Archiwum kategorii: Prywatne

Jak zostałem piwowarem domowym

Intuicyjnie, piwo było zawsze trunkiem najbliższym mojemu sercu, choć jeszcze do 2011 roku byliśmy jako kraj absolutną piwną pustynią. Można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przed 2011 rokiem napicie się w Polsce dobrego piwa było niemal niemożliwe.

Przyjmuje się, za BJCP (Beer Judge Certification Program), że stylów piwnych jest około stu. Ich hybryd jest nieskończenie wiele. Polskie piwowarstwo przemysłowe raczyło nas przez długie lata wyłącznie jasnym eurolagerem, ewentualnie w porywach pilsem. Dopiero w ostatnich latach sięgnięto po koźlaki, portery bałtyckie, piwa pszeniczne (choć często wciąż dolnej fermentacji). Jeśli nie liczyć należącego do Żywca browaru w Cieszynie, jakość tych trunków jest raczej mierna.

Niektórym wydaje się, że pijąc Kasztelana, Perłę Chmielową czy Książęce, sięgają szczytów. Te osoby nie połknęły jeszcze matriksowej niebieskiej pigułki (choć trzeba zaznaczyć, że są i tacy, którzy spróbowali nowej fali i z przekonaniem stwierdzili, że wolą jasne lagery – bywa i tak, choć rzadko). Niestety, są to tylko i wyłącznie marki wylansowane na piwa premium, które wcale nimi nie są.

Porter Żywiecki (obecnie jako Porter Cieszyński) – przez długie lata jedyne wysokiej jakości piwo koncernowe w Polsce
Porter Żywiecki (obecnie jako Porter Cieszyński) – przez długie lata jedyne wysokiej jakości piwo koncernowe w Polsce

Jednak gdy w maju 2011 debiutował Browar Pinta i wychodził „Atak Chmielu”, mnie było jeszcze daleko do świadomej konsumpcji piwa. Oczywiście, pojawiały się od czasu do czasu w mojej lodówce jakieś ciekawsze egzemplarze, ale brakowało mi teoretycznych fundamentów do świadomej selekcji piw, które chciałbym spróbować.

Pierwszym poważnym wyłomem był sklep z piwami regionalnymi w Zielonce pod Warszawą, który odkryłem pewnego pięknego dnia na trasie z Warszawy do Kobyłki. Tam pierwszy raz zetknąłem się ze słowem „ejl” (ale), oznaczającym piwo górnej fermentacji. Wcześniej znałem je tylko z krzyżówek, gdzie było deskryptorem jakiegoś niemal mitycznego angielskiego stylu piwa. Oglądam stare zdjęcia. Moja półka piw na Euro 2012 wciąż składała się jednak głównie z czeskiego i niemieckiego importu, choć znalazło się też miejsce dla „Viva la Wita!” od Pinty.

Drugim wyłomem była gala „Piwne Pozytywy” w 2013 roku, na którą zostałem zaproszony jako arbiter Komisji Etyki Reklamy. Na gali zetknąłem się z środowiskiem Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych (PSPD), reprezentującym piwowarów domowych oraz z Andrzejem Sadownikiem, patronem, ojcem chrzestnym, ojcem biologicznym, dziadkiem i pradziadkiem polskiego Kraftu (słowniczek ad hoc: Kraft = piwowarstwo rzemieślnicze). Bodaj pierwszy raz uświadomiłem sobie wówczas fakt, że piwo może być warzone w domu. Rewelacja.

Potem sprawy potoczyły się już szybko. Podjąłem decyzję kierunkową o założeniu browaru domowego. Katalizatorem było spostrzeżenie, że podobną inicjatywą zajęli się Wojtek i Adam Karczowie (tutaj ich film o warzeniu piwa), u których „terminowałem” na naukach i którzy przekierowali mnie na blog powszechnie już znanego piwnego guru, Tomasza Kopyry.

Premiera Grand Champion Birofilia 2014, Warszawa, fot. Maciej Szczepkowski

Działalność popularyzatorska Tomka (cykl „Warzę z Kopyrem” dla piwowarów, kurs sensoryczny dla świadomych konsumentów, „100 pytań do Kopyra” dla głodnych wiedzy oraz kąśliwa publicystyka demitologizacyjna w postaci „1000 IBU” i „Piwnych mitów”) i innych blogerów (BeervaultMałe piwko, Piwolog radziPiwolucjaPolskie minibrowary) oraz rosnące grono piwowarów domowych zrzeszonych w PSPD, wydającym kwartalnik „Piwowar”, przyczyniły się do wzrostu wiedzy o piwie, krzewienia piwnej kultury i świadomości, że piwo może być czymś dużo więcej niż rynsztokową cieczą dla meneli.

Od dłuższego czasu, jeśli przebywam za granicą zawsze staram się odszukać sklep z lokalnymi, ciekawymi piwami. Nie jestem typowym turystą piwnym, ale kolekcjonowanie nowych doznań stało się dla mnie rutyną. Bardzo rzadko zdarza mi się pić to samo piwo dwukrotnie. W 2014 roku w polskim piwowarstwie rzemieślniczym były 442 premiery. Samo pierwsze półrocze 2015 roku przyniosło już 471 nowości, a cały rok zamknęliśmy liczbą 1001!. Mamy więc na rynku wystarczająco dużo wypustów, aby zapełnić każdy dzień roku czym innym.

Włochy
Włochy
Grecja
Grecja

Zaczynam warzyć…

Pierwsze piwo uwarzyłem w marcu 2014 roku. Było to oczywiście American India Pale Ale, bo największą frajdą wówczas było dowalenie aromatycznego chmielu. Dokładnie w tym samym czasie zacząłem świadomie sięgać po lepsze piwa w sklepach specjalistycznych. Moje doświadczenia piwowarskie i konsumenckie rozwijały się równolegle.

Obecnie mam na koncie 26 warek. Jak to się stało? Dlaczego w ogóle zacząłem?

Najbardziej pociąga swoboda tworzenia własnych receptur. Pierwsze cztery warki uwarzyłem jeszcze według receptur proponowanych przez sklepy z surowcami piwowarskimi (zaczynałem od twojbrowar.pl i browamator.pl, teraz najczęściej korzystam z piwowarskiej porównywarki cen). Potem wziąłem się za własną twórczość. Na samym początku nie miałem wielkiego pojęcia, jak poznać dobre piwo i czym powinno się charakteryzować (a w konsekwencji – jak je umiejętnie wyprodukować). Miałem marną wiedzę o różnych stylach i sensoryce. Ze zdziwieniem odkrywałem bogactwo surowców i zobaczyłem, że uwarzenie ciekawego piwa nie polega na dodaniu soku wiśniowego albo imbiru przy rozlewie. Dziś nadal nie uważam się za wielkiego znawcę tematu, ale postęp, w porównaniu z początkami moich zainteresowań, jest niebagatelny.

Tajemnic na uwarzenie dobrego piwa jest kilka. Można pójść w stronę idealnie zbalansowanego, stylowego trunku. Można – odważniej – pokusić się o piwo bezkompromisowe, rewolucyjne i jedyne w swoim rodzaju, ryzykując jednak plwociny częstowanych, którzy na goryczkę na poziomie 100 IBU albo na słód wędzony torfem w zasypie (dający aromat asfaltu, bandaży i spalonych przewodów elektrycznych) mogą nie być gotowi. Trzeba zatem zawsze odpowiedzieć sobie na pytanie dla kogo warzymy – dla siebie? Dla początkujących znajomych? Dla świadomych piwoszy? Na wymianę dla innych piwowarów domowych? Na konkurs piw domowych? Zazwyczaj jest tak, że dla każdej z tych grup po trochu. Nieuchronną tego konsekwencją jest fakt, że nie zawsze wszyscy będą zadowoleni.

Piwowarstwo to hobby dające ogromnie dużo satysfakcji, ale też wymagające niesamowitych pokładów cierpliwości i pokory. Ważne jest nie tylko wyczucie i pomysłowość przy tworzeniu receptury, ale i perfekcja wykonania (kontrola temperatury, timing, czystość). Trzeba jednak w tym miejscu wspomnieć, że można oczywiście uprawiać piwowarstwo domowe w wersji light i wówczas nie ma żadnego problemu – warzymy z ekstraktów lub brewkitów, co nie stanowi wielkiej filozofii. Jeśli warzymy na własny użytek, bo chcemy po prostu mieć piwo lepsze niż w sklepie, to poziom skomplikowania całej zabawy jest naprawdę niewielki.

Prawdopodobnie nawet gdyby kiedyś udało mi się spełnić marzenie o komercyjnym warzeniu piwa, nadal produkowałbym je równolegle w domu. Dla samej przyjemności jaką daje niczym nieograniczona swoboda twórcza.

Jak to się konkretnie robi?

Jak się warzy piwo w domu? O tym najlepiej opowie film, którym dzielę się poniżej i który nagrałem specjalnie na potrzeby ilustracji tego tekstu.

W skrócie, dla niecierpliwych, proces warzenia piwa składa się z następujących etapów:

  1. Zaprojektowanie receptury (wybór stylu oraz wybór produktów: słód, chmiel, drożdże, dodatki)
  2. Zacieranie, czyli ekstrakcja cukrów prostych ze słodów
  3. Filtracja i wysładzanie (oba nieobowiązkowe; w metodzie brew-in-a-bag etap filtracji nie występuje), czyli odfiltrowanie młóta przy jednoczesnym wypłukaniu możliwych do uzyskania cukrów prostych
  4. Gotowanie z chmieleniem, czyli dodawanie chmielu na goryczkę, na smak i aromat, oraz ewentualnych dodatków
  5. Chłodzenie i zadawanie drożdży
  6. Fermentacja burzliwa (przedział temperaturowy zależy od stylu piwa; górna fermentacja to zwykle ok. 18-20 stopni, dolna – ok. 8 stopni) – zdecydowanie najistotniejszy etap produkcji, przy którym można najwięcej zepsuć
  7. Fermentacja cicha, z możliwością dochmielenia piwa „na zimno” (wyłącznie na aromat)
  8. Rozlew, w warunkach domowych najczęściej do butelek
  9. Refermentacja, prowadząca do nagazowania (w warunkach domowych najczęściej używa się sacharozy lub glukozy w niewielkiej ilości, która następnie jest zjadana przez pozostałe w piwie drożdże, a w czasie tego procesu wydziela się dwutlenek węgla)
  10. Leżakowanie, rozpoczyna się równolegle z refermentacją i w zależności od stylu może trwać od dwóch tygodni (piwa lekkie, pszeniczne) do nawet kilku miesięcy (piwa mocne, ciemne)
  11. Marketing i konsumpcja

W różnym stopniu lubię różne etapy. Dopóki nie zdecydowałem się na zacieranie w torbie (brew-in-a-bag), największym zmartwieniem była oczywiście filtracja. Teraz uciążliwe jest chłodzenie (nie posiadam na chwilę obecną chłodnicy) oraz rozlew, który wyciąga te 3 godziny z życia, a przy którym piwowar nie wnosi już po prostu wartości dodanej.

Jeśli mowa o marketingu, mój browar nosi nazwę „Kacerz”, a nazwy piwa nawiązują najczęściej do Biblii i historii protestantyzmu.

Etykieta warki #9 "Warowny Grodzisz"
Etykieta warki #9 „Warowny Grodzisz”
Etykieta warki #17 "Filthy Lucre"
Etykieta warki #17 „Filthy Lucre”

Mity o warzeniu piwa w domu

Wiele już powiedziano o mitach piwnych ogółem: puszki gorsze od butelek, sprzedaż przeterminowanego piwa, bydlęca żółć zamiast chmielu, piwo ze spirytusu, piwo niepasteryzowane lepsze od pasteryzowanego. Wszystko obalone. Co z mitami o domowym warzeniu?

„Nielegalne”

Warzenie piwa w domu jest legalne, o ile jest wyrabiane na własny użytek.

„To pewnie nie kupujesz w ogóle piwa w sklepie”

Przeciwnie. Swojego piwa nie piję prawie w ogóle, wyłączając degustacje w ramach „kontroli jakości”. Niemal całość idzie na częstowanie rodziny i znajomych oraz na wymianę, czasami też na konkursy.

„Fajne, prawie takie jak w sklepie”

Dla żadnego poważnego piwowara domowego replikacja „Żubra” nie jest celem, a tekst o piwie jakości sklepowej nie jest komplementem.

„Rozumiem, wino domowe, ale piwo?”

Wielu z nas ma wśród znajomych lub rodziny kogoś, kto wyrabiał w domu wino. Jest to dość proste. Jedynymi składnikami są winogrona i cukier. Resztę robi czas. Piwowarstwo jest dużo bardziej skomplikowane, ze względu na dużo większą liczbę kombinacji między gatunkami słodów, chmielu oraz szczepami drożdży. Do tego dochodzą dodatki (np. przyprawy). Jeśli coś da się dodać do piwa, można być pewnym, że ktoś gdzieś już dany składnik dodał, czasem dla marketingu, ale to czasem jako pierwsze skrzypce. Było już zatem piwo z dodatkiem jąder wieloryba wędzonych owczym łajnem, a w Polsce: piwo z burakiem, wędzoną śliwką czy ostrygami (wszystkie dobre!).

Ja sam uwarzyłem np. dunkelweizena z wędzonymi pomidorami, lagera z pistacjami czy saisona z kminkiem, a ostatnio foreign extra stouta z płatkami kokosowymi i suszoną skórką słodkiej pomarańczy.

Te rozważania wiążą się to bardzo często z innym mitem, który każe postrzegać piwo jako napój plebejski (szczególnie w kontrze do wina). Jest to nieprawda (a przynajmniej nie powinna to być prawda) – przygotowanie dobrego piwa wymaga więcej kunsztu i innowacji.

I najważniejsze – piwo jest napojem demokratycznym. Można je produkować w każdym klimacie – Polska nie jest gorzej pozycjonowana niż Włochy czy Hiszpania, jak to ma miejsce w przypadku wina ze względu na mniej korzystne terroir. O ile nie ma w zasadzie górnej granicy ceny wina, o tyle trudno jest znaleźć na świecie piwo (wyłączając mega limitowane edycje), za butelkę którego trzeba byłoby zapłacić (w dolarach) kwotę trzycyfrową.

Przy okazji zapraszam na fan page mojego browaru domowego na facebooku.

