Archiwum kategorii: Polityka

Autonomia dla Śląska? Skromnie

Ruch Autonomii Śląska konsekwentnie domaga się przyznania Górnemu Śląskowi autonomii, zgodnie z jego statusem przedwojennym. Ostatnio głośno było o akcji „Postawili na nas krzyżyk”, która miała zwrócić uwagę na brak długofalowej strategii rządu dla tego regionu. Choć nie jestem Ślązakiem, to jednak jako urodzony i wychowany na Śląsku mam pewne prawo do wypowiedzenia się w temacie, tym bardziej że sprawa nadaje się do umieszczenia w szerszym kontekście.

Opowiadam się za wolnym rynkiem i konkurencją, niezależnie od tego, jakiej sfery ona dotyczy. Nie widzę powodu, aby wolna konkurencja nie mogła zaistnieć w dziedzinie administracji samorządowej. Z tego powodu popieram, a nawet pragnę tym tekstem wzmocnić i rozszerzyć postulaty RAŚ. W niektórych kręgach kwestia działalności Ruchu budzi spore emocje. Mnie nie porusza bardziej niż Klub Przyjaciół Ziemi Goniądzkiej czy Stowarzyszenie Grzybiarzy Amatorów. Po pierwsze – co udowodnię poniżej – postulat autonomizacji regionów nie jest skandaliczny. Po drugie, trudno dyskutować z subiektywnymi przekonaniami i jeżeli ktoś czuje, że jest narodowości śląskiej, to nie sposób mu wmówić, że takiej narodowości nie ma (co uczynił np. Sąd Najwyższy w 2013 roku).

Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania. Źródło fotografii: „Duży Format”, 6 marca 2014 r.

Skupmy się jednak na autonomii. Powszechnie wiadomo, że są „lepsze” i „gorsze” gminy, powiaty, województwa. Wynika to zwykle z czynników dość obiektywnych, np. dostępu do złóż cennego surowca, atrakcyjnej lokalizacji geograficznej (np. przy strategicznym szlaku komunikacyjnym) lub żyznej gleby. Czasami jednak dobrobyt jest rezultatem dobrego zarządzania, trafnych decyzji lokalnej władzy i pracowitości mieszkańców. Powinniśmy promować takie przypadki i pozwolić dobrym zarządcom… stać się jeszcze lepszymi! Cedując więcej obowiązków na władzę samorządową pozwolimy im na wyróżnienie się i wykazanie w większym stopniu niż dotychczas.

Co byłoby główną motywacją i argumentem za federalizacją państwa? Oczywiście dywersyfikacja. Przydaje się wszędzie i w każdej sytuacji. Nie tylko wówczas, gdy rozdzielamy fundusze w naszym portfelu inwestycyjnym na wiele „koszyków” i nie tylko, gdy mówimy o zbalansowanym miksie energetycznym dla zapewnienia bezpieczeństwa strategicznego kraju.

We wszystkich sytuacjach, w których ryzyko popełnienia błędu jest kosztowne, dywersyfikacja będzie właściwą strategią. Wiemy z ostatnich lat, że być może jednym z największych ryzyk naszych czasów jest ryzyko polityczne, regulacyjne i administracyjne, a w trzech słowach: zawodność aparatu państwowego. To politycy stworzyli mechanizm, który wywołał największy kryzys gospodarczy od ćwierćwiecza. Politycy zunifikowali regulacje w strefie euro, tworząc niestabilny system. I tak dalej. Dlaczego mielibyśmy nie pozwolić województwom na ustalanie własnych stawek podatkowych, zarządzanie własnymi szpitalami i szkołami? Może takie podejście wyzwoliłoby w Polakach więcej mobilności i obywatelskości? Może wówczas wybory samorządowe stałyby się rzeczywiście docenione i cieszyłyby się najwyższą frekwencją?

Potrzebujemy różnorodności, która pozwala na testowanie i podglądanie różnych rozwiązań, kopiowanie najlepszych, a porzucanie najsłabszych. Dlatego z takim niepokojem podchodzę np. do pomysłu tzw. „jednego podręcznika”. Całe roczniki dzieci wykształcimy na jedną modłę. Jeśli ta modła okaże się w którymś punkcie niedoskonała, w całej populacji danego rocznika będziemy mieć systematyczny defekt. Władze centralne w Polsce podejmują zbyt wiele arbitralnych decyzji i omiatają swoimi mackami coraz więcej dziedzin życia, a my jako obywatele coraz częściej tracimy kontrolę nad procesem stanowienia prawa. Przeniesienie ośrodków władzy na szczebel lokalny byłoby więc z korzyścią nie tylko dla politycznej i regulacyjnej innowacyjności, ale i dla jakości obywatelskiej kontroli nad urzędami publicznymi, bardzo ważnej w systemie demokracji pośredniej.

Oczywiście podniosą się głosy, że w konsekwencji regionalizacji struktur władzy (a co za tym idzie – także regionalizacji budżetów), niektóre województwa znajdą się w dramatycznej sytuacji finansowej. Teraz mogą jeszcze liczyć na „janosikowe” albo inne transfery solidarnościowe z budżetu centralnego. Cóż, po pierwsze nie wydaje mi się, by rozwarstwienie tempa rozwoju mogło znacząco wzrosnąć w porównaniu ze stanem obecnym. Po drugie, być może reforma byłaby wreszcie impulsem do likwidacji przeludnienia agrarnego w Polsce, czyli problemu nierozwiązanego od zarania dziejów niepodległej Polski (współczynnik urbanizacji w Polsce w 2012 roku wyniósł 60,6 proc. i jest w tendencji spadkowej!). Polskie miasta mają jeszcze duży potencjał absorpcyjny i mogą przyjąć „uchodźców” z przeludnionych agrarnie województw, którzy po zmianie ustroju nie byliby już w stanie tkwić na wsi, generując tam ukryte bezrobocie. Po trzecie, biedniejsze województwa mogłyby sięgnąć po autorskie narzędzia prorozwojowe i np. kusić niższymi podatkami, niższymi kosztami pracy, znośniejszą biurokracją albo sprawnym sądownictwem. Możliwości jest bez liku, a potrzeba sprostania konkurencji uwalnia umysł. Jak to robić świetnie pokazuje malutki amerykański stan Delaware, w którym zarejestrowanych jest większość amerykańskich firm (z czego 65,6 proc. z listy Fortune 500 i 85 proc. spółek wchodzących na giełdę). Można? Oczywiście, że można. W systemie federalnym metody wyróżnienia się są nieograniczone, a zwycięzcy w tej grze zostaną wyłonieni w drodze swoistego darwinizmu. Podczas gdy w Polsce podniecamy się każdą nowo otwartą (lub poszerzoną, lub prolongowaną) specjalną strefą ekonomiczną, być może okazałoby się, że cała Polska może stać się jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną i nikomu się przy tym krzywda nie zadzieje.

Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.
Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.

Proponowane rozwiązanie byłoby też wygodne dla władz centralnych, gdyż zdjęłoby z nich obowiązek troski o  wiele problemów, z których dziś wybronić się nie potrafią. Póki co jednak zasada unitarności państwa jest chroniona art. 3 Konstytucji RP, który mówi: „Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym”. Pozorny brak precyzyjności tego zapisu jest zwodniczy – moim zdaniem tylko zmiana konstytucji może doprowadzić do realnej zmiany ustrojowej, chyba że któraś z opcji politycznych pokusi się o falandyczną interpretację art. 3.

Oczywiście idea federalizacji państwa jest w tym momencie mrzonką, podobnie jak szereg innych sensownych postulatów ustrojowych. Karkołomność realizacji tego pomysłu, polegająca głównie na przeszkodach administracyjnych i politycznych oraz braku tradycji federalistycznych po 1918 roku, sprawia, że na razie możemy zadowolić się tylko rozważaniami teoretycznymi.

Na wschodzie bez zmian

Temat wojny rosyjsko-ukraińskiej wykazuje tendencję sinusoidalną do pojawiania się i znikania z mediów. Można jednak zauważyć, że te „pojawienia” są coraz bardziej nieśmiałe, a polskocentryczne media czują, że ich widzowie i słuchacze chętnie odcięliby się już od tej donbaskiej telenoweli. Nic dziwnego, bo sprawy zagraniczne od wielu lat nie cieszą się już u nas w kraju należytą atencją, głównie dlatego, że z trudem przychodzi nam wpisanie ich w jakiś ważki dla nas kontekst.

Inspiracją do napisania tej notki był jednak obniżony zapał zachodnich polityków do przedłużania sankcji oraz wyraźny marazm jeśli chodzi o poszukiwanie wyjścia z impasu. Podczas, gdy media w Polsce pławią się w tropieniu smaczków w CV Magdaleny Ogórek oraz ekscesach prawicowych dziennikarzy, umyka nam to, co naprawdę ważne dla polskiej racji stanu. A ważnym zastrzeżeniem przy czytaniu tego komentarza jest fakt, że jest on pisany właśnie z punktu widzenia polskich interesów, a nie etyki normatywnej, pacyfizmu czy innego rastafarianizmu.

Od kilku miesięcy mam jasno wyrobione zdanie. Rozwiązaniem konfliktu na naszą korzyść może być jedynie militarne zwycięstwo sił podległych rządowi ukraińskiemu. Uważam tak z trzech powodów.

Po pierwsze, wykluczam możliwość zadziałania sankcji jakiejkolwiek proweniencji, ani też presji dyplomatycznej. Kluczowe znaczenie ma tu ta oto nieszczęśliwa okoliczność, że ustrój Rosji jest autorytarny (z powodzeniem można go określić jako samodzierżawie, choć Mark Galeotti uważa, że kluczowy wpływ na obsadę stanowiska prezydenta mają złodziejskie elity), a Władimir Putin nie podlega bodźcom, jakim podlegają głowy państw demokratycznych. Aktualnie nie istnieje w Rosji siła zdolna do odsunięcia Putina od władzy. Prezydent może zatem do woli podsycać w rosyjskim społeczeństwie nastroje nacjonalistyczne, propagując story o złym i zepsutym Zachodzie, który ponosi winę za ostatnie niepowodzenia gospodarcze. Nie spotka go za to kara polityczna, wyborów na pewno nie przegra. Nawet gdyby doprowadził do klęski głodu od Smoleńska po Władywostok, jest na tyle zręcznym politykiem, że wybroniłby się z tego grzeszku co najmniej „przed Bogiem i historią”.

Po drugie, reżim nie ugnie się także pod jarzmem czynników obiektywnych, którymi są spadające ceny ropy naftowej i innych surowców (Rosji niedaleko do monokultury eksportowej) oraz osłabienie rubla. Nawet gdy nie utrzyma się model Rosji-stacji benzynowej świata oraz gdy na wiele wydatków – przede wszystkim socjalnych – zacznie brakować pieniędzy, możemy być przekonani, że na pewno nie zabraknie na armię. Związek Radziecki Stalina i Trzecia Rzesza Hitlera również nie należały do gospodarek opływających w mleko i miód, a jednak na niedostatek czołgów i moździerzy dziwnym zbiegiem okoliczności nie narzekano. Wniosek: upadającego kolosa trzeba się raczej bać niż z tego tytułu fetować.

Struktura rosyjskiego eksportu w latach 2000-2010 (w cenach stałych z 2007 roku). Źródło grafiki: http://www.voxeu.org/article/diversifying-russia.
Struktura rosyjskiego eksportu w latach 2000-2010 (w cenach stałych z 2007 roku). Źródło grafiki: http://www.voxeu.org/article/diversifying-russia.
Rosyjski budżet nie "spinał" się już przy październikowej cenie ropy wynoszącej 90 USD za baryłkę. Dziś ropa kosztuje około 50 USD. Źródło grafiki: http://www.vox.com/2014/10/14/6975977/which-countries-suffer-most-when-oil-prices-plummet.
Rosyjski budżet nie „spinał” się już przy październikowej cenie ropy wynoszącej 90 USD za baryłkę. Dziś ropa kosztuje około 50 USD. Źródło grafiki: http://www.vox.com/2014/10/14/6975977/which-countries-suffer-most-when-oil-prices-plummet.

Po trzecie, mamy historyczny precedens pokazujący, że Rosja jest w stanie przegrać batalię „na własnym stadionie”. Nie odnoszę się tu do wojny krymskiej sprzed półtora wieku, ale do pierwszego konfliktu w Czeczenii w latach 1994-1996, gdzie nieudolna i słabo zmotywowana rosyjska armia po prostu nie dała rady leśnym ludkom. Niestety, zmasowany szturm wojsk ukraińskich w ostatnich tygodniach zakończył się klęską, ale to wcale nie oznacza jeszcze przegranej wojny. Ukraina nie wygra jednak bez solidnych dostaw uzbrojenia i know-how z zagranicy, i… tu pojawia się problem. Polska nie kwapi się do dozbrojenia ukraińskiej armii, no chyba że za gotówkę – nie jest to jednak dobry znak dla łączonego nas sojuszu i faktycznej zbieżności interesów. To prawda, że Polska ponosi jak do tej pory największe koszty kryzysu ukraińskiego (czego dowodzi poniższe zestawienie z sierpnia 2014 roku), ale trzeba odnosić te koszty do wartości oczekiwanej kosztów, jakie przyjdzie nam ponieść w przypadku eskalacji konfliktu.

