Archiwum kategorii: Polityka

O opozycji, znużeniu i sumieniu przemyślenia różne

Trochę działo się w polskiej bieda-polityce w ostatnich tygodniach. Kilka refleksji na ten temat.

  1. Przekonaliśmy się dobitnie, jak wiele traci nasz kraj z powodu braku realnej opozycji. Paradoksalnie, dowiedzieliśmy się tego właśnie w momencie, w którym opozycja wspięła się na wyżyny aktywności. PiS zorganizował kilka debat, ogłosił nazwisko parapremiera, który – choć powszechnie wyśmiany – zasiał jednak niepokój w rządowych gabinetach. Przedstawiciele największej partii opozycyjnej starali się, na miarę swoich możliwości, wypowiedzieć się parę razy w mediach w sposób merytoryczny. Bardzo to niewiele i głównie działania o charakterze operetkowym, ale jednak. W porównaniu z dotychczasowym brakiem jakiejkolwiek godnej pochwały działalności (nie licząc sprawy Smoleńska, multipleksu i serialu niekonstruktywnych zgryźliwości pod adresem rządu), obecna poprawa musi robić piorunujące wrażenie. Premier Tusk zareagował jak ranny tygrys i przeszedł do zmasowanej kontrofensywy. Atak PiS-u został odparty, ale cała kontrofensywa to niestety również kolejny akt tej samej operetki. O programowych „odgrzewanych kotletach”, serwowanych nam przez ministrów na konferencjach prasowych, za kilka miesięcy znowu nikt nie będzie pamiętał. Cała ta operetka dowodzi jednak po raz kolejny, że sprawna i kreatywna opozycja to prawdziwy dar. Zmusza rząd do myślenia, mówienia i – w optymistycznym przypadku („opozycja – level hard”) – do działania. Nawet jeśli obecny model PiS-owskiego protestu nie ma konstruktywnego charakteru, a jest tylko stworzeniem w pewnym sensie równoległego, niezależnego „państwa w państwie”, w którym to politycy tej partii sami sobie rządzą i sami do siebie mówią – zawsze to lepiej niż nic. Problem polega na tym, że to, co obserwujemy w ostatnich tygodniach, powinno być standardem przez całą czteroletnią kadencję. Ale my, Polacy, jesteśmy specjalistami od zrywów. Prawdziwi Polacy z PiS-u – szczególnie.
  2. Pojawiły się ostatnio głosy, że Tusk się zużył. Pięć lat rządów PO nagle znudziło wyborców, którzy przeżywają frustrację spowodowaną brakiem nowych twarzy wśród politycznej wierchuszki. Brzmi logicznie, prawda? Niestety, autorzy takiego wytłumaczenia kryzysu Platformy są w błędzie. Owszem, można mówić o zużyciu się pewnej formuły rządzenia, ale zdecydowanie nie w tym przypadku. Gdy po 11 latach podała się do dymisji świetna Margaret Thatcher, albo gdy po 16 latach odchodziła ikona niemieckiej polityki, Helmut Kohl, można było mówić, że wszystkiemu winna jest społeczna chcica do dokonania „zmiany dla samej zmiany”. W przypadku Platformy Obywatelskiej, w kontekście niekorzystnych dla niej sondaży, nie ma mowy o takiej motywacji wyborców. Nawet jeśli założymy, że politycy z zasady nie realizują obietnic przedwyborczych, to stopień nieudolności drugiego gabinetu Donalda Tuska przekracza chyba dopuszczalne normy. To lenistwo i brak pomysłu na Polskę są przyczyną słabnących notowań tej partii, a nie jakieś mityczne i nienamacalne znużenie elektoratu.
  3. Lansuje się w niektórych mediach przekonanie, że parlamentarzyści (czy też władza w ogólności) powinni kierować się swoim sumieniem przy podejmowaniu decyzji politycznych (które, jak wiemy, podejmowane są w interesie wszystkich obywateli). Wygląda więc na to, że otrzaskany już w Polsce, za sprawą farmaceutów, bon mot „klauzula sumienia” zahacza o nowe dziedziny życia. Zastanawiam się, w jaki sposób my, wyborcy, powinniśmy w takiej sytuacji oddawać głosy? Jak wniknąć w głąb kandydata na posła i poznać jego sumienie? Jak a priori przewidzieć jego zachowania, postawy, decyzje podjęte w głosowaniach? Może byłoby łatwiej, gdyby posłowie deklarowali zawczasu swoje wyznanie? Niezbyt skuteczny byłby to czynnik różnicujący, bo większość to katolicy rzymscy lub zadeklarowani ateiści, a grupy te wewnętrznie i tak są bardzo niejednolite. Czy demokracja ma zatem sens? Wobec takiej nieprzewidywalności zachowań wybranych przez nas reprezentantów, zarządźmy losowanie zamiast wyborów. Wyjdzie taniej. A póki co marzy mi się, by w świecie polityki istniała odrębna religia, wspólna dla wszystkich parlamentarzystów – interes publiczny! I wówczas pod postulatem „klauzuli sumienia” podpisałbym się bez wahania.

Błądząc we mgle

Wszyscy znamy ludowe porzekadło o sześciu kucharkach. Po debacie ekonomicznej, zorganizowanej ostatnio przez Prawo i Sprawiedliwość, można by ukuć nowe przysłowie: Gdzie ekonomistów trzy dychy – tam w brud pustosłowia i pychy. Tematem debaty miały być propozycje „reform” przedłożone przez partię Jarosława Kaczyńskiego.

Z pustego i Salomon nie naleje

Problem tkwi w tym, że gospodarka nie zajmuje żadnego poczesnego miejsca w programie PiS, toteż i zgłaszane propozycje dowodziły raczej niewiedzy i bezradności tej partii w sprawach ekonomicznych. Żaden ze zgłaszanych postulatów nie zasługuje na miano reformy. Mamy za to do czynienia z instrumentami o charakterze doraźnym bądź krótkowzrocznym, mającym za zadanie ręcznie sterować gospodarką. Te postulaty, które „pozują” na reformy, są natomiast zdefiniowane tak ogólnikowo, że nie sposób dojść, o co chodzi partii Jarosława Kaczyńskiego. Na przykład hasło „zreformować podatki” nie jest nigdzie rozwinięte. W Sejmie zostały co prawda złożone odpowiednie projekty ustaw, ale brakuje w nich przełomu – jest to kolejna żonglerka podatkami, bez realnej zmiany systemu. PiS ma także na sztandarach deregulację i to jedyny punkt, który łączy tę partię z PO, ale trudno powiedzieć, czy w tych działaniach przeważa miłość do idei ukręcenia łba zbędnym przepisom, czy miłość do Jarosława Gowina. Szeroko komentowany był także blamaż Jarosława Kaczyńskiego w sprawie obietnicy stworzenia 1,2 mln miejsc pracy w ciągu najbliższych 10 lat, podczas gdy w ostatnich czterech latach – w warunkach kryzysu – powstało ich aż 800 tysięcy.

PiS chce przywrócić wiek emerytalny wynoszący 60 i 65 lat. O ustalaniu jakichkolwiek progów pisałem już wcześniej. Majstrowanie przy wieku emerytalnym nie jest reformą, a jedynie manipulowaniem parametrem jednego z instrumentów systemu emerytalnego. To bardzo wąskie, wręcz agorafobiczne, postrzeganie kwestii zabezpieczenia społecznego.