Jak zostałem genealogiem

Rozpoczynam cykl dzielenia się z Wami swoimi hobby. Tym razem będzie o genealogii, zainteresowaniu wciąż chyba dość egzotycznym i kojarzonym głównie ze starszymi ciotkami. Chciałbym ten obraz nieco odbrązowić, przedstawiając tę dziedzinę badań – jakby nie było – historycznych jako ciekawą i dającą wiele satysfakcji. Badanie dziejów własnej rodziny jest doskonałym uzupełnieniem zainteresowania historią powszechną, choć może być też preludium do tych zainteresowań. Makro- i mikrohistoria wzajemnie się przenikają – wiedząc co nieco o realiach społeczno-gospodarczych w dawnych wiekach korci żeby przekonać się, jak pozycjonowali się w tych realiach nasi przodkowie.

Moja przygoda miała swoje źródło inspiracji wiele lat temu – zaczęło się od dość przypadkowego i niepozornego odkrycia. Szperając w domowych szufladach natknąłem się na odpis aktu zgonu mojej prababki, który nastąpił trzy miesiące przed moim urodzeniem. Można było odczytać z niego, że ojciec owej prababki miał na imię Marcin, czyli tak samo jak ja. Niby bez znaczenia, ale wówczas było to dla mnie ciekawe objawienie (dziś wśród moich przodków mam ośmiu Marcinów i nie robi już to na mnie większego wrażenia).

Przez długi czas nie miałem zielonego pojęcia, jak zabrać się do genealogii. Przeprowadziłem jakieś wstępne, nieustrukturyzowane wywiady ze starszymi członkami rodziny, ale po dotarciu do ściany nie wiedziałem co dalej. Pierwszy raz archiwum (konkretnie Archiwum Narodowe w Krakowie) odwiedziłem w marcu 2011 roku. I choć wywiady nadal uważam za ważne i konieczne, to właśnie archiwa stanowią drzwi do świata prawdziwych badań genealogicznych. Przyspieszony kurs rosyjskiego (konieczny do odcyfrowania wszystkich metryk z zaboru rosyjskiego z lat 1868-1914), odświeżenie łaciny i hajda!

Dziś moje (i żony) drzewo genealogiczne liczy prawie 8,5 tysiąca osób, opatrzonych kilkoma tysiącami dokumentów źródłowych i fotografii. Najstarsza dowiedziona data wydarzenia dotyczącego moich przodków to 28 września 1723 roku, kiedy w Damicach (obecnie powiat krakowski) urodził się jeden z moich pradziadów, Michał Wieczorek. Pierwsza data związana z małżeństwem to 21 listopada 1734 roku, kiedy w Minodze (obecnie powiat krakowski) pobrali się Jan Czechowicz i Salomea Wójcik. Pierwsza data zgonu – 11 lutego 1771 roku – to śmierć Anny Krawczyk z domu Głowackiej w parafii Poręba Górna (obecnie powiat olkuski).

Artykuł nie będzie raczej ciekawy dla osób otrzaskanych w genealogii, ale jak mniemam, takich jest mniejszość. Zaznaczam także, że tekst nie ma charakteru instruktażowego. Przedstawię jedynie dziesięć tez, które wydają mi się istotne w kontekście historii naszych rodzin.

1. Pochodzimy od niepiśmiennych chłopów

To może być dla niektórych szokujące, ale większość z nas ma czysto chłopskie korzenie. Co prawda wielu genealogów kreśli prawdopodobnie słuszną hipotezę, że rodowód zdecydowanej większości Polaków sięga Mieszka I, ale niewielu może się poszczycić dowodami na taką koligację (swego czasu chwytliwym nagłówkiem w polskich mediach stała się informacja, że Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński są kuzynami). Emigracje, prześladowania oraz ludobójstwa polskiej inteligencji sprawiły, że niewiele wśród nas szlachetnie urodzonych, a nawet zwykłych mieszczan. Mimo to, szkolna wersja historii Polski uczy nas, żeśmy potomkami szlachty, mamy być dumni z Konstytucji 3 Maja i powstańców listopadowych. Jednak, jak dowodzi brawurowy spektakl Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego „W imię Jakuba S.” – mentalnościowo (a i biologicznie) znacznie bliżej nam do Jakuba Szeli niż do ziemian, którym jego totumfaccy podrzynali gardła. Co nieco można o tym poczytać także w dobrym artykule, jaki ukazał się w 2011 roku w „Polityce” („Rola i niedola”). Za nim cytuję też przygnębiający dość opis polskiego chłopa, jaki sporządził angielski pisarz George Burnett na początku XIX wieku:

„Jest niskiej postury i wygląda, jakby przedwcześnie przestał rosnąć. Ma małe, szare oczka, krótki nos, zazwyczaj nieco zadarty; włosy na ogół barwy zbliżonej do żółtej, choć czasami ciemniejsze; oblicze również żółtawe, jakby mocno opalone – co latem odpowiada stanowi faktycznemu. Sprawia wrażenie przygnębionego i otępiałego; chód ma ciężki i pozbawiony życia”

Wbrew pozorom, stan chłopski przodków dla genealoga może okazać się błogosławieństwem w poszukiwaniach, gdyż w przeciwieństwie do powstańców – byli mniej ruchliwi i raczej nie chowano ich w zbiorowych i bezimiennych mogiłach… A tak stało się na przykład z 42 powstańcami poległymi w potyczce z wojskiem rosyjskim pod Glanowem i Imbramowicami w 1863 roku.

Ludzie byli niepiśmienni jeszcze do niedawna. Nawet rządom II Rzeczypospolitej nie udało się wyeliminować zjawiska analfabetyzmu. Większość aktów stanu cywilnego kończyła się taką oto nieśmiertelną formułką (pisownia oryginalna):

„Akt ten Stawaiącemu i Świadkom przeczytany, agdy Ci iako włościanie pisać nieumieią przez mnie podpisany został” [podpis plebana]

Akt chrztu Marcina Głowy (sygn. 96/1829) z księgi metrykalnej parafii rzymskokatolickiej w Wawrzeńczycach (ob. pow. krakowski) za 1829 rok

Brak wykształcenia, czy choćby umiejętności pisania i rachowania, niekoniecznie wynikać musiał z braku takich możliwości. Jak można wywnioskować z poniższego opisu z końca XVIII wieku, włościanie uważali, że posyłanie dzieci na nauki jest stratą czasu. Niezwykłe i przepełnione goryczą jest to świadectwo, które dał proboszcz parafii Smardzowice pisząc m.in., że „tu potrzeba do oddawania dzieci na rodziców musu, którzy zwłaszcza po kilkoro ich mając, wolą swe dzieci widzieć próżnujące i karki łamiące, niż do czego się dobrego garnące z niezmierną swoją i krajową szkodą”.

Fragment spisu Komisji Porządkowej Cywilno-Wojskowej dla parafii Smardzowice (ob. pow. krakowski)
Fragment spisu Komisji Porządkowej Cywilno-Wojskowej dla parafii rzymskokatolickiej Smardzowice (ob. pow. krakowski)

Choć większość źródeł podaje, że chłopi mimo bardzo trudnych warunków życiowych najczęściej nie głodowali, to jednak ich sytuacja w okresie I Rzeczypospolitej oraz przez większą część zaborów, była nie do pozazdroszczenia. Odium winy za taki a nie inny stan rzeczy (i m.in. niechęć włościan do edukacji) należy zatem obarczyć klasy rządzące krajem.

2. Ludzie do XIX wieku żyli naprawdę krótko

Średnia życia moich pradziadków to jeszcze 74 lata, ale prapradziadków i praprapradziadków – już tylko około 55-58 lat.

Osoby długowieczne należały do rzadkości. Szczególnie wśród mężczyzn, śmierć następowała szybko. Spośród moich prapradziadków, najbardziej sędziwy dożył siedemdziesiątki (zmarł w Tychach w 1959 roku). Tak się składa, że jego żona była moją najbardziej sędziwą praprababką i dopiero zabłąkana furgonetka zatrzymała jej licznik na 86 latach. Wśród praprapradziadków już tak dobrze nie jest – nikt nie dobił do siedemdziesiątki.

W artykule „Życie naszych przodków: krótko, ale zdrowo” Agnieszka Krzemińska pisze, że choć średnia życia naszych przodków była dużo niższa niż obecnie, to jednak zdecydowanie rzadziej chorowali oni na nowotwory. Rodzi to w dzisiejszych czasach szereg nieporozumień, które części z nas każą wierzyć, że np. sposób odżywiania się naszych antenatów był tajemnicą ich zdrowia. Prawda jest jednak zgoła inna (o czym pisze też Krzemińska w swoim tekście) i banalna w swej prostocie – większość naszych pradziadów żyła po prostu zbyt krótko, by mogły ujawnić się u nich choroby genetyczne. Nie mieli szansy na nie umrzeć, bo umierali na zapalenie płuc, grypę, tyfus lub w połogu.

3. Dzieci umierały na potęgę

W tym kontekście zawsze szokują mnie wypowiedzi prawicowych polityków czy organizacji, głoszących, że żyjemy w tzw. „cywilizacji śmierci”. Ci ludzie z pewnością nigdy nie zadali sobie trudu zajrzenia do ksiąg zgonów z okresu życia swoich pradziadów.

Zagrożone były też matki, choć śmierć w połogu była zdecydowanie rzadsza od śmierci noworodka.

Wszystko to sprawia, że badania genealogiczne bywają przykre. Na przykład, gdy popatrzę na rodzinę mojego pra(5)dziadka, Sebastiana Biesagi.

Z pierwszą żoną miał siedmioro dzieci:

  1. Kazimierz (1828-1847)
  2. Stanisław (1829-1829)
  3. Katarzyna (1830-1833)
  4. Julianna I (1833-1836)
  5. Julianna II (1839-1884) – moja pra(4)babka, jedyna z rodzeństwa, która dożyła wieku dojrzałego
  6. Filip (1841-1842)
  7. Antoni (1843-1843)

Z drugą żoną:

  1. Katarzyna (1844-1846)
  2. Antoni (1847-1847)

Jednym słowem, osoby mówiące o cywilizacji śmierci muszą zaktualizować swoją wiedzę.

Aleksander Gierymski, „Trumna chłopska” (olej na płótnie) [domena publiczna, Wikimedia Commons]
Także i z tego powodu dzietność była duża. W swoim drzewie mam dwa małżeństwa z udokumentowaną liczbą 14 dzieci i jeszcze 19 innych związków z liczbą dzieci 10 lub więcej.

4. Wiedza medyczna była szczątkowa

Pośrednio łączy się to z punktami 2. i 3. W niektórych regionach i w niektórych latach zapisywano przy akcie zgonu przyczynę śmierci. Nie wiem, czego było to wyrazem, ale na pewno nie pokory wobec własnego ograniczenia poznawczego. Z niektórych zapisów można boki zrywać, szczególnie jeśli śmierć osoby trzydziestoletniej jest opisana jako naturalna.

Przyczynę zgonu 6-miesięcznego dziecka też bez ceregieli opisywano jako „ordinaria”.

Akt zgonu Marii Jaszczyszyn, (bez sygn.) z księgi metrykalnej parafii greckokatolickiej Koniuszki Nanowskie (ob. rejon mościski w Ukrainie) z 1838 roku

5. Życie wbrew pozorom było dość ciekawe, a tajemnic nie brakowało

W 1820 roku jeden z moich pradziadów umiera „przypadkowo zabity” we własnym domu. W 1833 roku 20-letnia krakowska służąca oddaje swoją nowo narodzoną córkę do przytułku przy Szpitalu św. Łazarza. Dziecko na szczęście ma się dobrze i dożywa 80 lat, zostając przy okazji moją praprababką. W 1843 w więzieniu w Kielcach umiera pradziad Kubis. Czy siedział za przemyt, czy za rozbój, tego stwierdzić z całą pewnością nie sposób. W latach sześćdziesiątych XIX wieku mój pradziad pakuje manatki i przeprowadza się z niezrozumiałych dla mnie względów z czeskiego Śląska do podkrakowskiej wsi w zaborze rosyjskim (owszem, migracja była powszechna ale z austro-węgierskiej Galicji). W tej samej dekadzie mój pradziad w prostej linii męskiej, mający już ponad sześćdziesiąt lat, żeni się po raz czwarty z o 40 lat młodszą kobietą i płodzi dwoje dzieci. U progu nowego wieku praprababka ochoczo tańczy na weselu, po czym zgrzana wychodzi na mróz (bo wesela w zimie – patrz pkt. 7) i umiera na zapalenie płuc. Tak samo, jak prapradziad, który w przededniu wojny polsko-bolszewickiej pragnął wydostać z wojska najstarszego syna. Nałóg papierosowy wygrał – zakurzył na mrozie i w krótkim czasie już go nie było. W 1909 roku pradziad Jan, grekokatolik, rzuca papiery i żeni się z katoliczką obrządku rzymskiego. Zazdrosna była narzeczona truje innego z moich pradziadków jaszczurczymi jajami, po czym – jak głosi rodzinna legenda – tamten postradawszy zmysły pluje jaszczurkami. W żałobie po śmierci matki i po tragicznym wypadku narzeczonego w kamieniołomie, prababka zostaje drugą żoną mojego pradziadka. We wrześniu 1939 roku pradziadek ucieka przed Niemcami na rowerze w stronę wschodu, gdzie na kresowym dworku, otrzymanym od Marszałka w zamian za służbę w legionach mieszkają jego kuzyni. Napotkawszy krasnoarmiejców nacierających z drugiej strony, pokazuje im swoje spracowane chłopskie ręce i wygrywa życie. Drugi pradziad, w tydzień po powrocie z robót przymusowych w III Rzeszy umiera na zapalenie opon mózgowych.

To tylko ekstrakt. Wycinek z wycinka rodzinnych dziejów.

Historia naszych przodków zaskakuje. Nagle okazuje się, że osoba przez lata znana w rodzinie jako Jakub, tak naprawdę ma na imię Paweł. Że osoba, która według opowieści była jedynakiem, ma pięcioro rodzeństwa. Pewne utarte rodzinne mity ulegają erozji, inne – zyskują swoje drugie dno lub wyjaśnienie.

6. Mobilność była niewielka

Do pewnego czasu wynikało to oczywiście z ograniczeń natury prawnej i zjawiska przywiązania chłopa do ziemi. Jednak nawet po rozluźnieniu tych przepisów, mobilność większości osób była niewielka, a małżeństwa zawierane były z osobami oddalonymi co najwyżej o kilka wsi.