Utracone przychody z tytułu embarga na eksport produktów rolno-spożywczych do Rosji
Utracone przychody z tytułu embarga na eksport produktów rolno-spożywczych do Rosji. Źródło grafiki: http://www.statista.com/chart/2572/sanctioned-food-exports-to-russia/.

Na szczęście, polską apatię być może zrekompensują coraz śmielsze ruchy ze strony Stanów Zjednoczonych. Ukraina raczej nie stanie się drugim Izraelem, bo i ukraińskie lobby w Waszyngtonie nie istnieje, i amerykańskie interesy w Europie Wschodniej nie dorównują tym na Bliskim Wschodzie, ale należy mieć nadzieję, że na rozkładające się rosyjskie państwo to wystarczy.

Innym wątkiem, który warto poruszyć, jest propaganda. Myślę, że zachodnie media i politycy podchodzą do tej kwestii bardzo nieprofesjonalnie. Sednem jest uświadomienie sobie, że jesteśmy w stanie wojny i wszystkie chwyty są dozwolone. My tę wojnę wypieramy ze świadomości (pisała o tym już w sierpniu Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz), nie chcemy mierzyć się z tym traumatycznym zagrożeniem. Korespondent „Gazety Wyborczej” z Moskwy, Wacław Radziwinowicz, rozpoczął ostatnio swój artykuł słowami: „prawdopodobieństwo wybuchu otwartej wojny Rosji z Ukrainą rośnie”. Jeśli obecnie trwający konflikt, w którym zginęło już prawie 5 tysięcy osób, nie jest otwarty, to co nim jest?

Kilka miesięcy temu mieliśmy przykład takiej propagandowej klęski – po „referendum” na Krymie amerykański dziennikarz Roderick Gregory zauważył wpadkę jednej z rosyjskich instytucji, która rzekomo opublikowała prawdziwe wyniki głosowania, znacznie mniej korzystne dla Rosji niż rezultat oficjalny. Duża część opinii publicznej zareagowała na rewelacje Gregory’ego z typową dla siebie rezerwą i sceptycyzmem, domagając się twardych dowodów. To absurdalne, bo twarde dowody od samego początku nie mają w tym konflikcie żadnego znaczenia! Dokonując aneksji Krymu i organizując tam podwórkowy plebiscyt Kreml pogwałcił wszystkie możliwe normy prawa międzynarodowego. Co więcej, świat zachodni zareagował mniej więcej w sposób: „OK, bezczelnie ukradłeś kawałek ziemi, good for you. Ale spróbuj ukraść kolejny, to będziemy szczerzyć zęby dużo groźniej, aż do dziąseł”. Tak się nie da grać. Wojna toczy się na wielu polach, także na niwie propagandowej.

Źródło grafiki: http://www.usnews.com/opinion/blogs/world-report/2014/03/24/the-ukraine-crisis-should-lay-to-rest-these-bad-defense-ideas
Źródło grafiki: http://www.usnews.com/opinion/blogs/world-report/2014/03/24/the-ukraine-crisis-should-lay-to-rest-these-bad-defense-ideas

Przejawem politycznej niedojrzałości jest rozkładanie wypowiedzi Władimira Putina na czynniki pierwsze (tak jakby rzeczywiście tkwiła w nich jakaś warta do przeanalizowania logika) i ważenie słów po drugiej stronie tak, aby nie drażnić Rosji i nie pobudzać jej apetytu (to 95-letni Helmut Schmidt w marcu ubiegłego roku). Mamy więc ludzi roztrząsających czy aby na pewno to rosyjscy terroryści strącili malezyjski MH17, czy może były to lewitujące ogry, jak również takich, którzy Rosję nazywają „domem tolerancji” a wojnę w Donbasie lekceważą jako „coś jak grypa”. Putin lansuje swoją narrację, mówi o prawie Rosji do imperium, o faszystowskim reżimie w Kijowie, o represjonowanej mniejszości rosyjskiej w Donbasie, często trafiając ze swoimi argumentami na podatny grunt Russversteherów (niestety, także Polaków, którzy chętnie wykorzystują okazję by rozgrywać resentymenty spod znaku rzezi wołyńskiej albo OUN). Wreszcie, kreuje się na orędownika pokoju, to wysyłając kolejne „konwoje humanitarne” do Donbasu, to wzywając do zawieszenia broni. Posiada duży potencjał perswazyjny i nie należy wykluczać żadnego scenariusza, włącznie z przyznaniem Putinowi Pokojowej Nagrody Nobla, tak już przecież zdewaluowanej.

Najpierw wydawało się, że anschluss Krymu zostanie powszechnie uznany jako „przegięcie” wymagające zdecydowanej reakcji. Nic z tych rzeczy. Mało kto w ogóle dyskutuje dziś o sprawie półwyspu (Wikipedia oznaczyła nawet terytorium jako „sporne”), uznawszy fakty dokonane i spisawszy Krym na straty. Następnie można było podejrzewać, że sprawa zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego będzie przełomem w traktowaniu Rosji. Te nadzieje również okazały się płonne i trudno dziś powiedzieć, co mogłoby się stać takim otrzeźwiającym punktem zwrotnym. Druga Srebrenica w postaci rzezi tatarów krymskich? Aneksja Białorusi?

Tymczasem odpowiadać trzeba było ostro, a repertuar działań wcale nie był ograniczony. Dość prostą organizacyjnie operacją byłaby blokada obwodu kaliningradzkiego, do której zresztą Kaliningrad się przygotowywał. Niestety, ociężałe instytucje Zachodu w tandemie z pacyfistycznymi (tj. w tym przypadku negującymi rzeczywistość) nastrojami uniemożliwiają jakiekolwiek skuteczne działanie.

Demony wielkich wojen światowych są dziś zapomniane. Nie ma jednak przesłanek, by twierdzić z całą pewnością, że Putin nie może stać się drugim Hitlerem albo Stalinem. Ma do tego wszelkie predyspozycje (preteksty rewizjonistyczne, okrucieństwo, tupet) oraz sprzyja mu sytuacja (uwielbienie społeczne w Rosji, pacyfistyczne nastroje na Zachodzie, presja na zmniejszanie wydatków na wojsko w krajach demokratycznych). Obyśmy za kilka miesięcy nie ponieśli konsekwencji tej polityki appeasementu w postaci podziwiania „zielonych ludzików” na przedmieściach Gołdapi.

Gender, MOOC i armia

Dziś kilka luźnych przemyśleń i tak się składa, że na moje ulubione tematy: teoria ekonomii, edukacja ekonomiczna i polityka gospodarcza.

  1. Gdy w ostatnich miesiącach przez polskie media przetaczała się nachalna dyskusja o gender, nie potrafiłem znaleźć w tym dla siebie żadnego sensu. Bić się w piersi nie będę, bo poziom dyskursu był i pozostaje rynsztokowy. Niemniej, czytając kolejny rozdział książki Davida Orrella, „Economyths”, zatytułowany „The gendered economy”, przejrzałem na oczy. Mimo moich licznych zastrzeżeń co do pracy Orrella, o których być może będzie jeszcze okazja napisać, ten rozdział jest bardzo pożyteczny. Pokazuje w jaki sposób fakt, że przez dziesięciolecia na kształt nauk ekonomicznych wpływali głównie mężczyźni, przekłada się na charakterystyczne założenia kluczowych konstruktów: zamiłowanie do teorii podkreślających stabilność i równowagę systemu oraz logiczne działania aktorów życia gospodarczego (słynny koncept homo economicus).
    Cóż, krytyka tych teorii jest powszechnie znana i ze wszech miar słuszna. Dotychczas nie udaje się jednak zmienić mainstreamowych, akademickich paradygmatów. Skoro jednak nie da się tego zrobić za pomocą argumentów merytorycznych, być może pomocna okaże się polityczna poprawność?
  2. Prowadzona przeze mnie agencja hostess i modelek w ostatnim czasie poszukiwała dla jednego z naszych zagranicznych klientów kandydatek na stanowisko stewardessy dla prywatnych linii lotniczych. Warunki pracy – cieplarniane. Bardzo wysoka pensja i diety, przyjazne zasady pogodzenia pracy i życia prywatnego. W związku z tak atrakcyjnymi warunkami, wymagania też były adekwatne. Niemniej jednak, wszystkie opisaliśmy bardzo szczegółowo, aby nie musieć zmagać się z zalewem aplikacji. Tym bardziej, że przez pewien okres ogłoszenie wisiało na największych polskich portalach dla poszukujących pracy.
    Jak sądzicie, jaki był efekt? Otrzymaliśmy setki zgłoszeń. 90 procent aplikacji była poniżej wszelkiej krytyki. Olbrzymia część z nich nie spełniała nawet wymogów formalnych! Otrzymywaliśmy CV w języku polskim (mimo, że wymagany był angielski), albo bez zdjęć (mimo że fotografie były bezwzględnie obowiązkowe). Jaki z tego wniosek? Od dłuższego czasu staram się lobbować za zwiększeniem roli edukacji finansowej i ekonomicznej w szkołach. Myślę, że kluczowe w tym procesie jest także włączenie do programu zasad poszukiwania pracy. Oczywiście, w pierwszej kolejności zależy nam na kształceniu przedsiębiorców, ale nie wszyscy nimi zostaną – część powinna nabyć umiejętność starania się o pracę w sposób elegancki i profesjonalny. To, czego doświadczyłem, przeglądając aplikacje potencjalnych stewardess jest dramatem, którego nie chcę przeżywać po raz kolejny. Zacząłem rozumieć, przez co muszą przechodzić specjaliści od rekrutacji w dużych firmach.
  3. Pozostajemy w temacie edukacji ekonomicznej. Kilka tygodni temu zaangażowałem się w prace Khan Academy po polsku, pracując jako konsultant merytoryczny przy tłumaczeniach anglojęzycznych pierwowzorów. Pierwsza transza filmów z kursu makroekonomii znajduje się tutaj. Rozważam także zaangażowanie w Global Translator Community działającym przy Coursera (projekt typu MOOC prowadzony przez profesorów ze Stanford University). W mojej opinii wszelki wolontariat, który przyczynia się do popularyzacji wiedzy, sprawiając, że trafia ona „pod strzechy”, jest godny zainteresowania. Zachęcam wszystkich do angażowania się w podobne inicjatywy, bo zwiększanie poziomu edukacji w naszym społeczeństwie leży w interesie nas wszystkich. Przynajmniej dopóty, dopóki żyjemy w ustroju demokratycznym i decyzje wszystkich obywateli mają wpływ na nasze życie.
    Co do wspomnianego kursu makroekonomii, mam mimo wszystko ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jest to z pewnością pożyteczny program, który wprowadzi wszystkich zainteresowanych w reguły rządzące gospodarką. Niemniej jednak, nie jest to kurs (przynajmniej na obecnym etapie, nie znam jeszcze tematyki kolejnych odcinków), który byłby w stanie wyrobić w słuchaczach nawyk samodzielnego myślenia i rozpatrywania problemów ekonomicznych. W sytuacji, w której obserwujemy totalną apatię i zagubienie społeczeństwa w sprawach gospodarczych (przykłady: brak jakiejkolwiek obywatelskiej aktywności w obronie tzw. II filaru systemu emerytalnego, zezwolenie na omnipotencję związków zawodowych, m.in. w zakresie ustalania płacy minimalnej, przyzwolenie a nawet poklask dla roszczeniowych postaw niektórych grup społecznych względem państwa), na czoło wysuwa się przede wszystkim potrzeba ukształtowania w ludziach umiejętności wartościowania realnych, życiowych problemów gospodarczych.
  4. Jeszcze w ubiegłym roku zapadła decyzja o zaakceptowaniu wieloletniego programu modernizacji polskich sił zbrojnych, opiewającego na kwotę prawie 100 mld zł. Decyzja ta spotkała się z różnymi komentarzami. Po zaognieniu sytuacji na Ukrainie, poparcie dla planu modernizacji nieco wzrosło, ale wciąż nie są to opinie powszechne. Krytyce podlega także stała każdego roku kwota, wynosząca aktualnie 1,95 proc. PKB, którą rząd ma prawo przeznaczać na potrzeby armii. Skrócę swoje rozważania do minimum. Tylko anarchiści odrzucają zaangażowanie państwa w przemysł obronny – akceptują go nawet libertarianie. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden element tej decyzji, który chyba trochę umyka w debacie publicznej. Jeśli mówi się ostatnio o obronności, to głównie w kontekście kryzysu ukraińskiego i możliwej agresji ze strony imperializmu rosyjskiego. Tymczasem ważna jest zapowiedź premiera, że program modernizacyjny stanie się okazją do rozwinięcia polskiego przemysłu zbrojeniowego. Premier powiedział: „zarówno decyzja o konsolidacji (…) i powstaniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, i wcześniejsze decyzje o inwestycjach: i finansowych, i technologicznych w polską zbrojeniówkę, to dopiero początek tego wielkiego planu, jakim jest maksymalna polonizacja przemysłu zbrojeniowego”. W tym kontekście nie sposób nie zwrócić uwagi, że armia była zawsze nośnikiem innowacji, a więc tego, na niedobór czego strasznie cierpimy. Było tak zarówno w dawnych wiekach (zob. Parker, 1996), jak i obecnie (zob.: Nincic & Cusack, 1979; Mowery & Rosenberg, 1998 dla Stanów Zjednoczonych). Patrzymy zatem na problem bardzo wąsko (dziecinna dychotomia: czołgi vs. żłobki i przedszkola, zupełnie jak w przypadku igrzysk w Krakowie), nie dostrzegając pozytywnych efektów zewnętrznych tej decyzji. Interwencjonizm państwowy jest do zaakceptowania tylko w zbrojeniówce – to jest coś, co rząd może zrobić, by dać pozytywny impuls do rozwoju innowacji w całej gospodarce.

