Jak ważna jest ideologia w dyskursie publicznym?

W poprzedniej notce głowiłem się nad banalnym i infantylnym  problemem – czy można mówić głupoty? Dzisiaj równie proste i dziecinne z pozoru pytanie pytanie: czy ideologia jest ważna i w jakim zakresie posługiwać się nią w debacie? Problem nie jest nowy – podobnymi zajmował się już sam Max Weber. Problemy pokrewne: czy nauki społeczne mogą być obiektywne? Czy w ekonomii politycznej istnieje coś takiego jak prawda absolutna? Czy value-free economics to mrzonka?

W Polskiej przestrzeni publicznej można zaobserwować dwa nurty jeśli chodzi o podejście do wykorzystywania w dyskusji argumentów ideologicznych. Z jednej strony trzy z czterech głównych partii politycznych – choć nie przyznają tego otwarcie – realizują w wielu obszarach politykę zgodną z zespołem wierzeń Kościoła Rzymskokatolickiego. Na tak zwanej prawicy czołowe media podpinają wszystkie możliwe tematy pod ideologię, dostosowując fakty do z góry określonej teorii, też jednak nie demaskując przed czytelnikami swojej postawy. Bo przyjęło się, że media powinny być bezstronne, a na pytanie o jakąś linię ideologiczno-programową redaktorzy naczelni nabierają wody w usta. To postawa stojąca w sprzeczności z sensem istnienia prasy. Wystarczy wspomnieć, że wielkie europejskie tytuły związane są bardzo mocno z jasno określoną flanką politycznej sceny (np. „The Daily Telegraph”, „Die Welt” i „Le Figaro” z konserwatystami, „Le Monde” i „la Repubblica” z lewicą, „The Guardian” czy „The Independent” z liberałami, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z liberalnymi konserwatystami).

W Polsce jasny przekaz ideologiczny mają planktonowe media na tak zwanej prawicy, ale tu z kolei poziom kultury dyskursu jest rynsztokowy, a ideologia zamiast pomagać w nadawaniu tonu debacie – kompletnie zaślepia i odurza dziennikarzy w najgorszy możliwy sposób, dając pożywkę głęboko osadzonym w nich pokładom nienawiści. Nawet jeśli prawicowe pismo stara się pozować na poważny periodyk, tj. „Nowe Państwo”, w istocie po jego otwarciu okazuje się, że ładunek agresji i paszkwilowatości pozycjonuje je na intelektualnym śmietniku, do którego nie warto zbliżać się nawet na odległość kija.

ideo2 ideo1

Szereg mniej poczytnych czasopism (np. „Europa Miesięcznik idei”, „Krytyka Polityczna”, „Liberté”) to nisza, która ma znikomy wpływ nie tyle nawet na kreowanie tematów w sferze publicznej, co nawet na zainicjowanie w niej delikatnego fermentu.

Z drugiej strony mamy intelektualną technokrację, osobników szczerze nieokreślonych ideologicznie, dla których albo liczą się tylko suche fakty, badania, sondaże albo (jeszcze częściej) zamieniają ideologię na klasyczny polityczny cynizm i koniunkturalizm.

Jako reprezentantowi (bądź co bądź) świata akademickiego, miłośnikowi logiki i racjonalności, wypadałoby mi przyklasnąć tym, którzy od ideologicznych przechyłów stronią. A jednak nie. Nie można uciec od świadomości problemu, że sformalizowane modele nie rozwiążą wszystkich problemów, z jakimi mierzy się dzisiejsza klasa polityczna (decyzyjna). Nigdy nie będą w stanie, bo gdyby było inaczej musielibyśmy zaakceptować wizję przyszłości, w której ludzie rządzeni byliby przez wszystkowiedzące roboty o nieskończonych mocach przeliczeniowych. Ja takiej wizji nie akceptuję.

Dzisiaj dzień matur z języka polskiego, więc odniosę się do passusu z wiersza Zbigniewa Herberta pt. „Przesłanie Pana Cogito”, który dobrze ilustruje moje przekonania:

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

Co chce powiedzieć poeta? „Gdy rozum zawodzi” zrób coś, miej przygotowaną alternatywę. Nawet rozwinięta nauka jest czasem bezsilna w dzisiejszym świecie skomplikowanych zjawisk i wzajemnych powiązań między nimi. Nawet w naukach uznawanych za ścisłe brak jest jasnych odpowiedzi na złożone problemy. Na rynku farmaceutycznym nie istnieją badania odpowiadające na pytanie, jakie skutki dla organizmu wywoła kombinacja trzech różnych leków. Dwa to maksimum. Dobrze znany jest też problem indeterminizmu w naukach ścisłych, w tym szczególnie w mechanice kwantowej. A co tu mówić o naukach i procesach społecznych, a przede wszystkim w projektowaniu polityki gospodarczej i społecznej – bo te zagadnienia mam na myśli?

Herbert proponuje więc odwagę. Ja opowiadam się za wyjściem awaryjnym w postaci ideologii, czyli pewnej indywidualnej dla każdego uporządkowanej wizji świata, opartej na przekonaniach.

Nie należy wstydzić się ideologii. Trzeba się do niej odnosić i prezentować swoje poglądy z otwartą przyłbicą. Wymaga to jednak oczytania, erudycji, znajomości kontekstów, umiejętności syntezy i analizy (i to zarówno u przekonującego, jak i przekonywanych – czyli potencjalnych wyborców!), co jest trudne. A przede wszystkim – umiejętności zaciśnięcia zębów i uniesienia się ponad osobiste przekonania dla dobra ogółu, gdy te pierwsze nie wytrzymują starcia z faktami. Może dlatego mariaż faktów i przekonań jawi się jako nie bardzo atrakcyjny. W idiociejącym społeczeństwie najskuteczniejszym narzędziem perswazji politycznej są półsłówka i półśrodki: albo walimy po głowie ideologiczną pałką, nie zważając na to, gdzie leży prawda, albo wcielamy się w rolę bezstronnego technokraty czy chwiejnej chorągiewki. W tym drugim przypadku głosiciele takich przekonań, pozując na wytrawnych ekspertów, nie zauważają jednak, że mimochodem sami mogą wpaść w pułapkę dogmatyzowania swoich poglądów (dobrym przykładem będzie prof. Grzegorz Kołodko).

