo wybór trasy podróży nie jest przecież decyzją spontaniczną i z reguły pasażerowie mają już upatrzony środek lokomocji. Skuteczność tak rozumianego albańskiego marketingu wydaje się być znikoma, mimo wszystko jest on częścią uroku tego społeczeństwa.

Częścią tutejszego – jak to nazwaliśmy – uroku, jest też egzotyczna kasta albańskich „cinkciarzy”, okupujących strategiczne miejsca w głównych miastach. Wymieniają euro po kursie „kantorowym”, a transakcje w porównaniu do tych z obrazu „Sztos” Olafa Lubaszenki są obarczone bardzo niewielkim ryzykiem. Albańczycy generalnie należą do narodów bardzo dumnych i w swojej dumie – uczciwych.

Brak znajomości języków obcych to w Albanii podstawowy problem, jakiemu muszą stawić czoła przyjezdni. Sam albański, język bardzo szorstki, niepodobny do żadnego innego języka pod słońcem, należy do względnie trudnych. Wielu ludzi przyznaje się do znajomości włoskiego i ze względu na ścisłe związki gospodarcze między tymi dwoma krajami jestem skłonny nawet w to uwierzyć. Angielski to mowa prawie egzotyczna, nawet w samej stolicy i nawet wśród młodych ludzi. Pracownice punktu informacji turystycznej w centrum Tirany posługiwały się współczesną lingua franca z pewną trudnością, a na przybysza z innego kraju spoglądały nie bez zdziwienia i naturalnie zadały pytanie o kraj mojego pochodzenia.

Dodatkowe wyzwanie stanowi fakt, że potomkowie Ilirów, podobnie jak Bułgarzy, kiwają głowami zupełnie inaczej niż reszta Europejczyków. Aprobatę wyrażają kiwaniem horyzontalnym, sprzeciw – wertykalnym. Biorąc pod uwagę to oraz wspomniany już fakt, że Albańczycy do poliglotów nie należą, wzajemna komunikacja jest wyjątkowo karkołomna i nierzadko zwykła rozmowa przeistacza się w groteskową komedię pomyłek.

Syn taksówkarza, z którym starałem się ustalić warunki kursu z centrum Tirany do parku narodowego Dajti położonego kilkanaście kilometrów poza granicami miasta, posługiwał się angielskim w stopniu umożliwiającym negocjacje cenowe, w których jednak i tak główną rolę odegrał ołówek wraz z kawałkiem papieru. Szczyt Dajti, jeden z najwyższych w Albanii, jest swego rodzaju osobliwością. Rzadko zdarza się, by stolica jakiegokolwiek państwa leżała tuż u stóp pięknego parku narodowego (jednego z dwóch w całym państwie). Na górę wjeżdża pachnąca jeszcze nowością kolejka linowa, wybudowana przez Austriaków i tym samym budząca zaufanie. Mimo, że jest sobota, tłumów nie widać, wagoniki jeżdżą puste…

W sklepiku z pamiątkami przy bulwarze króla Zogu I z chwilowego odrętwienia odrywa mnie kojący dla uszu głos właściciela. Kojący, bo wypowiedziane po angielsku słowa „What do you need, my friend” są w tym kraju rzadkością. Właścicielem sklepu jest Avni, osobisty ochroniarz byłego prezydenta Albanii, Alfreda Moisiu (2002-2007). Nie pamięta już dokładnie, ale w 2004 czy 2005 roku* był w Polsce. Z Warszawy zapamiętał jedno, „szerokie drogi” – do dzisiaj tę frazę jest w stanie wypowiedzieć poprawną polszczyzną. Avni odwiedził też Kraków, który również wywarł na nim duże wrażenie.

Do Polski żywi coś w rodzaju pretensji. Na Okęciu ośmielono się bowiem skontrolować jego broń osobistą. Uważa, że to nienormalne, był przecież bodyguardem. W żadnym kraju nie miał takich problemów… W ogóle bardzo często słowo „problem” powtarza się i nawraca w jego wypowiedziach. Na pytanie, czym zajmuje się teraz, mówi, że kształci nowych ochroniarzy. Sam jestem już za stary na tę robotę – mówi.