Z gruntu sprzeciwiam się wszystkim nowym obciążeniom podatkowym, szczególnie wymierzonym w konkretne podmioty (zdefiniowane „z palca”), co jest przejawem ręcznego sterowania gospodarką i zaprzeczeniem idei powszechności podatku. Tymczasem, PiS proponuje przeforsowanie haraczu dla banków i hipermarketów. Dlaczego? Przypuszczam, iż dlatego, że za dużo aktualnie zarabiają. Boję się takich decyzji, bo gdy okaże się, że za 10 lat, dzięki sprzyjającej koniunkturze, za dużo zarabiać będą zakłady krawieckie i garmażeryjne, to PiS wpadłby na pomysł, żeby im wyznaczyć specjalny podatek. PiS jest niezdolny do zrozumienia, że większe obciążenia, nałożone na przykład na hipermarkety, zostaną w całości przerzucone na klientów. Z tego, co sobie przypominam, to PiS najgłośniej utyskuje na drożyznę – tym razem chce to zjawisko domniemanej drożyzny dodatkowo pogłębić. Przytomnie alarmował w tej sprawie podczas debaty Marek Zuber.

Trzydzieścioro indywidualności

Większości wypowiedzi ekonomistów trudno cokolwiek zarzucić w sensie merytorycznym, ale były one na tyle ogólnikowe, że zamieniły się raczej w litanię truizmów niż w zestaw konkretnych polityk czy rekomendacji. Niestety, obok deklaracji mądrych, bądź w najgorszym razie bezdyskusyjnie oczywistych, nie mogło oczywiście zabraknąć nonsensów, spośród których wymieniam kilka:

  • Prof. Grażyna Ancyparowicz: polska gospodarka miała być społeczną gospodarką rynkową, ale tak się nie stało. Jest to gospodarka wyłącznie neoliberalna, gospodarka bardzo silnie poddana deregulacji, prywatyzacji, regułom wolnego rynku.

Nie wiem, skąd u prof. Ancyparowicz taki optymizm. W Polsce nie obserwujemy prawie trendu deregulacyjnego, prywatyzacja jest bardzo powolna, a wolny rynek daleki od ideału. Niestety, społecznej gospodarki rynkowej również nie mamy – i tu zgadzam się z sądem ekonomistki. Niestety, to co obserwujemy jest modelem bliższym zbiurokratyzowanemu socjalizmowi niż neoliberalizmowi, jako że nadaktywność państwa w gospodarce jest widoczna na każdym kroku. Słusznie zauważył to prof. Stanisław Gomułka, który zaznaczył, że wydatki publiczne w Polsce sięgają 50 proc. PKB.

  • Janusz Szewczak: Polacy nie posiadają żadnego wartościowego majątku. Nawet te 500 mld zł oszczędności, jakie mają w bankach, zanieśli do zagranicznych banków (…) Uważam, że pierwszą sprawą, jaką powinniśmy podjąć, jaką przyszły rząd powinien podjąć, to natychmiastowe zatkanie tych dziur, przez które wyciekają setki miliardów złotych rocznie. Z moich szacunków wynika, że jest to ok. 200 mld zł rocznie i tracimy je na rzecz m.in. zagranicznych podmiotów.

Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, wykorzystał debatę do promocji swojego pracodawcy. Nie wyjaśnił, w jaki sposób fakt ulokowania 500 mld zł kapitału w zagranicznych bankach ma przełożenie na utratę wartości tych pieniędzy. „Obliczenia” eksperta wskazują na 200 mld zł strat. Oczywiście, nie wskazał, skąd biorą się te straty, oblekając całą sprawę w mgiełkę (mgłę?) tajemnicy. Insynuacja w najczystszej formie.

  • Jacek Wróbel: Powinniśmy dyskutować na innym poziomie dyskusji. System podatkowy to nie jest żadna mądrość. Powinien być prosty, jasny itd. itd. W tej chwili mamy chaos. Powinniśmy zejść na poziom cząsteczki elementarnej. Podatkiem podstawowym powinien być podatek transakcyjny od każdej, dokonanej transakcji na poziomie 2-5 proc. Wprowadziłbym również podatek dochodowy na poziomie 50 proc. Ten system zakłada m.in. odejście od bzdurnego podatku VAT-owskiego.

Jacek Wróbel proponuje przewrót podatkowy, rewolucję. System, o którym mówi nie ma precedensu i w żadnym kraju świata nie istnieje podobny model. Co więcej, przy obecnym stanie prawnym w Unii Europejskiej, likwidacja VAT-u byłaby niemożliwa do zrealizowania. Wróbel zachował się jak nieskrępowany rzeczywistością ekonomista teoretyk. Jak astronom wysłany na orbitę. Nie odmawiam Wróblowi sensu istnienia i wyrażania się w ten sposób, ale jego wystąpienie ewidentnie nie pasowało do forum, w jakim się znalazł i do tematyki, jaka była poruszana.

  • Prof. Jerzy Kropiwnicki: Trzeba rozważyć wykupienie części sektora bankowego przez Polskę.

Pomysł absurdalny, o którym wypowiadałem się już w jednym z poprzednich wpisów. Najgorsze, że jego gorącym entuzjastą jest Jarosław Kaczyński, co absolutnie dyskwalifikuję tę partię jako prorynkową.

Ogólnie, debatę „Alternatywy” należy ocenić krytycznie. Dla PiS-u, co było jasne od początku, było to wydarzenie polityczne i zasadniczy cel spotkania został spełniony już w momencie, gdy do sztabu PiS-u wpłynęły potwierdzenia uczestnictwa od zaproszonych gości. Kompromitacji nie było, ponad trzydziestu uczestników to bardzo dobry wynik. Merytorycznie, debata zakończyła się klapą, bo część ekonomistów wykorzystała to wydarzenie do lansowania swojej osoby (aktywnie lansowali się nawet nieobecni, głośno swą absencję akcentując), a część abstrahowała w swoich wypowiedziach od konkretów i wygłaszała sądy bardzo generyczne. Tak czy inaczej, nawet jeśli z debaty płyną jakieś wnioski, nikt w PiS-ie nie będzie w stanie ich zinterpretować ani wcielić ich w życie, gdyż ekonomia jest od dawna materią zbyt skomplikowaną dla przedstawicieli tej partii. Przypomnijmy, że debatę otworzyła Beata Szydło, etnograf i niedoszła pani doktor w tej dziedzinie. To w tej chwili lider PiS-u w kwestiach ekonomicznych.

Co dalej z PiS-em?

PiS utyskuje na utrzymujące się wysokie poparcie dla PO, ale nie robi nic, by to zmienić. W Polsce od wielu lat nie ma realnej opozycji i organizacja debaty gospodarczej przez PiS nie zmieni tego obrazu. Retoryka konfrontacji sprzyja scementowaniu obecnego, radykalnie roszczeniowego elektoratu. Ten elektorat składa się zarówno ze skrajnie prawicowych, jak i lewicowych radykałów oraz bezrefleksyjnej rzeszy wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, gotowych ogłosić go mesjaszem narodu. Na tym krąg potencjalnych wyborców się zamyka. PiS w takiej formie nigdy nie przebije się przez próg 30 proc. głosów, co przy braku zdolności koalicyjnej skazuje go na trwałą nieobecność w rządowych ławach. W takim układzie, debatę należy potraktować jako ciekawy event z zakresu marketingu politycznego i symulowaną próbę wprowadzenia spraw gospodarczych do dyskursu publicznego, co jednakże nie może przynieść żadnych namacalnych skutków.