Przodkowie mojej matki pochodzą w 80 proc. z dwóch wsi koło Mościsk (teren dzisiejszego obwodu lwowskiego na Ukrainie). Pozostałe 20 proc. to inne dwie wsie, położone jednak niedaleko.

O tym, jak niechętnie ludzie zmieniali miejsce zamieszkania, świadczyć mogą przykłady z mojego drzewa genealogicznego.

W niedawnym czasie odkryłem, że moi dziadkowie od strony mamy mieli wspólnych przodków. Prapraprababka mojego dziadka i prapradziadek mojej babci byli rodzeństwem. Co więcej dwie pary moich pradziadków również okazały się dalekim kuzynostwem. Jedni mieli wspólną praprababkę. Tu jednak wielkiego zaskoczenia nie ma, bo wszyscy mieszkali w nieodległych wsiach. W drugim przypadku zaskoczenie było dużo większe. Prapradziad mojego pradziadka i praprapradziad mojej prababki byli rodzonymi braćmi, ale w międzyczasie miały miejsce migracje, które – wydawać by się mogło – powinny uniemożliwić ponowne zejście się ich potomków. Stało się inaczej i tu trafiamy do sedna genealogii, czyli pojęcia „pedigree collapse”.

Jednym z najbardziej spektakularnych (ale także tragicznych dla samego zainteresowanego) przykładów tego zjawiska jest drzewo genealogiczne Karola II Habsburga, ostatniego króla Hiszpanii z dynastii Habsburgów. Rodowa endogamia doprowadziła do tego, że rodowód Karola dość szybko sprowadził się do zaledwie kilku antenatów. To oczywiście wynaturzenie „pedigree collapse”, ale nadaje się jako ilustracja.

Źródło grafiki: http://io9.com/5863666/why-inbreeding-really-isnt-as-bad-as-you-think-it-is

7. Śluby na wsi zawierało się między listopadem a lutym

Z dzisiejszej perspektywy to niewyobrażalne, ale w środowiskach wiejskich zdecydowaną większość ślubów (przede wszystkim tych planowanych) zawierano w listopadzie, styczniu lub lutym. Nie dbano wówczas o dobrą pogodę, a o dostępność pożywienia i mniejszy natłok obowiązków.

Wyciąg z indeksu małżeństw parafii rzymskokatolickiej Poręba Górna (ob. pow. olkuski) za lata 1806-1807
Wyciąg z indeksu małżeństw parafii rzymskokatolickiej Poręba Górna (ob. pow. olkuski) za lata 1806-1807

Ciekawostką może być także fakt, że w dawnych czasach rzadko praktykowano żałobę. Najpewniej z uwagi na kwestie praktyczne (np. wielość dzieci) wdowcy i wdowy wstępowali w kolejny związek małżeński nawet już po dwóch miesiącach od śmierci poprzedniego małżonka.

8. Za rejestrację aktów stanu cywilnego odpowiadały wyłącznie kościoły

Poza krótkim okresem obowiązywania Kodeksu Napoleona, tj. między 1808-1810 (w zależności od regionu Polski) a 1825 rokiem, za rejestrację urodzeń, małżeństw i zgonów odpowiadały wyłącznie kościoły. Działo się tak aż do 1945 roku, gdyż mimo licznych prób zmiany tego stanu rzeczy w II Rzeczypospolitej, opór kościoła sprawił, że do końca II wojny światowej porządek instytucjonalny naszego państwa praktycznie uniemożliwiał funkcjonowanie osobom bezwyznaniowym. Wyjątkiem były ziemie byłego zaboru pruskiego, gdzie cywilne urzędy stanu cywilnego zostały wprowadzone już w 1874 roku.

Tego typu przepisy niestety obniżyły standard zapisów metrykalnych. O ile za czasów obowiązywania Kodeksu Napoleona poziom merytoryczny i faktograficzny spisywanych aktów był bardzo wysoki, o tyle po 1825 roku wiele zależało od konkretnego proboszcza. Metryki są naszpikowane błędami, szczególnie dotyczącymi wieku osób, do których się odwołują, ale także ich miejsca urodzenia czy danych rodziców bądź małżonka. Kodeks Napoleona wymagał poświadczeń niemal każdej sprawy (np. w przypadku niemożności dostarczenia metryki urodzenia na potrzeby zawarcia związku małżeńskiego – Kodeks wymagał spisanie tzw. aktu znania poświadczonego przez czterech świadków!). Akty znania mają piękną, kwiecistą formę i stanowią bezcenne źródło wiedzy genealogicznej.

Zawsze cieszyłem się, gdy ślub mojego przodka wypadł akurat w przedziale lat 1810-1825, bo wiedziałem, że będę miał porządnie spisany akt wraz z alegatami (załącznikami). Trzeba jednak oddać kościołom co ich. Przez większość czasu tylko one, z własnej w zasadzie inicjatywy, spisywały księgi metrykalne. Dzięki temu, dziś przy pewnej dozie szczęścia można dotrzeć do informacji o przodkach nawet z XVIII wieku, a jeśli ktoś jest w czepku urodzony to może i XVII wieku. Tak, tak – często pojawiająca się w naszej wyobraźni (skąd to się w zasadzie wzięło?) klisza spalonego kościoła i zniszczonych niczym woluminy Biblioteki Aleksandryjskiej ksiąg – to zwykła bujda. Oczywiście takie pożary się zdarzały (np. w Raciborzu), ale w przypadku mojego drzewa ten problem nie wystąpił ani razu, a w drzewie żony tylko jedna XIX-wieczna metryka nie jest dostępna, ale to nie z powodu pożaru, tylko carskich represji wobec jednej z podlaskich parafii. Te rozważania dotyczą naturalnie tylko genealogii chłopskiej, bo utrzymujące swoje własne archiwa rody szlacheckie mogą sięgnąć dużo głębiej.

9. Nazwiska ewoluowały w czasie

W związku z powszechnym analfabetyzmem, zapis nazwisk nie był wystandaryzowany. W momencie, gdy ludzie nie byli w stanie się podpisać, nie robiło im większej różnicy, jak ktoś inny (najczęściej pleban spisujący akt stanu cywilnego) przeliteruje ich godność.

Moje własne nazwisko funkcjonowało najpierw jako Synderczyk (choć w niektórych parafiach spotykane były inne, nierzadko dziwaczne pisownie, np. Szynterczyk), a potem jako Sęderski. Inne przykłady ewolucji:

  • Chałat – Chałaciński – Hałot
  • Waligóra – Waligórski (także z pisownią przez „u”!) – przy czym dziś w Danii żyją moi kuzyni nazwiskiem Walegorski

Szokującym może wydać się fakt, że na Podlasiu jeszcze na początku XIX wieku w roli nazwiska występowały patronimiki, czyli popularne „otczestwa”. I tak dziecko Antoniego zwało się Antoniak, dziecko Filipa – Filipiak, a dziecko Idziego – Idziak. Tylko raz powiało trochę Zachodem, kiedy na córkę Grzegorza wołano Gregory.

10. Ludzie wiedzieli o sobie mało

Brak znajomości pisowni własnego nazwiska to nie wszystko. Nasi przodkowie nie kojarzyli często swojego wieku, imion swoich dziadków a nawet czasem nazwiska panieńskiego matki.

W konsekwencji, częste są na aktach zapisy w stylu „córka rodziców niepamiętnych” albo „skąd pochodzi nie wiadomo”.

Akt zgonu Róży vel Rozalii Waligóry z d. Walczak (sygn. 132/1831) z księgi metrykalnej parafii rzymskokatolickiej w Koniuszy (ob. pow. proszowicki) za 1831 rok

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu oddałem przyczyny mojej fascynacji badaniami genealogicznymi. Gdybym chciał tutaj podzielić się wszystkimi ciekawostkami i aspektami pracy genealoga, z pewnością notka byłaby niestrawna. Może jednak kiedyś wrócę do tematu i napiszę bardziej praktyczny przewodnik dla stawiających pierwsze kroki w tym „fachu”. Tymczasem odsyłam do istniejących publikacji:

Polecam jednak w każdym przypadku rozpocząć od wywiadów, bo genealogia to gra zespołowa. Bez wspomnień i wskazówek żyjących, nie udałoby mi się dotrzeć do wielu tajemnic przeszłości. Mamy dziś doskonałe narzędzia do zautomatyzowanej, elektronicznej pracy, zarówno w zakresie budowy drzewa genealogicznego (program „Drzewo genealogiczne”), jak i kwerendy (geneteka, genbaza, lubgensogólnopolski indeks małżeństw do 1899 r.szukajwarchiwach.pl itp.), ale nic nie zastąpi wyjścia w teren.

Dyskretny triumf terrorystów

Trudno jest wyrażać swoją ogólną opinię na temat jakiejś branży. Nie sposób na przykład powiedzieć, że cała branża odzieżowa jest do bani. Ostatnimi czasy do bani jest Reserved, choć moim zdaniem płacenie podatków na Cyprze i tak zasługuje na większą pobłażliwość niż outsourcing produkcji ubrań do krajów Trzeciego Świata (niestety LPP robi jedno i drugie). Trudno też wieszać psy na branży detergentów do zmywania naczyń. Są lepsze i gorsze, ale wszyscy zgodzą się, że sama branża jest potrzebna. Co poniektórzy ekstremiści mogliby oczywiście uznać, że pewne gałęzie gospodarki są z gruntu złe, niepotrzebne i w ogóle genderowo-masońskie. Amisze mogliby to powiedzieć o motoryzacji, brunatni prawacy o tabletkach antykoncepcyjnych, a pacyfiści o zbrojeniówce. Jednak w naszym życiowym łańcuchu wartości każda branża odgrywa określoną rolę (wysilałem się mocno by uniknąć banału, nie udało się).

Nie inaczej jest z pasażerskim lotnictwem cywilnym, któremu chciałbym poświęcić tę krótką notkę, bo mam o nim wyjątkowo ambiwalentne zdanie. A to z powodu coraz bardziej natrętnej, coraz niezmienniej niezmiennej i coraz wyraźniej skazanej na porażkę polityce walki z terroryzmem na lotniskach. 42 lata zajęło Stanom Zjednoczonym (na razie symboliczne) zakończenie fatalnej w skutkach wojny z narkotykami po tym jak ferment w tej sprawie zasiał dwa i pół roku temu ONZ. Czy równie długo poczekamy na zakończenie równie głupiej, a rozpętanej na dobre po zamachach na World Trade Center, wojny z „samolotowym” terroryzmem? Wygląda bowiem na to, że terroryści osiągają swój cel – paraliżują życie milionów normalnych ludzi, których jestestwo i bagażstwo przeżuwane jest każdego dnia przez służby ochrony portu, konsekwencje czego są nieobliczalne i niepoliczalne: od niemowlęcia spadającego „na główkę” z blatu kontroli bagażowej (jego pozbawiony podzielności uwagi ojciec zajęty był akurat obowiązkowym zdejmowaniem płaszcza) do urazy majestatu kardynała. No dobra, to drugie to tylko żart. Tak czy inaczej, liczne prowokacje dziennikarskie wykazały, że jeśli ktoś bardzo chce, to i tak przemyci na pokład scyzoryk. Wygląda na to, że terroryści po mistrzowsku opanowali zasadę głoszoną przez Bruce’a Lee w „Wejściu smoka” – tzw. sztukę walki bez walki. Na razie jest 1:0 dla nich i to bez użycia ani jednej bomby, bez poświęcenia ani jednego samobójcy-męczennika.

Poza lotniskowymi masochistami i ekshibicjonistami, nikt nie lubi kontroli osobistej. Dotychczas najbardziej upokarzające było – w mojej ocenie – zdejmowanie paska. Moje nierozerwalne skojarzenie wiodło mnie w progi hitlerowskiego Trybunału Ludowego. Zawsze gdy muszę zdejmować pasek zastanawiam się co czuł Stauffenberg w 1944 roku w oczekiwaniu na swój wyrok śmierci. Teraz niepokoi mnie, że coraz częściej pojawia się też tyleż kłopotliwa (szczególnie zimą), co zupełnie niedorzeczna prośba o zdjęcie butów.

To jednak tylko igraszki. Pierwsza zasadnicza nieprzyjemność spotkała mnie kilka lat temu na lotnisku w Łodzi. Tak… Jest takie lotnisko. W czasie remontu generalnego na Okęciu, wiele rejsów przejęło lotnisko im. Władysława Reymonta, zupełnie chyba nieprzygotowane do wzięcia tego zadania na swoje barki. Zostałem wówczas zgromiony jak [każdy może użyć w tym miejscu swojego ulubionego sformułowania] za to, że przed kontrolą osobistą nie opróżniłem kieszeni w spodniach. A konkretnie – w tylnej kieszeni pozostała paczka chusteczek. Trzeba było zobaczyć tę rozpaloną fizjonomię strażnika. Rozpierała go duma. Był w awangardzie walki z terroryzmem. Mówią, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Nie zgadzam się z tym. Groteska i faszyzm grają w zupełnie innej lidze.

W grudniu podobna przygoda spotkała mnie na lotnisku we Wrocławiu. Mój bagaż został „wylosowany” do szczegółowej kontroli, choć jak się okazało nie bez przyczyny. „Strasznie dużo ma pan elektroniki” – zajęczał sprawdzacz bagażu. „Kable to elektronika? Resztę wyłożyłem” – ripostowałem. „No nie, ale… o, komórkę pan ma. Jedną można mieć, ale pan ma trzy”. „No tak się złożyło”. „O, i piersiówkę pan ma”. Rzeczywiście, zapomniałem wyjąć i została po poprzednim wyjeździe. Ale pusta. Zresztą nawet gdyby była pełna, objętość jej zawartości mieściłaby się w przepisach. Antyterrorysta z pedanterią dobrego krawca dokonywał oględzin mojej „elektroniki”, szczególnie interesując się nietypową ładowarką do aparatu fotograficznego i zapasowym kompletem baterii. Dłużyło się to wszystko niemiłosiernie. W końcu dostałem pozwolenie na ponowne spakowanie rozbabranego bagażu. Kąśliwie zapytałem, czy jestem czysty i czy pan sprawdzacz na pewno nie znalazł żadnych nożyczek do paznokci. Po zastanowieniu odpowiedział, że za nożyczkami akurat się nie rozglądał. Mnie oniemiałemu zabrakło trzeźwości myślenia by dopytać, czego w takim razie szukał.