Źródło grafiki: http://www.slideshare.net/JacquesWarren/knowledge-uncertainty-digitalanalytics.

Czy jest jakieś światełko w tunelu? Tak, są nimi think tanki działające przy partiach politycznych, które jednak są w mojej opinii niedofinansowane. Partie wolą wydawać środki na konfetti, sondażownie i bodyguardów prezesa. Z think tankami jest jednak jeden problem – etyka. Każdy, kto miał w życiu do czynienia z naturą badań ekonometrycznych, ten doskonale zdaje sobie sprawę, że przy użyciu tego wspaniałego skądinąd instrumentarium można potwierdzić lub obalić niemal każdą hipotezę. Tylko mocny kręgosłup etyczny tych, którzy stoją u steru partyjnych instytutów zadecyduje,  czy oprą się oni pokusie dowodzenia konkretnych hipotez na polityczne zamówienie.

W tym kontekście i zgadzam, i nie zgadzam się z tezą Jacka Żakowskiego, wyrażoną kilka lat temu w artykule „Krótkie ręce władzy”. Żakowski opisywał zjawisko kapitalizmu regulacyjnego i dowodził rosnącej władzy niezależnych regulatorów, dostrzegając w tym dość jednoznacznie bardziej zagrożenie niż szansę. Redaktor trafnie diagnozuje to zjawisko, pisząc o ogólnym kryzysie zaufania wobec polityków, którzy wolą udobruchać społeczeństwo, oddając prerogatywy mniej lub bardziej niezawisłym technokratom. Zohydzenie słowa „polityka” i obrzydzenie demokracji partyjnej to istotnie bezpośrednie, choć chyba nie pierwotne, przyczyny tego zjawiska. Nie zgadzam się jednak z red. Żakowskim z tego powodu, że nie dostrzegam tu aż tylu negatywnych skutków kapitulacji państwa. Oddawanie władzy fachowcom i technokratom jest w porządku o tyle, o ile w ogóle regulacja jakiegoś sektora wymaga ingerencji władzy centralnej.

Lubimy słowo „niezależność”, „bezstronny ekspert”… Afiliacja polityczna w dzisiejszej Polsce ciąży, przeszkadza, daje krytykom argumenty do ręki, szkodzi. Prezydent Komorowski jest bezpartyjny? Bo musi, ale był w PO! Najlepiej być nijakim. Dziennikarz ma poglądy? Kanalia! Na kolana, szmato! Kojarzony z prawicą Jan Wróbel jest dyrektorem szkoły? Gnida! Niech się pokaja i odwoła poglądy! Niech przestanie indoktrynować nasze dzieci!

Żeby było jasne. Ten post jest w obronie ideologii. Sam jestem zwolennikiem kreowania polityki w oparciu o obiektywne „dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli”. Sprzeciwiam się zarówno dogmatyzmowi tiary, jak i dogmatyzmowi cyrkla i węgielnicy. Wydaje mi się jednak, że w obecnym krajobrazie politycznym bardziej zasadnym jest ideologii bronić, niż ją atakować, bo obecna moda sprawia, że poważni politycy są coraz częściej światopoglądowo bezpłciowi, a do ideologii odwołują się tylko ekstremiści i radykałowie, chorzy psychicznie publicyści oraz pewna wąska grupa intelektualistów. Ci, którzy i tak wykorzystują ją z klapkami na oczach, będą to robić nadal. Ci, którzy wstydzą się sięgać po ideologię „gdy rozum zawodzi”, być może zachęcą się tym tekstem do zmiany postawy. Jeżeli o mnie chodzi, zawsze jestem otwarty do uznania zdroworozsądkowych argumentów na poparcie jakiejkolwiek propozycji legislacyjnej. Jeśli jednak takich argumentów brak, będę obstawał przy przy swoich liberalnych, prowolnościowych poglądach. When in doubt, be liberal.

Źródło fotografii: http://www.theguardian.com/politics/2015/jan/06/liberal-democrats-yet-select-candidates-half-seats-general-election.

 

Czy wolno mówić głupoty?

Za tym banalnym i infantylnym tytułem idą moje przemyślenia na temat pojawiających się od czasu do czasu panikarskich głosów z różnych stron, domagających się zakazywania głoszenia głupich wypowiedzi czy delegalizowania obleśnych organizacji.

W okolicach 10 kwietnia nieodmiennie nasila się rozgrywanie tematu smoleńskiego w mediach. Znów poderwali się przy tej okazji z miejsc oburzeni, że teoria o zamachu wciąż nie może się jakoś wydostać z niektórych głów. I chwała Bogu, że nie może! Próba cenzurowania takich wypowiedzi czy represjonowania rozpowszechniania spiskowych teorii byłaby strzałem w stopę. Dziś katastrofa smoleńska pełni rolę bardzo wdzięcznego papierka lakmusowego, pozwalającego szybko ocenić kondycję intelektualną naszego rozmówcy. Jest to wartość niezaprzeczalnie pozytywna. W dzisiejszym świecie, demokratycznym i względnie egalitarnym, w którym obserwujemy takie trendy jak drastyczny spadek jakości wyższego wykształcenia, coraz trudniej jest odróżnić człowieka – mówiąc kolokwialnie – mądrego od głupiego. Wolność słowa jest zatem z korzyścią nie tylko dla obserwatorów życia społecznego, ale także dla rekruterów czy liderów społecznych, którzy w łatwy sposób mogą „odfiltrować” osoby niewarte zatrudnienia czy zjedzenia z nimi lunchu.