Mimo to, PiS-owi należy się szacunek. Nie ma już obecnie w tej partii rozdźwięku między słowami a czynami. Lepsze to niż to, co oferuje nam partia rządząca, która na sztandarach ma „A”, a w życie wprowadza „B”. Dla każdego jest już dzisiaj jasne, że wszelka hipokryzja i zakłamanie, jakie były domeną PiS-u jeszcze kilka lat temu oraz we wczesnych miesiącach postsmoleńskich – teraz zupełnie zanikła. PiS daje do zrozumienia, że jego celem jest powrót do idei ciemnogrodzkiej IV RP – nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku sukcesu wyborczego, te zapowiedzi doczekałyby się spełnienia. Program PiS-u jest szczery i nie ma w nim kłamstwa. Jest to program na miarę możliwości ugrupowania, które nie ma żadnego potencjału intelektualnego, bo resztka posłów na poziomie opuściła już szeregi partii. Pozostali mierni i jałowi umysłowo politycy, wiernopoddańczo wpatrzeni w swego dobrodzieja-lidera, którzy po prostu nie są w stanie spłodzić żadnej konstruktywnej idei. Ale za to w te idee, które uda im się już wykoncypować, wierzą z całej siły. W tym sensie, partia ta jest uczciwa wobec elektoratu, choć oczywiście wszyscy wolelibyśmy, by ta uczciwość przejawiała się w wierności ideom bardziej pożytecznym.

Brak obłudy i fałszu ma jednak swoją cenę. PiS zatrzymał się w rozwoju na etapie smoleńskiej mgły. Od tamtego czasu nie jest w stanie jej rozrzedzić i wyjść z intelektualnej zapaści. Swój polityczny kapitał, które zapewni mu byt i trwanie, może więc zbijać tylko na ciemnocie. Każda zmiana kursu jest obarczona dużą dozą ryzyka, bo elektorat przyzwyczajony do silnej ręki zamordystycznego prezesa, przepełniony ksenofobią, rusofobią i mesjańskim nacjonalizmem, może nie zaakceptować zbyt daleko idących, liberalizujących posunięć. Wszak łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. I tak samo we mgle błądzi.

Nadgorliwość gorsza od nepotyzmu

Tegoroczne wakacje sponsoruje słówko „nepotyzm”. Jeszcze dwa miesiące temu, jego definicję znały tylko wykształciuchy. Przypomina mi to karierę wyrazu „matactwo”, odmienianego swego czasu (a konkretnie czasu Dębskiego i Inki) przez wszystkie przypadki. Później podobne lingwistyczne blockbustery próbowali przeforsowywać na zmianę bracia Kaczyńscy (absmaki, semantyczne nadużycia i inne małpy w czerwonym), a Palikot edukował ostatnio Polaków na temat terminu „apostazja”. Prawdziwy hit lata niewątpliwie padnie jednak łupem PSL-u (choć po walce łeb w łeb z kibicowskim „nic się nie stało”). Bardzo się cieszę, że w narodzie krzewi się znajomość słownika języka polskiego, a szczególnie haseł wywodzących się ze starożytnej greki czy łaciny, ale z drugiej strony te „semantyczne” amplitudy w naszej debacie publicznej są irytujące.

Sprawa jest o tyle poważna, że został w nią wciągnięty sam premier i, co zdarza mu się rzadko, skompromitował się. Ogłaszając, że syn nowo powołanego ministra rolnictwa, Daniel Kalemba, zrezygnuje z pracy w Agencji Rynku Rolnego, poniósł podwójną porażkę. Mało tego, że jego oświadczenie okazało się nieskuteczne, bo syn ze stanowiska nie odszedł, to jeszcze – podejmując taki krok – premier wpisał się w bardzo tani i pozbawiony głębszej refleksji trend denepotyzacji. W języku „Simplified Polish” tudzież „Niederpolnisch” nazwalibyśmy to nadgorliwością.

Tusk postawił między wierszami swojej nierozważnej wypowiedzi pytanie, gdzie w takim razie powinni pracować krewni wysoko postawionych funkcjonariuszy państwa. Może powinni zawiesić na czas kadencji swoich wujów i ciotek działalność publiczną i zająć się uprawą przydomowych grządek? Może wyjechać za granicę, najlepiej do kraju skłóconego z władzami Rzplitej, tak aby o żadne faworyzowanie nie mogli zostać posądzeni? Jak daleko mają sięgać „macki” antynepotystycznej inkwizycji, do siostrzeńca czy kuzyna drugiego stopnia? Wreszcie, nie będzie i tak żadnej gwarancji, że politycy żądni budowy prywatnego imperium, pozbawieni vacatów dla rodziny, nie zwiększą przydziału stanowisk dla kolesi. Tu trudniej o kontrolę.

Naturalnie, mamy w Polsce problem z nepotyzmem i naiwnością byłoby negowanie tego faktu. Na poziomie lokalnym, „panami życia i śmierci” bywają wójtowie, którzy do dyspozycji mają tyle „stołków”, że poprzez swoją politykę zatrudnienia nierzadko ręcznie sterują poziomem bezrobocia w okolicy. I wśród rodziny. Nie mówię, że wójtów i innych państwowych pracodawców należy rozgrzeszyć. Twierdzę tylko, że ludzie reagują na bodźce, co w przypadku części z nich – pozbawionych kręgosłupa etycznego – przekłada się na ciągotki do nepotyzmu. Nie bez znaczenia jest też wpływ otoczenia, które przyzwala na takie praktyki. Pierwotnym źródłem tych nikczemności nie jest jednak ludzka słabość, a słabość państwa – słabość przejawiająca się, paradoksalnie, w jego potędze. Rozbuchane instytucje państwowe „produkują” zbyt wiele nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Najczęściej są to miejsca pracy, gdzie kompetencje się nie liczą, można więc zatrudnić kogokolwiek. Jeśli kogokolwiek, to dlaczego nie… No właśnie.

Problemem nie jest natomiast praca syna Stanisława Kalemby w ARR. Problemem nie jest tym bardziej praca Michała Tuska (na zresztą dosyć poślednim stanowisku) w gdańskim porcie lotniczym. Problemem nie jest nawet nominacja Krzysztofa Kiliana na prezesa PGE. To przerost biurokracji i obecności państwa w gospodarce jest źródłem problemu i w tym obszarze należy poszukiwać rozwiązań. Ze względu na skalę, olbrzymie trudności interpretacyjne i skomplikowane zależności rodzinno-towarzyskie, system regulacyjny, który aspirowałby do pełnej kontroli takich zjawisk jak nepotyzm, byłby albo szalenie nieefektywny, albo totalitarny. Najpewniej jedno i drugie.

Co możemy zrobić? Zmniejszyć zatrudnienie w sektorze publicznym, wspierać dobre praktyki w zakresie etyki urzędniczej i zwiększyć transparentność procedur rekrutacyjnych nie tylko do Korpusu Służby Cywilnej, ale także na niższe stanowiska w administracji państwowej.

Pułapki demokracji bezpośredniej

W dobie ogólnodostępnego Internetu nie ma już prawie żadnych przesłanek, szczególnie technologicznych, by nie wprowadzić w życie ideałów demokracji bezpośredniej. Sprawnie działający system informatyczny zorganizuje głosowanie internetowe w dowolnej sprawie sto razy szybciej niż aparat państwowy, przy użyciu konwencjonalnych procedur i środków, spłodzi referendum. Pytanie tylko, czy rzeczywiście uśmiecha nam się taki rozrost demokracji, który objąłby swym zasięgiem obszary obywatelskiej niekompetencji. Innymi słowy, czy obywatele mają merytoryczne podstawy by decydować o wszystkim? Czy mamy świadomość, że poprzez uinternetowienie demokracji, sieciowa społeczność (ludzie o bardzo różnej „jakości”) zostałaby zinstytucjonalizowana, zalegitymizowana i wtłoczona w ramy nowego ustroju?