Image from LATimes.com
Image from LATimes.com

Nie kontestuję przepisów antyterrorystycznych w całości. To oczywiste, że loty szczególnego ryzyka muszą być poddane ściślejszej kontroli. Rozumiem, że na lotnisku w Tel Awiwie trzeba się pojawić nie dwie, a trzy godziny przed planowanym odlotem, a będąc w Rosji też czułbym się bezpiecznie wiedząc, że osoba na ławce obok mnie to po prostu ładna czerkieska, a nie terrorystka z Dagestanu. Ale żeby podobnemu rygorowi były poddawane loty w strefie Schengen, albo nawet rejsy wewnątrzkrajowe? Chamstwo w państwie!

Daleko mi też do stwierdzenia, że cały przemysł lotniczy jest przez to nieprzyszłościowy. Póki co na trasach długodystansowych transport powietrzny jest monopolistą i – dajmy na to – jeśli ktoś potrzebuje przemieścić się z Hagi do Hobart albo z Kapsztatu do New Delhi, nie ma zbyt wielu opcji do wyboru. Czy istnieje zatem ryzyko, że pasażerowie odwrócą się od tej formy komunikacji? Póki co nie, ale już niejeden ustabilizowany biznes padł ofiarą niespodziewanej innowacji, „czarnego łabędzia”. A może rozwiązanie jest prostsze niż nam się wydaje? Nie znam przepisów lotniczych i regulacje, które tutaj na dużym poziomie ogólności krytykuję zasadniczo są mi dość obce jeśli chodzi o szczegóły. Na chłopski rozum, wystarczyłoby stworzenie sieci alternatywnych lotnisk, które obsługiwałyby linie lotnicze „wyznające” mniej rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że wówczas Unia Europejska byłaby forpocztą skłonną do wydania dyrektywy w sprawie całkowitego zakazu obsługi takich maszyn w jakimkolwiek kraju członkowskim.

Nadgorliwość w kontroli bagażu prowadzi do gorszących scen na lotniskach, szczególnie tych, w których liczba obsługiwanych pasażerów przerasta możliwości infrastruktury. Kilometrowe kolejki sprawiają, że na lot rzeczywiście trzeba czasem przyjechać bardzo wcześnie. Po wprowadzeniu kolei wysokich prędkości w Polsce, może się zatem okazać, że krajowe rejsy staną się zupełnie nieatrakcyjne, bo nie pozwolą nawet na oszczędność czasu, nie mówiąc o pieniądzach. Loty międzynarodowe na razie pozostają raczej niezagrożone. Jako klienci musimy swoje w kolejce odstać. Ale gdy to się zmieni, chciałbym być wówczas jak ten człowiek, po prostu pierwszy

Kaukaski tygiel – część trzecia: Górski Karabach

Nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami z ostatniego przystanku naszej zeszłorocznej podróży po republikach Kaukazu Południowego, czyli z Górskiego Karabachu. Dla mnie, po Naddniestrzu, był to już drugi pobyt w państwie nieuznawanym przez większą część społeczności międzynarodowej (jak to nazywam – „kraj, którego nie ma”).

Wjazd do samozwańczej republiki, nieuznawanej oficjalnie nawet przez samą Armenię (choć tylko z terytorium tego kraju można się tam dostać) wymaga posiadania wizy. Wydaje ją konsulat Reprezentacji (nie ambasady!) Górskiego Karabachu w Armenii. Należy mieć na uwadze, że jakiekolwiek ślady w paszporcie świadczące o pobycie w Karabachu uniemożliwiają późniejszy wjazd do Azerbejdżanu. Podobno nie ma jednak problemu z poproszeniem służb konsularnych o wbicie pieczątki na osobnej kartce. Nie testowaliśmy tego podejścia, bo i tak oboje z Emilią mieliśmy w planach rychłą wymianę paszportu na nowy. Formularz wizowy wygląda tak:

Formularz wizowy do Górskiego Karabachu

I rachuneczek – 6000 dram za dwie osoby, czyli niecałe 50 zł:

Rachunek za wizę do Górskiego Karabachu

Wszystkie te ceregiele są oczywiście pokłosiem trwającej do 1994 roku wojny między Armenią i Azerbejdżanem o Górski Karabach. Obecna republika zajmuje terytorium większe od zamieszkanej przeważnie przez Ormian historycznej krainy. Konflikt ma oczywiście swoje źródło jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Tereny Karabachu od początku istnienia ZSRR wchodziły, ze względów politycznych i wbrew ich charakterowi etnicznemu, w skład Azerbejdżańskiej SRR. Po rozpadzie, Karabach, wówczas w ok. 75 proc. zamieszkany przez Ormian, w sposób naturalny przypadł Azerbejdżanowi. To nie spodobało się w Erywaniu i było zarzewiem konfliktu zbrojnego. W referendum przeprowadzonym przez lokalne władze, zdecydowaną większość uzyskała opcja niepodległościowa. Azerbejdżańskie wojska wkroczyły do Karabachu, ale w toku walk zostały wyparte przez partyzantkę i regularną armię ormiańską. W efekcie, praktycznie cała populacja azerbejdżańska została zmuszona do emigracji. Dziś, 140-tysięczny Karabach zamieszkują niemal wyłącznie Ormianie.

Pokłosiem wojny jest także znana (aż za dobrze!) polskim kibicom drużyna Qarabağ Ağdam FK, grająca w lidze azerbejdżańskiej, dla której Ağdam jest tylko tytularną siedzibą. Miasto, a właściwie jego ruiny, znajdują się dziś poza jurysdykcją Azerbejdżanu, na terenach okupowanych przez Armenię. O tym jak zespół rodem z Karabachu radził sobie z polskimi zespołami (w tym z „moim” Piastem) można się przekonać na załączonych materiałach:

Podróż z Erywania do Stepanakertu (azerbejdżańska nazwa to Xankəndi) trwa, w zależności od temperamentu kierowcy, od 5 do 6 godzin. Zanim woditiel wyruszył ze stolicy Armenii, różni handlarze próbowali – wchodząc jeden za drugim do marszrutki – sprzedać pasażerom najprzeróżniejsze przedmioty. Czego nie było w ich bazarowym arsenale! Zestaw noży, śrubokrętów, szmaciana lalka, zimne napoje, a nawet sporej wielkości obrazek z Matką Boską w trójwymiarze!

W momencie, w którym marszrutka z Erywania zaparkowała na dworcu autobusowym w Stepanakercie, obskoczyła nas grupa naganiaczy. Wynajmowałem już pokoje w taki sposób i szczerze mówiąc w tym przypadku nawet liczyłem na tych naganiaczy, bo to najszybsza opcja znalezienia kwatery, a czasu nie mieliśmy dużo. Jeden z nich był szczególnie przekonujący i widząc w mojej ręce polski przewodnik, pochwalił się, że znajduje się w nim rekomendacja dla jego „usług noclegowych”. Rzeczywiście, autorzy polecali jedną z kwater w Stepanakercie, człowiek brzmiał więc rozsądnie. Zdecydowaliśmy się.

Przy głównej ulicy Stepanakertu
Pranie wywieszane na sznurach między blokami to jeden ze znaków rozpoznawczych miasta

Po krótkiej rozmowie okazało się, że właściciel klitki (pokój był dość podły, ale nie nastawialiśmy się na nic innego) znał Polskę całkiem dobrze. Jak wielu Ormian i innych mieszkańców byłego Związku Radzieckiego, także i on odbył w słusznie minionej epoce służbę wojskową w Polsce. Nawet obnażył się częściowo przed nami, zdejmując koszulę i odsłaniając tatuaż, który zrobił sobie we Wrocławiu. W czasie naszych przygód w Stepanakercie spotkaliśmy także innego taksówkarza (ludzie w tym kraju są albo żołnierzami albo taksówkarzami, trudno o inne zajęcie), który całkiem nieźle mówił po polsku, mimo że od jego służby wojskowej w okolicach Szczecina minęło sporo czasu. W każdym razie, gdyby ktoś potrzebował taksy w Stepanakercie, dzwońcie do Waldka: +374 (0?) 97 250 159.

W samym 50-tysięcznym Stepanakercie nie ma w zasadzie nic ciekawego. Ze względu na dogodne połączenia z resztą kraju, można potraktować stolicę jako dobrą bazę wypadową.

Mieliśmy mało czasu, więc zaplanowaliśmy tylko odwiedziny w Ağdamie i Szuszy. Przewodniki polecają jeszcze obejrzenie co najmniej monasterów w Gandzasarze, Dadiwanku i Amaras. Pewnie skorzystalibyśmy z jednej z tych propozycji, gdyby nasz pobyt tam trwał chociaż dobę dłużej. A przypomnę, że „na czysto” spędziliśmy w Karabachu tylko niecałe 24 godziny.

Człowiek, od którego wynajęliśmy pokój (nie pamiętam jego imienia, ale nazwijmy go dla wygody Vlad), gdy tylko usłyszał o naszych planach na popołudnie, zaoferował również swoje usługi taksówkarskie. Widząc jego auto można było trochę się skrzywić, ale umówiliśmy się, że ma przyjechać po nas za pół godziny. W międzyczasie postanowiliśmy spożyć jakąś namiastkę obiadu i w tym celu udaliśmy się do położonego vis-à-vis sklepu osiedlowego. Wtedy po raz pierwszy mogliśmy się przekonać, że podejście mieszkańców Karabachu do wszelkiej maści standardów jest dosyć luźne. Po przyniesieniu do domu zakupionych jogurtów okazało się, że są dość poważnie przeterminowane. Wróciłem do ekspedientki z prośbą o wymianę. Jej zdziwienie było rozczulające. Nieswieżi? – zapytała. Ostatecznie zgodziła się je wymienić, ale wyraz zdziwienia nie zniknął ani na chwilę z jej twarzy.

Nasz kwatermistrz-taksiarz zajechał elegancką czarną wołgą (sic!). I się zaczęło. Zdziwiło mnie, że przed Ağdamem skręcił w – jak mi się wydawało – niewłaściwą odnogę drogi. Wjechaliśmy na lekkie wzniesienie, po czym facet zaczął –gestykulując – roztaczać przed nami widok tego wspaniałego miejsca. Tego było za wiele. Na tyle, na ile pozwalała mi znajomość rosyjskiego, nakrzyczałem na niego, każąc mu natychmiast wieść nas do ruin miasta, a nie na opłotki, z których tylko „dobrze widać”. Wtedy wpadł w histerię. Zaczął krzyczeć, że są tam żołnierze, miny, a jednemu turyście urwało nawet nogę. W ogóle wykluczał jakiekolwiek ustępstwo. Oznajmiłem mu, że nie na to się umawialiśmy i nakazałem natychmiastowy powrót do Stepanakertu. Owszem, teoretycznie wjazd do ruin miasta jest zabroniony (część może nadal być zaminowana), ale w praktyce ogarniętym miejscowym pogwałcenie tego przepisu nie powinno nastręczać żadnych trudności.

W stolicy udaliśmy się do hotelu Armenia (najbardziej luksusowy hotel w kraju) i skorzystaliśmy z pośrednictwa recepcji (oczywiście niemówiącej po angielsku) przy zamówieniu kolejnej taksówki. Zanim wsiadłem, upewniłem się trzykrotnie, że taksówkarz zrozumiał, o co mi chodzi i gdzie chcemy dojechać. Przez całe to zamieszanie z nieuczciwym „taksówkarzem” straciliśmy już z godzinę, no i trochę dramów. Nowy kierowca okazał się odważniejszy i nie miał żadnego problemu z wjechaniem do ruin. Zaparkował samochód i dał nam godzinę na obchód.

Miasto jest rzeczywiście zupełnie niezamieszkane, ale zdarza się zobaczyć pastuchów pasących tam swoje krowy (kością niezgody pozostaje zresztą fakt, że Ormianie używają tutejszego meczetu jako stodoły). Nam zdarzyło się również natknąć się na dwa dość agresywne psy, ale obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Poza tym jest bezpiecznie, przy założeniu, że patrzymy pod nogi i uważamy by nie wpaść do studzienki (pokrywy zostały najprawdopodobniej rozkradzione). Żołnierze z pobliskiego posterunku byli bardzo przyjaźni. Sami zaprosili nas do wejścia na minaret, a później zaoferowali nawet, że zrobią nam zdjęcie. W zasadzie dopiero wchodząc na minaret ma się okazję w pełni doświadczyć ogromu zniszczenia jakie dokonało się w tym miejscu. Z perspektywy kilkudziesięciu metrów widać wyraźnie, że Ağdam, niegdyś liczący blisko 50 tysięcy mieszkańców, musiał być prężnym, tętniącym życiem ośrodkiem miejskim.

Widok z minaretu w Ağdamie
Widok z minaretu w Ağdamie
Ağdam, na tle zniszczeń wojennych
Zapadający zmierzch w Ağdamie

Do Szuszy dotarliśmy już po zmroku i nie udało się wykonać żadnych udanych zdjęć. Szkoda, bo położona w centrum miejscowości, zupełnie biała katedra Ghazanchetsots jest bardzo urokliwa (i niestety kompletnie nieoświetlona). Miasto jest bardzo małe, zaledwie czterotysięczne, choć w czasach świetności było jednym z większych na całym Kaukazie. W czasie działań wojennych o Szuszę toczono zacięte walki.

Po powrocie z Szuszy, postaraliśmy się o znalezienie dobrego lokalu na kolację. Skorzystaliśmy z rady TripAdvisor, który polecał restaurację Sphinx. Trudno jej nie zauważyć, bo przed wejściem stoi równie pokaźna co kiczowata figura sfinksa oraz kilka plastikowych drzew palmowych. Wewnątrz, wystrój jest w zasadzie niczego sobie. Zdziwił nas jednak brak klientów. Po naszym bardzo przykrym doświadczeniu z Sofii, nie wchodzimy do pustych knajp. Ale – pomyślałem – tutaj to pewnie naturalne. Sądzę, że bardzo niewiele osób w takim kraju jak Górski Karabach bywa w restauracjach. Poza tym, byliśmy już bardzo głodni. Niestety, trzeba było trzymać się swoich zasad, bo jak miało się okazać – nie było dane nam się najeść. Mięso, które dostaliśmy (lokalny specjał, khorovats) składało się niemal z samych kości. Czarę goryczy przelał fakt, że piwo, które zamówiliśmy okazało się przeterminowane. Co więcej, nie był to żaden niepasteryzowany przysmak, ale heineken, którego trudno doprowadzić do stanu przeterminowania nawet w domu pełnym abstynentów, a co dopiero w stołecznej restauracji. Zgłosiłem nasze uwagi kelnerce, ale jej angielszczyzna była bardzo mierna. Stwierdziłem, że za co jak za co, ale na pewno nie zapłacimy za przeterminowany browar. Zdziwiła się, że mi to przeszkadza i powiedziała, że teraz, gdy piwa są już otwarte, nie można nic zrobić. Powinienem zgłosić to wcześniej, przed otwarciem butelki. Szkoda tylko, że przychodząc do restauracji nie można zakładać z góry, że nie dostanie się zepsutego napoju. Nie chciałem robić afery, bo nie bardzo wiedziałem, czym mogą skończyć się takie przepychanki słowne w tym kraju, toteż zapłaciłem. Ostentacyjnie nie daliśmy jednak napiwku i kazaliśmy przynieść sobie resztę. Sprawiło to kelnerce pewien problem, bo nie miała drobnych i musiała przez jakieś 15 minut prosić o przysługę kucharki na zapleczu.