Czy skrajny konserwatyzm i wolność gospodarcza muszą iść w parze?

Tym razem z braku czasu na pisanie notki postuję video. W kontekście sytuacji, jaka miała miejsce na wczorajszej konferencji Free Market Road Show, zastanawiam się, dlaczego partie polityczne, którym bliskie są ideały wolności gospodarczej, są częściej prawicowe niż lewicowe. Przepraszam za słabą jakość nagrania, ale nie dysponuję dobrą kamerką internetową.

Więcej informacji o konferencji Free Market Road Show znajdziecie tutaj: freemarket-rs.com/tour.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=6eIJRT9xczM]

 

Kaukaski tygiel – część trzecia: Górski Karabach

Nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami z ostatniego przystanku naszej zeszłorocznej podróży po republikach Kaukazu Południowego, czyli z Górskiego Karabachu. Dla mnie, po Naddniestrzu, był to już drugi pobyt w państwie nieuznawanym przez większą część społeczności międzynarodowej (jak to nazywam – „kraj, którego nie ma”).

Wjazd do samozwańczej republiki, nieuznawanej oficjalnie nawet przez samą Armenię (choć tylko z terytorium tego kraju można się tam dostać) wymaga posiadania wizy. Wydaje ją konsulat Reprezentacji (nie ambasady!) Górskiego Karabachu w Armenii. Należy mieć na uwadze, że jakiekolwiek ślady w paszporcie świadczące o pobycie w Karabachu uniemożliwiają późniejszy wjazd do Azerbejdżanu. Podobno nie ma jednak problemu z poproszeniem służb konsularnych o wbicie pieczątki na osobnej kartce. Nie testowaliśmy tego podejścia, bo i tak oboje z Emilią mieliśmy w planach rychłą wymianę paszportu na nowy. Formularz wizowy wygląda tak:

Formularz wizowy do Górskiego Karabachu

I rachuneczek – 6000 dram za dwie osoby, czyli niecałe 50 zł:

Rachunek za wizę do Górskiego Karabachu

Wszystkie te ceregiele są oczywiście pokłosiem trwającej do 1994 roku wojny między Armenią i Azerbejdżanem o Górski Karabach. Obecna republika zajmuje terytorium większe od zamieszkanej przeważnie przez Ormian historycznej krainy. Konflikt ma oczywiście swoje źródło jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Tereny Karabachu od początku istnienia ZSRR wchodziły, ze względów politycznych i wbrew ich charakterowi etnicznemu, w skład Azerbejdżańskiej SRR. Po rozpadzie, Karabach, wówczas w ok. 75 proc. zamieszkany przez Ormian, w sposób naturalny przypadł Azerbejdżanowi. To nie spodobało się w Erywaniu i było zarzewiem konfliktu zbrojnego. W referendum przeprowadzonym przez lokalne władze, zdecydowaną większość uzyskała opcja niepodległościowa. Azerbejdżańskie wojska wkroczyły do Karabachu, ale w toku walk zostały wyparte przez partyzantkę i regularną armię ormiańską. W efekcie, praktycznie cała populacja azerbejdżańska została zmuszona do emigracji. Dziś, 140-tysięczny Karabach zamieszkują niemal wyłącznie Ormianie.

Pokłosiem wojny jest także znana (aż za dobrze!) polskim kibicom drużyna Qarabağ Ağdam FK, grająca w lidze azerbejdżańskiej, dla której Ağdam jest tylko tytularną siedzibą. Miasto, a właściwie jego ruiny, znajdują się dziś poza jurysdykcją Azerbejdżanu, na terenach okupowanych przez Armenię. O tym jak zespół rodem z Karabachu radził sobie z polskimi zespołami (w tym z „moim” Piastem) można się przekonać na załączonych materiałach:

Podróż z Erywania do Stepanakertu (azerbejdżańska nazwa to Xankəndi) trwa, w zależności od temperamentu kierowcy, od 5 do 6 godzin. Zanim woditiel wyruszył ze stolicy Armenii, różni handlarze próbowali – wchodząc jeden za drugim do marszrutki – sprzedać pasażerom najprzeróżniejsze przedmioty. Czego nie było w ich bazarowym arsenale! Zestaw noży, śrubokrętów, szmaciana lalka, zimne napoje, a nawet sporej wielkości obrazek z Matką Boską w trójwymiarze!

W momencie, w którym marszrutka z Erywania zaparkowała na dworcu autobusowym w Stepanakercie, obskoczyła nas grupa naganiaczy. Wynajmowałem już pokoje w taki sposób i szczerze mówiąc w tym przypadku nawet liczyłem na tych naganiaczy, bo to najszybsza opcja znalezienia kwatery, a czasu nie mieliśmy dużo. Jeden z nich był szczególnie przekonujący i widząc w mojej ręce polski przewodnik, pochwalił się, że znajduje się w nim rekomendacja dla jego „usług noclegowych”. Rzeczywiście, autorzy polecali jedną z kwater w Stepanakercie, człowiek brzmiał więc rozsądnie. Zdecydowaliśmy się.

Przy głównej ulicy Stepanakertu
Pranie wywieszane na sznurach między blokami to jeden ze znaków rozpoznawczych miasta

Po krótkiej rozmowie okazało się, że właściciel klitki (pokój był dość podły, ale nie nastawialiśmy się na nic innego) znał Polskę całkiem dobrze. Jak wielu Ormian i innych mieszkańców byłego Związku Radzieckiego, także i on odbył w słusznie minionej epoce służbę wojskową w Polsce. Nawet obnażył się częściowo przed nami, zdejmując koszulę i odsłaniając tatuaż, który zrobił sobie we Wrocławiu. W czasie naszych przygód w Stepanakercie spotkaliśmy także innego taksówkarza (ludzie w tym kraju są albo żołnierzami albo taksówkarzami, trudno o inne zajęcie), który całkiem nieźle mówił po polsku, mimo że od jego służby wojskowej w okolicach Szczecina minęło sporo czasu. W każdym razie, gdyby ktoś potrzebował taksy w Stepanakercie, dzwońcie do Waldka: +374 (0?) 97 250 159.

W samym 50-tysięcznym Stepanakercie nie ma w zasadzie nic ciekawego. Ze względu na dogodne połączenia z resztą kraju, można potraktować stolicę jako dobrą bazę wypadową.

Mieliśmy mało czasu, więc zaplanowaliśmy tylko odwiedziny w Ağdamie i Szuszy. Przewodniki polecają jeszcze obejrzenie co najmniej monasterów w Gandzasarze, Dadiwanku i Amaras. Pewnie skorzystalibyśmy z jednej z tych propozycji, gdyby nasz pobyt tam trwał chociaż dobę dłużej. A przypomnę, że „na czysto” spędziliśmy w Karabachu tylko niecałe 24 godziny.

Człowiek, od którego wynajęliśmy pokój (nie pamiętam jego imienia, ale nazwijmy go dla wygody Vlad), gdy tylko usłyszał o naszych planach na popołudnie, zaoferował również swoje usługi taksówkarskie. Widząc jego auto można było trochę się skrzywić, ale umówiliśmy się, że ma przyjechać po nas za pół godziny. W międzyczasie postanowiliśmy spożyć jakąś namiastkę obiadu i w tym celu udaliśmy się do położonego vis-à-vis sklepu osiedlowego. Wtedy po raz pierwszy mogliśmy się przekonać, że podejście mieszkańców Karabachu do wszelkiej maści standardów jest dosyć luźne. Po przyniesieniu do domu zakupionych jogurtów okazało się, że są dość poważnie przeterminowane. Wróciłem do ekspedientki z prośbą o wymianę. Jej zdziwienie było rozczulające. Nieswieżi? – zapytała. Ostatecznie zgodziła się je wymienić, ale wyraz zdziwienia nie zniknął ani na chwilę z jej twarzy.

Nasz kwatermistrz-taksiarz zajechał elegancką czarną wołgą (sic!). I się zaczęło. Zdziwiło mnie, że przed Ağdamem skręcił w – jak mi się wydawało – niewłaściwą odnogę drogi. Wjechaliśmy na lekkie wzniesienie, po czym facet zaczął –gestykulując – roztaczać przed nami widok tego wspaniałego miejsca. Tego było za wiele. Na tyle, na ile pozwalała mi znajomość rosyjskiego, nakrzyczałem na niego, każąc mu natychmiast wieść nas do ruin miasta, a nie na opłotki, z których tylko „dobrze widać”. Wtedy wpadł w histerię. Zaczął krzyczeć, że są tam żołnierze, miny, a jednemu turyście urwało nawet nogę. W ogóle wykluczał jakiekolwiek ustępstwo. Oznajmiłem mu, że nie na to się umawialiśmy i nakazałem natychmiastowy powrót do Stepanakertu. Owszem, teoretycznie wjazd do ruin miasta jest zabroniony (część może nadal być zaminowana), ale w praktyce ogarniętym miejscowym pogwałcenie tego przepisu nie powinno nastręczać żadnych trudności.

W stolicy udaliśmy się do hotelu Armenia (najbardziej luksusowy hotel w kraju) i skorzystaliśmy z pośrednictwa recepcji (oczywiście niemówiącej po angielsku) przy zamówieniu kolejnej taksówki. Zanim wsiadłem, upewniłem się trzykrotnie, że taksówkarz zrozumiał, o co mi chodzi i gdzie chcemy dojechać. Przez całe to zamieszanie z nieuczciwym „taksówkarzem” straciliśmy już z godzinę, no i trochę dramów. Nowy kierowca okazał się odważniejszy i nie miał żadnego problemu z wjechaniem do ruin. Zaparkował samochód i dał nam godzinę na obchód.

Miasto jest rzeczywiście zupełnie niezamieszkane, ale zdarza się zobaczyć pastuchów pasących tam swoje krowy (kością niezgody pozostaje zresztą fakt, że Ormianie używają tutejszego meczetu jako stodoły). Nam zdarzyło się również natknąć się na dwa dość agresywne psy, ale obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Poza tym jest bezpiecznie, przy założeniu, że patrzymy pod nogi i uważamy by nie wpaść do studzienki (pokrywy zostały najprawdopodobniej rozkradzione). Żołnierze z pobliskiego posterunku byli bardzo przyjaźni. Sami zaprosili nas do wejścia na minaret, a później zaoferowali nawet, że zrobią nam zdjęcie. W zasadzie dopiero wchodząc na minaret ma się okazję w pełni doświadczyć ogromu zniszczenia jakie dokonało się w tym miejscu. Z perspektywy kilkudziesięciu metrów widać wyraźnie, że Ağdam, niegdyś liczący blisko 50 tysięcy mieszkańców, musiał być prężnym, tętniącym życiem ośrodkiem miejskim.

Widok z minaretu w Ağdamie
Widok z minaretu w Ağdamie
Ağdam, na tle zniszczeń wojennych
Zapadający zmierzch w Ağdamie

Do Szuszy dotarliśmy już po zmroku i nie udało się wykonać żadnych udanych zdjęć. Szkoda, bo położona w centrum miejscowości, zupełnie biała katedra Ghazanchetsots jest bardzo urokliwa (i niestety kompletnie nieoświetlona). Miasto jest bardzo małe, zaledwie czterotysięczne, choć w czasach świetności było jednym z większych na całym Kaukazie. W czasie działań wojennych o Szuszę toczono zacięte walki.