Pomysł wykorzystania Internetu w debacie publicznej ma trzy słabe strony. Pierwsza to wspomniany brak kompetencji szerokich rzesz obywateli do decydowania w wielu sprawach. Przy czym nie uważam również, że kompetencje te posiadają jakiekolwiek gremia polityczne w naszym kraju, bo byłoby to nazbyt optymistyczne stwierdzenie. Druga wada polega na zatrważająco wysokim poziomie trollingu w polskim Internecie, co sprawia, że standard prowadzonych tam dyskusji jest bardzo niski. Trzeci punkt, w oparciu o który można skonstruować krytykę koncepcji internetowej demokracji bezpośredniej, to danie w ten sposób pożywki pokusie, by mechanizmy demokracji przyspieszać i organizować internetowe referenda często i szybko. „Prawdziwy sąd to sąd po latach, czasem – wieki później” – pisał Ryszard Kapuściński w „Lapidarium III”. Nie da się ukryć, że ludzie mają skłonność do podejmowania zbyt pochopnych decyzji, pod wpływem chwili. Podobnie, jak przy innych zastrzeżeniach, także i tu trudno powiedzieć z całą pewnością, że demokracja pośrednia prezentuje się w tym wymiarze dużo lepiej. Najlepszym przykładem, że tak nie jest, była nieopatrzna decyzja władz o pochówku pary prezydenckiej w Grobach Królewskich na Wawelu.

Internet jest przełomem w rozwoju ludzkości, ale też lekcją pokory dla wszystkich zwolenników, którzy żywili co do niego nadzieję, że będzie on inkarnacją greckiej agory, odzwierciedlającej ideały społeczeństwa obywatelskiego. Ja też byłem swego czasu zafascynowany modelem szwajcarskim, gdzie demokracja bezpośrednia osiągnęła swoją najdoskonalszą emanację w świecie nowożytnym. Ale nie jest to model uniwersalny. Specyficzna mikrokultura Szwajcarii pozwoliła na rozwinięcie się takiego systemu, ale nawet dziś niektórzy Helweci nie czują się dobrze z tym, że kobiety uzyskały tu powszechne prawa wyborcze dopiero w 1971 roku, a kilka lat temu zabroniono w drodze referendum budowy minaretów. To samo można powiedzieć o innych szwajcarskich „znakach szczególnych”, tj. najbardziej liberalne na świecie przepisy dotyczące dostępu do broni palnej, czy kwestia neutralności politycznej. Z kolei przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2008 roku, mieszkańcy Zurychu zadecydowali w referendum, że nie chcą budować na tę okoliczność nowego stadionu. W efekcie widzowie tłoczyli się na niezbyt imponującym, lekkoatletycznym trzydziestotysięczniku – Letzigrund.

Fala międzynarodowego oburzenia, jaka przetoczyła się po świecie w następstwie słynnego już referendum w sprawie minaretów, stanowi zresztą ciekawy casus z zakresu nauk politycznych. Okazało się bowiem, że w całej ośmiomilionowej Konfederacji Szwajcarskiej nie znalazł się ani jeden winowajca tego niezbyt poprawnego politycznie werdyktu. Bo znaleźć się nie mógł. Demokracja bezpośrednia zapewnia olbrzymią decentralizację odpowiedzialności (a w zabarwieniu bardziej pejoratywnym, można by mówić o rozmyciu odpowiedzialności) i w kwestiach niepoprawnych politycznie, vide minarety, dowartościowanie anonimowego vox populi może paradoksalnie odpowiadać potrzebom i oczekiwaniom części społeczeństw.

O ile szwajcarskie referenda organizowane są metodą tradycyjną, o tyle Estonia (1,3 mln mieszkańców) śmiało wkroczyła na drogę informatyzacji głosowań. Po raz pierwszy tę możliwość wprowadzono pilotażowo w wyborach lokalnych siedem lat temu. Wówczas amatorów elektronicznego głosowania było mniej niż 10 tys. W wyborach parlamentarnych w 2007 r. e-wyborcy stanowili już 5,5% głosujących (w liczbach bezwzględnych – ponad 30 tys. osób). W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. odsetek e-głosujących wzrósł do 14,7% (ponad 58 tys. osób). W wyborach lokalnych z 2009 roku z e-głosowania skorzystało ponad 104 tys. osób, a w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2011 roku – już 24% ogółu, czyli prawie 141 tys. obywateli. Frekwencja wyniosła 63,53% i wykazuje tendencję wzrostową. O takiej Polska może na razie tylko pomarzyć.

Jak bardzo popularność referendów jest pochodną lokalnych tradycji pokazuje przykład Niemiec. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Bartosz Wieliński, mówił o tym niedawno, gdy w wywiadzie radiowym poruszył temat przekazania przez Niemcy większych kompetencji na rzecz Brukseli. Proponowano w tej sprawie referendum, ale pomysł ten został jednoznacznie odrzucony. W Niemczech publiczne plebiscyty są dosyć egzotycznym pomysłem, referenda nie są umocowane w niemieckiej konstytucji i zasadniczo nie przeprowadza się ich. Jest to pochodną traumy po czasach hitlerowskich, w trakcie których Führer nader chętnie korzystał z tego instrumentu demokracji bezpośredniej.

Wszystkie te przemyślenia nie świadczą bynajmniej o tym, że nie należy wykorzystywać technologii do usprawnienia procedur tam, gdzie jest to możliwe i nie narusza w drastyczny sposób zakorzenionych w społeczeństwie demokratycznych rytuałów. Na przykład nic nie stoi na przeszkodzie, by technologia wsparła w większym stopniu proces wyborów od strony technicznej. Uczestnictwo w wyborach powszechnych za pomocą domowego połączenia internetowego nie jest niczym nagannym i należy to społeczeństwu umożliwić. Kwestią zasadniczą jest bowiem nie forma głosowania, a – jak już mówiłem – częstotliwość angażowania obywateli w proces podejmowania decyzji. Co innego głosować w cyklach czteroletnich (wybory parlamentarne i wybory samorządowe, gdyż nadal utrzymuję, że wybory prezydenckie powinny być w Polsce pośrednie), co innego co dwa tygodnie na temat wysokości ceł na marchewkę. Jest też rozwiązanie dla osób, które nie posiadają komputera w domu. Umieszczenie pecetów w lokalach wyborczych (przecież i tak każda chyba szkoła w Polsce ma salę informatyczną) pozwoliłoby znacznie ograniczyć koszty organizacji głosowania, m.in. koszty zatrudnienia obwodowych komisji wyborczych, skrócić czas procesowania i opracowywania wyników głosowania oraz podnieść jakość gromadzonych w tym czasie danych demograficznych.

Polityka i in vitro: oddzielanie ziarna od plew

Wszystko w nadmiarze szkodzi. Liberalne myślenie także. Tym bardziej, że liberalne myślenie – inaczej niż się powszechnie sądzi – może mieć niewiele wspólnego z naukowym czy gospodarczym liberalizmem (rozumianym na przykład jako umiłowanie wolności i minimalizacja roli państwa), a tym samym z racjonalnością. Redukując ten wywód logiczny, można powiedzieć tak: ci, którzy obnoszą się ze swoim „otwartym” umysłem, lansując liberalne koncepcje, mogą być jednocześnie na bakier z rozumem.

Po tym przydługim wstępie, zaprezentuję na krótkim przykładzie, jak może działać taki mechanizm. Dzisiaj chyba powinienem napisać o marihuanie, bo jesteśmy świeżo po próbie Janusza Palikota zapalenia w Sejmie jointa. Ale napiszę o innym pomyśle środowisk lewicowych – refundacji in vitro.

Sama ustawa bioetyczna, regulująca procedury wykonywania zapłodnienia in vitro, jest naturalnie potrzebna i to od dawna. Problemem pozostaje natomiast sposób finansowania tej procedury i czy budżet państwa w jakikolwiek sposób powinien się do tego dokładać. Co bardziej lewicowe środowiska ochoczo tej koncepcji przyklaskują i piszą pod nią ustawy. Najgłośniej o sprawie było pod koniec listopada, gdy do walki o in vitro i jego refundację stanęła Wanda Nowicka z Ruchu Palikota oraz niezależnie od siebie Marek Balicki i Joanna Senyszyn z SLD (Onet.plKAI).