Nienasyceni, poszliśmy posiedzieć przy fontannie. Ta w Stepanakercie jest dużo mniejsza od tych w Erywaniu czy Batumi, ale… jest. Obowiązkowo. Po nacieszeniu oczu fontanną i skorzystaniu z hot spotu (tak, przy fontannie działa bezprzewodowy Internet!) udaliśmy się na spoczynek. A przynajmniej taką mieliśmy intencję… Okazało się jednak, że pod adresem zapisanym w naszym przewodniku nie ma kwatery naszego „przyjaciela” Vlada. Co więcej, adres taki w ogóle w Stepanakercie nie istnieje (ulica ma się dobrze, ale numer jest zbyt wysoki). Zachowaliśmy się dość lekkomyślnie, nie przypatrując się wczesnym popołudniem tabliczce adresowej przed wejściem do naszej kwatery, aby zweryfikować adres. W pośpiechu wybieraliśmy się do Ağdamu, a potem w złości rozstawaliśmy się w centrum miasta z naszym niewydarzonym taksówkarzem i tym samym wszystko wskazywało na to, że chwilowo staliśmy się bezdomni. Jeszcze jakiś czas poszwendaliśmy się po mieście w nadziei, że może trafimy na jakiś charakterystyczny punkt, który zapamiętaliśmy. Próbowaliśmy się również dodzwonić na numer podany w przewodniku, ale bezskutecznie. Odwlekając podjęcie zdecydowanych kroków, zajęliśmy się jeszcze zakupami. Ja potrzebowałem na gwałt trochę ubrań i szczoteczkę do zębów, bo w pokoju zostawiłem część zawartości plecaka. Wzięliśmy też wódkę z morwy, która jest w Karabachu suwenirem numer jeden. Popularnym towarem eksportowym są też inne owoce oraz orzechy włoskie. Coraz prężniejszy jest też naturalnie przemysł winiarski.

Fontanna – czyli klasyka Kaukazu

Trzeba było stawić zatem czoła niespodziewanemu problemowi: potrzebowaliśmy nowego miejsca na nocleg. Po przeanalizowaniu dostępnych opcji, zdecydowaliśmy się skorzystać z hotelu Nairi, położonego nieco poza centrum. Hotele w ścisłym sercu miasta okazały się bardzo drogie. Co ciekawe w karabaskim przemyśle hotelowym, nie jest przyjęte, że obsługa recepcji posługuje się językiem angielskim. W zasadzie w żadnym z hoteli, który odwiedziliśmy, nie byliśmy w stanie porozmawiać po angielsku. W hotelu Nairi dziwi to szczególnie, bo jego historia należy do ciekawych. Obiekt został założony w 1999 roku przez Agoba 'Jacka’ Abolakiana, ormiańskiego emigranta z Australii. Gdy pod koniec ubiegłego wieku odwiedził swoje rodzinne strony, z przerażeniem stwierdził, że nie ma gdzie spać. Zainwestował wówczas w adaptację budynku starej, nieczynnej szkoły na hotel. Żeby dobrze się w nim mieszkało innym Australo-Ormianom, kangurowo-kaktusowe motywy są wszechobecne na korytarzach. Trudno stwierdzić, czy biznes się kręci, bo w tym olbrzymim gmachu byliśmy chyba jedynymi gośćmi (ogólnie, w 2010 roku Górski Karabach odwiedziło 8 tysięcy turystów nie-Ormian i liczba ta z roku na rok rośnie). Mimo to, recepcjonista zaprowadził nas chyba do najodleglejszego pokoju, jaki miał do dyspozycji. Było w nim nieprzyjemnie i zimno, a klimatyzacja nie działała tak jak powinna. W Karabachu ma prawo być zimno nawet w lecie (my byliśmy tam w pierwszej połowie listopada), bo choć średnia wysokość ponad poziomem morza wynosi tu blisko 1100 metrów, to wiele regionów republiki położonych jest jeszcze wyżej. Rano czekaliśmy na śniadanie nieprzyzwoicie długo, mimo że umówiliśmy się z recepcjonistą na konkretną godziną. 20 minut po czasie do stołówki wparowała pani kucharka obładowana siatkami zakupów. Trzeba jednak przyznać, że śniadanie, które w końcu wyczarowała, było smaczne.

Kontrasty Stepanakertu

Największym koszmarem związanym z pobytem w Stepanakercie okazał się jednak… powrót stamtąd. Nie chodzi o to, że marszrutka przez dobre trzy godziny zbierała się do odjazdu (nie istnieją sztywne rozkłady), ani o to, że Stepanakert nie oferuje zbyt wielu atrakcji pozwalających na przyjemne zagospodarowanie owych trzech godzin. Rzecz w tym, że kierowca, z którym mieliśmy nieszczęście podróżować, okazał się prawdziwym szatanem i piratem drogowym. Nie jestem szczególnie bojaźliwy jeśli chodzi o tzw. „wschodni styl jazdy samochodem”, ale ten fafarafa przebił wszystko, co do tej pory znałem. Pędził po półce skalnej z zawrotną prędkością, ścinał zakręty, rwał i gwałtownie zmieniał prędkość jazdy, wyprzedzał w niebezpiecznych miejscach. Przed każdym wirażem zastanawiałem się, czy to tutaj dopełnimy żywota. Nie byłem nawet w stanie zająć się czytaniem, co z reguły jest moim głównym zajęciem w czasie podróży. Dwie współpasażerki wymiotowały na postojach. Wychodząc z marszrutki na dworcu w Erywaniu prawie ucałowaliśmy ziemię. Emilia podeszła do kierowcy i sklęła go po polsku prosto w oczy.

Pozytywem tej podróży był spotkany w trakcie jednego z przystanków ormiański żołnierz. Była to jedyna osoba, jaką spotkaliśmy na Kaukazie, która mówiła doskonałym angielskim. Mimo, że jest zdolnym studentem prawa, sprawiał wrażenie, jakby nie miał żadnego problemu z tym, że dwa lata swojego życia musi spędzić w mundurze. Tryskał humorem, ale może to dlatego, że właśnie cały oddział jechał na przepustkę. Na okoliczność spotkania obdarował nas cukierkami.

Cukierki od ormiańskiego poborowego

Tyle jeśli chodzi o Górski Karabach – ta relacja pieczętuje spóźniony o prawie rok tryptyk kaukaskich wpisów na blogu. Bardzo wątpię, żebym kiedykolwiek zawitał tam po raz kolejny, więc monastyry Gandzasar i Dadiwank zapewne pozostaną dla mnie nieodkryte…

Kaukaski tygiel – część druga: Armenia

Kolejna odsłona relacji z podróży po republikach Kaukazu Południowego dotyczyć będzie nieuchronnie Armenii. Pierwsze skojarzenia? Na pewno chaczkary, czyli krzyże z kamienia, których na terytorium Armenii są grube tysiące. Poza tym Ararat, góra, która co prawda leży na terytorium Turcji, ale – będąc doskonale widoczna z Erywania – służy za uniwersalny i wszechobecny symbol Armenii. Poza tym: średniowieczne monastyry, diaspora, koniak, owoce, górzyste tereny, pamięć o czystce etnicznej sprzed stu lat. Kilka miesięcy temu słyszałem w radiu wywiad z red. Karoliną Głowacką i red. Aleksandrą Dziadykiewicz, które wybrały się na wspólną podróż po Armenii i Górskim Karabachu. Byłem zdziwiony, jak wiele dzielimy wspólnych przeżyć i wniosków. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy w niedzielę, tłukąc się niemiłosiernie marszrutką z Tbilisi do Erywania (nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że czekają nas dużo bardziej „widowiskowe” kursy), więc od razu stwierdziliśmy, że dobrze będzie tego dnia odwiedzić Eczmiadzyn. Miasto, szumnie zwane ormiańskim Watykanem, znajduje się nieopodal Erywania. W stolicy ormiańskiego kościoła wałęsało się trochę osób, ale trudno mówić o tłoku.

Eczmiadzyn
Eczmiadzyn

Ciekawie wyglądające nagrobki nieopodal:

Eczmiadzyn

Jak wspominałem w poprzedniej notce o Gruzji, kościół ormiański jest najstarszym na świecie (czego oczywiście Gruzini nigdy nie przyznają), bo już w 301 r. ówczesny król Armenii Tirydates przyjął chrzest z rąk Grzegorza Oświeciciela. Niedługo potem, w 406 r. powstał ormiański alfabet, opracowany przez mnicha Mesropa Masztoca oraz przetłumaczono Biblię (na wiele lat przed tym, jak jej tłumaczenia na języki narodowe trafiły na watykański Index librorum prohibitorum).

Napełniwszy się wiedzą o duchowym dziedzictwie Ormian, w poniedziałek przystąpiliśmy do oględzin Erywania. Nie był to szczęśliwy pomysł. Wszystkie muzea były zamknięte, w tym szczególnie Muzeum Genocydu, upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez młodoturków w latach 1915-1917, na którym zależało mi najbardziej. Człowiek zawiedziony „wolnym poniedziałkiem” wygląda mniej więcej tak:

Erywań

Erywań jest trudnym miastem do nawigacji. Duże różnice poziomów i zawijaste ulice nie sprzyjają orientacji. Do chodzenia po mieście potrzebna jest znajomość lokalnej topografii albo dobra mapa, która wykaże, skąd dokąd można dojść pieszo, a gdzie potrzebna będzie taksówka. Po mieście można oczywiście poruszać się komunikacją publiczną, np. marszrutkami, ale w dzień roboczy jest w nich bardzo ciasno. W poniedziałek, poza poznawaniem miasta, mieliśmy też do wykonania ważną czynność administracyjną – mianowicie, wyrobienie wiz pozwalających na wjazd do Republiki Górskiego Karabachu. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy chcemy i czy uda nam się tam pojechać. Jak wiecie, udało się. Ale o tym szerzej napiszę w kolejnej części opowieści, która będzie poświęcona całkowicie Karabachowi.

W Erywaniu zamieszkaliśmy w hostelu Envoy. To miejsce godne polecenia i całkiem słusznie uważane przez backpackersów za legendarne. W cenie bardzo „hostelowej” otrzymujemy standard, jakiego nie powstydziłby się niejeden kaukaski hotel. Envoy plasuje się w ścisłej czołówce hosteli, w których przyszło mi przebywać w czasie moich europejskich podróży.

Kilka reminescencji ze stolicy. Myślicie pewnie, że te wielkie schody ze zdjęcia poniżej dokądś prowadzą? Niestety, donikąd.

Erywań

Zdjęcie jednej z erywańskich reklam na pierwszy rzut oka nie przedstawia nic szczególnego, ale gdy się przyjrzy, można zobaczyć, że wiele z tytułów tych książek brzmi znajomo…

Erywań

Całe centrum Erywania wykonane jest z atrakcyjnego czerwonawego tufu. Autorem tej koncepcji był architekt Aleksander Tamanian i trzeba przyznać, że jest to rozwiązanie bardzo efektowne:

Erywań

Od czasów Tamaniana, miasto znacznie się jednak rozrosło, co przy braku równie zdolnego urbanisty musiało sprawić, że im dalej od centrum, tym dzisiejszy Erywań jest coraz mniej pociągający.

Po dosyć intensywnym zwiedzaniu perełek Gruzji, byliśmy szczerze mówiąc znudzeni oglądaniem nieskończonych monastyrów i cerkwi. Niestety, nie było nam dane przerwać. W kolejnych dniach odwiedziliśmy monastyry w Sewanawank i Airawank (nie wydaje mi się, by była to dobra transkrypcja na język polski, ale jest najbardziej popularna), znajdujące się na wybrzeżu „ormiańskiego morza”, czyli Jeziora Sewan.

Najpierw był Sewanawank, klasztor niegdyś o zaostrzonym rygorze, przeznaczony dla mnichów-banitów:

Sewanawank
Sewanawank

Monastyr leży na półwyspie, choć… kiedyś była to wyspa. Kto czytał „Kirgiz schodzi z konia” Kapuścińskiego, ten z pewnością pamięta siłowanie się ormiańskich „hydrologów” z naturą za czasów radzieckich. Zakończyło się to niestety tak, jak musiało się zakończyć – kompletną katastrofą ekologiczną i drastycznym spadkiem lustra wody w jeziorze. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, według różnych źródeł, poziom wody obniżył się o 30-40 metrów.

Potem był zupełnie niepodobny do swojego poprzednika monastyr w Airawank:

Airawank
Airawank

Następnie kierowca zawiózł nas do jednego z najbardziej znanych w Armenii cmentarzy z okresu średniowiecza, znajdującego się w miejscowości Noratus. Są tam zarówno stare chaczkary, jak i bardziej nowożytne groby. Ormiańskie cmentarze są wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze, w zasadzie każdy grób opatrzony jest portretem. I to nie byle jakim:

Noratus

Jak widać, krzyże – w przeciwieństwie do portretów – nie są obowiązkowe. Po drugie, Ormianie na cmentarzach… jedzą. Jest to jeden ze sposobów oddania szacunku zmarłym przodkom. By jadło się łatwiej, przy wielu grobach jest cała infrastruktura:

Noratus

Po trzecie, szybki rzut oka na daty mówi, że ormiańscy mężczyźni umierają dość młodo (co potwierdzają statystyki). Może to z uwagi na tytoń. W 2006 roku Armenia była na 6. miejscu na świecie pod względem odsetka palaczy. Pali oficjalnie 70 proc. mężczyzn, choć my mieliśmy wrażenie, że 100 proc. również nie byłoby złym oszacowaniem.