Rusofilski profesor Bogusław Paź z Uniwersytetu Wrocławskiego na swoim fejsbuku opublikował niedawno drastyczny film z gnębienia przez armię rosyjską ukraińskich jeńców. Całość opatrzył niewybrednym komentarzem: „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło. I jak tu nie kochać Ruskich?” Posypały się słowa nagany, a sam profesor został zawieszony w prawach pracownika przez swoją uczelnię – niech będzie. Szkoda, że pojawiły się także głosy domagające się konsekwencji karnych. Szkoda, bo wierzę, że nie chcemy doprowadzić do tego, by osoby (szczególnie pełniące funkcje publiczne!), które są niespełna rozumu, ze strachu przed konsekwencjami karnymi ukrywały ten fakt przed światem. Przeciwnie, celem społeczeństwa powinna być jak najszybsza demaskacja głupoty. Obok wspomnianej wyżej sprawy smoleńskiej, problematyka konfliktu ukraińsko-rosyjskiego pełnić może podobną rolę. Oddawanie Rosjanom Ukrainy w obecnej sytuacji geopolitycznej jest nijak zbieżne z polską racją stanu.

Kilka lat temu okrzyki oburzenia poderwały się w kontekście delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej, nacjonalistycznej i ksenofobicznej organizacji, będącej kiedyś młodzieżówką Ligi Polskich Rodzin. W 2012 roku o takiej możliwości mówiła nawet obecna premier. Tutaj konsekwencje byłyby bardzo poważne. Nie dość, że nie mielibyśmy dostępu do informacji o tym, kto jest członkiem tej organizacji, to jeszcze delegalizacja sprowadziłaby jej struktury do podziemia, co znacznie utrudniłoby infiltrację tego niebezpiecznego środowiska przez odpowiednie służby.

Staram się zrozumieć ślepy popęd niektórych publicystów do napiętnowania głupoty za pomocą ustawodawstwa i kodeksu karnego. Ale przecież nie jest też tak, że za głupie wypowiedzi nie ponosi się dotkliwej kary społecznej! Czasami jest ona zasłużona (dla przykładu, na skutek ostracyzmu po rasistowskich wypowiedziach, w 2012 roku ze szwedzkiej polityki odszedł Erik Amqvist), czasami nawet – w moim odczuciu – zbyt surowa (przykładem Larry Summers doprowadzony do rezygnacji ze stanowiska prezydenta Universytetu Harvarda po rzekomo seksistowskiej uwadze wygłoszonej w 2005 roku oraz Włodzimierz Cimoszewicz zaliczający polityczny upadek po nieempatycznej wypowiedzi w sprawie powodzian 1997 roku).

Bardziej aktualny przypadek to oczywiście szczepienia. W Prima Aprilis gdzieś w sieci pojawiła się informacja, jakoby portal Facebook miał blokować fanpejdże organizacji antyszczepionkowych, wywołując tym radość wielu (w tym mojej żony) i mój sceptycyzm. Ponownie, gdy zabronimy idiotom zachowywania się w sposób idiotyczny, nie zmienimy ich poglądów, a jedynie sprawimy, że trudniej będzie ich rozpoznać w „tłumie”.

Oczywiście cienka jest granica między personifikowaniem czystej głupoty a wywieraniem szkodliwego wpływu na otoczenie, czego antyszczepionkowa histeria może stać się dowodem (a może już nim jest). Niestety niektóre głupie idee przepoczwarzają się czasem w wierzenia mainstreamowe – sztandarowym przykładem jest tutaj teoria antropogenicznego globalnego ocieplenia. Mechanizm tej transmutacji to temat na osobną notkę.

Moja obserwacja jest następująca. Jeśli chodzi o proste problemy, niewymagające wielkiej pracy umysłowej, większość ma z reguły rację. Praktycznie cała populacja zgodzi się, że wynik działania 2 + 2 to 4. Proporcje zmieniają się, gdy chodzi o rozwiązywanie problemów złożonych, wymagających intelektualnego przetworzenia. Tutaj mniejszość ma z reguły rację. W systemie demokratycznym, z pozycji mniejszościowych nie poradzimy sobie ze zwalczaniem mitów, które przeniknęły do mainstreamu. W moich rozważaniach chodzi jednak dzisiaj o tę pierwszą kategorię spraw – prostych i nieskomplikowanych. Nie należy piętnować ani karać tych, którzy głoszą oderwane od rzeczywistości teorie. Doceńmy wolność słowa i korzyści jakie ze sobą niesie. Chciejmy też dostrzec osoby, które pełnią w Polsce rolę modelowe, jak Piotr Ikonowicz (modelowy „lewicowiec”), Janusz Korwin-Mikke (modelowy libertarianin) czy Tomasz Terlikowski (modelowy katolik rzymski). W świecie bardzo „zamazanych” wartości, chwiejnych postaw i braku konsekwencji w wyznawanych poglądach, takie niewzruszone punkty odniesienia są bardzo pożyteczne.

Sześciolatki w szkołach: rząd cyniczny, rząd altruistyczny

Nie sądziłem, że temat 6-latków w szkołach będzie jeszcze wałkowany w kontekście możliwości cofnięcia założeń reformy. Ale jest, Elbanowscy nie dali nam o sobie zapomnieć.

Najbardziej irytują (i dziwią) mnie te głosy, które „prawdziwych” intencji zmiany wieku obowiązku szkolnego upatrują w dalekowzrocznej, niecnej strategii obniżenia o rok wieku wejścia młodzieży na rynek pracy. Maturę nowe pokolenia będą zdawać przeciętnie w wieku 18 lat, a dyplom wyższej uczelni odbierać w wieku 23 lat. To spowoduje dodatkowy rok płacenia podatków i składkowania przed przejściem na emeryturę w wieku (czy ktoś w to jeszcze wierzy?) 67 lat. Wszystko prawda.

Zastanówmy się teraz, kiedy skutki tego przesunięcia będą odczuwalne dla budżetu. Pierwszy solidny zastrzyk gotówki z tego tytułu nie nastąpi wcześniej niż za 20 lat. Gdzie będzie wtedy Tusk? Kopacz? Kluzik-Rostkowska? Najprawdopodobniej na politycznej emeryturze. Na pewno daleko od miejsca, które groziłoby im uderzeniem w głowę tymi spadającymi z nieba paczkami banknotów.