W istocie, kwestia uregulowania in vitro z poszanowaniem etyki i w duchu liberalnym, tj. zapewnienie dostępności tej metody leczenia bezpłodności i budowa społecznej akceptacji dla tej formy prokreacji, a kwestia finansowania tej metody przez państwo, to rzeczy najzupełniej różne. Prawda jest bowiem taka, że dla zapłodnienia in vitro istnieje, może nie perfekcyjny, ale jednak bliski substytut – adopcja. Co więcej, jest to substytut niosący znacznie większe korzyści społeczne. Mianowicie, już narodzone dziecko, które nie ma na tyle szczęścia, by wychowywać się w normalnej rodzinie, ma szansę na uśmiech losu i prawdziwy dom.

Mając zatem do wyboru posiadanie dziecka w drodze adopcji i posiadanie dziecka w drodze procedury in vitro, jest jasne, że preferowanym przez rząd wyborem, tj. takim, który maksymalizuje „użyteczność” z punktu widzenia społeczeństwa, jest raczej wspieranie adopcji, aniżeli in vitro. Jeżeli dotacje państwa mają pomagać w rozwoju któregoś z tych dwóch hipotetycznych programów, wolę, aby zostały wydane na promowanie adopcji i wsparcie rodzin, które zdecydowały się na ten krok. Wówczas tworzą one bowiem warunki do rozwoju dziecka, które są wielokrotnie korzystniejsze od tych, na które skazani są wychowankowie w domach dziecka.

Owszem, część par z różnych względów nie zechce skorzystać z adopcji. Oczywiście, jest to rzecz, którą należy uszanować. Niemniej jednak, w żaden sposób nie może to usprawiedliwiać udostępniania przyszłym rodzicom publicznych pieniędzy na wybór alternatywnej ścieżki, która – choć również pożyteczna (większy przyrost naturalny to w naszych warunkach błogosławieństwo) – nie powinna otrzymywać wsparcia z funduszy prorodzinnych nieproporcjonalnie większego niż adopcja.

Co należało dowieść. Jak widać, liberalne myślenie niemal zawsze nosi znamiona racjonalności, ale racjonalny osąd musi odbywać się nie na niwie ideologii, ale w drodze obiektywnych przemyśleń.

Exposé się rzekło i co dalej?

Do exposé Donalda Tuska mam stosunek ambiwalentny. Politycznie bardzo dobre, merytorycznie konkretne, ale w przełożeniu na rzeczywistość wciąż zbyt ostrożne. Mimo, że największą wagę zawsze powinno się przykładać do kwestii gospodarczych, nie podobała mi się monotematyczność wystąpienia premiera. O planowanych ruchach w resortach niegospodarczych usłyszeliśmy niewiele, jeśli nie liczyć kilku mentorskich wstawek o krzyżu i miejscu Polski w Europie. Rząd chce przedsięwziąć odważne reformy, ale nie podzielam entuzjazmu części komentatorów, którzy przemówieniu Tuska nadają status rewolucyjnego. I nie chodzi bynajmniej o wyrażenie z mojej strony pewnego memento, że zapowiedzi z exposé nigdy w stu procentach nie przekładają się na realne działanie.

Tusk zamienia politykę małych kroków, którą (chyba nawet z pewną dumą) forsował do tej pory, na politykę półśrodków. Owszem, przyrównując zaprezentowane w piątek propozycje do tego, co działo się przez ostatnie cztery lata, zauważamy znaczny postęp. Ale potencjał kryzysu, jako okresu idealnego do gruntownych, strukturalnych reform, pozostanie najwyraźniej niewykorzystany. Planowane kroki nie usprawnią machiny państwa. Wszak nawet po urzeczywistnieniu zapowiedzianych przedsięwzięć, system emerytalny pozostanie ułomny i niezbilansowany, koszty pracy wysokie, pomoc społeczna niesprawiedliwa, system podatkowy skomplikowany, a sam pobór podatków drogi. Zmiany mają więc charakter fragmentaryczny, działają na relatywnie wąskich odcinkach wymienionych polityk, a do tego dotyczą zmian kwot, procentów, stawek, progów, ale nie systemu!

Decyzja o stopniowym podwyższaniu wieku emerytalnego jest naturalnie bardzo zręczna – ogranicza ryzyko wybuchu społecznego niezadowolenia i buduje zaufanie do państwa jako organizacji przewidywalnej i odpowiedzialnej. Tak powinno się wprowadzać reformy. Można oczywiście dyskutować, czy perspektywy 2020 i 2040 roku, kiedy to zaczną w pełni obowiązywać nowe regulacje, nie są zbyt odległe. Wydaje się, że taki, w istocie ostrożny, wzrost wieku emerytalnego może okazać się dalece niewystarczający w 2040 roku, jeśli średnia długość życia na emeryturze znacznie w międzyczasie wzrośnie. W tej sprawie bulwersują natomiast przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza, rząd bohatersko podejmuje się sanacji systemu emerytalnego po niedawnym jego demontażu (zamach na OFE). Syndrom strażaka-podpalacza? Druga, w związku ze wspomnianym demontażem, nie wiem na jakiej podstawie Tusk obiecuje przyszłym emerytom o x% większe świadczenia wynikające z wydłużonego czasu pracy. Cudowne rozmnożenie na „kontach” ZUS? To czysty miraż.

Żeby nie było tak gorzko, pochwały należą się Tuskowi za krok w kierunku ograniczenia przywilejów emerytalnych służb mundurowych. Na plus należy zapisać również decyzję o, na razie tymczasowej, kwotowej waloryzacji emerytur, zamiast dotychczasowej procentowej. Dobrym posunięciem jest także stopniowe wyłączanie bogatszych rolników z KRUS-u.

Propozycja ograniczenia ulg, owszem, przyniesie korzyści dla budżetu, ale dodatkowo skomplikuje system podatkowy. Kolejny raz nie doczekaliśmy się decyzji politycznej dotyczącej całkowitej likwidacji ulg, co doprowadziłoby do uproszczenia systemu podatkowego i otworzyłoby drogę na przykład do obniżenia stawki podatkowej PIT. Najwidoczniej, niektórzy ekonomiści nadal mają kłopoty ze zrozumieniem, że narzędziem redystrybucji dochodu narodowego jest nie system podatkowy, a system opieki społecznej. Daniny publiczne są w Polsce ściągane drogo, nieefektywnie, lub nie są ściągane w ogóle (szara strefa), a trud orientowania się w gąszczu podatkowych przepisów pochłania cenną energię obywateli.

Najbardziej zniechęca mnie do exposé jednak coś innego – wzrost składki rentowej o 2 pkt. proc. Premier stwierdził, że przedsiębiorstwa i tak nie inwestują, więc mogą bez uszczerbku płacić wyższą składkę. To najbardziej jaskrawy przykład posunięcia zupełnie sprzecznego z oczekiwaniami rynku. Priorytetem kolejnych rządów, zresztą od wielu lat, powinno być ograniczanie kosztów zatrudnienia, co jest główną i bezpośrednią przyczyną wysokiego bezrobocia. Tymczasem, Tusk decyduje się ten już i tak horrendalnie wysoki klin podatkowy zwiększyć.

Nie usłyszeliśmy zbyt wiele o optymalizacji wydawania pieniędzy na pomoc społeczną. To obszar, gdzie do ugrania jest, lekko licząc, kilka miliardów złotych. Wygląda więc na to, że hojny strumień publicznych pieniędzy przez kolejne cztery lata będzie nadal płynął do osób, które tego zastrzyku finansowego kompletnie nie potrzebują.