Po zwiedzaniu cmentarza, kupiliśmy trochę miejscowej wódki owocowej w plastikowych butelkach i zostaliśmy zaproszeni na obiad do rodziny mieszkającej nieopodal. Ormiańska kuchnia nie jest już tak smaczna jak gruzińska, ale jest jadalna. Podobnie, słynne ormiańskie alkohole to również koniak (np. „Dvin” był ulubionym trunkiem Winstona Churchilla) i – w mniejszym stopniu – wino. Po posileniu się (i lekkim podpiciu) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Gegard, zespół świątynny wpisany na listę UNESCO:

Gegard
Gegard

W krajach górzystych wody pitnej jest zawsze pod dostatkiem (przerabialiśmy to już w Bośni i Hercegowinie), więc leje się gdzie popadnie:

Gegard

Wieś Garni nieodparcie przywołuje skojarzenia z Grecją, a to za sprawą świątyni boga Mitry, będącej centralnym obiektem dobrze zachowanej średniowiecznej twierdzy. Elementy charakterystyczne dla okresu hellenistycznego są widoczne na pierwszy rzut oka.

Garni

Widoki ze szczytu na wąwóz rzeki Azat są naprawdę imponujące, a ja jestem ciekawy, do kogo należy ta willa, ale raczej nie do Kirka Kerkoriana:

Garni

Mówiąc o Armenii, nie sposób nie wspomnieć, że jest krajem wybitnie i obrzydliwie rusofilskim – w przeciwieństwie do Gruzji. Ma to przełożenie na wszystkie dziedziny życia, w tym i na gospodarkę. Półki w ormiańskich sklepach uginają się pod ciężarem towarów importowanych znad Wołgi. Różnic z Gruzją jest zresztą sporo. Gruzinów trudno spotkać podróżując po świecie, to naród, który najlepiej czuje się u siebie w domu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Ormianami, to naród handlarzy, żyjący w wiecznej diasporze. Ormiańskie pochodzenia mają m.in. Charles Aznavour, Aram Chaczaturian, Cher, Garri Kasparow czy multimiliarder Kirk Kerkorian (i to jeden z niewielu wątków ekonomicznych w tej notce). W Armenii częściej niż w Gruzji zdarzy się, że spotkamy kogoś, kto posługuje się językiem angielskim albo francuskim. Z rosyjskim nie ma oczywiście żadnych problemów.

Sama Armenia jest krajem wielkości porównywalnej do województwa wielkopolskiego. Więcej niż co trzeci Ormianin żyjący w Armenii mieszka w Erywaniu (nie przychodzi mi do głowy państwo, dla którego odsetek ludzi zamieszkałych w stolicy byłby większy). Ale i miasto miało dużo czasu, by „uzbierać” sobie tylu osadników. O prehistorycznych korzeniach Ormian niech świadczy fakt, że w 1968 roku Erywań obchodził… 2750. rocznicę założenia miasta.

Nie wszystko jednak aż tak bardzo różni się od Gruzji. Wygląda na to, że cechą wspólną narodów kaukaskich jest niechęć do wczesnego wstawania z łóżka. Była chyba środa, a więc zwykły dzień roboczy, kiedy przed 7:00 rano wyszliśmy z hostelu z zamiarem złapania jakiegoś transportu na dworzec autobusowy. Centrum stolicy Armenii o tej porze przypominało peryferyjną dzielnicę Warszawy o 3 w nocy. Nie działo się absolutnie nic: na ulicach nie było żywego ducha, po ulicy przejeżdżał jeden samochód na trzy minuty. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczął się dzień pracy. Z olbrzymim trudem, po jakichś 20 minutach złapaliśmy zabłąkaną taksówkę. Wspólną cechą Ormian i Gruzinów jest także zwyczaj wieczerzy połączonej z toastami. U Ormian szefa stołu nazywa się tak samo jak u Gruzinów – tamadą.

Jak widać, gospodarka Armenii nie ma przed sobą świetlanych perspektyw. Jeśli chodzi o standardy polityczne, Armenia również jest krajem nadal niestabilnym. Nie minęło nawet 15 lat od najbardziej traumatycznego, niewyjaśnionego do dziś incydentu w ormiańskim parlamencie. W strzelaninie zginął wówczas premier Wazgen Sarkisjan i przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Karen Demirczian:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=oT_yG4P4a88]

Do tego dochodzą konflikty i zatargi z sąsiadami: z Azerbejdżanem o Górski Karabach, z Turcją o klasyfikację prawną rzezi Ormian, z Gruzją na płaszczyźnie kulturowej oraz stosunków z Rosją.

Na koniec jeszcze kilka luźnych obserwacji o samym Erywaniu, w którym bądź co bądź spędziliśmy najwięcej czasu. Do dzisiaj nie udaje mi się rozgryźć znaczenia niektórych erywańskich znaków drogowych:

Erywań

Miasto jest wbrew pozorom dość snobistyczne, czego dowodem (niejedynym!) chociażby salon Armani Junior:

Erywań

Rynek ormiański szturmują także i polskie firmy, choć rusofilia Ormian jest nie do ogarnięcia i przewaga rosyjskich produktów w sklepach jest miażdżąca:

Erywań

Jak w każdym szanującym się kaukaskim mieście, także i w Erywaniu znajdziemy reprezentacyjną fontannę. Ta funkcjonuje w dodatku przy sztucznym jeziorze:

Erywań

Po pobycie w Erywaniu wróciliśmy jeszcze na jeden dzień do Gruzji, skąd następnego dnia odlecieliśmy do Polski. Ale wcześniej, będąc jeszcze w stolicy Armenii, wyskoczyliśmy na jeden dzień do Górskiego Karabachu. I o tej najdzikszej przygodzie będzie w kolejnej, ostatniej notce z kaukaskiego tryptyku. Do następnego razu!

Kaukaski tygiel – część pierwsza: Gruzja

Raport z październikowo-listopadowej wyprawy do republik Kaukazu Południowego rozpoczynam od Gruzji. Nie jest to pewnie kraj bardziej interesujący od Armenii, a na dodatek (zbyt) popularny ostatnio wśród polskich turystów, ale z uwagi na zachowanie chronologii podróży, najlepiej będzie, jeśli rozpocznę od niego.

Na lotnisku w Tbilisi urzędnik wręczył nam buteleczki młodego kachetyjskiego wina. Pewnie z racji faktu, że przybyliśmy do kraju w okresie winobrania. Mimo wszystko, bardzo miły sposób na przywitanie turystów – w żadnym innym kraju nie spotkałem się z czymś podobnym. Od razu wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby turystów na Okęciu witać małą żubróweczką albo góralskimi kierpcami. Wolałbym jednak, by takie suweniry wręczano przy opuszczaniu państwa, a nie przy wjeździe, bo wino i tak zabraliśmy ze sobą do Polski. Na miejscu czekały bowiem dużo większe atrakcje niż degustacja miniaturowego trunku.

Gruzję odwiedziliśmy zaledwie kilka dni po wyborczym triumfie Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie w październikowych wyborach parlamentarnych. Człowiek, którego majątek sięga połowy PKB Gruzji, nie miał problemów z pokonaniem stronników wciąż urzędującego prezydenta Saakaszwilego. Był to pierwszy pokojowy transfer władzy w historii tego kraju. Moment zatem historyczny. Miejscowe media pochłonięte były całkowicie analizą obecnej sytuacji politycznej.

Przez większość czasu w Gruzji towarzyszyli nam nasi przewodnicy i kierowcy, a prywatnie nowożeńcy, Kacha i Janis (wbrew pozorom, pierwsze imię jest męskie, a drugie żeńskie). W Tbilisi przywitała nas zaskakująco dobra jak na tę porę roku pogoda, która potem utrzymywała się (z wyjątkiem jednego czy dwóch dni) przez cały nasz wyjazd. Temperatura w ciągu dnia sięgała 20 stopni, a w Batumi nawet 24-26 stopni. Niby listopad, a można było spokojnie się opalać.

Stolica wywiera bardzo korzystne wrażenie. Szczególnie panorama, którą podziwiać można ze wzgórza, na którym znajduje się miejscowa twierdza, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Połączenie nowoczesności (choć zdecydowanie zbyt wyszukanej i napuszonej jak na mój gust) z dość dobrze zachowaną starością, przynajmniej w tych najbardziej reprezentacyjnych częściach miasta. Wiele z futurystycznie wyglądających budynków ma jednego fundatora – wspomnianego miliardera, Bidzinę Iwaniszwilego. Kacha pokazuje palcem to rezydencję bogacza, to odnowiony w imponującym stylu przez Saakaszwilego pałac prezydencki (z czego wyraźnie nie jest zadowolony), to most „always ultra”, wymyślną konstrukcję w kształcie podpaski. Niestety, zwiedzanie Tbilisi, podobnie jak późniejsze zwiedzanie Erywania, przypadło na poniedziałek, co oznacza, że większość muzeów (w tym etnograficzne – na którym najbardziej mi zależało) było zamkniętych.

Tbilisi
Tbilisi

Najlepiej zachowanym (patrząc przez pryzmat zachodnich standardów) zabytkiem Gruzji jest miasto Mccheta. Niemniej jednak, w mojej opinii starożytność i nowoczesna sterylność nie idą ze sobą w parze. Nie jest to może tak samo silny dysonans, jaki odczułem niegdyś w berlińskim Pergamonmuseum, ale jednak. Przechadzając się po starych budowlach, wolałbym trochę więcej „zapachu starości”, aniżeli wymuskanych, przystosowanych dla zachodnich turystów wygód.

Mccheta
Mccheta

Obwożąc się po Kachetii, zahaczyliśmy o kaukaskie Las Vegas, jakim niewątpliwie jest małe miasteczko Signagi. Oprócz niezłego muzeum prac Niko Pirosmaniego, gruzińskiego malarza prymitywisty (à la łemkowski Nikifor), znajduje się tam bowiem działający całą dobę urząd stanu cywilnego. Po spontanicznej decyzji o wzięciu ślubu cywilnego, przebraniu się przy bagażniku auta i zakupie plastikowych obrączek, okazało się, że z ceremonii jednak nici, bo urzędniczka „przypomniała” sobie, że jednak nie jest tłumaczką przysięgłą języka polskiego. O tyle to było ważne, że nasze polskie nazwiska należałoby na dokumencie urzędowym zapisać alfabetem gruzińskim, co w przypadku mojego nazwiska nie było jeszcze takie trudne, ale w przypadku Emilii okazało się problemem nie do przeskoczenia. Niepocieszeni udaliśmy się do rodzinnej wioski naszego przewodnika na tradycyjną gruzińską wieczerzę – suprę.

Było to najbardziej niezwykłe przeżycie, bo supra nosiła wszelkie cechy autentyczności. Pojechaliśmy na kachetyjską wieś, do domu dziadków Kachy. Niestety, zaczęło się od dość przykrego incydentu, bo gdy zajechaliśmy pod dom, lśniła przed nim karetka pogotowia. Okazało się, że babcia naszego przewodnika (mająca zresztą polskie korzenie, bo jej wciąż żyjąca matka, którą również poznaliśmy, urodziła się na Wołyniu) z powodu nadciśnienia musiała poddać się interwencji lekarskiej. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie i tylko supra lekko się opóźniła. Wujek Kachy był mistrzem ceremonii (tamadą) i co rusz wznosił toasty z młodego wina. To za miłość, to za przyjaźń, to za gości, to za gospodarzy, to za przyjaźń polsko-gruzińską, to za zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego. A wszystko pięknie i kwieciście, nawet w niedoskonałych tłumaczeniu naszego kierowcy, który angielskim władał niewiele lepiej od licealisty po wakacyjnym kursie u metodystów. Każdy toast kończył się zwrotem „gaumardżos”, co po polsku znaczy mniej więcej „na zdrowie”. Cała moja znajomość języka gruzińskiego ogranicza się do tego jednego słowa. Jakieś 2,5 litra wina, które wypiliśmy na głowę, odbiło się oczywiście negatywnie na porannym wstawaniu i czasie rozpoczęcia podróży powrotnej ze wschodnich rubieży kraju.

Na terenie Gruzji znajdują się trzy słynne skalne miasta: David Garedża, Upliscyche i Wardzia. Odwiedziliśmy je wszystkie, co było chyba lekką nadgorliwością (nasi gruzińscy przewodnicy niektóre z nich widzieli po raz pierwszy w życiu). Najlepiej zachowane (tj. dopieszczone funduszami UNESCO), choć najstarsze ze wszystkich, jest Upliscyche…

Upliscyche
Upliscyche

… najbardziej malownicze (i w zasadzie niestarożytne, bo pochodzące z XII wieku) to Wardzia, która w czasach swojej świetności mogła dać schronienie nawet 60 tys. mieszkańców…

Wardzia
Wardzia

… a najtrudniej dostępne – Dawid Garedża z VI wieku. Niestety to ostatnie, zlokalizowane iście po eremicku, niedaleko granicy z Azerbejdżanem (komórki już zmieniły sieć), było w trakcie naszej wizyty częściowo zamknięte, przez co nie mogliśmy go w pełni podziwiać. Dawid Garedża jest obiektem sporu granicznego między Gruzją a Azerbejdżanem, gdyż część kompleksu leży rzekomo już po azerbejdżańskiej stronie granicy. Niemniej jednak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Gruzja i Azerbejdżan to kraje najlepiej dogadujące się na Kaukazie i to mimo (a może właśnie dzięki) odmienności religijnej (chrześcijańska Gruzja, muzułmański Azerbejdżan). Jak na kaukaskie warunki, relacja między obu narodami, wyłączając wspomniany spór graniczny, jest wzorcowa. Inaczej ma się rzecz na linii azerbejdżańsko-ormiańskiej (brak jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych w wyniku długotrwałego konfliktu o Górski Karabach) oraz gruzińsko-ormiańskiej (spory zarówno na niwie kulturowo-religijnej, jak i politycznej – Gruzji nie jest po drodze z nieprzyzwoicie wręcz prorosyjską Armenią). Kacha w rozmowach nigdy nie przyznał Armenii prymatowi w jakiejkolwiek sprawie, nawet oczywistej. Jak na przykład w tej, że Apostolski Kościół Ormiański (założony ok. 314 roku) jest starszy niż Gruziński Kościół Prawosławny i Apostolski (chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej w Gruzji w 317 r.). Armenia i Gruzja to dwa najstarsze schrystianizowane państwa świata, a oba kościoły powstały na długo przed tym, jak świat zachodni wymyślił „prymat Rzymu” i tym samym funkcjonują one w oderwaniu od kościoła rzymskiego.