W polskiej polityce nie kalkuluje się na tyle lat wprzód. Horyzont decyzyjny nie wybiega zwykle dalej niż na rok kolejnych wyborów. Mimo to, uważam, że decyzja o posłaniu do szkół 6-latków rzeczywiście wyłamuje się z tego krótkowzrocznego kontinuum, w jakim tkwi nasza władza. Jestem przekonany, że bardziej niż chęć poprawy politycznego bytu kolejnemu pokoleniu polityków z nie-wiadomo-jakiej-partii, decydentom przyświecał tutaj raczej idealistyczny cel doszusowania do standardów edukacyjnych w krajach rozwiniętych. Rozpoczynanie szkoły w wieku 7 lat to już anachronizm i trochę wstyd. W tym kontekście uchwaloną w 2012 roku ustawę oceniam jako najlepszy wprowadzony w życie projekt drugiego rządu Donalda Tuska. Zerowe korzyści polityczne w krótkim okresie, gigantyczny opór społeczny, a jednak – udało się.

Four-year-olds in education, 2011
Procent 4-latków objętych systemem edukacyjnych w wybranych krajach w 2011 roku. Źródło: Eurostat

6-letnie dziecko przyswaja wiedzę dużo lepiej niż 7-latek choć już i tak gorzej niż 4-latek). Tym samym, poza wspomnianymi korzyściami budżetowymi, mamy szansę osiągnąć jako kraj znaczne korzyści w zakresie kapitału ludzkiego (np. wyższy iloraz inteligencji). Oczywiście – również w długim terminie.

Formacja połączeń synaptycznych w mózgu dziecka. Źródło grafiki: http://www.teachchildhowtoread.com/learn-to-read/why-reading-important.html
Formacja połączeń synaptycznych w mózgu dziecka. Źródło grafiki: http://www.teachchildhowtoread.com/learn-to-read/why-reading-important.html
Poglądowa stopa zwrotu z inwestycji w kapitał ludzki. Źródło grafiki: http://www.unawe.org/about/audience/
Poglądowa stopa zwrotu z inwestycji w kapitał ludzki. Źródło grafiki: http://www.unawe.org/about/audience/

Jeśli za wprowadzeniem nowej regulacji stał jakiś cyniczny zamiar, to jest to nie obietnica wyższych wpływów podatkowych za ćwierć wieku, ale chęć zapewnienia większego luzu w przedszkolach. Zmagając się z nieśmiertelnym argumentem brzmiącym „czemu wydajemy N złotych na XYZ, a nie na przedszkola”, rząd w drodze nowej regulacji efektywnie obniży czas spędzany przez maluchy w przedszkolu, czym zwiększy dostępność publicznych instytucji tego typu. A szkoły? Ich jest póki co za dużo (wyż demograficzny dopiero przed nami), więc 6-latki pomogą uniknąć kosztownego politycznie (choć głównie dla samorządów) projektu zamykania placówek edukacyjnych.

Pozostaje jedna wątpliwość. Czy natłok „błędów i wypaczeń” polskiego systemu edukacyjnego sprawi, że posłanie 6-latków „w kamasze” przełoży się korzystnie na ich potencjał rozwojowy? Jeśli nie, to reforma pozostanie reformą tylko z nazwy. Podobnie jak ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat, bez żadnych towarzyszących reform systemowych. Zbyt często w Polsce kłócimy się o slogany,  ignorując to, co kryje się za nimi. Bez zmiany programów edukacyjnych i zrozumienia logiki nowoczesnej szkoły, w budowaniu kapitału ludzkiego nie pomoże nam nawet posyłanie do niej 4-latków.

Rzeźnicza brzytwa zamiast niewidzialnej ręki

Recenzja książki
David Orrell, Economyths: Ten Ways Economics Gets It Wrong, 2010, Wiley, 288 stron

economyths

Jakieś półtora roku (oczywiście z przerwami) zajęło mi przeczytanie książki kanadyjskiego matematyka Davida Orrella. Pozycja została mi polecona w 2012 roku przez Tomáša Sedláčka, a chwytliwy tytuł bardzo dobrze mi się skojarzył. Zastanawiałem się, czy pisać tę recenzję po polsku czy po angielsku, ale zdecydowałem się jednak na polski – kiedyś pojawi się być może polskie wydanie. Niewykluczone, że za późno już na recenzję, ale jednak pewnych spraw przemilczeć nie sposób, a jedyna obszerna polskojęzyczna krytyka książki, pióra Krzysztofa Nędzyńskiego, wydaje mi się zbyt entuzjastyczna i jej wymowa nie do końca mi odpowiada.

David Orrell dołączył do licznego grona poszukiwaczy nowych dróg w naukach ekonomicznych, jakich wielu narodziło się po nastaniu czasów kryzysu. Autor w dziesięciu wielowątkowych rozdziałach rozprawia się z dziesięcioma mitami dotyczącymi różnych sfer nauk ekonomicznych: „regulowalność”, racjonalność i niezależność aktorów rynku (homo oeconomicus), stabilność i równowaga systemu, rzadkość wydarzeń ekstremalnych, brak różnic między płciami, a także tego, że wolny rynek prowadzi do sprawiedliwości społecznej, wiecznego i zawsze dobrego wzrostu gospodarczego, optymalnego wykorzystania zasobów i powszechnej szczęśliwości.