Po powrocie z Szuszy, postaraliśmy się o znalezienie dobrego lokalu na kolację. Skorzystaliśmy z rady TripAdvisor, który polecał restaurację Sphinx. Trudno jej nie zauważyć, bo przed wejściem stoi równie pokaźna co kiczowata figura sfinksa oraz kilka plastikowych drzew palmowych. Wewnątrz, wystrój jest w zasadzie niczego sobie. Zdziwił nas jednak brak klientów. Po naszym bardzo przykrym doświadczeniu z Sofii, nie wchodzimy do pustych knajp. Ale – pomyślałem – tutaj to pewnie naturalne. Sądzę, że bardzo niewiele osób w takim kraju jak Górski Karabach bywa w restauracjach. Poza tym, byliśmy już bardzo głodni. Niestety, trzeba było trzymać się swoich zasad, bo jak miało się okazać – nie było dane nam się najeść. Mięso, które dostaliśmy (lokalny specjał, khorovats) składało się niemal z samych kości. Czarę goryczy przelał fakt, że piwo, które zamówiliśmy okazało się przeterminowane. Co więcej, nie był to żaden niepasteryzowany przysmak, ale heineken, którego trudno doprowadzić do stanu przeterminowania nawet w domu pełnym abstynentów, a co dopiero w stołecznej restauracji. Zgłosiłem nasze uwagi kelnerce, ale jej angielszczyzna była bardzo mierna. Stwierdziłem, że za co jak za co, ale na pewno nie zapłacimy za przeterminowany browar. Zdziwiła się, że mi to przeszkadza i powiedziała, że teraz, gdy piwa są już otwarte, nie można nic zrobić. Powinienem zgłosić to wcześniej, przed otwarciem butelki. Szkoda tylko, że przychodząc do restauracji nie można zakładać z góry, że nie dostanie się zepsutego napoju. Nie chciałem robić afery, bo nie bardzo wiedziałem, czym mogą skończyć się takie przepychanki słowne w tym kraju, toteż zapłaciłem. Ostentacyjnie nie daliśmy jednak napiwku i kazaliśmy przynieść sobie resztę. Sprawiło to kelnerce pewien problem, bo nie miała drobnych i musiała przez jakieś 15 minut prosić o przysługę kucharki na zapleczu.

Nienasyceni, poszliśmy posiedzieć przy fontannie. Ta w Stepanakercie jest dużo mniejsza od tych w Erywaniu czy Batumi, ale… jest. Obowiązkowo. Po nacieszeniu oczu fontanną i skorzystaniu z hot spotu (tak, przy fontannie działa bezprzewodowy Internet!) udaliśmy się na spoczynek. A przynajmniej taką mieliśmy intencję… Okazało się jednak, że pod adresem zapisanym w naszym przewodniku nie ma kwatery naszego „przyjaciela” Vlada. Co więcej, adres taki w ogóle w Stepanakercie nie istnieje (ulica ma się dobrze, ale numer jest zbyt wysoki). Zachowaliśmy się dość lekkomyślnie, nie przypatrując się wczesnym popołudniem tabliczce adresowej przed wejściem do naszej kwatery, aby zweryfikować adres. W pośpiechu wybieraliśmy się do Ağdamu, a potem w złości rozstawaliśmy się w centrum miasta z naszym niewydarzonym taksówkarzem i tym samym wszystko wskazywało na to, że chwilowo staliśmy się bezdomni. Jeszcze jakiś czas poszwendaliśmy się po mieście w nadziei, że może trafimy na jakiś charakterystyczny punkt, który zapamiętaliśmy. Próbowaliśmy się również dodzwonić na numer podany w przewodniku, ale bezskutecznie. Odwlekając podjęcie zdecydowanych kroków, zajęliśmy się jeszcze zakupami. Ja potrzebowałem na gwałt trochę ubrań i szczoteczkę do zębów, bo w pokoju zostawiłem część zawartości plecaka. Wzięliśmy też wódkę z morwy, która jest w Karabachu suwenirem numer jeden. Popularnym towarem eksportowym są też inne owoce oraz orzechy włoskie. Coraz prężniejszy jest też naturalnie przemysł winiarski.

Fontanna – czyli klasyka Kaukazu

Trzeba było stawić zatem czoła niespodziewanemu problemowi: potrzebowaliśmy nowego miejsca na nocleg. Po przeanalizowaniu dostępnych opcji, zdecydowaliśmy się skorzystać z hotelu Nairi, położonego nieco poza centrum. Hotele w ścisłym sercu miasta okazały się bardzo drogie. Co ciekawe w karabaskim przemyśle hotelowym, nie jest przyjęte, że obsługa recepcji posługuje się językiem angielskim. W zasadzie w żadnym z hoteli, który odwiedziliśmy, nie byliśmy w stanie porozmawiać po angielsku. W hotelu Nairi dziwi to szczególnie, bo jego historia należy do ciekawych. Obiekt został założony w 1999 roku przez Agoba 'Jacka’ Abolakiana, ormiańskiego emigranta z Australii. Gdy pod koniec ubiegłego wieku odwiedził swoje rodzinne strony, z przerażeniem stwierdził, że nie ma gdzie spać. Zainwestował wówczas w adaptację budynku starej, nieczynnej szkoły na hotel. Żeby dobrze się w nim mieszkało innym Australo-Ormianom, kangurowo-kaktusowe motywy są wszechobecne na korytarzach. Trudno stwierdzić, czy biznes się kręci, bo w tym olbrzymim gmachu byliśmy chyba jedynymi gośćmi (ogólnie, w 2010 roku Górski Karabach odwiedziło 8 tysięcy turystów nie-Ormian i liczba ta z roku na rok rośnie). Mimo to, recepcjonista zaprowadził nas chyba do najodleglejszego pokoju, jaki miał do dyspozycji. Było w nim nieprzyjemnie i zimno, a klimatyzacja nie działała tak jak powinna. W Karabachu ma prawo być zimno nawet w lecie (my byliśmy tam w pierwszej połowie listopada), bo choć średnia wysokość ponad poziomem morza wynosi tu blisko 1100 metrów, to wiele regionów republiki położonych jest jeszcze wyżej. Rano czekaliśmy na śniadanie nieprzyzwoicie długo, mimo że umówiliśmy się z recepcjonistą na konkretną godziną. 20 minut po czasie do stołówki wparowała pani kucharka obładowana siatkami zakupów. Trzeba jednak przyznać, że śniadanie, które w końcu wyczarowała, było smaczne.

Kontrasty Stepanakertu

Największym koszmarem związanym z pobytem w Stepanakercie okazał się jednak… powrót stamtąd. Nie chodzi o to, że marszrutka przez dobre trzy godziny zbierała się do odjazdu (nie istnieją sztywne rozkłady), ani o to, że Stepanakert nie oferuje zbyt wielu atrakcji pozwalających na przyjemne zagospodarowanie owych trzech godzin. Rzecz w tym, że kierowca, z którym mieliśmy nieszczęście podróżować, okazał się prawdziwym szatanem i piratem drogowym. Nie jestem szczególnie bojaźliwy jeśli chodzi o tzw. „wschodni styl jazdy samochodem”, ale ten fafarafa przebił wszystko, co do tej pory znałem. Pędził po półce skalnej z zawrotną prędkością, ścinał zakręty, rwał i gwałtownie zmieniał prędkość jazdy, wyprzedzał w niebezpiecznych miejscach. Przed każdym wirażem zastanawiałem się, czy to tutaj dopełnimy żywota. Nie byłem nawet w stanie zająć się czytaniem, co z reguły jest moim głównym zajęciem w czasie podróży. Dwie współpasażerki wymiotowały na postojach. Wychodząc z marszrutki na dworcu w Erywaniu prawie ucałowaliśmy ziemię. Emilia podeszła do kierowcy i sklęła go po polsku prosto w oczy.

Pozytywem tej podróży był spotkany w trakcie jednego z przystanków ormiański żołnierz. Była to jedyna osoba, jaką spotkaliśmy na Kaukazie, która mówiła doskonałym angielskim. Mimo, że jest zdolnym studentem prawa, sprawiał wrażenie, jakby nie miał żadnego problemu z tym, że dwa lata swojego życia musi spędzić w mundurze. Tryskał humorem, ale może to dlatego, że właśnie cały oddział jechał na przepustkę. Na okoliczność spotkania obdarował nas cukierkami.

Cukierki od ormiańskiego poborowego

Tyle jeśli chodzi o Górski Karabach – ta relacja pieczętuje spóźniony o prawie rok tryptyk kaukaskich wpisów na blogu. Bardzo wątpię, żebym kiedykolwiek zawitał tam po raz kolejny, więc monastyry Gandzasar i Dadiwank zapewne pozostaną dla mnie nieodkryte…

Kaukaski tygiel – część druga: Armenia

Kolejna odsłona relacji z podróży po republikach Kaukazu Południowego dotyczyć będzie nieuchronnie Armenii. Pierwsze skojarzenia? Na pewno chaczkary, czyli krzyże z kamienia, których na terytorium Armenii są grube tysiące. Poza tym Ararat, góra, która co prawda leży na terytorium Turcji, ale – będąc doskonale widoczna z Erywania – służy za uniwersalny i wszechobecny symbol Armenii. Poza tym: średniowieczne monastyry, diaspora, koniak, owoce, górzyste tereny, pamięć o czystce etnicznej sprzed stu lat. Kilka miesięcy temu słyszałem w radiu wywiad z red. Karoliną Głowacką i red. Aleksandrą Dziadykiewicz, które wybrały się na wspólną podróż po Armenii i Górskim Karabachu. Byłem zdziwiony, jak wiele dzielimy wspólnych przeżyć i wniosków. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy w niedzielę, tłukąc się niemiłosiernie marszrutką z Tbilisi do Erywania (nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że czekają nas dużo bardziej „widowiskowe” kursy), więc od razu stwierdziliśmy, że dobrze będzie tego dnia odwiedzić Eczmiadzyn. Miasto, szumnie zwane ormiańskim Watykanem, znajduje się nieopodal Erywania. W stolicy ormiańskiego kościoła wałęsało się trochę osób, ale trudno mówić o tłoku.

Eczmiadzyn
Eczmiadzyn

Ciekawie wyglądające nagrobki nieopodal:

Eczmiadzyn

Jak wspominałem w poprzedniej notce o Gruzji, kościół ormiański jest najstarszym na świecie (czego oczywiście Gruzini nigdy nie przyznają), bo już w 301 r. ówczesny król Armenii Tirydates przyjął chrzest z rąk Grzegorza Oświeciciela. Niedługo potem, w 406 r. powstał ormiański alfabet, opracowany przez mnicha Mesropa Masztoca oraz przetłumaczono Biblię (na wiele lat przed tym, jak jej tłumaczenia na języki narodowe trafiły na watykański Index librorum prohibitorum).

Napełniwszy się wiedzą o duchowym dziedzictwie Ormian, w poniedziałek przystąpiliśmy do oględzin Erywania. Nie był to szczęśliwy pomysł. Wszystkie muzea były zamknięte, w tym szczególnie Muzeum Genocydu, upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez młodoturków w latach 1915-1917, na którym zależało mi najbardziej. Człowiek zawiedziony „wolnym poniedziałkiem” wygląda mniej więcej tak:

Erywań

Erywań jest trudnym miastem do nawigacji. Duże różnice poziomów i zawijaste ulice nie sprzyjają orientacji. Do chodzenia po mieście potrzebna jest znajomość lokalnej topografii albo dobra mapa, która wykaże, skąd dokąd można dojść pieszo, a gdzie potrzebna będzie taksówka. Po mieście można oczywiście poruszać się komunikacją publiczną, np. marszrutkami, ale w dzień roboczy jest w nich bardzo ciasno. W poniedziałek, poza poznawaniem miasta, mieliśmy też do wykonania ważną czynność administracyjną – mianowicie, wyrobienie wiz pozwalających na wjazd do Republiki Górskiego Karabachu. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy chcemy i czy uda nam się tam pojechać. Jak wiecie, udało się. Ale o tym szerzej napiszę w kolejnej części opowieści, która będzie poświęcona całkowicie Karabachowi.

W Erywaniu zamieszkaliśmy w hostelu Envoy. To miejsce godne polecenia i całkiem słusznie uważane przez backpackersów za legendarne. W cenie bardzo „hostelowej” otrzymujemy standard, jakiego nie powstydziłby się niejeden kaukaski hotel. Envoy plasuje się w ścisłej czołówce hosteli, w których przyszło mi przebywać w czasie moich europejskich podróży.