Nic albo bardzo niewiele zostało powiedziane o deregulacji, wspieraniu innowacyjności i nauce, wspieraniu ożywienia w sektorze mikroprzedsiębiorstw, polityce proimigracyjnej, dokończeniu prywatyzacji, walce z bezrobociem wśród młodych ludzi, nawet o infrastrukturze czy sądownictwie (poza elektroniczną administracją).

Jakie nadzieje można wiązać z drugim rządem Donalda Tuska? Biorąc pod uwagę niekorzystne prognostyki, do których zaliczam między innymi unik przed koalicją z reformatorskim Ruchem Palikota, brak silnej i merytorycznej opozycji, słaby skład personalny gabinetu, prawdopodobnie nadal wysoki, rozleniwiający i usypiający strumień unijnych pieniędzy na lata 2014-2020, można sądzić, że w sferze strukturalnej zmieni się niewiele. Jedyna nadzieja na przebudzenie i większą ambicję rządzących leży w rozprzestrzenieniu się w Polsce – tym razem na poważnie – zjawisk związanych z kryzysem gospodarczym. Takich życzeń wolę jednak mimo wszystko nie wypowiadać.

Między wierszami samobójstwa

Samobójcza śmierć Andrzeja Leppera zadziwiająco trafnie wpisuje się w opis losów jego literackiego pierwowzoru, Nikodema Dyzmy. Skompromitowany polityk, uwikłany zapewne w szereg nie do końca jasnych intryg, nie wytrzymał ciężaru, jakim nigdy nie powinien był zostać obarczony. Władzę do rąk, niczym zegarek małpie, dali mu wyborcy – zakończyło się najpierw bankructwem politycznym, teraz – totalnym unicestwieniem. W całym tym wydarzeniu martwi jedna rzecz – przykryta płaszczykiem szoku i względnej żałoby. Śmierć Leppera przekreśla – i tak nikłe – szanse na wyjaśnienie związanych z nim afer mających miejsce w „ciemnych wiekach” rządów PiS.

Trzeba w ogólności powiedzieć, że wbrew początkowym nadziejom, wyjaśnianie nadużyć z lat 2005-2007 idzie niezwykle ślamazarnie. Dopiero niedawno zakończyła pracę Komisja śledcza do zbadania okoliczności tragicznej śmierci byłej posłanki Barbary Blidy, a także Komisja śledcza do zbadania sprawy zarzutu nielegalnego wywierania wpływu na funkcjonariuszy policji, służb specjalnych, prokuratorów i osoby pełniące funkcje w organach wymiaru sprawiedliwości. Wnioski z prac tej ostatniej, kierowanej przez Andrzeja Czumę, okazały się zresztą na tyle żenujące, że Tomasz Lis posunął się niedawno do nazwania Czumy „kosmitą”. Nie ma jednak wątpliwości, że spraw zasługujących na wyjaśnienie jest więcej.

Może to i dobrze, że nie wracamy tak namiętnie do (niedalekiej wszak) przeszłości i nie rozdrapujemy niedawnych skandali. Ale nie jest to do końca prawda. Takie przypadki jak ten piątkowy pokazują, że warto przyjrzeć się problemowi nadużywania prawa przez polityków, póki jest komu stawiać zarzuty. Zagmatwana sieć powiązań i układów, na pograniczu polityki, biznesu, świata przestępczego, niejasna dla większości obywateli, może z czasem zebrać dużo większe żniwo samobójców. Pożyjemy, zobaczymy. Mnie najbardziej dziwi, że grono najzagorzalszych zwolenników skrupulatnego wyjaśnienia sprawy śmierci Leppera otwiera Zbigniew Ziobro, który raczej największy interes upatrywać powinien w tuszowaniu swoich wybryków, aniżeli nawoływaniu do przejrzystości. Być może jednak liczy na reakcję otoczenia odwrotną do wykrzyczanych przez samego siebie słów.

Jednomandatowe okręgi wyborcze są już passé?

Z niemałym zdziwieniem przysłuchiwałem się kilka dni temu debacie politologów, która toczyła się w jednej ze stacji radiowych krótko po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Przypomnę, że Trybunał uznał JOW w wyborach do Senatu za zgodne z Konstytucją. Zdziwienie miało swoje źródło w tym, że po teoretykach systemu wyborczego spodziewałem się raczej apologii wyborów większościowych, aniżeli totalnej krytyki. Politolodzy, m.in. Radosław Markowski (dziś w „Wyborczej” ukazał się także wywiad: wyborcza.pl/1,75248,9988619,Prof__Markowski__Zle_jednomandatowe_okregi.html), nie pozostawili na tym pomyśle suchej nitki i stwierdzili, że rządzącej partii na pewno nie przyniesie nic dobrego. Z wygłoszonych tez zgadzam się z jedną: jednomandatowe okręgi przyniosłyby więcej pożytku w wyborach do Sejmu, gdzie wybory większościowe byłyby szansą na zredukowanie liczby reprezentowanych partii (obecne cztery to wyjątkowe błogosławieństwo, ale któż zagwarantuje, że w kolejnej kadencji nie będzie ich sześć czy siedem?), uformowanie się stabilnej większości i wyłonienie w każdym okręgu autentycznych, rozpoznawalnych i – co najważniejsze – „rozliczalnych”, bo nieanonimowych liderów. Wybory proporcjonalne z kolei charakteryzują się kompletną anonimowością, a w Sejmie znajduje się w znacznej mierze bezimienna głosująca masa.

Abstrahując od pytania, czy Senat w obecnej formie jest w ogóle pożyteczny i potrzebny, z mojej perspektywy i według logiki, którą się kieruję – jednomandatowe okręgi wyborcze są zawsze rozwiązniem korzystnym. Prof. Markowski ubolewa, że nawet w przypadku małej różnicy głosów, zwycięzca weźmie wszystko, a przegrany odejdzie z kwitkiem. Trudno – taka jest polityka. W imię politycznej ekonomiki należy się na to zgodzić. A przy okazji być może wyborcy wreszcie przekonają się, że ich głos naprawdę coś znaczy – skoro tyle może zmienić. Rozkład sił w parlamencie w następstwie Wyborów większościowych nie odzwierciedla preferencji społeczeństwa, ale – powtórzę się – zapewnia stabilizację i możliwość (zazwyczaj – bo jako kontrargument można przytoczyć zeszłoroczny powyborczy pat w Wielkiej Brytanii) swobodnego działania tym, którzy w głosowaniu zwyciężyli. Przez to wybory większościowe stanowią rozwiązanie pragmatyczne i nastawione na sprawność rządów, aniżeli na realizację na wskroś romantycznego postulatu pełnej reprezentatywności organów kolegialnych państwa.

Dla zainteresowanych, znacznie szerszą argumentację na rzecz wyborów większościowych przedstawiłem w pracy: „Electoral System in 2025: Diagnosis and Change Principles„.

Krajobraz po katastrofie

Ta notka nie miała być o Wawelu. Ale to właśnie na Wawel skierowane były oczy dużej części Polaków w czasie do tego co najmniej niestosownym. Wawel podzielił Polaków w tygodniu żałoby narodowej, ale jestem przekonany, że jeszcze przez długie lata będzie jednocześnie miejscem kultu dla jednych, obiektem kpin dla drugich, a dla wszystkich środowisk kością niezgody, bo obok kwestii prezydenckiego pochówku na tym krakowskim wzgórzu raczej nie można przejść obojętnie. Ale ponieważ ta notka poświęcona miała być czemu innemu, to od tego „czego innego” zacznę.