Zaczyna się nawet nieźle. Autor krytykuje współczesny paradygmat ekonomii neoklasycznej. Nie wiem, czy świadomie pomija w tej dziedzinie dorobek nieortodoksyjnych szkół ekonomii, np. szkoły austriackiej, gdzie znalazłby niezłą argumentację dla swoich wywodów. Zostawmy jednak te metodologiczne przemyślenia i nie zabierajmy Orrellowi satysfakcji płynącej z przekonania o samodzielnym wnioskowaniu. Zasadniczo nie myli się jednak Kanadyjczyk w krytyce ortodoksyjnych modeli, gdy przytacza wypowiedź Johna D. Stermana z MIT, że najważniejsze założenia modeli nie tkwią w jego równaniach, ale w tym, czego w tych równaniach brakuje. Zdaniem Orrella, jedną z pominiętych zmiennych w modelach neoklasycznych jest… reszta planety, czyli wszystkie efekty zewnętrzne kreowane przez uczestników gry ekonomicznej. Przychylam się także do krytyki wymierzonej w fetyszyzowanie wskaźnika PKB, o czym już pisałem w „To zależy” (s. 4-7). Z kolei rozdziałem, który wzbudził moje największe zainteresowanie, może dlatego, że był dla mnie najbardziej odkrywczy, jest ten o gender (przemyśleniem tym dzieliłem się na blogu w ubiegłym roku).

Ciekawe było również pokazanie, że rozkład normalny nie jest tak wszędobylski, jak może się wydawać i prezentacja interesujących przykładów, gdzie rozkład prawdopodobieństwa dalece odbiega od charakterystycznego gaussowskiego dzwoneczka. Jak powiedział cytowany w książce Nassim Nicholas Taleb, „kasyno jest jedynym ludzkim przedsięwzięciem, w którym prawdopodobieństwa są wiadome, gaussowskie i prawie policzalne”.

Orrell nie zostawia suchej nitki na założeniach, jakimi ekonomia neoklasyczna opatruje swoje modele. I rzeczywiście, ma tutaj rację – współczesna ekonomia ma duże koszty utopione w opracowywaniu modeli, które są wprawdzie proste, ale zakłamujące rzeczywistość i w efekcie bezużyteczne. Nieszczęściem głównego nurtu tej nauki jest też pogląd o uznawanie trafności dokonywanych prognoz za jej największą cnotę. Nota bene, czy to nie przypadek, że Nouriel Roubini czy Peter Schiff „wypłynęli” właśnie po spełnieniu się ich przepowiedni o nadejściu kryzysu na rynku nieruchomości? Złą rolę odegrał tu niegdyś Milton Friedman, który rzeczywiście powiedział, że założenia teorii są nieważne, jeśli jest w stanie mimo wszystko generować trafne przewidywania.

W książce bardzo dostaje się np. modelowi Arrow-Debreu, który dowiódł matematycznie, że przy pewnych warunkach spełnionych zawsze zaistnieje równowaga ogólna, w której pewien zestaw cen zrównoważy zagregowany popyt ze zagregowaną podażą w odniesieniu do wszystkich dostępnych dóbr. Całość obwarowana jest jednak takimi założeniami (m.in. nieskończone zdolności obliczeniowe posiadane przez każdego uczestnika rynku), że Orrell stwierdza, że modeluje on ekonomię bogów, a nie istot ludzkich. Rzeczywiście, ekonomia głównego nurtu zawsze miała problemy z paradoksami i zawsze brakowało jej pewnej formy uczciwości, by „przytulić” i zrozumieć odstępstwa od sztywnych norm, a w konsekwencji przestać je opatrywać mianem paradoksów. Jak powiedział Eugene Fama: „ekonomiści są aroganccy; jeżeli czegoś nie są w stanie wyjaśnić, nazywają to zjawisko irracjonalnym”. Arogancki jest jednak trochę sam autor, gdyż zapomina, że ten sam Gérard Debreu (współodpowiedzialny za model Arrow-Debreu) kilkadziesiąt lat później (choć nie wiem czy w akcie pokuty) współtworzył teorię Sonnenschein-Mantel-Debreu, która luzuje wiele z założeń. Prawdą jest jednak, że w świecie twardogłowych ekonomistów ten model nie zyskał uznania właśnie ze względu na mało rygorystyczne obliczenia i często zwany jest prześmiewczo Anything Goes Theorem.

Nie do wszystkich tez Orrella można jednak podejść z potakiwaniem bądź sympatią. O ile istotnie nauki ekonomiczne zbyt daleko zapędziły się w naśladowaniu metodologii zaczerpniętej z przedmiotów ścisłych, tj. matematyka czy fizyka, to odtrutką na te dewiacje na pewno nie jest skłonienie się w stronę biologii czy nauki o sieciach, co proponuje autor. Ekonomia jest tym, czym jest – ekonomią. Nie uleczy jej zastąpienie matematycznego instrumentarium badawczego – instrumentarium biologicznym, nawet mimo pozornych zbieżności. Ważna jest interdyscyplinarność i dopasowywanie metod badawczych do charakterystyki konkretnego problemu.

Orrell myli się jednak przede wszystkim wówczas, gdy stawia znak równości pomiędzy akademicką emanacją ekonomii, a jej wpływem na kształt rynku, przede wszystkim rynku usług finansowych. To nieprawda, że kamienie węgielne ekonomii neoklasycznej, zrodzone w uniwersyteckich wieżach z kości słoniowej, odgrywają jakąś centralną rolę w działalności banków inwestycyjnych czy realpolityce ich regulatorów. Więcej! Orrell nie dostrzega także zmian w samym świecie naukowym. To wciąż prawda, że trudno jest opublikować w dobrym czasopiśmie ekonomicznym artykuł, który nie zawierałby żadnego równania matematycznego. Ale prawdą jest też fakt, że wiele prac empirycznych mocno atakuje i poddaje presji konwencjonalne założenia. Zauważa to Chris Auld w bardzo kąśliwej recenzji na swoim blogu. Trop, którym nie poszedłem, choć krytyka zasłużona, głównie dlatego, że Orrell – który przed napisaniem książki nie poświęcił chyba zbyt dużo czasu na studia ekonomiczne – z nadmierną butą używa potężnych kwantyfikatorów, opisując „wierzenia złych ekonomistów”. Zupełnie niesłusznie, bo wiele z jego stwierdzeń dotyczących tego, co ekonomiści uważają za słuszne, nie ma pokrycia w rzeczywistości.