Avni jest muzułmaninem. Chętnie opowiada o swojej rodzinie. Jego żona, nota bene właścicielka sklepu (jest sobota, więc Avni ma czas, by dopomóc w rodzinnym interesie) jest wyznania prawosławnego. Matka była katoliczką. Dzieci? Ma dwie córki, 20 i 16 lat. Chodzą na przemian co dwa tygodnie do meczetu i do cerkwi. Ale one nie lubią religii – ubolewa prezydencki ochroniarz. – Nie zajmuje ich to. Wolą Internet, „dirty” Internet – kiwa głową.

W tej religijnej mozaice nie ma nic nadzwyczajnego, gdyż w Albanii od wieków panuje doskonała tolerancja i kwestie wyznania nie rodzą żadnych napięć międzyludzkich. Jest tu około 70% muzułmanów, 20% prawosławnych i 10% katolików. Wiele osób deklaruje jednak ateizm, co jest skutkiem zakazania w tym kraju w 1967 roku wyznawania jakiejkolwiek religii. Zamknięto wówczas wszystkie kościoły, cerkwie i meczety, urządzając w nich magazyny i hale sportowe, a Albania ogłoszona została pierwszym na świecie państwem ateistycznym.

Sklepik żony Avniego niczym nie różni się od setek tysięcy innych przybytków tego rodzaju. Sprzedaje sztampowe pamiątki, podobne – barwione oczywiście innymi kolorami – można znaleźć na ulicach Barcelony czy Pragi. Ale są i suweniry typowo albańskie: są figurki błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty, chyba najpopularniejszej Albanki na świecie, są popiersia Skanderbega, są popielniczki w kształcie bunkra, są imbryki do parzenia kawy.

W zasadzie jedynym miejscem w Albanii, gdzie przemysł pamiątkowy wymyka się sztampowości, jest Kruja. Zauważył to już Andrzej Stasiuk w książce „Jadąc do Babadag”. Stara uliczka handlowa prowadząca na tamtejsze wzgórze aż przytłacza stęchłym zapachem wydobywającym się zza drzwi drewnianych straganów. To miejsce, gdzie sprzedawcy zapraszają każdego do środka. „Tylko żeby zobaczyć”. Potem rozkładają przed naszymi oczami barwne, ręcznie tkane kilimy, zgarniają ręką kurz z ozdobnych pater, prezentują znaczki pocztowe sprzed dziesiątek lat… Jeżeli można wyobrazić sobie przepych pod postacią starości, kontrast arcydzieł ze zwykłą tandetą, symbiozę chaosu i samouwielbienia dla własnego dziedzictwa – Kruja jest miejscem, gdzie postulat o synonimiczności piękna i harmonii traci rację bytu, gdzie zarówno piękno jak i brzydota mogą być wtłoczone wyłącznie w ramy dysharmonii. Kicz i arcydzieła o nieokreślonej wartości walają się gdzie popadnie, wywołując dezorientację i przerażenie. I konia z rzędem temu, kto rozróżni jedne od drugich…

Nad Krują góruje cytadela, jeden z głównych punktów oporu wojsk Skanderbega w XV wieku i symbol bezprecedensowej, wieloletniej obrony kraju, jaka była dziełem albańskich bohaterów. Budowla została odrestaurowana według projektu córki Envera Hodży, Pranvery, ale nie zadbano o zachowanie historycznej wierności i wzgórze już z daleka razi nieuzasadnionym eklektyzmem stylów.

Co ciekawe, na tym nie kończą się wyczyny architektoniczne Pranvery Hodży. Jednym z symboli stolicy kraju, Tirany, jest bowiem popularna „piramida”, a oficjalnie – Międzynarodowe Centrum Kultury. Psychodeliczny obiekt o zatrważającej architekturze, kojarzący się z głębokim i nieposkromionym modernizmem, ma w sobie wszystkie te cechy, które powinien mieć symbol dyktatury, totalitaryzmu i władzy absolutnej. Bezmierna brzydota „piramidy” nie pozwala mi uwierzyć, że ten budzący wyłącznie lęk budynek wzniesiony został zaledwie 20 lat temu, bo w 1988 roku jako mauzoleum ku czci Hodży.