Kilka reminescencji ze stolicy. Myślicie pewnie, że te wielkie schody ze zdjęcia poniżej dokądś prowadzą? Niestety, donikąd.

Erywań

Zdjęcie jednej z erywańskich reklam na pierwszy rzut oka nie przedstawia nic szczególnego, ale gdy się przyjrzy, można zobaczyć, że wiele z tytułów tych książek brzmi znajomo…

Erywań

Całe centrum Erywania wykonane jest z atrakcyjnego czerwonawego tufu. Autorem tej koncepcji był architekt Aleksander Tamanian i trzeba przyznać, że jest to rozwiązanie bardzo efektowne:

Erywań

Od czasów Tamaniana, miasto znacznie się jednak rozrosło, co przy braku równie zdolnego urbanisty musiało sprawić, że im dalej od centrum, tym dzisiejszy Erywań jest coraz mniej pociągający.

Po dosyć intensywnym zwiedzaniu perełek Gruzji, byliśmy szczerze mówiąc znudzeni oglądaniem nieskończonych monastyrów i cerkwi. Niestety, nie było nam dane przerwać. W kolejnych dniach odwiedziliśmy monastyry w Sewanawank i Airawank (nie wydaje mi się, by była to dobra transkrypcja na język polski, ale jest najbardziej popularna), znajdujące się na wybrzeżu „ormiańskiego morza”, czyli Jeziora Sewan.

Najpierw był Sewanawank, klasztor niegdyś o zaostrzonym rygorze, przeznaczony dla mnichów-banitów:

Sewanawank
Sewanawank

Monastyr leży na półwyspie, choć… kiedyś była to wyspa. Kto czytał „Kirgiz schodzi z konia” Kapuścińskiego, ten z pewnością pamięta siłowanie się ormiańskich „hydrologów” z naturą za czasów radzieckich. Zakończyło się to niestety tak, jak musiało się zakończyć – kompletną katastrofą ekologiczną i drastycznym spadkiem lustra wody w jeziorze. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, według różnych źródeł, poziom wody obniżył się o 30-40 metrów.

Potem był zupełnie niepodobny do swojego poprzednika monastyr w Airawank:

Airawank
Airawank

Następnie kierowca zawiózł nas do jednego z najbardziej znanych w Armenii cmentarzy z okresu średniowiecza, znajdującego się w miejscowości Noratus. Są tam zarówno stare chaczkary, jak i bardziej nowożytne groby. Ormiańskie cmentarze są wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze, w zasadzie każdy grób opatrzony jest portretem. I to nie byle jakim:

Noratus

Jak widać, krzyże – w przeciwieństwie do portretów – nie są obowiązkowe. Po drugie, Ormianie na cmentarzach… jedzą. Jest to jeden ze sposobów oddania szacunku zmarłym przodkom. By jadło się łatwiej, przy wielu grobach jest cała infrastruktura:

Noratus

Po trzecie, szybki rzut oka na daty mówi, że ormiańscy mężczyźni umierają dość młodo (co potwierdzają statystyki). Może to z uwagi na tytoń. W 2006 roku Armenia była na 6. miejscu na świecie pod względem odsetka palaczy. Pali oficjalnie 70 proc. mężczyzn, choć my mieliśmy wrażenie, że 100 proc. również nie byłoby złym oszacowaniem.

Po zwiedzaniu cmentarza, kupiliśmy trochę miejscowej wódki owocowej w plastikowych butelkach i zostaliśmy zaproszeni na obiad do rodziny mieszkającej nieopodal. Ormiańska kuchnia nie jest już tak smaczna jak gruzińska, ale jest jadalna. Podobnie, słynne ormiańskie alkohole to również koniak (np. „Dvin” był ulubionym trunkiem Winstona Churchilla) i – w mniejszym stopniu – wino. Po posileniu się (i lekkim podpiciu) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Gegard, zespół świątynny wpisany na listę UNESCO:

Gegard
Gegard

W krajach górzystych wody pitnej jest zawsze pod dostatkiem (przerabialiśmy to już w Bośni i Hercegowinie), więc leje się gdzie popadnie:

Gegard

Wieś Garni nieodparcie przywołuje skojarzenia z Grecją, a to za sprawą świątyni boga Mitry, będącej centralnym obiektem dobrze zachowanej średniowiecznej twierdzy. Elementy charakterystyczne dla okresu hellenistycznego są widoczne na pierwszy rzut oka.

Garni

Widoki ze szczytu na wąwóz rzeki Azat są naprawdę imponujące, a ja jestem ciekawy, do kogo należy ta willa, ale raczej nie do Kirka Kerkoriana:

Garni

Mówiąc o Armenii, nie sposób nie wspomnieć, że jest krajem wybitnie i obrzydliwie rusofilskim – w przeciwieństwie do Gruzji. Ma to przełożenie na wszystkie dziedziny życia, w tym i na gospodarkę. Półki w ormiańskich sklepach uginają się pod ciężarem towarów importowanych znad Wołgi. Różnic z Gruzją jest zresztą sporo. Gruzinów trudno spotkać podróżując po świecie, to naród, który najlepiej czuje się u siebie w domu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Ormianami, to naród handlarzy, żyjący w wiecznej diasporze. Ormiańskie pochodzenia mają m.in. Charles Aznavour, Aram Chaczaturian, Cher, Garri Kasparow czy multimiliarder Kirk Kerkorian (i to jeden z niewielu wątków ekonomicznych w tej notce). W Armenii częściej niż w Gruzji zdarzy się, że spotkamy kogoś, kto posługuje się językiem angielskim albo francuskim. Z rosyjskim nie ma oczywiście żadnych problemów.

Sama Armenia jest krajem wielkości porównywalnej do województwa wielkopolskiego. Więcej niż co trzeci Ormianin żyjący w Armenii mieszka w Erywaniu (nie przychodzi mi do głowy państwo, dla którego odsetek ludzi zamieszkałych w stolicy byłby większy). Ale i miasto miało dużo czasu, by „uzbierać” sobie tylu osadników. O prehistorycznych korzeniach Ormian niech świadczy fakt, że w 1968 roku Erywań obchodził… 2750. rocznicę założenia miasta.

Nie wszystko jednak aż tak bardzo różni się od Gruzji. Wygląda na to, że cechą wspólną narodów kaukaskich jest niechęć do wczesnego wstawania z łóżka. Była chyba środa, a więc zwykły dzień roboczy, kiedy przed 7:00 rano wyszliśmy z hostelu z zamiarem złapania jakiegoś transportu na dworzec autobusowy. Centrum stolicy Armenii o tej porze przypominało peryferyjną dzielnicę Warszawy o 3 w nocy. Nie działo się absolutnie nic: na ulicach nie było żywego ducha, po ulicy przejeżdżał jeden samochód na trzy minuty. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczął się dzień pracy. Z olbrzymim trudem, po jakichś 20 minutach złapaliśmy zabłąkaną taksówkę. Wspólną cechą Ormian i Gruzinów jest także zwyczaj wieczerzy połączonej z toastami. U Ormian szefa stołu nazywa się tak samo jak u Gruzinów – tamadą.

Jak widać, gospodarka Armenii nie ma przed sobą świetlanych perspektyw. Jeśli chodzi o standardy polityczne, Armenia również jest krajem nadal niestabilnym. Nie minęło nawet 15 lat od najbardziej traumatycznego, niewyjaśnionego do dziś incydentu w ormiańskim parlamencie. W strzelaninie zginął wówczas premier Wazgen Sarkisjan i przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Karen Demirczian:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=oT_yG4P4a88]

Do tego dochodzą konflikty i zatargi z sąsiadami: z Azerbejdżanem o Górski Karabach, z Turcją o klasyfikację prawną rzezi Ormian, z Gruzją na płaszczyźnie kulturowej oraz stosunków z Rosją.

Na koniec jeszcze kilka luźnych obserwacji o samym Erywaniu, w którym bądź co bądź spędziliśmy najwięcej czasu. Do dzisiaj nie udaje mi się rozgryźć znaczenia niektórych erywańskich znaków drogowych:

Erywań

Miasto jest wbrew pozorom dość snobistyczne, czego dowodem (niejedynym!) chociażby salon Armani Junior:

Erywań

Rynek ormiański szturmują także i polskie firmy, choć rusofilia Ormian jest nie do ogarnięcia i przewaga rosyjskich produktów w sklepach jest miażdżąca:

Erywań

Jak w każdym szanującym się kaukaskim mieście, także i w Erywaniu znajdziemy reprezentacyjną fontannę. Ta funkcjonuje w dodatku przy sztucznym jeziorze:

Erywań

Po pobycie w Erywaniu wróciliśmy jeszcze na jeden dzień do Gruzji, skąd następnego dnia odlecieliśmy do Polski. Ale wcześniej, będąc jeszcze w stolicy Armenii, wyskoczyliśmy na jeden dzień do Górskiego Karabachu. I o tej najdzikszej przygodzie będzie w kolejnej, ostatniej notce z kaukaskiego tryptyku. Do następnego razu!

Kaukaski tygiel – część pierwsza: Gruzja

Raport z październikowo-listopadowej wyprawy do republik Kaukazu Południowego rozpoczynam od Gruzji. Nie jest to pewnie kraj bardziej interesujący od Armenii, a na dodatek (zbyt) popularny ostatnio wśród polskich turystów, ale z uwagi na zachowanie chronologii podróży, najlepiej będzie, jeśli rozpocznę od niego.

Na lotnisku w Tbilisi urzędnik wręczył nam buteleczki młodego kachetyjskiego wina. Pewnie z racji faktu, że przybyliśmy do kraju w okresie winobrania. Mimo wszystko, bardzo miły sposób na przywitanie turystów – w żadnym innym kraju nie spotkałem się z czymś podobnym. Od razu wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby turystów na Okęciu witać małą żubróweczką albo góralskimi kierpcami. Wolałbym jednak, by takie suweniry wręczano przy opuszczaniu państwa, a nie przy wjeździe, bo wino i tak zabraliśmy ze sobą do Polski. Na miejscu czekały bowiem dużo większe atrakcje niż degustacja miniaturowego trunku.

Gruzję odwiedziliśmy zaledwie kilka dni po wyborczym triumfie Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie w październikowych wyborach parlamentarnych. Człowiek, którego majątek sięga połowy PKB Gruzji, nie miał problemów z pokonaniem stronników wciąż urzędującego prezydenta Saakaszwilego. Był to pierwszy pokojowy transfer władzy w historii tego kraju. Moment zatem historyczny. Miejscowe media pochłonięte były całkowicie analizą obecnej sytuacji politycznej.

Przez większość czasu w Gruzji towarzyszyli nam nasi przewodnicy i kierowcy, a prywatnie nowożeńcy, Kacha i Janis (wbrew pozorom, pierwsze imię jest męskie, a drugie żeńskie). W Tbilisi przywitała nas zaskakująco dobra jak na tę porę roku pogoda, która potem utrzymywała się (z wyjątkiem jednego czy dwóch dni) przez cały nasz wyjazd. Temperatura w ciągu dnia sięgała 20 stopni, a w Batumi nawet 24-26 stopni. Niby listopad, a można było spokojnie się opalać.

Stolica wywiera bardzo korzystne wrażenie. Szczególnie panorama, którą podziwiać można ze wzgórza, na którym znajduje się miejscowa twierdza, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Połączenie nowoczesności (choć zdecydowanie zbyt wyszukanej i napuszonej jak na mój gust) z dość dobrze zachowaną starością, przynajmniej w tych najbardziej reprezentacyjnych częściach miasta. Wiele z futurystycznie wyglądających budynków ma jednego fundatora – wspomnianego miliardera, Bidzinę Iwaniszwilego. Kacha pokazuje palcem to rezydencję bogacza, to odnowiony w imponującym stylu przez Saakaszwilego pałac prezydencki (z czego wyraźnie nie jest zadowolony), to most „always ultra”, wymyślną konstrukcję w kształcie podpaski. Niestety, zwiedzanie Tbilisi, podobnie jak późniejsze zwiedzanie Erywania, przypadło na poniedziałek, co oznacza, że większość muzeów (w tym etnograficzne – na którym najbardziej mi zależało) było zamkniętych.

Tbilisi
Tbilisi

Najlepiej zachowanym (patrząc przez pryzmat zachodnich standardów) zabytkiem Gruzji jest miasto Mccheta. Niemniej jednak, w mojej opinii starożytność i nowoczesna sterylność nie idą ze sobą w parze. Nie jest to może tak samo silny dysonans, jaki odczułem niegdyś w berlińskim Pergamonmuseum, ale jednak. Przechadzając się po starych budowlach, wolałbym trochę więcej „zapachu starości”, aniżeli wymuskanych, przystosowanych dla zachodnich turystów wygód.