Kanadyjczyk jest również kolejnym publicystą (bo jego książka, mimo licznych – choć wybiórczych – referencji, na pewno nie nosi cech naukowości), który nie dostrzega, albo nie chce dostrzec, prawdziwych przyczyn załamania się amerykańskiej gospodarki w 2008 roku. Pisze wprawdzie:

Kanadyjskie banki przetrwały załamanie na rynku kredytów w miarę niepoobijane, w dużej mierze dzięki bardziej rygorystycznym warunkom udzielania kredytów w porównaniu do tych stosowanych przez ich amerykańskie odpowiedniki.

Orrell nie zauważa, że na te warunki w największym stopniu wpłynęła polityka amerykańskiego rządu, który obficie dofinansowywał i udzielał gwarancji na kredyty hipoteczne, uznając, że każdy Amerykanin zasługuje na własny dom.

Tym samym, autor nie zauważa jeszcze jednej rzeczy – tego, że deregulacja rynku usług finansowych w latach poprzedzających kryzys to de facto mit! Owszem, w moim odczuciu błędem było wprowadzenie ustawy Gramm-Leach-Bliley, która zniosła funkcjonujący od dziesięcioleci Glass-Steagall Act o rozdziale działalności komercyjnej banków od bankowości inwestycyjnej (choć i ta teza ma swoich przeciwników). Ale w zasadzie na tym koniec grzechów.

Od czasu kryzysu trwają, póki co bezskuteczne, próby przywrócenia do życia założeń Glass-Steagall. Źródło grafiki: markmartinezshow.blogspot.com

Poniższe zestawienia trafnie pokazują, że przed 2008 rokiem raczej nie mieliśmy do czynienia z deregulacyjną gorączką:

Źródło grafiki: http://neighborhoodeffects.mercatus.org/2013/09/24/the-myth-of-deregulation-and-the-financial-crisis/
Źródło grafiki: http://neighborhoodeffects.mercatus.org/2013/09/24/the-myth-of-deregulation-and-the-financial-crisis/

Ci, dla których sama liczba regulacji nie jest zbyt przekonującym markerem, mogą posilić się alternatywną metryką opublikowaną przez American Enterprise Institute – w cenach stałych roczne wydatki na regulację sektora bankowego i finansowego w latach 2000-2008 wzrosły z 1,9 mld USD do 2,3 mld USD:

Źródło grafiki: http://www.aei.org/publication/is-this-what-deregulation-looks-like/
Źródło grafiki: http://www.aei.org/publication/is-this-what-deregulation-looks-like/

Tylko w czasach administracji prezydenta George’a W. Busha wydatki na Securities and Exchange Commission wzrosły realnie o 76 proc. Cóż, to raczej nie spełnia definicji deregulacji. Jak ocenili analitycy Reason Foundation, od 1980 roku Stany Zjednoczone przeżyły tylko trzy deregulacje (w 1980, 1982 i 1999 roku) i miały one znikomy wpływ na późniejszą recesję. Obok amerykańskiego rządu, instytucje, które zwykłem obwiniać o sprowokowanie kryzysu to agencje ratingowe. Tego tematu Orrell jednak zupełnie nie dotyka, toteż i ja nie będę go tutaj rozwijać.

Zdaniem Johna Allisona, prezydenta Cato Institute, sektor technologii – w dużym stopniu nieregulowany – radził sobie bardzo dobrze na różnych etapach cyklu koniunkturalnego. Z kolei sektor usług finansowych jest najbardziej uregulowanym rynkiem na świecie i w konsekwencji nie jest niespodzianką, że stał się zarzewiem głębokiego kryzysu.

Jak widać, wieszczony przez autora „Economyths” problem z wolnym rynkiem jest de facto problemem jego braku, rozumianego jako chaos regulacyjny i zawodność regulatora publicznego. Naturalnie, zdaję sobie sprawę z intelektualnej łatwizny, na jaką zakrawa takie stwierdzenie – bo czyż jest możliwe stworzenie środowiska całkowicie wypełniającego założenia wolnego rynku? Z pewnością nie. Dwa postulaty wydają się jednak zasadne:

  • Ciężar dowodu dla istnienia danej regulacji powinien być przerzucony na regulatora – musi on wyjaśnić, co chce osiągnąć poprzez ograniczenie swobody w gospodarce
  • Błędy popełniane przez regulatorów powinny być oceniane na równi z przejawami zawodności i nieefektywności rynku

Niestety, forma Orrella słabnie wprost proporcjonalnie do numeracji stron w książce. Ostatnie rozdziały jego publikacji są bardzo naciągane, a autor – zbyt już w tym momencie podniecony swoją nawałą argumentów – ujawnia skrywane, nienaukowe, uprzedzenia. Tego zdania jest także Grzegorz Siemiończyk, który w 2013 roku przygotował recenzję dla „Parkietu”. Orrell wyżywa się bez opamiętania na niefortunnych wypowiedziach czołowych ekonomistów neoklasycznych, ale też na jednym z bardziej znienawidzonych ostatnio frazesów Adama Smitha, a mianowicie metaforze „niewidzialnej ręki rynku”.

Orrell nie przedstawia też kuszących alternatyw dla obecnego stanu rzeczy, a raczej ogranicza się do naszkicowania tu i ówdzie ozdobnych dezyderatów. Nie czynię z tego zachowania głównego zarzutu, gdyż – jak mawiał Schopenhauer – czy drogowskaz musi pójść do miasta? Niektórych trosk Orrella nie warto ignorować, gdyż zauważa realne problemy, z którymi dzisiejsze polityki nie potrafią sobie poradzić. Jedną z ważniejszych dla mnie kwestii jest specyficzna wariacja „choroby holenderskiej”, drążącej dzisiejsze gospodarki, polegająca na tym, że płace w sektorze finansowym zabierają z rynku najzdolniejszych pracowników, prowadząc zapewne do obniżonej efektywności w innych branżach. Jak cytuje Orrell, w 2007 roku 47 proc. absolwentów Harvardu znalazło zatrudnienie w finansach lub konsultingu. W Stanach Zjednoczonych już w latach osiemdziesiątych rozdźwięk wynagrodzeń był bardzo duży, dziś jest gigantyczny:

Źródło grafiki: http://www.oregonlive.com/business/index.ssf/2011/01/portland_brokers_saw_catastrop.html
Źródło grafiki: http://www.oregonlive.com/business/index.ssf/2011/01/portland_brokers_saw_catastrop.html

I tutaj autor nie jest jednak uczciwy w swoim rozumowaniu. W jednym z moich ulubionych fragmentów pisze:

Przypadek AIG i jemu podobnych firm pokazuje, że siły podaży i popytu to zbyt mało by sformować prawo ekonomiczne i nie są jedynymi czynnikami, które powinny determinować czyjeś wynagrodzenia, gdyż nie biorą pod uwagę podstawowych ludzkich potrzeb, takich jak uczciwość i sprawiedliwość. Jakkolwiek nie ma jednego wzoru na wykreowanie egalitarnego społeczeństwa, niektóre dostępne narzędzia to: progresywne opodatkowanie, kontrola płac, alternatywne formy działalności biznesowej, polityka społeczna. Ekonomiści neoklasyczni mogą uznać takie kroki jako zaburzenia w funkcjonowaniu wolnego rynku, ale są one niczym w porównaniu do zaburzeń wykreowanych przez wolny rynek, takich jak te zaobserwowane w przypadku AIG.

Trzeba skrytykować kanadyjskiego matematyka, że choć rozmiłowany jest w wytykaniu zawodności rynku, zupełnie pomija kwestię zawodności rządów. Trudno o większe pustosłowie i niezrozumienie zależności przyczynowo-skutkowych.

„Economyths” jest więc atakiem na nierówności dochodów i z emfazą przytacza dane statystyczne, o tym jaką część bogactwa posiada najbogatszy 1 proc. mieszkańców. Owszem, być może czasami wynagrodzenia w sektorze finansowym są nieuzasadnione, ale nie sposób pominąć faktu, że dzięki wolnemu rynkowi wzbogaciły się wszystkie warstwy społeczeństwa. Orrellowi należy więc na lekkie otrzeźwienie zadedykować tę słynną wypowiedź Margaret Thatcher:

Co ciekawe, autor krytykując (słusznie) ekonomiczny mainstream za trzymanie się i rozbudowywanie wadliwych modeli, w jednym z rozdziałów krytykuje obojętność ekonomistów na rozwój wypadków w dziedzinie środowiska naturalnego. Zapomina jednak przy tej okazji nadmienić, że naukowcy zajmujący się ekologią i globalnym ociepleniem ulegają tym samym pułapkom. Potwierdzają wadliwe modele klimatyczne, byle tylko utrzymać się na topie akademickiego światka. Orrell pisze tak pomimo tego, że sam stwierdza, iż nasze modele atmosfery są niewiele bardziej wiarygodne niż modele gospodarcze. Takie zdania przeplata neomaltuzjańskimi kwiatkami w stylu:

Świat jest już napięty do granic możliwości jeśli chodzi o potencjał wyżywienia całej ludzkiej populacji.

Dość powszechnie wiadomo, że problem żywnościowy to raczej problem dystrybucji, aniżeli produkcji, a rozwój żywności genetycznie modyfikowanej będzie w stanie w znacznym stopniu pokryć światowe potrzeby aprowizacyjne.

Orrell konkluduje apelem do studentów ekonomii i błyskotliwą myślą, że uzyskanie kwalifikacji z ekonomii neoklasycznej w dzisiejszych czasach jest jak dyplom z marksizmu obroniony zaraz po upadku muru berlińskiego. Po przeczytaniu książki nie jestem jednak pewien, czy diagnoza zaserwowana w „Economyths” nie jest jak podręcznik do upuszczania krwi wydany przez rzeźnika po wynalezieniu tabletek na nadciśnienie.

Autonomia dla Śląska? Skromnie

Ruch Autonomii Śląska konsekwentnie domaga się przyznania Górnemu Śląskowi autonomii, zgodnie z jego statusem przedwojennym. Ostatnio głośno było o akcji „Postawili na nas krzyżyk”, która miała zwrócić uwagę na brak długofalowej strategii rządu dla tego regionu. Choć nie jestem Ślązakiem, to jednak jako urodzony i wychowany na Śląsku mam pewne prawo do wypowiedzenia się w temacie, tym bardziej że sprawa nadaje się do umieszczenia w szerszym kontekście.

Opowiadam się za wolnym rynkiem i konkurencją, niezależnie od tego, jakiej sfery ona dotyczy. Nie widzę powodu, aby wolna konkurencja nie mogła zaistnieć w dziedzinie administracji samorządowej. Z tego powodu popieram, a nawet pragnę tym tekstem wzmocnić i rozszerzyć postulaty RAŚ. W niektórych kręgach kwestia działalności Ruchu budzi spore emocje. Mnie nie porusza bardziej niż Klub Przyjaciół Ziemi Goniądzkiej czy Stowarzyszenie Grzybiarzy Amatorów. Po pierwsze – co udowodnię poniżej – postulat autonomizacji regionów nie jest skandaliczny. Po drugie, trudno dyskutować z subiektywnymi przekonaniami i jeżeli ktoś czuje, że jest narodowości śląskiej, to nie sposób mu wmówić, że takiej narodowości nie ma (co uczynił np. Sąd Najwyższy w 2013 roku).

Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania.
Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania. Źródło fotografii: „Duży Format”, 6 marca 2014 r.

Skupmy się jednak na autonomii. Powszechnie wiadomo, że są „lepsze” i „gorsze” gminy, powiaty, województwa. Wynika to zwykle z czynników dość obiektywnych, np. dostępu do złóż cennego surowca, atrakcyjnej lokalizacji geograficznej (np. przy strategicznym szlaku komunikacyjnym) lub żyznej gleby. Czasami jednak dobrobyt jest rezultatem dobrego zarządzania, trafnych decyzji lokalnej władzy i pracowitości mieszkańców. Powinniśmy promować takie przypadki i pozwolić dobrym zarządcom… stać się jeszcze lepszymi! Cedując więcej obowiązków na władzę samorządową pozwolimy im na wyróżnienie się i wykazanie w większym stopniu niż dotychczas.