Wyjeżdżając z Tirany gwarnym, wypełnionym po brzegi autobusem, w zasadzie nie wiem, czym ona jest. Jedyną europejską stolicą bez McDonald’sa? Nieanglojęzyczną enklawą na krańcu cywilizowanej Europy, gdzie wielu ludzi nie miało jeszcze w rękach aparatu cyfrowego? Źle oznakowanym miastem nad cuchnącym kanałem, z rozkradzionymi studzienkami kanalizacyjnymi, o okropnych budowlach obnażających ten skrajnie wyniszczający typ komunizmu jakiego nawet w innych krajach Europy nie zaznano? Czy też zapamiętać Tiranę z jej budynkami odmalowanymi na jaskrawe, wesołe, żółto-czerwone barwy? Tiranę u podnóża pięknej góry Dajti? Z kolorowymi bazarami i nowoczesną galerią sztuki, prezentującą co prawda socrealistyczne ścierwa, ale za to w standardzie jak najbardziej zachodnim? Tiranę starająca się żyć?…

I z takim właśnie wrażeniem wyjechałem. Tirana jest miejscem, gdzie ludzie starają się żyć. A jest to życie po zmartwychwstaniu z ciężkiej traumy bezwzględnej dyktatury.

* Prezydent Moisiu odwiedził nasz kraj w 2006 roku.

Z poziomu szosy

Wjeżdżając do Albanii przez jedyne przejście graniczne od strony czarnogórskiej, w miejscowości Muriqani, trudno dostrzec to, co zdaniem wielu, mimo upływu lat pozostaje symbolem tego kraju. Mowa o bunkrach. „Ojczyzna bunkrów”, „kraj tysięcy bunkrów” – to tylko niektóre przydomki, jakimi chrzczona jest ta niewielka bałkańska republika. Ale od początku. W 1978 roku albański dyktator, Enver Hoxha, zrywa, po kilkunastoletniej sielance, sojusz z Chinami. Ów dziwaczna, albańsko-chińska komitywa, jedna z najbardziej egzotycznych w historii świata, przestaje istnieć. Hoxha wpada w obsesję, panicznie boi się inwazji. Nieważne, że Tiranę i Pekin dzieli ponad osiem tysięcy kilometrów. Nic, że choć Chiny były dla Albanii wszystkim jeżeli chodzi o kontakty zagraniczne, o tyle strata albańskiego partnera nie rozdrażniła Pekinu ani w połowie tak mocno. Tak, jak nie było racjonalności w ścisłym przymierzu obu krajów, tak nie było go również w decyzji o jego zerwaniu i we wszelkich dalszych działaniach podejmowanych przez Hoxhę.

Hoxha wznosi bunkry. Bogiem a prawdą, wznosi je już od 1967 roku, w obawie przed najazdami wrogów, a wrogami dla tego najbardziej wyobcowanego kraju świata były wówczas wszystkie narody, ze Związkiem Radzieckim i Jugosławią na czele. W jego chorym umyśle rodzi się wizja kraju-obozu koncentracyjnego dla dwóch milionów ludzi. Wyobraźmy sobie więc dyktatora o władzy i posłuchu, które pozwalają mu na podjęcie decyzji, by doprowadzić do wzniesienia dziesiątek, setek tysięcy identycznych, kilkuosobowych bunkrów. Ta identyczność i kserograficzna wręcz powtarzalność bryły i detali, jest uderzająca. Każda albańska rodzina ma schron na wypadek agresji. I to nie byle jaki schron. Betonowe grzyby w oszałamiającym tempie zmieniają krajobraz Albanii, czyniąc zeń miejsce o charakterze i duszy oblężonej twierdzy. Z północy na południe, z zachodu na wschód, w trudno dostępnych terenach górskich i na brzegu morza, na terenach przygranicznych i wśród kłosów zbóż, kraj pokrywa się siecią bliźniaczych, murowanych igloo. Albańskie punkty oporu, niczym linia Maginota, która kilkadziesiąt lat wcześniej przeorała wschodnią Francję, dają poczucie bezpieczeństwa i iluzję siły. Linia Maginota padła, jak wszystkie inne systemy fortyfikacji obronnych. Efekty szaleństwa Hoxhy żyją wciąż własnym życiem, niszczeją i straszą, starzeją się na oczach jego byłych poddanych i pierwszych przyjezdnych, napływających do tego małego kraju. W zamyśle niezniszczalne bunkry, okazały się takie w rzeczywistości – dziś trudno się ich pozbyć. Zmieniono więc ich przeznaczenie. Obecnie mieszczą się w nich graciarnie i spiżarnie. Część Albańczyków potrafiła zatem wykrzesać z nich iskierkę sensu, zaadaptować, oswoić, udomowić. Jeśli natomiast w pobliżu nie ma domostw, bunkry stoją bezczynnie. Samotnie, niczym niechciani świadkowie trudnych czasów.