Ziemia smoleńska po raz drugi zażądała ofiary krwi. Przerażająca symbolika tej tragedii i bezmiar poniesionych strat na długie lata odcisną swoje piętno na świadomości Polaków. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej może przewidywać – i przewiduje – konsekwencje śmierci prezydenta i opróżnienie zajmowanego przezeń urzędu. Żadna konstytucja świata nie ma jednak gotowych do zastosowania rozwiązań w obliczu tak bezprecedensowej katastrofy. Trzeba jednak przyznać, że konstytucja zadziałała i wszelkie procedury przeszły nadzwyczaj sprawnie. Moim zdaniem jeszcze za wcześnie by roztrząsać długofalowe konsekwencje smoleńskiej tragedii. Chciałem bardziej skoncentrować się na tym, co już za nami – przebiegu szczególnych dni żałoby narodowej.

Wielu polityków postawiło tezę, że nie wyobraża sobie w zaistniałej sytuacji „normalnej kampanii wyborczej”. Z początku stałem na stanowisku całkowicie przeciwnym. W zaistniałej sytuacji wyobrażałem sobie WYŁĄCZNIE normalną kampanię wyborczą. Myślałem, że być może będziemy świadkami najnormalniejszej, najbardziej cywilizowanej kampanii wyborczej po 1989 roku. Tylko bowiem spory merytoryczne, bez uciekania się do ostrej retoryki i argumentacji ad personam, będą społecznie akceptowalne w tym szczególnym momencie. Niestety ostatnie dni pozbawiły mnie złudzeń i chyba srodze się na moich kalkulacjach zawiodę. Przede wszystkim martwi mnie fakt, że zapowiedź kandydaowania zgłosiło aż kilkunastu kandydatów, z których część (nie po raz pierwszy) pomyliła wybory prezydenckie z jarmarkiem. Druga rzecz to zapowiedź kandydowania Jarosława Kaczyńskiego, który jest gwarantem jak najniższych standardów prowadzenia dyskursu politycznego. Nie mam więc wątpliwości, że kampania będzie, może nie brutalna, ale bogatą w ciężkie złośliwości i uderzenia poniżej pasa. Skrajnym posunięciem byłoby powielanie przez Prawo i Sprawiedliwość sztampów o męczennikach spod Smoleńska.

Istotny wymiar tej tragedii został ukształtowany w mediach, które bardzo kompleksowo informowały o biegu wydarzeń. Dość jasno uwypukliła się w tym momencie reputacja jaką cieszą się niektórzy politycy. Wśród gości zapraszanych do studia znajdowały się wyłącznie osoby wyważone, reprezentujące odpowiedni poziom – to na nich media skierowały swoją uwagę. Próżno szukać na szklanym ekranie Palikota, Senyszyn, Kurskiego, Macierewicza, a nawet nieco bardziej strawnego Niesiołowskiego czy innych politycznych błaznów. W tym sensie media swoją rolę w tym kryzysie spełniły. Mam oczywiście na myśli TVN i Polsat, nie mogę wypowiadać się o pozostałych.

Mam pewien dysonans – z jednej strony entuzjazm Polaków sprawia wrażenie, że Prezydent Kaczyński bliski jest niemal wyniesienia na ołtarze. Z drugiej strony, czy powinniśmy pozwolić, aby prawdziwy obraz tej prezydentury popadł w zapomnienie? W rzeczywistości, choć może jeszcze (zgodnie z polską tradycją niemówienia źle o dopiero co zmarłych) nie wypada o tym mówić, to poza jednym obszarem (polityka historyczna) nie była to kadencja udana. Ale właśnie kwestia nieszczęsnego Wawelu sprawia, że tę prezydenturę trzeba rozliczyć. Miałem taki moment, w którym byłbym skłonny zgodzić się na wybielenie postaci Lecha Kaczyńskiego w polskiej historiografii. Ale w momencie, gdy sam zainteresowany spoczywa w miejscu dla niego nieprzeznaczonym i szkodliwym z punktu widzenia wpływu, jaki ten fakt może mieć na społeczeństwo, a także w momencie, gdy jego brat otwarcie mówi o kontynuacji „misji” nieżyjącego prezydenta, jestem przekonany, że tę kadencję należy podsumować. Sposób, w jaki człowiek odchodzi z tego świata, nie może wpływać na postrzeganie tego, w jaki sposób ten człowiek żył. A już szczególnie wtedy, gdy mowa o osobie z elity świata politycznego.

Rozliczenie prezydentury Lecha Kaczyńskiego

Prawdziwą katastrofą dyplomatyczną było półtoraroczne ostentacyjne zwlekanie z ratyfikowaniem traktatu z Lizbony. Prezydent postawił na szali wizerunek naszego kraju, będąc w zasadzie z góry skazanym na porażkę – bo traktat ostatecznie sygnował. Lech Kaczyński siedemnastokrotnie wetował ustawy rządu Donalda Tuska, wśród których znajdowało się kilka ważnych projektów (reforma służby zdrowia, ustawa o radiofonii i telewizji), doprowadzając tym samym do paraliżu legislacyjnego. Aż sześciokrotnie ogłaszał żałobę narodową (tyleż razy, co w całej III RP razem wziętej), znacznie dewaluując jej rzeczywiste znaczenie. Prezydent „wsławił” się całą masą niestosownych wypowiedzi, które głowie państwa nie przystoją:

  • Od prezydenta Kwaśniewskiego najwyższe odznaczenia, co niestety, tyczy się też Orderu Orła Białego, dostają ludzie zasłużeni. Są rzeczywiście zasłużeni – ale dla PRL.
  • Za to, że Lepper i Giertych zostali wicepremierami, odpowiedzialność ponosi PO. To oczywiste. (po odwołaniu Leppera i Giertycha w lipcu 2007 roku)
  • Andrzej Lepper udowodnił, że ma za nic prawo i jest politycznym awanturnikiem. Poparcie PiS-u dla tego polityka w jakiejkolwiek sytuacji jest nierealne. (marzec 2005 roku, jeszcze przed wyborami prezydenckimi, ale już jako prezydent tych solennych zapewnień nie wcielił w życie)
  • Jako prezydent oparł się na aparacie dawnych służb specjalnych. (o Lechu Wałęsie w 2007 roku) i w tym samym wywiadzie: Kilka lat temu jeden z nieżyjących już dziś wybitnych polityków zwrócił mi uwagę, że walka o prezydenturę między Kwaśniewskim i Wałęsą w 1995 roku była w istocie rozgrywką między dwoma elementami tego samego aparatu: aparatem partyjnym i aparatem bezpieczeństwa. Pomyślałem wtedy, że dla mnie było to jasne od początku.
  • Jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy. (w sierpniu 2008 r. o pilocie kpt. Grzegorzu Pietruczuku, gdy odmówił lądowania na lotnisku w Tbilisi w ogarniętej wojną Gruzji)
  • Stokrotka, stokrotka, jest pani na mojej krótkiej liście, pożałuje pani tego, wykończę panią, nie obronią pani agenci służb specjalnych Walterowie (do Moniki Olejnik tuż po zakończeniu „Kropki nad i”)
  • Wierzę, że jest wielu ludzi – nie tylko z Polski, ale także z innych krajów – nieudolnych z natury i szukających lepszego życia za granicą. Obecnie Wielka Brytania stała się punktem docelowym dla tych ludzi. (Londyn, 2006 rok)

Pozostają jeszcze wciąż żywe w zbiorowej pamięci „małpa w czerwonym”, „Irasiad”, „Benhauer”, „Borubar”, „semantyczne nadużycie”, „melduję wykonanie zadania”, „spieprzaj dziadu”… ale po latach nikt nie będzie o gafach i przejęzyczeniach pamiętał, można więc je już teraz odłożyć między marności, o których wspominać nie warto.