Mimo niezbyt dogodnej lokalizacji, warto było jednak udać się tam, bo po odbiciu z głównej drogi, trasa tam wiedzie przez półpustynny teren. Przez około dwie godziny przejeżdża się tylko przez jedną wioskę – Udabno – zamieszkałą przez przesiedleńców z górzystej Swanetii.

Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża

Czasami na drodze zdarzają się jeszcze stada owiec, pędzone przez pasterzy. Z punktu widzenia Polaka – totalna egzotyka, w Gruzji to normalny widok:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HvxLVvvvic0]

Osobny paragraf należy się muzeum Stalina w Gori. Miejsce urodzenia zbrodniczego przywódcy ZSRR to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kult Stalina jest wciąż żywy. Trudno rozmawiać w Gruzji o Soso, czasami nawet bałem się rozpoczynać ten temat. Lepiej nie usłyszeć zbyt wiele, by się nie zawieść. Chciałbym wierzyć, że to wszystko na niby, taka ustawiana gra dla picu, dla przyciągnięcia turystów. Niestety, chyba tak nie jest, a mit Stalina siedzi głęboko w gruzińskiej mentalności. Pieczołowitość i powaga pań zatrudnionych w muzeum mówi sama za siebie, w Gruzji brakuje dystansu do osoby Stalina. Wydaje się, że staliniści w Gruzji to głównie osoby starsze i problem może zostać w przyszłości rozwiązany poprzez biologię, ale jednak z takimi demonami nigdy nic nie wiadomo. Wojciech Górecki pisze w książce „Toast za przodków”, że często w czasie supry pojawiają się toasty za Stalina. Reportażysta brał także udział w realizacji filmu „Boskość J. W. Stalina w świetle najnowszych badań”, którego niestety nie udało mi się obejrzeć. Można jednak znaleźć w Internecie jeden ze wstrząsających odcinków emitowanej niegdyś w TVP audycji „Szerokie tory”, poświęcony między innymi właśnie wciąż żywemu kultowi ludobójcy. Na szczęście, w naszym przypadku w czasie supry pominięto ten wątek.

Na zdjęciu poniżej kibel, w którym załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne towarzysz Stalin w trakcie krótkiego, acz owocnego pobytu w Jałcie.

Toaleta Stalina w wagonie, którym udał się na konferencję jałtańską

W drodze z Tbilisi do Gori, po prawej ręce widać miasto przesiedleńców z Osetii Południowej, ewakuowanych z tego rejonu po wybuchu ostatniej wojny. Według opowieści naszych przewodników, miasteczko wzniesiono w ciągu kilku dni. To imponujące, bo prezentuje się wcale nieźle, jest schludne i w niczym nie przypomina „barakowisk”, z jakimi zwykle kojarzą się obozy dla uchodźców.

Najsilniejszą stroną Gruzji jest niewątpliwie smaczna kuchnia. Wiele z zakosztowanych tam potraw próbowałem także w polskich „gruzińskich” restauracjach, ale żadna nie smakowała tak dobrze, jak na Kaukazie. Uniwersalne i tanie chaczapuri („serowy chleb” albo uboga wersja pizzy – jak kto woli) w różnych odmianach, gruzińskie pierogi, czyli chinkali (smaczne, ale nie da się ich zjeść nie brudząc rąk i – w moim wypadku – połowy twarzy), szaszłyki, lobio (na bazie popularnej w tym kraju fasoli), a na deser czurczchela, zwana szumnie „kaukaskim snickersem”, a z wyglądu przypominająca długą kiełbasę i tak też eksponowana na straganach. W tej mozaice nie może oczywiście zabraknąć napojów, czyli najczęściej wina, choć ja osobiście preferuję gruzińskie brandy (np. Sarajishvili). Niezła jest także winogronowa wódka, zwana czaczą. Niestety, prężny niegdyś gruziński przemysł herbaciany (wszyscy chyba pamiętają z piosenki mityczne „herbaciane pola Batumi”) kompletnie podupadł. Gruzja, jak i cały Kaukaz, nie jest niestety krainą piwoszy i o kupieniu smacznego browaru można raczej zapomnieć. Na ewentualnego kaca najlepszym lekarstwem jest słynna na całym świecie woda mineralna Borjomi. Od niedawna wznowiono również jej sprzedaż w Polsce. Niestety, krótko po tej informacji, gruchnęła wieść, że marka przejdzie w ręce rosyjskie, ku rozpaczy chyba każdego, komu woda Borjomi jest bliska.

Gruzińskie jedzenie

Skoro już o Bordżomi (bo woda Borjomi pochodzi z miasta o tej samej nazwie, tj. – spolszczając – Bordżomi)… Miasto kandydowało do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. Gdy przyjedzie się na miejsce, wspomnienie tego faktu brzmi jak bardzo ponury dowcip. Jest 1 listopada i niby już po sezonie (przynajmniej letnim), ale wszechogarniająca atmosfera ponurej beznadziei jest trudna do wytrzymania. O ile ujęcie ciepłego źródła znajduje się w głównym parku, o tyle ujęcie wody zimnej jest tragiczne. Należy wspiąć się na skarpę przy rzece, przejść przez kładkę, następnie wzdłuż koryta rzeki – bardzo wąską (a w deszczu – błotnistą) ścieżką. Jak na flagowy produkt miasta, dostęp do niego jest zdecydowanie zbyt trudny.

Dopiero w Bordżomi w pełni zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo rozwinięte u Gruzinów jest leniuchowanie. Była może godzina 10 rano, gdy spacerowaliśmy po mieście. Z trudem udało nam się kupić coś na śniadanie. Ulice były opustoszałe. Wypicie kawy około 11 również nastręczyło pewne trudności – poza tym okazało się, że w kawiarni nie ma… mleka. Na dworcu kolejowym wszystkie okna były zabite dechami. Dramat, i trudno wyobrazić sobie igrzyska olimpijskie rozgrywane w takim miejscu. Jedynym plusem Bordżomi jest naturalnie doskonała lokalizacja pośród górzystych terenów. Jednakże kolejka linowa, jedna z atrakcji bordżomskiego parku, zakończyła swoje działanie z dniem 31 października i 1 listopada nie mogła niestety nas obsłużyć.

Bordżomi

A w pobliskim lesie jedliśmy gumę do żucia z drzewa. Podobno nie umiera się od tego:

Guma do żucia z żywicy

Jeśli jednak Bordżomi ma być symbolem gruzińskiego lenistwa, pozerstwa, przepychu i próżności, to do opisania Batumi zabrakłoby skali. To miasto (?) w niczym nie przypomina jakiegokolwiek miejsca, jakie widziałem do tej pory. To połączenie Las Vegas z przysłowiowym Wąchockiem, przenikanie się najbardziej wyuzdanego Zachodu z najbardziej pocztówkowym i stereotypowym Wschodem, amalgamacja snobistycznej klasy wyższej i zwykłych małomiasteczkowych plebejuszy. Ekscentryczność, przejawiająca się w takich pomysłach jak budowa fontanny wódki (staliśmy przy niej kilkanaście minut i nie poczęstowała nas niestety czaczą – może dlatego, że było już po sezonie), diabelski młyn na dachu drapacza chmur albo hotele stylizowane na amerykańskie Miami Beach. Przy wjeździe do miasta czytamy na wielkim banerze cytat z Donalda Trumpa. Wielki inwestor wita turystów słowami „In five years, Batumi will be the best city in the world”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć biznesowych Trumpa, w sprawie Batumi pomylił się i to okrutnie. Mam nadzieję, że za tę blagę zainkasował chociaż porządne pieniądze od władz miasta. No… Chyba, że Donald Trump zainwestuje w rozwój Batumi swoje prywatne pieniądze, o czym zresztą swego czasu było głośno.

Jeśli chcecie w Batumi podziwiać takie widoki…

Batumi
Batumi
Batumi

… wynajmijcie apartament nie dalej niż w promieniu 300 metrów od plaży. 400 metrów od plaży drogi nagle tracą asfalt, a z budynków wyziera postkomuna…

Batumi – rzut beretu od centrum miasta

W Batumi, na plus na pewno zaciszny ogród botaniczny o bogatej tradycji, w którym spędziliśmy prawie pół dnia.

Ogród botaniczny w Batumi
Ogród botaniczny w Batumi

Realia komunistyczne trafiły więc w Gruzji na bardzo podatny grunt. System, który przynajmniej części społeczeństwa pozwalał żyć w wystawnym przepychu, łechtał drzemiącą w tym narodzie próżność, umiłowanie życia ponad stan i potrzebę obdarowywania innych kosztownymi prezentami. Poza paletą negatywnych cech, każdy Gruzin jest bowiem z natury gościnny i życzliwy, czuły na punkcie honoru gospodarza. Należy podkreślić, że ta gościnność wyraźnie odbiega od przysłowiowej polskiej gościnności, o której lubi się przypominać przy wielu okazjach. W Gruzji gościnność jest wartością żywą i praktykowaną, a nie uśpionym od dawna narodowym mitem.

Najzabawniejszym, choć dość irytującym problemem w Gruzji jest poczta. Zakup kartek pocztowych graniczy z cudem, to produkt, który zupełnie się w tym kraju nie przyjął. W Batumi, turystycznej perełce Gruzji, poczciarka sprzedała nam jakieś zakurzone archiwalia z czasów Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Załączam skan dla celów dowodowych.

Front kartki pocztowej
Tył kartki pocztowej

Samo znalezienie urzędu pocztowego jest wyzwaniem. W Tbilisi szukaliśmy go z Kachą około pół godziny, po czym – nie wpadając na żaden trop – zrezygnowaliśmy. Urzędy często zmieniają adresy i połapanie się w tym jest trudne nawet dla tubylca.

Ostatniego dnia podróży po Kaukazie, wróciliśmy do Tbilisi zrobić ostatnie zakupy i zrelaksować się przed powrotem do kraju. Jednym z symboli miasta są łaźnie. Nazwa stolicy kraju pochodzi zresztą od ciepłych wód. Można powiedzieć, że Tbilisi to po polsku Cieplice. Łaźnie są rozlokowane w bardzo klimatycznych miejscach. Nie są typową atrakcją turystyczną, przeciwnie – przychodzą do nich prawie sami Gruzini. Wszystko tak trochę na pograniczu starodawnej tradycji i komunistycznych naleciałości. Do kąpieli można zamówić sobie dzban gorącej herbaty z cytryną. Z ciekawostek: zdziwiło nas, że łaźnia zaopatruje gości w prześcieradła zamiast ręczników. Okazało się jednak, że są one dużo bardziej efektywne. Tak żebyście wiedzieli, jak to wygląda:

Łaźnia w Tbilisi
Łaźnia w Tbilisi

W jednym z pociągów na naszej trasie podróżowaliśmy w kuszetce z Szotą Iatashvilim, dość znanym gruzińskim poetą. Iatashvili był po solidnej dawce koniaku (kapka ostała mu się jeszcze w butelce, którą dzierżył), ale pewnie tylko dzięki tej odrobinie śmiałości, jaką wyzwala alkohol, był w stanie improwizować trochę po angielsku. Znał osobiście autora książki, którą akurat czytałem (wspomniany „Toast za przodków” Góreckiego). Tłumaczka z sąsiedniego przedziału wystosowała w jego imieniu oświadczenie, po czym położyliśmy się spać. A mnie przypomniała się piosneczka:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=nJ0mBS0qTSo]

Pochwała prokrastynacji

Z pewnością jako dzieci byliśmy uczeni trzech rzeczy: systematycznej nauki, nieodkładania ważnych rzeczy na ostatnią chwilę i formułki „najpierw obowiązki, potem przyjemności”.

Muszę powiedzieć, że nie sprawdzają mi się za bardzo w praktyce te życiowe mądrości. Owszem, często jest tak, że jako ludzie zabiegani wiele rzeczy robimy na ostatnią chwilę. Ale na pewno każdemu zdarzyło się parę razy, że czekanie do ostatniej chwili z wykonaniem jakiejś niezbyt atrakcyjnej czynności było wyborem, a nie przymusem. Wszak prokrastynacja nie bez przyczyny zwana jest „chorobą studentów”. Ale czy to na pewno takie zdradzieckie schorzenie?

Procrastination

Pamiętam, że raz w nieco luźniejszym okresie, jedyną rzeczą, jaka wisiała mi nad głową, była jakaś prezentacja na zajęcia. Miałem dwa tygodnie. Zasadniczo, zrobienie tej prezentacji nie powinno zająć więcej niż 2-3 dni. Jak myślicie, ile czasu nad nią spędziłem? Dobra odpowiedź: dwa tygodnie. Bardzo mnie to zirytowało i od tamtego czasu staram się w miarę możliwości maksymalnie przeciągać moment rozpoczęcia pracy nad zadaniami, które nie wydają się nadmiernie skomplikowane. Oczywiście, takie podejście działa wyłącznie wówczas, gdy istnieje jakiś odgórnie narzucony deadline. W przeciwnym wypadku, realizację dowolnej czynności można odkładać na dowolnie nieokreśloną przyszłość.

Z tą moją powyższą konstatacją nierozerwalnie związana jest mantra „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Otóż, jeśli byłoby tak, że na pracę jesteśmy w stanie poświęcić dowolnie dużo czasu (przypadek mojej prezentacji, nad którą ślęczałem dwa długie tygodnie), zabrakłoby nam czasu na relaks. Właściwa kolejność powinna być zatem w moim przypadku odwrotna. Najpierw powinienem przez półtora tygodnia w pełni świadomie odpoczywać, czytać książki, na których przeczytanie zawsze brakowało mi czasu, posegregować znaczki w klaserach, albo porządnie się wyspać, a potem przez kilka dni harować nad PowerPointem.

Przedkładanie przyjemności nad pracę i rozmyślne wykonywanie ważnych rzeczy tuż przed deadlinem jest ryzykowne. Nie zawsze warto iść tą drogą. Zdarzają się w życiu nieprzewidziane wypadki, zdarza się przekroczenie deadline’u o kilkanaście minut czy kilka godzin. Mimo wszystko, mam przeczucie, że generalnie warto próbować przełamać stereotyp o supremacji systematycznej pracy. Jest to podejście pragmatyczne dopóty, dopóki nie cierpi na tym jakość wykonanej pracy i cel, który zamierzamy osiągnąć.