W polsko-francusko-albańskim filmie „Pułkownik Bunkier” z 1998 roku odnajdujemy przejmujący obraz tragedii i bezsensu, jakim była „bunkieryzacja” państwa. Głównym bohaterem filmu jest albański oficer, który otrzymuje rozkaz przeprowadzenia akcji budowy bunkrów na obszarze całego kraju. Po latach upada system komunistyczny. Życie w Albanii uświadamia mu absurd dzieła, któremu się poświęcił, a które pochłonęło gigantyczną kwotę trzech miliardów dolarów amerykańskich. Popełnia samobójstwo w pobliżu bunkra, w którym kocha się para młodych ludzi. Trudno o bardziej wyrazistą i epatującą kontrastem puentę. Nie tylko w Albanii, ale i na całych Bałkanach „kontrast” to słowo-klucz.

Ale tych właśnie bunkrów brakuje mi, gdy teraz podróżuję przez Albanię. Przygotowany na to, że będą kłuć mnie po oczach, psuć ogólne wrażenie krajobrazu, wchodzić nieproszone w kadry zdjęć i tłamsić architekturę otoczenia, jestem zawiedziony. Owszem, są. Ale gdzieś na drugim planie, zasymilowane, przytłoczone teraźniejszością problemów bardziej palących i bardziej realnych niż domniemana imperialistyczna inwazja. Uwagę przykuwają inne detale. Albańczycy, trzyipółmilionowy naród (nie licząc licznej emigracji i Albańczyków zamieszkałych w Kosowie), jak większość małych nacji, chętnie eksponują swój patriotyzm. Wywieszone na posesjach flagi powiewają na bardzo słabym wrześniowym wietrze. Zakurzone, obstrzępione, wyblakłe, jednym słowem – adekwatne do stanu działki, której właściciel swą miłość do ojczyzny poświadcza tym właśnie krwistoczerwonym sztandarem z czarną gapą. Często spotyka się, wespół z narodowymi barwami Albanii, flagi Kosowa i Stanów Zjednoczonych, a także Unii Europejskiej i NATO.

Albańskie domostwa nie urzekają. Zdecydowana większość z nich jest zresztą niewykończona. Niezależnie od miejscowości, w której aktualnie przebywam, mam ochotę przeprosić mieszkańców, że przeszkadzam, zasugerować, że może wrócę za rok, za dwa, że wtedy już budowa się zakończy, że dopiero wówczas przyjdzie czas, by otworzyć podwoje Albanii dla przybyszy z zewnątrz. A potem uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie wiem, jak długo ta budowa już trwa. Może trwa rok, a może te wystające strzeliście ku niebu zbrojenia niewykończonych ścian wzniesione zostały już dziesięć, piętnaście lat temu. Wprawne oko jest w stanie to określić. Z pewnością natomiast jest w stanie to zrobić adorator córki gospodarza takiego domu. Wszystko dlatego, że Albańczycy rozmyślnie pozostawiają wystające zbrojenia. Jeśli mają córkę, zawsze pozostają w pełnej gotowości do dobudowania do swojego domu kolejnego piętra. To będzie przecież konieczność, gdy ich dziecko zdecyduje się na założenie rodziny. Jeśli tak się jednak nie stanie, zbrojenia niszczeją. Bez trudu można dostrzec, któremu z gospodarzy trafiła się stara panna…