Ponadto prezydent Kaczyński legitymizował i patronował odrażającym praktykom rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nie sprzeciwił się (dwukrotnie!) przygnębiającej koalicji Prawa i Sprawiedliwości z populistami i ultrakatolickimi nacjonalistami, nie sprzeciwił się dzikiej lustracji i „polowaniu na czarownice”, nie potrafił – tak jak Aleksander Kwaśniewski – wejść w rolę mediatora i uspokoić debatę między zwaśnionymi ugrupowaniami. Przyczynił się tym samym do zdziczenia debaty publicznej w Polsce, wraz z bratem nadwerężył – w imię źle pojętego patriotyzmu – na niespotykaną wcześniej skalę wizerunek Polski w Europie.

Wawelskie nieporozumienie

Z punktu widzenia historycznego pochówek pary prezydenckiej na Wawelu jest trudną do zrozumienia ekstrawagancją. Sebastian Adamkiewicz w „Histmagu” (czytaj artykuł) pisze mniej więcej tak:

Po pierwsze, żaden z Prezydentów RP nie spoczywa w tym miejscu, a różnica pomiędzy dawną pozycją monarchy a urzędem prezydenckim jest zbyt wielka, aby prawo do wawelskiego pochówku nadawać prezydentom z urzędu. Zmieniła się też wymowa Wawelu, jako miejsca wyróżnienia, nie zaś pogrzebu królewskiego, jak miało to miejsce w okresie staropolskim.

Po drugie, oprócz Józefa Piłsudskiego, żaden z pogrzebów wawelskich epoki porozbiorowej nie odbył się bezpośrednio po śmierci chowanego. Decyzję zawsze poprzedzały dyskusje, które wykazać miały autentyczną społeczną potrzebę pochówku danego autorytetu na Wawelu. W tym przypadku postąpiono inaczej. Decyzja zapadła szybko, w niewyjaśnionych okolicznościach (czy kiedykolwiek dowiemy się, kto był tajemniczym inicjatorem? – przyp. M.S.), a okres żałoby zdusił jakąkolwiek debatę na ten temat.

Po trzecie, żaden z bohaterów narodowych nie był pochowany z małżonką, co wiązało się z ideą wyróżniania danej osoby poprzez pochówek u boku królów, nie zaś uhonorowaniem urzędu, którego dostojeństwo obejmowałoby również rodzinę chowanego.

Po czwarte, powstaje oczywiste pytanie o zasługi Lecha Kaczyńskiego, na które częściowo odpowiedziałem powyżej, a które upoważniałyby go do spoczywania obok Józefa Piłsudskiego czy Tadeusza Kościuszki. Kluczem do wawelskich krypt było przekonanie, że postać chowana w ich zakamarkach odegrała kluczową rolę w spajaniu narodu, tak jak król był wyrazem jedności państwa (w tę definicję wpasowują się wszyscy czterej nie-królowie i nie-wieszcze pochowani na Wawelu: Poniatowski, Kościuszko, Piłsudski i Sikorski – przyp. M.S.). Czy o Lechu Kaczyńskim można mówić jako o jednoczącym Polaków? Czy raczej jako człowieku, który przez długi czas legitymizował debatę publiczną pełną wykluczeń, negowania patriotyzmu ludzi o innych poglądach, retoryki wojny? Czy można o nim mówić jako o osobie ponadprzeciętnej, wykraczającej poza ramy politycznej codzienności? Czy nie był odbierany jako prezydent jednej partii?

Adamkiewicz dodaje jeszcze:
Nie można zgodzić się, że przepustką na Wawel jest sam patriotyzm, którego Lechowi Kaczyńskiemu odmówić nie można. Gdyby tylko on wystarczał, prawdopodobnie trumny należałoby ustawiać piętrowo. Pochówek wawelski zawsze łączył się z przekroczeniem granic przeciętności, wybiciem się ponad normalność, zniesieniem podziałów ideologicznych i światopoglądowych. Nie wynikał z woli rodziny czy pojedynczych biskupów, lecz autentycznego życzenia narodu, aby określoną postać wynieść do rangi „równego królom”. W tym przypadku ktoś zadecydował za naród, ktoś podjął próbę kreacji mitu, przytłaczając społeczeństwo okresem żałoby i ucinając dyskusję.

Dura lex, sed bubel

Każdy już chyba zauważył, że obowiązująca od początku obecnego roku ustawa „hazardowa” rujnuje polski sport. Kluby znalazły się między młotem a kowadłem: albo zapłacą wysokie kary za zerwanie intratnych kontraktów ze sponsorami z branży bukmacherskiej, albo narażą się na nie mniej dotkliwe sankcje ze strony krwiożerczego nadzoru. Trudno wybierać, co jest mniejszym złem, bo rozmyślając o obu tych ścieżkach postępowania można tylko gorzko zapłakać. Przed takim problemem stanęli właśnie dwaj potentaci krajowych boisk piłkarskich: Lech Poznań i Wisła Kraków. Z kolei Vive Targi Kielce ma jeszcze twardszy orzech do zgryzienia. Rozgrywki ligi mistrzów w piłce ręcznej są bowiem w całej Europie sponsorowane przez bet-at-home.com. Usunięcie z hali banerów reklamowych to wydalenie drużyny z Champions League. Dostosowanie się natomiast do przepisów europejskich i pogwałcenie prawa krajowego to w najgorszym przypadku nawet 1,2 mln zł kary. Na pobłażliwość rodzimej administracji nie ma co liczyć. Dura lex, sed lex?

Po raz kolejny mamy dowód na to, że w naszym kraju kompletnie nie funkcjonuje system oceny skutków przewidzianych do wprowadzenia w życie regulacji prawnych (OSR), który na poziomie Unii Europejskiej jest już standardem. Przygotowana ustawa jest prawnym bublem, gdyż w żaden sposób nie chroni przed ewentualnymi konfliktami prawnymi, takimi jak te opisane powyżej.

Ale załóżmy nawet optymistycznie, że do czasu zakończenia już zawartych i wciąż obowiązujących kontraktów reklamowych nadzór nie będzie się wtrącał. Przez jakiś czas wszyscy będą spać spokojnie. Tylko co z tego? Ustawa jest z gruntu zła i opiera się na fałszywych założeniach! Diametralnie pogarsza kondycję finansową polskich klubów sportowych, którym nie przelewało się nawet przed jej wejściem w życie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że rząd wylał dziecko z kąpielą uchwalając prawo rzucające kłody pod nogi i to bez żadnej wyraźnej przyczyny. Firmy bukmacherskie pompują krocie w wielkie zachodnie kluby i korzystają na tym wszyscy. A czy zakazując reklamy hazardu ograniczamy liczbę osób dotkniętych uzależnieniem? Oczywiście, że nie i zostało to już dowiedzione przy okazji alkoholu i papierosów. Reklama alkoholi wysokoprocentowych oraz tytoniu jest zakazana, także browary mają bardzo ograniczone pole działania – i są to kolejne nonsensy prawne, których negatywne konsekwencje rzadko sobie uświadamiamy. Te wszystkie ograniczenia, będące katalizatorem ogromnych nieefektywności w gospodarce narodowej, mają więcej wspólnego z „polityczną poprawnością” i zwykłą obłudą niż z ideałami rzekomo im przyświecającymi. Brakuje jeszcze tylko tego, by zakładom bukmacherskim zabronić wywieszania swoich szyldów i prowadzenia stron internetowych. Dziwne, że nikt nie wpadł na to, że te siedliska demoralizującego hazardu powinny zostać przeniesione do piwnic!

Proces tworzenia prawa musi opierać się na realistycznych przesłankach, a samo prawo musi być dostosowane do realiów świata, w którym żyjemy. Gdybym był innego zdania, sam wystąpiłbym z obywatelską inicjatywą ustawodawczą w celu przeforsowania ustawy o zakazie zimy i wprowadzeniu wymogu minimalnej temperatury 10 stopni Celsjusza we wszystkich przestrzeniach publicznych. Taki bubel nikogo przynajmniej nie zrujnuje i – w przeciwieństwie do ustawy „hazardowej” – skończy się na śmiechu…