Jak stracić stałego klienta w 15 minut?

Rzadko stosuję formę bojkotu jako wyraz niezadowolenia z usług świadczonych przez jakiś sklep, ale tym razem mi się zdarzyło.

W hipermarkecie Carrefour (w CH „Arkadia” w Warszawie) wybierałem lalkę jako prezent na urodziny mojej chrześniaczki. Po naradach z Emilią, wreszcie zdecydowałem się na jedną konkretną, piękną lalkę. Cena według etykiety: 59 zł. Trochę zdziwiłem się przy kasie, gdy przyszło mi zapłacić za całe zakupy ponad 150 zł, ale szybki rzut oka na paragon wszystko wyjaśnił. Za lalkę policzono 119 zł. Nie znam się na zabawkach, ale lalka sprawiała wrażenie produktu wysokiej klasy, więc w zasadzie można by uznać tę cenę za godziwą, ale mimo wszystko rozbieżność między etykietą a paragonem była kolosalna i niesmak pozostał. Udałem się więc do punktu obsługi klienta.

Miła pani pracująca w punkcie przyjęła zgłoszenie i razem wybraliśmy się do działu z zabawkami, aby zweryfikować moje zeznania. Po oględzinach metki okazało się, że jest ona bez zarzutu. No, może poza jakimś małym kodem, napisanym czcionką „ósemką”, który rzekomo nie zgadzał się z jakimś analogicznym kodem na produkcie. Nikt normalny tego czyta i nie porównuje. Sama informacja na etykiecie nie pozostawiała natomiast wątpliwości, że chodzi o produkt, który miałem w ręce. Jako konsument, nie popełniłem więc błędu i zachowałem należytą staranność w określeniu ceny lalki, którą włożyłem do koszyka.

Powróciliśmy do „stanowiska dowodzenia”, a pani z obsługi wykonała telefon do osoby decyzyjnej, uprzedzając mnie, że prawdopodobnie zaproponuje mi ona całkowity zwrot kosztów, co oznaczałoby też, że musiałbym zwrócić tak pieczołowicie wybraną zabawkę. Nieśmiało zaproponowałem (bo dostrzegłem, że zwrot różnicy w cenie nie był pomysłem, który w ogóle zaświtałby w głowie pracownicy Carrefoura), że jestem skłonny zgodzić się na jakiś rozsądny rabat, bo chciałbym zachować lalkę.

Po kilkuminutowej rozmowie między pracownicą a kierownikiem, usłyszałem ofertę: 10 proc. rabatu, czyli 11,90 zł. Poczułem się, jakby ktoś dał mi „z liścia”. Przez 20 minut wybierałem lalkę, kolejny kwadrans spędziłem na wyjaśnianiu sprawy złego oznaczenia towaru. Abstrahuję już od faktu, że cenę, jaka pojawiła się przy towarze, należy na mocy prawa traktować jako ofertę handlową, i żadna dyskusja o sprzedaży lalki po cenie innej niż 59 zł nie powinna wcale wchodzić w grę. Ale chciałem być miły. Odpowiedziałem grzecznie, że 10 proc. to oferta dalece niesatysfakcjonująca, nierekompensująca mi nawet czasu, jaki muszę poświęcić załatwianiu tej reklamacji i oczekuję bardziej przemyślanej propozycji.

Po kolejnych minutach rozmowy, padła aktualizacja oferty: 10 proc., ale mogę wysunąć roszczenie na piśmie o zwiększenie rabatu z powodu błędnej etykiety. Łaskawcy! Tego już trochę za wiele. Powiedziałem (ale nadal grzecznie), że jestem gotowy kupić tę lalkę nawet z 10-proc. rabatem, gdyż zwyczajnie nie mam czasu na ponowną selekcję czy odwiedzanie innych sklepów. Ponadto, nie zamierzam wysuwać żadnych dodatkowych „roszczeń” na piśmie, ani w ogóle wyłuszczać swoich racji w formie rozprawki, ponieważ również nie mam na to czasu. Nadmieniłem, że brak satysfakcjonującego rabatu jest decyzją biznesową Carrefoura i że jeśli nie otrzymam rozsądnej oferty, nie zamierzam więcej pojawiać się w żadnym sklepie tej sieci. Jestem przekonany, że mój wywód zabrzmiał bardzo klarownie.

Po kolejnej wymianie zdań pracownicy z kierownikiem, żadna lepsza propozycja nie padła. Pani obsługująca mnie próbowała robić dobre wrażenie i trudno odmówić jej empatii i chęci rozwiązania problemu po mojej myśli. Jest bez winy. Ale zachowanie kierownika zasługuje na publiczną krytykę. Okazuje się, że nawet mimo ostatnich wpadek PKO BP, Pekao SA (słynna „sprawa toalety”) czy niedawnej Realu (W hipermarkecie zaginęło dziecko), podejście klientocentryczne w wielu firmach jest nadal albo czarną magią, albo jakimś pseudonaukowym konceptem wykraczającym swym nowatorstwem daleko poza granice pojmowania świata przez kadrę zarządzającą. Na blogu pana Tomasza Miączyńskiego (Towar niezgodny z umową), podobne przypadki opisywane są na porządku dziennym.

W takim układzie, nagłośnienie tej sprawy i bojkot wydają mi się jedynym rozsądnym posunięciem. Emilia trochę się zmartwiła, bo Carrefour to najbliższy sklep w moim sąsiedztwie, a ja przez chwilę wyglądałem pewnie jak pan Kazio z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, ale nic to. Wytępienie z rynku podobnych zachowań, jak to Carrefoura, wymaga trochę poświęceń.

Chętnych na przypomnienie sobie nieśmiertelnej sceny z kurczakiem i szmatą z nieśmiertelnego filmu Barei, odsyłam:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=q9ut3jdWBVc&w=420&h=315]

Jak wskrzesić gatunek homo oeconomicus?

Moja edukacja ekonomiczna rozpoczęła się dosyć wcześnie. Dokonując akumulacji pierwszego poważnego, jak na owe czasy (i mój wiek) kapitału, w kwocie 220 tys. zł (naturalnie, przed denominacją), kupiłem piłkę nożną. Kapitał pochodził głównie z IPO, tj. debiutu w szkole podstawowej i zebranych z tej okazji „prezentów” od rodziny, co zaszło 1 września 1994 roku. Futbolówka kosztowała 165 tys. zł, a więc wydatek pochłonął trzy czwarte mojego ówczesnego majątku. Inwestycja w kategoriach finansowych się nie zwróciła, bo nie zostałem wielkim piłkarzem, ale co się nagrałem tą piłką (była ładna, z motywami nawiązującymi do MŚ w USA) – to moje. Później, dokonując różnych inwestycji, bądź samodzielnie (chipsy i batoniki), bądź przez inwestorów instytucjonalnych (rodziców), gospodarowałem rzadkimi zasobami, z mniejszym lub większym rozsądkiem. Operując przenośnią, sprzyjało mi znikome ryzyko polityczne (troskliwy nadzór rodziców), szeroko dostępna pomoc publiczna (finansowanie etapowe ze strony rodziców) i stabilna stopa zwrotu (zapewniana przez konserwatywnego regulatora – rodziców). Ech, monotonia… Ale skuteczna.

Rozpisuję się o tym i powracam do zarania mojego cash managementu, aby uświadomić sobie, jak człowiek zarządza pieniędzmi na podstawie samej tylko intuicji, bez przygotowania ekonomicznego. Teraz już wiem, że nie wolno inwestować 75% kapitału w jeden instrument (w moim przypadku była to wspomniana piłka), bo to hazard. Ale wówczas owa intuicja nie zadziałała, co sugeruje, że homo oeconomicus to nie korzeń człowieczeństwa, z którego się wyrasta, ale pewien gatunek, w który się „wrasta” wraz z doświadczeniem. Owszem, z wykresami giełdowymi byłem za pan brat od dzieciństwa, nie do końca wszak byłem świadomy ich znaczenia. Zasłyszane w telewizji pojęcie „nierentowna firma” przez długi czas tłumaczyłem sobie zakład będący w tak fatalnej sytuacji finansowej, że jego pracownicy po zaprzestaniu pracy w nim nie będą mogli otrzymać… renty. Umysł dziecka przyjmie wszystko.

Przedmiot zatytułowany „Podstawy przedsiębiorczości” pojawia się w szkole średniej. Przy czym określenie „pojawia się” jest tutaj bardzo na miejscu. W moim przypadku wykładał go geograf, w innych, które znam – chemiczka lub pan z łapanki. Brakuje jeszcze siostry zakonnej i fryzjerki, ale jestem pewien, że jak nasz kraj długi i szeroki, i takie przypadki musiały się zdarzyć. Z zajęć nie wyniosłem dosłownie nic. W wieku 19 lat moją podstawową kompetencją społeczną w zakresie nauk ekonomicznych była umiejętność wypełnienia PIT-a. Dla porządku, nabyłem ją w gimnazjum na wiedzy o społeczeństwie, a nie w liceum na podstawach przedsiębiorczości.

Zastrzegam – nie wiem, czy od „moich czasów” (6-8 lat temu) coś się zmieniło. W każdym razie, dowiem się. Ale nic dziwnego, że wielkim szokiem i przełomem okazały się dla mnie pierwsze zajęcia na studiach ekonomicznych – mikroekonomia. Pojęcie maksymalizacji użyteczności, krzywe popytu i podaży, elastyczności, przychody ze skali, malejąca użyteczność krańcowa… To wywraca sposób myślenia, filozofię myślenia o finansach, do góry nogami. Ale przecież nie tylko o finansach w ścisłym znaczeniu! Narzędzia stosowane w ekonomii i logika, jaką ta nauka się posługuje, dają fantastyczny warsztat, otwierają możliwości na wielu polach badawczych. Rację miał F. A. Hayek, gdy mówił, że ekonomia to nie jakaś bliżej nieokreślona „rzecz”. Ekonomia to my, ekonomia jest w nas – i nie da się jej ująć jako nauki w granice, ramy czy skrępować jej innego typu sztucznymi więzami. I w tym tkwi piękno tej dziedziny wiedzy. Bardzo chciałbym, aby wśród dzieci i młodzieży jak najwcześniej wzbudzać zainteresowanie tą dyscypliną, tym bardziej, że zetknie się z nią siłą rzeczy każdy, a niewiedza może drogo kosztować – i dosłownie, i w przenośni.

Jako postscriptum mogę napisać, że po 1994 roku nabyłem jeszcze kilka piłek. Niektóre kosztowały więcej, niektóre mniej niż ówczesne 165 tys. zł. Ale żadna już nie sprawiła mi tyle radości, co ta pierwsza. Cóż – czytelny dowód na prawdziwość prawa malejącej użyteczności krańcowej!

Gdzie kapitalizm mówi dobranoc

Nie przestaje zadziwiać mnie stopień (nie)dopasowania różnych instytucji w Polsce do wyzwań i potrzeb wolnego rynku. Czego chyba wszyscy mamy świadomość, wiele jednostek państwowych w naszym kraju ma wciąż więcej wspólnego z systemem nakładczo-rozdzielczym niż kapitalistyczną wolną konkurencją. Od kilku dni doświadczam tegoż na własnej skórze, próbując zaszczepić się przeciwko durowi brzusznemu.

W Warszawie są zasadniczo dwa miejsca, w których można poddać się szczepieniom przeciw chorobom tropikalnym. To Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna i Szpital Zakaźny przy ul. Wolskiej. Obie mają bardzo „przyjazne” (trudno nie powiedzieć tego z przekąsem) godziny otwarcia. Punkt szczepień w sanepidzie jest czynny od 15:00 do 19:30 (przy czym wczoraj na przykład kolejka została zamknięta o 17:00 ze względu na rzesze chętnych), a punkt przy ul. Wolskiej od 10:00 do 14:00 – a i to bardzo być może, bo na stronach internetowych szpitala próżno szukać jakichkolwiek wskazówek. Rezerwacji terminów oczywiście nie ma, bo i po co. Lepiej, żeby petenci (bo nie powiem pacjenci) walczyli o miejsce w kolejce. Wolny czas nie jest przecież dobrem rzadkim – każdy ma go w nadmiarze i gotów jest zawsze poświęcić odrobinę na ołtarzu nieefektywności, pielęgnując pieczołowicie narodową cechę polskich instytucji publicznych – bylejakość. To już nie tyle arynkowe, co antyrynkowe. A wszystko po to by pracownicy sanepidu mogli później błyszczeć w mediach, wypowiadając się, jak wiele to mają pracy, jak odpowiedzialną rolę pełnią i jak odpowiedzialni są synowie polskiej ziemi, hordami przychodząc się do nich zaszczepić przed daleką podróżą.

Warszawa jest miastem dwumilionowym. Trzeba założyć, że część osób przychodzi do sanepidu po zwykłe, „nieegzotyczne” szczepionki. Przy maksymalnej przepustowości wynoszącej 35 osób dziennie (na miejscu jest jedna lekarka) i zakładając, że część osób zaszczepi się w szpitalu, można oszacować że w całej stolicy w ciągu wakacji – najbardziej newralgicznego okresu – zaszczepi się ok. 1500 osób. Żałosna liczba, biorąc pod uwagę zapotrzebowania – wakacyjne cele warszawiaków są przecież coraz bardziej finezyjne, a – jeszcze bardziej urealniając założenia – trzeba by do grona klientów doliczyć także osoby z innych okolicznych miast, bo najbliższy punkt ze szczepionkami tropikalnymi znajduje się pewnie w Radomiu albo w Siedlcach. Trudno o bardziej wyraziste niedopasowanie popytu i podaży. Petenci w sanepidzie przy Żelaznej nie mieszczą się na korytarzu, ale ci, którym udało się dostać do kolejki i odstać w niej jakieś dwie godziny, mogą być szczęśliwi – wielu jest bowiem odsyłanych z kwitkiem. Co ma zrobić ktoś, kto nie ma szczęścia kończyć pracy o 16:00. Podpowiadam: jeśli rynek jest efektywny, powinien „wypluć” instytucję kolejkowych „staczy”. Wymaganiem dla zaistnienia rynku efektywnego jest jednak doskonały dostęp do wiarygodnej informacji. I nie ukrywam, że ta notka służy temu, by o stanie rynku (dodajmy, monopolistycznego) tropikalnych szczepionek dowiedzieli się wszyscy.