Jednak nie domy są tu najważniejsze. To, co wyznacza miejsce w hierarchii społecznej, to samochód. Od jakiegoś czasu pokutuje opinia, że najwięcej mercedesów jeździ w Moskwie. Jest to nieprawda, gdyż w Albanii, gdziekolwiek nie zawiesimy oczu, mercedes będzie z pewnością jednym z elementów krajobrazu. Dziewięćdziesiąt procent jeżdżących po tamtejszych drogach samochodów to auta produkcji niemieckiej, z czego kolejne dziewięćdziesiąt procent to mercedesy. Ponadto, większość z nich to modele stosunkowo nowe, choć oczywiście zdarzają się także nieco archaiczne konstrukcje. Nieistotne – zdają się myśleć Albańczycy – przecież liczy się prestiż, jaki niesie ze sobą marka. W tym odbudowującym się z bezprecedensowej komunistycznej ruiny państwie, gdzie w minionej epoce politycznej posiadanie prywatnego samochodu było surowo zabronione, marketing w nadspodziewanie skuteczny sposób kształtuje umysły mieszkańców.

Po tym nieco przydługawym wstępie dochodzimy do obiektu, który wrył mi się w pamięć tak silnie, że dziś jest to pierwsza rzecz, która przychodzi mi na myśl na dźwięk słowa „Albania”. Tym czymś jest lavazh – myjnia samochodowa. Po zdewastowanych drogach, pełnych gruzów i kurzu, pędzą lśniące mercedesy. Wszystko to dzięki myjniom. Umiłowanie Albańczyków dla ich czterech kółek jest imponujące. Ręczne myjnie znajdują się przy każdej trasie, na każdym rogu, w każdej miejscowości, niezależnie od jej wielkości. Ich usługi nie są szczególnie tanie, biorąc pod uwagę standard tych przybytków i zasobność albańskich portfeli, ale sądząc z ich niesłychanej liczby, muszą być widocznie rentowne. Patrzymy w prawo – lavazh, przejechaliśmy sto metrów, skręcamy, po lewej – lavazh, dla nadjeżdżających z przeciwnej strony, za moment będzie kolejna, nie – od razu dwie, obok siebie! Niewiele potrzeba, by mieć swój własny lavazh – skrawek ziemi przy drodze, szmaciany namiot, kawałek węża ogrodowego, garść środków chemicznych. Narodowy biznes Albanii kręci się w najlepsze.

Zabytki w Albanii wtapiają się w ogólny pejzaż kraju tak naturalnie, jak naturalny jest widok roju pszczół w pasiece, czy kombajnu na polu w porze żniw. Albańczycy, potomkowie plemienia Ilirów, a więc rdzenni mieszkańcy ziem bałkańskich, z dumą odcinający się od słowiańskiego dziedzictwa, szczycą się historią sięgającą czasów rzymskich. Żal ściska za serce, gdy uświadomić sobie, jak zaniedbane jest to dziedzictwo, na którego ochronę nie ma w budżecie pieniędzy. Bezcenne skalne mozaiki poddające się niszczejącej sile wilgoci i jeszcze potężniejszej sile pustki w narodowym skarbcu, ruiny fortec, porośnięte wysoką trawą, górujące nad miastami, choć pozbawione należnego im majestatu…

Albania to wyrzut sumienia Europy, jej bogata i dramatyczna, choć nieznana szerzej historia, czeka na swych odkrywców i miłośników. Historia ta atakuje nas zewsząd, w najmniej spodziewanych zakątkach. To, co zbija nas z tropu, to otoczka zwyczajności. Dla Albańczyków ich odmienność jest przecież codziennością.

I tylko w uszach dźwięczą mi słowa poety:

Są narody, które znają
W  dziejach swoich każdy kamyk
Tak że mało o to dbają… 

Tak że mało o to dbają…