Mccheta
Mccheta

Obwożąc się po Kachetii, zahaczyliśmy o kaukaskie Las Vegas, jakim niewątpliwie jest małe miasteczko Signagi. Oprócz niezłego muzeum prac Niko Pirosmaniego, gruzińskiego malarza prymitywisty (à la łemkowski Nikifor), znajduje się tam bowiem działający całą dobę urząd stanu cywilnego. Po spontanicznej decyzji o wzięciu ślubu cywilnego, przebraniu się przy bagażniku auta i zakupie plastikowych obrączek, okazało się, że z ceremonii jednak nici, bo urzędniczka „przypomniała” sobie, że jednak nie jest tłumaczką przysięgłą języka polskiego. O tyle to było ważne, że nasze polskie nazwiska należałoby na dokumencie urzędowym zapisać alfabetem gruzińskim, co w przypadku mojego nazwiska nie było jeszcze takie trudne, ale w przypadku Emilii okazało się problemem nie do przeskoczenia. Niepocieszeni udaliśmy się do rodzinnej wioski naszego przewodnika na tradycyjną gruzińską wieczerzę – suprę.

Było to najbardziej niezwykłe przeżycie, bo supra nosiła wszelkie cechy autentyczności. Pojechaliśmy na kachetyjską wieś, do domu dziadków Kachy. Niestety, zaczęło się od dość przykrego incydentu, bo gdy zajechaliśmy pod dom, lśniła przed nim karetka pogotowia. Okazało się, że babcia naszego przewodnika (mająca zresztą polskie korzenie, bo jej wciąż żyjąca matka, którą również poznaliśmy, urodziła się na Wołyniu) z powodu nadciśnienia musiała poddać się interwencji lekarskiej. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie i tylko supra lekko się opóźniła. Wujek Kachy był mistrzem ceremonii (tamadą) i co rusz wznosił toasty z młodego wina. To za miłość, to za przyjaźń, to za gości, to za gospodarzy, to za przyjaźń polsko-gruzińską, to za zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego. A wszystko pięknie i kwieciście, nawet w niedoskonałych tłumaczeniu naszego kierowcy, który angielskim władał niewiele lepiej od licealisty po wakacyjnym kursie u metodystów. Każdy toast kończył się zwrotem „gaumardżos”, co po polsku znaczy mniej więcej „na zdrowie”. Cała moja znajomość języka gruzińskiego ogranicza się do tego jednego słowa. Jakieś 2,5 litra wina, które wypiliśmy na głowę, odbiło się oczywiście negatywnie na porannym wstawaniu i czasie rozpoczęcia podróży powrotnej ze wschodnich rubieży kraju.

Na terenie Gruzji znajdują się trzy słynne skalne miasta: David Garedża, Upliscyche i Wardzia. Odwiedziliśmy je wszystkie, co było chyba lekką nadgorliwością (nasi gruzińscy przewodnicy niektóre z nich widzieli po raz pierwszy w życiu). Najlepiej zachowane (tj. dopieszczone funduszami UNESCO), choć najstarsze ze wszystkich, jest Upliscyche…

Upliscyche
Upliscyche

… najbardziej malownicze (i w zasadzie niestarożytne, bo pochodzące z XII wieku) to Wardzia, która w czasach swojej świetności mogła dać schronienie nawet 60 tys. mieszkańców…

Wardzia
Wardzia

… a najtrudniej dostępne – Dawid Garedża z VI wieku. Niestety to ostatnie, zlokalizowane iście po eremicku, niedaleko granicy z Azerbejdżanem (komórki już zmieniły sieć), było w trakcie naszej wizyty częściowo zamknięte, przez co nie mogliśmy go w pełni podziwiać. Dawid Garedża jest obiektem sporu granicznego między Gruzją a Azerbejdżanem, gdyż część kompleksu leży rzekomo już po azerbejdżańskiej stronie granicy. Niemniej jednak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Gruzja i Azerbejdżan to kraje najlepiej dogadujące się na Kaukazie i to mimo (a może właśnie dzięki) odmienności religijnej (chrześcijańska Gruzja, muzułmański Azerbejdżan). Jak na kaukaskie warunki, relacja między obu narodami, wyłączając wspomniany spór graniczny, jest wzorcowa. Inaczej ma się rzecz na linii azerbejdżańsko-ormiańskiej (brak jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych w wyniku długotrwałego konfliktu o Górski Karabach) oraz gruzińsko-ormiańskiej (spory zarówno na niwie kulturowo-religijnej, jak i politycznej – Gruzji nie jest po drodze z nieprzyzwoicie wręcz prorosyjską Armenią). Kacha w rozmowach nigdy nie przyznał Armenii prymatowi w jakiejkolwiek sprawie, nawet oczywistej. Jak na przykład w tej, że Apostolski Kościół Ormiański (założony ok. 314 roku) jest starszy niż Gruziński Kościół Prawosławny i Apostolski (chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej w Gruzji w 317 r.). Armenia i Gruzja to dwa najstarsze schrystianizowane państwa świata, a oba kościoły powstały na długo przed tym, jak świat zachodni wymyślił „prymat Rzymu” i tym samym funkcjonują one w oderwaniu od kościoła rzymskiego.

Mimo niezbyt dogodnej lokalizacji, warto było jednak udać się tam, bo po odbiciu z głównej drogi, trasa tam wiedzie przez półpustynny teren. Przez około dwie godziny przejeżdża się tylko przez jedną wioskę – Udabno – zamieszkałą przez przesiedleńców z górzystej Swanetii.

Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża

Czasami na drodze zdarzają się jeszcze stada owiec, pędzone przez pasterzy. Z punktu widzenia Polaka – totalna egzotyka, w Gruzji to normalny widok:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HvxLVvvvic0]

Osobny paragraf należy się muzeum Stalina w Gori. Miejsce urodzenia zbrodniczego przywódcy ZSRR to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kult Stalina jest wciąż żywy. Trudno rozmawiać w Gruzji o Soso, czasami nawet bałem się rozpoczynać ten temat. Lepiej nie usłyszeć zbyt wiele, by się nie zawieść. Chciałbym wierzyć, że to wszystko na niby, taka ustawiana gra dla picu, dla przyciągnięcia turystów. Niestety, chyba tak nie jest, a mit Stalina siedzi głęboko w gruzińskiej mentalności. Pieczołowitość i powaga pań zatrudnionych w muzeum mówi sama za siebie, w Gruzji brakuje dystansu do osoby Stalina. Wydaje się, że staliniści w Gruzji to głównie osoby starsze i problem może zostać w przyszłości rozwiązany poprzez biologię, ale jednak z takimi demonami nigdy nic nie wiadomo. Wojciech Górecki pisze w książce „Toast za przodków”, że często w czasie supry pojawiają się toasty za Stalina. Reportażysta brał także udział w realizacji filmu „Boskość J. W. Stalina w świetle najnowszych badań”, którego niestety nie udało mi się obejrzeć. Można jednak znaleźć w Internecie jeden ze wstrząsających odcinków emitowanej niegdyś w TVP audycji „Szerokie tory”, poświęcony między innymi właśnie wciąż żywemu kultowi ludobójcy. Na szczęście, w naszym przypadku w czasie supry pominięto ten wątek.

Na zdjęciu poniżej kibel, w którym załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne towarzysz Stalin w trakcie krótkiego, acz owocnego pobytu w Jałcie.

Toaleta Stalina w wagonie, którym udał się na konferencję jałtańską

W drodze z Tbilisi do Gori, po prawej ręce widać miasto przesiedleńców z Osetii Południowej, ewakuowanych z tego rejonu po wybuchu ostatniej wojny. Według opowieści naszych przewodników, miasteczko wzniesiono w ciągu kilku dni. To imponujące, bo prezentuje się wcale nieźle, jest schludne i w niczym nie przypomina „barakowisk”, z jakimi zwykle kojarzą się obozy dla uchodźców.

Najsilniejszą stroną Gruzji jest niewątpliwie smaczna kuchnia. Wiele z zakosztowanych tam potraw próbowałem także w polskich „gruzińskich” restauracjach, ale żadna nie smakowała tak dobrze, jak na Kaukazie. Uniwersalne i tanie chaczapuri („serowy chleb” albo uboga wersja pizzy – jak kto woli) w różnych odmianach, gruzińskie pierogi, czyli chinkali (smaczne, ale nie da się ich zjeść nie brudząc rąk i – w moim wypadku – połowy twarzy), szaszłyki, lobio (na bazie popularnej w tym kraju fasoli), a na deser czurczchela, zwana szumnie „kaukaskim snickersem”, a z wyglądu przypominająca długą kiełbasę i tak też eksponowana na straganach. W tej mozaice nie może oczywiście zabraknąć napojów, czyli najczęściej wina, choć ja osobiście preferuję gruzińskie brandy (np. Sarajishvili). Niezła jest także winogronowa wódka, zwana czaczą. Niestety, prężny niegdyś gruziński przemysł herbaciany (wszyscy chyba pamiętają z piosenki mityczne „herbaciane pola Batumi”) kompletnie podupadł. Gruzja, jak i cały Kaukaz, nie jest niestety krainą piwoszy i o kupieniu smacznego browaru można raczej zapomnieć. Na ewentualnego kaca najlepszym lekarstwem jest słynna na całym świecie woda mineralna Borjomi. Od niedawna wznowiono również jej sprzedaż w Polsce. Niestety, krótko po tej informacji, gruchnęła wieść, że marka przejdzie w ręce rosyjskie, ku rozpaczy chyba każdego, komu woda Borjomi jest bliska.

Gruzińskie jedzenie

Skoro już o Bordżomi (bo woda Borjomi pochodzi z miasta o tej samej nazwie, tj. – spolszczając – Bordżomi)… Miasto kandydowało do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. Gdy przyjedzie się na miejsce, wspomnienie tego faktu brzmi jak bardzo ponury dowcip. Jest 1 listopada i niby już po sezonie (przynajmniej letnim), ale wszechogarniająca atmosfera ponurej beznadziei jest trudna do wytrzymania. O ile ujęcie ciepłego źródła znajduje się w głównym parku, o tyle ujęcie wody zimnej jest tragiczne. Należy wspiąć się na skarpę przy rzece, przejść przez kładkę, następnie wzdłuż koryta rzeki – bardzo wąską (a w deszczu – błotnistą) ścieżką. Jak na flagowy produkt miasta, dostęp do niego jest zdecydowanie zbyt trudny.

Dopiero w Bordżomi w pełni zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo rozwinięte u Gruzinów jest leniuchowanie. Była może godzina 10 rano, gdy spacerowaliśmy po mieście. Z trudem udało nam się kupić coś na śniadanie. Ulice były opustoszałe. Wypicie kawy około 11 również nastręczyło pewne trudności – poza tym okazało się, że w kawiarni nie ma… mleka. Na dworcu kolejowym wszystkie okna były zabite dechami. Dramat, i trudno wyobrazić sobie igrzyska olimpijskie rozgrywane w takim miejscu. Jedynym plusem Bordżomi jest naturalnie doskonała lokalizacja pośród górzystych terenów. Jednakże kolejka linowa, jedna z atrakcji bordżomskiego parku, zakończyła swoje działanie z dniem 31 października i 1 listopada nie mogła niestety nas obsłużyć.

Bordżomi

A w pobliskim lesie jedliśmy gumę do żucia z drzewa. Podobno nie umiera się od tego:

Guma do żucia z żywicy

Jeśli jednak Bordżomi ma być symbolem gruzińskiego lenistwa, pozerstwa, przepychu i próżności, to do opisania Batumi zabrakłoby skali. To miasto (?) w niczym nie przypomina jakiegokolwiek miejsca, jakie widziałem do tej pory. To połączenie Las Vegas z przysłowiowym Wąchockiem, przenikanie się najbardziej wyuzdanego Zachodu z najbardziej pocztówkowym i stereotypowym Wschodem, amalgamacja snobistycznej klasy wyższej i zwykłych małomiasteczkowych plebejuszy. Ekscentryczność, przejawiająca się w takich pomysłach jak budowa fontanny wódki (staliśmy przy niej kilkanaście minut i nie poczęstowała nas niestety czaczą – może dlatego, że było już po sezonie), diabelski młyn na dachu drapacza chmur albo hotele stylizowane na amerykańskie Miami Beach. Przy wjeździe do miasta czytamy na wielkim banerze cytat z Donalda Trumpa. Wielki inwestor wita turystów słowami „In five years, Batumi will be the best city in the world”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć biznesowych Trumpa, w sprawie Batumi pomylił się i to okrutnie. Mam nadzieję, że za tę blagę zainkasował chociaż porządne pieniądze od władz miasta. No… Chyba, że Donald Trump zainwestuje w rozwój Batumi swoje prywatne pieniądze, o czym zresztą swego czasu było głośno.

Jeśli chcecie w Batumi podziwiać takie widoki…

Batumi
Batumi
Batumi

… wynajmijcie apartament nie dalej niż w promieniu 300 metrów od plaży. 400 metrów od plaży drogi nagle tracą asfalt, a z budynków wyziera postkomuna…

Batumi – rzut beretu od centrum miasta

W Batumi, na plus na pewno zaciszny ogród botaniczny o bogatej tradycji, w którym spędziliśmy prawie pół dnia.

Ogród botaniczny w Batumi
Ogród botaniczny w Batumi

Realia komunistyczne trafiły więc w Gruzji na bardzo podatny grunt. System, który przynajmniej części społeczeństwa pozwalał żyć w wystawnym przepychu, łechtał drzemiącą w tym narodzie próżność, umiłowanie życia ponad stan i potrzebę obdarowywania innych kosztownymi prezentami. Poza paletą negatywnych cech, każdy Gruzin jest bowiem z natury gościnny i życzliwy, czuły na punkcie honoru gospodarza. Należy podkreślić, że ta gościnność wyraźnie odbiega od przysłowiowej polskiej gościnności, o której lubi się przypominać przy wielu okazjach. W Gruzji gościnność jest wartością żywą i praktykowaną, a nie uśpionym od dawna narodowym mitem.

Najzabawniejszym, choć dość irytującym problemem w Gruzji jest poczta. Zakup kartek pocztowych graniczy z cudem, to produkt, który zupełnie się w tym kraju nie przyjął. W Batumi, turystycznej perełce Gruzji, poczciarka sprzedała nam jakieś zakurzone archiwalia z czasów Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Załączam skan dla celów dowodowych.

Front kartki pocztowej
Tył kartki pocztowej

Samo znalezienie urzędu pocztowego jest wyzwaniem. W Tbilisi szukaliśmy go z Kachą około pół godziny, po czym – nie wpadając na żaden trop – zrezygnowaliśmy. Urzędy często zmieniają adresy i połapanie się w tym jest trudne nawet dla tubylca.

Ostatniego dnia podróży po Kaukazie, wróciliśmy do Tbilisi zrobić ostatnie zakupy i zrelaksować się przed powrotem do kraju. Jednym z symboli miasta są łaźnie. Nazwa stolicy kraju pochodzi zresztą od ciepłych wód. Można powiedzieć, że Tbilisi to po polsku Cieplice. Łaźnie są rozlokowane w bardzo klimatycznych miejscach. Nie są typową atrakcją turystyczną, przeciwnie – przychodzą do nich prawie sami Gruzini. Wszystko tak trochę na pograniczu starodawnej tradycji i komunistycznych naleciałości. Do kąpieli można zamówić sobie dzban gorącej herbaty z cytryną. Z ciekawostek: zdziwiło nas, że łaźnia zaopatruje gości w prześcieradła zamiast ręczników. Okazało się jednak, że są one dużo bardziej efektywne. Tak żebyście wiedzieli, jak to wygląda:

Łaźnia w Tbilisi
Łaźnia w Tbilisi

W jednym z pociągów na naszej trasie podróżowaliśmy w kuszetce z Szotą Iatashvilim, dość znanym gruzińskim poetą. Iatashvili był po solidnej dawce koniaku (kapka ostała mu się jeszcze w butelce, którą dzierżył), ale pewnie tylko dzięki tej odrobinie śmiałości, jaką wyzwala alkohol, był w stanie improwizować trochę po angielsku. Znał osobiście autora książki, którą akurat czytałem (wspomniany „Toast za przodków” Góreckiego). Tłumaczka z sąsiedniego przedziału wystosowała w jego imieniu oświadczenie, po czym położyliśmy się spać. A mnie przypomniała się piosneczka:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=nJ0mBS0qTSo]

Cała wstecz, czyli czym się różni Tusk od Thatcher

  1. Dzisiejszy pogrzeb premier Margaret Thatcher to okazja do wspomnień i lekcji, ale także możliwość do poszukania na naszym poletku następców Żelaznej Damy. Tym bardziej, że na jej pogrzeb wybiera się Donald Tusk i ważni ministrowie z jego gabinetu. Tusk niewątpliwie chciałby, aby jego nazwisko znalazło się na kartach historii wypisane pogrubioną czcionką, ale miejsce należne Thatcher chciałby uzyskać przy minimalnym wysiłku i ryzyku. To nie ma prawa zadziałać. Tuskizm nie zdominuje thatcheryzmu w zbiorowej pamięci. Aby dochrapać się zaszczytów należnych Thatcher, trzeba dokonać „mentalnej ekshumacji” jej myśli, wartości i stylu, w jakim uprawiała politykę.
  2. 8 marca premier Donald Tusk był gościem Poranka Radia TOK FM, z okazji dziesięciolecia tej stacji. Rocznicowy wywiad okazał się dosyć łagodny. Piątkowy skład komentatorów (Żakowski, Lis, Władyka, Wołek) nie starał się nawet zmusić premiera do intelektualnego wysiłku. Wręcz przeciwnie, po zakończonym wywiadzie, publicyści rozpływali się w zachwytach nad świeżością i zręcznością premiera. Mnie z tej rozmowy utkwiło w pamięci co innego, coś co nie zostało moim zdaniem dostatecznie napiętnowane w komentarzach po tym wydarzeniu. Mianowicie, Donald Tusk przyznał – jasno i otwarcie – że… nie czuje się strategiem! Prezes rady ministrów w czterdziestomilionowym kraju wyznał wszem i wobec, że wizje nigdy nie były jego mocną stroną i osobiście preferuje politykę małych kroczków od wyznaczania długofalowych strategii. Innymi słowy, premier nie wie dokąd idzie. A jak powszechnie wiadomo, gdy się nie wie, dokąd się zmierza, żaden wiatr nie jest korzystny. Dryfujemy. I obawiam się, że osobą, która na tej inercji zyska najwięcej, będzie sam premier. Jest rzeczą zadziwiającą, że czterech inteligentnych przecież facetów, siedzących w studiu, nie zżarło Tuska żywcem za tak kompromitującą wypowiedź. Gdyby tej rozmowie przysłuchiwała się brytyjska premier, na pewno doprowadziłaby wszystkich do pionu jednym ze swoich wielu elokwentnych bon motów: „I make great leaps forward, not little jumps in studios”.
  3. Tusk jest antytezą Thatcher. Brytyjska premier realizowała jasny, bezkompromisowy, nierzadko niepopularny i bolesny program, ale kolejne zwycięskie wybory były tylko rezultatem działań rządu. Wielokrotnie narażała na szwank swoje sondaże, ale najlepszym dowodem skuteczności jej polityki są protesty jej przeciwników, zapowiadane nawet na dzień jej pogrzebu, mimo że od ustąpienia Thatcher z urzędu minęły już 23 lata. Po 23 latach od ustąpienia rządu Tuska, nie będzie o nim natomiast pamiętał nawet pies z kulawą nogą. Nikt nie zada sobie nawet trudu, by splunąć na jego portret. W przypadku Platformy Obywatelskiej wszystko, od pierwszego dnia drugiej kadencji, podporządkowane jest bowiem wyborom. Jest bardzo prawdopodobne, że również wybory parlamentarne w 2015 roku padną łupem Tuska. Jeśli dotrwa do końca trzeciej kadencji, będzie rządził przez 12 lat i pobije w tym względzie Margaret Thatcher. Daleko mu jednak do Żelaznej Damy pod względem osiągnięć. Inna sprawa, że nawet nie próbował. Ba, nawet rządzący „tylko” przez cztery lata gabinet prof. Jerzego Buzka, działający w znacznie mniej komfortowych warunkach politycznych, był w stanie przeprowadzić cztery wielkie reformy. Jak to z wielkimi reformami bywa, żadna z nich nie była idealna. Problem w tym, że żadnej nie udoskonalono. Następcy nie pomogli w utrwaleniu dziedzictwa reformatorskiego rządu i albo likwidowali reformy zupełnie (zdrowotna), albo bezczynnie obserwowali ich nieefektywności (oświatowa, administracyjna), albo też właśnie teraz demontują je w najlepsze (reforma emerytalna). „Małe kroczki” Tuska nie mają z reformami nic wspólnego. Zupełnie, jak gdyby Polska działała idealnie jako organizm państwowy, a premier czuł się najlepiej w roli administratora albo woźnego.
  4. Ostatnie zamieszanie wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej pokazuje krótkowzroczność, makiawelizm i brak wyższych ambicji u premiera Tuska. Przewodniczący PO żyje kategoriami statystycznymi: minimalizuje dług publiczny (ten „na papierze” i tak nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym zadłużeniem), a maksymalizuje wyniki sondaży, z których cieszy się jak małe dziecko. Nie zamierzam powielać tu argumentów używanych w mediach publicznych w dyskusji ZUS vs. OFE. Sądzę, że dla większości czytelników moje poglądy na system emerytalny są klarowne. Osobiście, podoba mi się artykuł-kompendium Łukasza Pałki, opublikowany w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Żyjmy krócej”). Czego byśmy nie powiedzieli, ani ja, ani nawet prof. Balcerowicz, finał tego sztucznie wywołanego sporu jest jasny: rząd zdemontuje OFE i „drugi filar”, i „uratuje” na 2-3 lata wskaźniki długu publicznego. Co z tego, że ucierpią przyszłe pokolenia emerytów, zupełnie już pozbawione realnych oszczędności przeznaczonych na wypłatę świadczeń (chyba, że ktoś korzysta ze słabo rozreklamowanego „trzeciego filaru”) oraz rynek kapitałowy, który tylko dzięki OFE był w stanie zanotować imponujący rozwój w ostatniej dekadzie. Byle do wyborów! I cała wstecz!

Nekrofilia SLD, czyli jak się wywołuje duchy na lewicy

Mam dość rehabilitowania Edwarda Gierka! Komunista, który doprowadził do ruiny polską gospodarkę, zafundował nam co najmniej dwie „stracone dekady” w walce o niepodległość, oraz dopełnił działa zniszczenia mentalności polskiego społeczeństwa – wynoszony jest na piedestał przez postkomunistyczną lewicę. Jego zwolennicy dumnie podnoszą teraz głowy, bo chwalenie „dobrego gospodarza z Zagłębia” najwyraźniej stało się modne.

Co gorsze, w imię źle pojętych postaw koncyliacyjnych, nawet osoby o poglądach – najogólniej mówiąc – nielewicowych, mają tendencję do „wybielania” postaci Gierka. Mowa zarówno o narodowych socjalistach, jak Jarosław Kaczyński, jak i o samym premierze Donaldzie Tusku. Oboje chętnie godzą się z retoryką obieraną przez postkomunistów. Mówią: jeżeli już trzeba wyróżnić kogoś z PRL-owskiej wierchuszki, kogoś, kto może choć trochę zasłużył na ciepłe słowa, to – niech tam – Gierek nie był taki zły. To katastrofa. Budowanie wizerunku zagłębiowskiego sekretarza jako „dobrego wujka” to utrwalenie bardzo szkodliwego mitu, dowód piramidalnej niewiedzy i nieumiejętności posługiwania się nie tylko kalkulatorem, ale i jakimkolwiek racjonalnym aparatem poznawczym.

Wiceprzewodnicząca SLD, Paulina Piechna-Więckiewicz, zaapelowała o ogłoszenie 2013 roku rokiem Edwarda Gierka. Wiele można zarzucić SLD. Płytkość, zacietrzewienie ideologiczne, niezdolność do wygenerowania jakiejkolwiek konstruktywnej myśli. Ale niewątpliwie najlepiej wychodzi im wskrzeszanie trupów. Czy to politycznych, w stylu Leszka Millera, czy całkiem dosłownych, w postaci Edwarda Gierka. Za co ten rok Gierka? Może w dowód wdzięczności, że w październiku ubiegłego roku udało się wreszcie spłacić wszystkie zaciągnięte przez niego zobowiązania zagraniczne? Czy to sprawia, że winy bonzy z Zagłębia są już przedawnione? Nie, bo zabieg wyzerowania tzw. długu Gierka odbył się wyłącznie na papierze. Tak naprawdę, dług Gierka ma się dobrze. Zastąpiliśmy go wyłącznie nowym zadłużeniem, nieco tańszym w obsłudze.

W ostatnim roku rządów Gierka dług Polski osiągnął 24,1 mld USD (ówczesnych), czyli ok. 12 proc. PKB liczonego według parytetu siły nabywczej, ale to wskaźnik zupełnie nieporównywalny z dzisiejszymi realiami. Dlaczego? Wymagalne płatności z tytułu obsługi zadłużenia zagranicznego w 1981 roku wynosiły prawie 11 mld USD, czyli o 28 proc. więcej niż wartość całego eksportu do krajów kapitalistycznych! Ponadto, szacuje się, że tylko 20 proc. kredytów przeznaczono na inwestycje, i to takie pożal się Boże. Import surowców i konsumpcja pożarły resztę. Właśnie w 1981 roku, tuż po ustąpieniu Gierka, PRL ogłosiło niewypłacalność. Trudno się dziwić, bo między 1970 a 1980 rokiem wartość zadłużenia w dewizach wzrosła ponaddwudziestokrotnie. Rolowanie długu Gierka odbija się nam czkawką od wielu lat. Po transformacji, polscy ekonomiści, zamiast spędzać czas na doprowadzeniu gospodarki do porządku, ślęczeli nad negocjacjami z Klubem Paryskim i Klubem Londyńskim. Ale z drugiej strony, gdyby nie sukces tych rozmów, wartość odsetek mogłaby być nie do udźwignięcia dla młodego, niepodległego państwa.

W latach siedemdziesiątych ekonomiczne bankructwo socjalistycznej polityki centralnego planowania (systemu nakazowo-rozdzielczego) było ewidentne. Gierek, będąc tego świadomym, zdecydował się lewarować tę nieefektywność długiem. Utrwalił i pogłębił w Polsce dramat marnotrawstwa. Musiał wiedzieć, że wcześniej czy później (okazało się, że jednak wcześniej) zakończy się to nie tylko ekonomiczną, ale i humanitarną klęską (w drugiej połowie lat siedemdziesiątych gwałtownie poszybowały w górę wskaźniki śmiertelności obywateli, które osiągnęły apogeum w 1980 roku). Należy mu się za to potępienie, a nie piedestał.

Gierek sprawił, że dziś wiele starszych (czy tylko?) osób tęskni za komunizmem lub ma do niego sentyment. Według badań CBOS z 2009 roku, aż 44 proc. Polaków pozytywnie oceniało czasy PRL. Daleko szukać – nawet internauci z rozrzewnieniem wspominają tasiemcowe kolejki do mięsnego. Ten krótki, kilkuletni okres sarmackiego życia ponad stan, zakończony w 1976 roku tzw. „manewrem gospodarczym”, przewrócił ludziom w głowach i wychodzi nam wszystkim bokiem po dziś dzień. Edward Gierek był zbrodniarzem. Niepospolitym, bo nie mordował ludzi, jak inni twardogłowi komuniści. Gierek przeniknął głębiej, do serc Polaków. Był zbrodniarzem gospodarczym.

Tak jak w chorobie gorączka informuje nas o tym, że mamy się źle i wymagamy leczenia, tak w systemie komunistycznym partyjny beton „przypominał” społeczeństwu, że musi dążyć do odzyskania wolności. Gierek zaburzył tę prawidłowość, był kochany i podziwiany, pieczołowicie dbał o swój wizerunek . Zbił gorączkę, ale nie zlikwidował objawów choroby. Komunizm lat siedemdziesiątych to była choroba bezobjawowa, a takie są przecież najgroźniejsze. „Socjalizm z ludzką twarzą”, jak miało się wkrótce okazać, był bardzo zdradliwy.

Mentalność wetującego

Mało który termin w polskiej historiografii ma tak negatywną wymowę jak liberum veto. Nie wciskam już nawet tego zwrotu w cudzysłów, ani nie zapisuję go kursywą, bo jest moim zdaniem tak przesiąknięty polskością, że nie sposób traktować go w tekście jako makaronizmu. Przypisuje mu się wszelkie zło, włącznie z kapitalną (ba, decydującą!) rolą, jaką odegrał w procesie upadku polskiej państwowości w XVIII wieku. W 1669 roku poseł kijowski Adam Olizar po raz pierwszy zastosował to pojęcie w praktyce. Zerwał obrady odbywającego się w Krakowie sejmu koronacyjnego. Zanim to jednak nastąpiło, możliwość zakrzyknięcia liberum veto formalnie istniało w Rzeczypospolitej już od dziesięcioleci. A jednak wcześniej nie sięgnięto w ogóle po to narzędzie – tak silne było w izbie przekonanie, że uchwały powinny zapadać w drodze jednomyślności. Ogółem, od sejmu z 1669 roku do Konstytucji 3 Maja, która zniosła liberum veto, zastosowano je 73 razy. Wziąwszy pod uwagę, że posiedzenia ówczesnego sejmu były zwoływane rzadziej niż to ma miejsce obecnie, liczba ta jest duża. Coś zatem poszło nie tak.

Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem federacyjnym. Zasada jednomyślności miała znaczenie nie tylko głęboko demokratyczne (ochrona praw mniejszości), ale także czysto praktyczne. W czasach, gdy mechanizm egzekucji ustanowionego prawa był bardzo mizerny, należało dążyć do sytuacji, w której dana uchwała byłaby akceptowana i z ochotą wdrażana przez reprezentantów każdego z sejmików regionalnych. W innym przypadku, prawo ustanowione centralnie pozostałoby martwe. Nikt nie miał wówczas władzy, by skontrolować (a co ważniejsze – ukarać) niesubordynowane powiaty. To lokalna szlachta egzekwowała ustawy. Ostateczność polegająca na możliwości powołania się przez posłów na liberum veto była gwarantem sytuacji, że w Koronie i na Litwie nie tworzy się prawa „martwego”, nadwątlającego autorytet sejmu, co często ma miejsce dzisiaj, mimo że aparat egzekucyjny jest bardzo rozbudowany.

Zasadzie liberum veto przyświecało także przekonanie, że zawsze znajdzie się „jeden sprawiedliwy”, który powstrzyma zaślepioną masę przed popełnieniem błędu. Taki Henry Fonda z „12 Angry Men” lub Gary Cooper z „High Noon”. Nie przewidziano jednak sytuacji odwrotnej: co, gdy wystarczy tylko jeden przekupny poseł, by wywrócić porządek obrad do góry nogami. Cóż, deprecjacja takiej wartości jak honor rozpoczęła się już w XVII wieku.

W obecnym polskim parlamentaryzmie formalnego zamiennika dla liberum veto oczywiście nie ma, ale pewne substytuty od czasu do czasu występują. Jednak po zawetowaniu przez ogół obywateli (w wyborach) istnienia takich posłów jak Andrzej Lepper czy Gabriel Janowski, nie ma potrzeby zrywania obrad. Ale idea liberum veto wylała nam się poza mury gmachu przy Wiejskiej i jest stosowana w innych dziedzinach życia. Nierzadko, przed samymi murami sejmu.

Pokusiłem się o swoją prywatną, wybiórczą i subiektywną listę nowożytnych polskich (skutecznych) wet, czyli brzemiennych w skutki protestów jednostek (lub przytłaczającej mniejszości), które odbywają się z pominięciem współczesnych mechanizmów demokratycznych. Subiektywny, bo uważam wybrane przykłady za walkę w złej sprawie (inaczej nazwałbym je Termopilami, niosącymi jednak trochę większy ładunek pozytywnych skojarzeń). Nie jestem zwolennikiem demokracji, ale nie jestem także entuzjastą buntów i zaślepionego nieposłuszeństwa.

  1. W imię owiec. Obwodnica Augustowa i Dolina Rospudy. Na przełomie 2006 i 2007 roku aktywiści Greenpeace’u i popierający ich ekolodzy zablokowali budowę ważnego fragmentu drogi krajowej. Oczywiście, były też niedopatrzenia formalne, ale de facto to environmentaliści wymusili taki, a nie inny finał. Proces inwestycyjny został wstrzymany na wiele lat. Dopiero trzy tygodnie temu wojewoda podlaski podpisał zezwolenie na realizację inwestycji drogowej. Jako, że konflikt wokół pierwotnej lokalizacji drogi dotyczył głównie siedlisk ptasich, zawsze w takich sytuacjach powtarzam za Thomasem More’em: „owce pożarły ludzi”.
  2. W imię przywilejów. Wyprawa górniczych związków zawodowych na Warszawę w lipcu 2005 roku (nie mylić ze strajkiem). Rzesza w dużej części zapijaczonych bandytów ze związków zawodowych zdemolowała stolicę. Nazajutrz, przestraszeni posłowie przegłosowali korzystne dla górników przywileje. Żaden inny zawód w Polsce nie cieszy się takimi bonusami. Żaden też nie dysponuje tak agresywnymi związkami. Pokazuje to, że przerost znaczenia związków w polskiej gospodarce bardzo niebezpiecznie ociera się o patologię. Warto nadmienić, że w następstwie tych wydarzeń, „Solidarność” wynajęła kancelarię prawną do pomocy oskarżonym bojówkarzom i zaoferowała pokrycie kosztów ewentualnych grzywien. Ewentualna racjonalizacja górniczych przywilejów, mimo upływu ponad siedmiu lat od wydarzeń w Warszawie, nadal nie wygląda obiecująco.
  3. W imię krzyża. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Czytelnicy pozwolą, że nie będę rozwijać tego tematu. Pisał o tym już zresztą Stanisław Tym w swoim felietonie.
  4. W imię prawa własności. Wojciech Gąsienica-Byrcyn, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, a prywatnie właściciel dużej działki na Gubałówce, od lat hamuje inwestycje korzystne dla turystów i narciarzy. Okrzyknięty przez media „grabarzem Gubałówki”, Gąsienica-Byrcyn i jego klan na pewno nie są jedynymi winnymi całej sytuacji, bo dobrej woli brakuje po obu stronach konfliktu. Niemniej jednak, istotne dobro narodowe pozostaje nadal częściowo niedostępne dla turystów.
  5. W imię własnej bezmyślności. Kibole. To, co ich motywuje do działania, już zawsze chyba pozostanie dla mnie „black boxem”. Przypadek jest szczególnie skomplikowany, bo trudno ocenić beneficjenta ich harców. Na pewno nie są to kluby, które z powodu ich zachowania płacą kary liczone w dziesiątkach czy setkach tysięcy złotych. Do tego dochodzą straty wizerunkowe i utracone wpływy z biletów (szczególnie od rodzin z dziećmi, które rezygnują z uczestnictwa w widowisku, na którym są kibole). Na samych kibolach klub wiele nie zarabia, bo mają oni zawsze najtańsze miejscówki. Piłkarze też chyba nie bardzo poprawiają swoją grę pod wpływem dopingu. Szczególnie, gdy tego dopingu nie ma, bo akurat trwa protest, albo gdy po serii słabszych występów zawodnicy są poniewierani i zastraszani. Należy zatem stwierdzić, że chuligani uprawiają „sztukę dla sztuki” – w ich przypadku „postawa à la XVII-wieczny poseł kijowski” ma charakter bezinteresownej bezmyślności, przez którą nie przemawia żadne szczególne dążenie, która za to skutecznie uprzykrza życie innym.

Oczywiście, można powiedzieć, że sam fakt, iż to mniejszość doprowadziła do wszystkich wymienionych wyżej zjawisk nie świadczy jeszcze o tym, że sprawa, o którą walczyli, była zła. Wielokrotnie zdarza się, że przygniatająca większość lansuje hasła, które nie zasługują nawet na uwagę, a co dopiero na realizację. Być może większość jest dużo groźniejsza niż mniejszość. To prawda. Jednak warto zdać sobie sprawę, że (pozaparlamentarny) mechanizm liberum veto jest nadal w użyciu w dzisiejszych społeczeństwach. O ile był uzasadniony wówczas (co dowiodłem w pierwszych akapitach), gdy samorządność lokalna była praktycznie w powijakach, o tyle – czy jest uzasadnienie dla tego modelu współcześnie?

Drugi zarzut – można powiedzieć, nie bez racji, że wszystko powyższe jest winą państwa. To ono ustaliło wadliwe prawo, które nie pozwala w łatwy i szybki sposób wywłaszczać obywateli w imię realizacji inwestycji celu publicznego i za godziwym odszkodowaniem. To ono kompromituje się, przegrywając każdego dnia walkę z bandytami na stadionach i wokół nich. To ono jest wasalem ekologów i katoli. To ono wreszcie pokazuje od wielu lat, że od stołu negocjacyjnego zawsze bardziej zadowolone odchodzą te związki zawodowe, które w czasie demonstracji lepiej prezentują się pod względem siłowym i pirotechnicznym.

Te przykłady to tylko reprezentacja podobnych zachowań, na jakie natykamy się w wielu dziedzinach życia. Jestem przekonany, że bardzo daleko im zarówno do liberum veto Michała Drzymały (pod względem powagi), jak i do protestu mieszkańca jakiejś polskiej wioski, który – domagając się doprowadzenia prądu do własnej chaty – ogłosił secesję od Polski i wywiesił na posesji własną flagę (pod względem zabawności).