Co byłoby główną motywacją i argumentem za federalizacją państwa? Oczywiście dywersyfikacja. Przydaje się wszędzie i w każdej sytuacji. Nie tylko wówczas, gdy rozdzielamy fundusze w naszym portfelu inwestycyjnym na wiele „koszyków” i nie tylko, gdy mówimy o zbalansowanym miksie energetycznym dla zapewnienia bezpieczeństwa strategicznego kraju.

We wszystkich sytuacjach, w których ryzyko popełnienia błędu jest kosztowne, dywersyfikacja będzie właściwą strategią. Wiemy z ostatnich lat, że być może jednym z największych ryzyk naszych czasów jest ryzyko polityczne, regulacyjne i administracyjne, a w trzech słowach: zawodność aparatu państwowego. To politycy stworzyli mechanizm, który wywołał największy kryzys gospodarczy od ćwierćwiecza. Politycy zunifikowali regulacje w strefie euro, tworząc niestabilny system. I tak dalej. Dlaczego mielibyśmy nie pozwolić województwom na ustalanie własnych stawek podatkowych, zarządzanie własnymi szpitalami i szkołami? Może takie podejście wyzwoliłoby w Polakach więcej mobilności i obywatelskości? Może wówczas wybory samorządowe stałyby się rzeczywiście docenione i cieszyłyby się najwyższą frekwencją?

Potrzebujemy różnorodności, która pozwala na testowanie i podglądanie różnych rozwiązań, kopiowanie najlepszych, a porzucanie najsłabszych. Dlatego z takim niepokojem podchodzę np. do pomysłu tzw. „jednego podręcznika”. Całe roczniki dzieci wykształcimy na jedną modłę. Jeśli ta modła okaże się w którymś punkcie niedoskonała, w całej populacji danego rocznika będziemy mieć systematyczny defekt. Władze centralne w Polsce podejmują zbyt wiele arbitralnych decyzji i omiatają swoimi mackami coraz więcej dziedzin życia, a my jako obywatele coraz częściej tracimy kontrolę nad procesem stanowienia prawa. Przeniesienie ośrodków władzy na szczebel lokalny byłoby więc z korzyścią nie tylko dla politycznej i regulacyjnej innowacyjności, ale i dla jakości obywatelskiej kontroli nad urzędami publicznymi, bardzo ważnej w systemie demokracji pośredniej.

Oczywiście podniosą się głosy, że w konsekwencji regionalizacji struktur władzy (a co za tym idzie – także regionalizacji budżetów), niektóre województwa znajdą się w dramatycznej sytuacji finansowej. Teraz mogą jeszcze liczyć na „janosikowe” albo inne transfery solidarnościowe z budżetu centralnego. Cóż, po pierwsze nie wydaje mi się, by rozwarstwienie tempa rozwoju mogło znacząco wzrosnąć w porównaniu ze stanem obecnym. Po drugie, być może reforma byłaby wreszcie impulsem do likwidacji przeludnienia agrarnego w Polsce, czyli problemu nierozwiązanego od zarania dziejów niepodległej Polski (współczynnik urbanizacji w Polsce w 2012 roku wyniósł 60,6 proc. i jest w tendencji spadkowej!). Polskie miasta mają jeszcze duży potencjał absorpcyjny i mogą przyjąć „uchodźców” z przeludnionych agrarnie województw, którzy po zmianie ustroju nie byliby już w stanie tkwić na wsi, generując tam ukryte bezrobocie. Po trzecie, biedniejsze województwa mogłyby sięgnąć po autorskie narzędzia prorozwojowe i np. kusić niższymi podatkami, niższymi kosztami pracy, znośniejszą biurokracją albo sprawnym sądownictwem. Możliwości jest bez liku, a potrzeba sprostania konkurencji uwalnia umysł. Jak to robić świetnie pokazuje malutki amerykański stan Delaware, w którym zarejestrowanych jest większość amerykańskich firm (z czego 65,6 proc. z listy Fortune 500 i 85 proc. spółek wchodzących na giełdę). Można? Oczywiście, że można. W systemie federalnym metody wyróżnienia się są nieograniczone, a zwycięzcy w tej grze zostaną wyłonieni w drodze swoistego darwinizmu. Podczas gdy w Polsce podniecamy się każdą nowo otwartą (lub poszerzoną, lub prolongowaną) specjalną strefą ekonomiczną, być może okazałoby się, że cała Polska może stać się jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną i nikomu się przy tym krzywda nie zadzieje.

Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.
Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.

Proponowane rozwiązanie byłoby też wygodne dla władz centralnych, gdyż zdjęłoby z nich obowiązek troski o  wiele problemów, z których dziś wybronić się nie potrafią. Póki co jednak zasada unitarności państwa jest chroniona art. 3 Konstytucji RP, który mówi: „Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym”. Pozorny brak precyzyjności tego zapisu jest zwodniczy – moim zdaniem tylko zmiana konstytucji może doprowadzić do realnej zmiany ustrojowej, chyba że któraś z opcji politycznych pokusi się o falandyczną interpretację art. 3.

Oczywiście idea federalizacji państwa jest w tym momencie mrzonką, podobnie jak szereg innych sensownych postulatów ustrojowych. Karkołomność realizacji tego pomysłu, polegająca głównie na przeszkodach administracyjnych i politycznych oraz braku tradycji federalistycznych po 1918 roku, sprawia, że na razie możemy zadowolić się tylko rozważaniami teoretycznymi.

Na wschodzie bez zmian

Temat wojny rosyjsko-ukraińskiej wykazuje tendencję sinusoidalną do pojawiania się i znikania z mediów. Można jednak zauważyć, że te „pojawienia” są coraz bardziej nieśmiałe, a polskocentryczne media czują, że ich widzowie i słuchacze chętnie odcięliby się już od tej donbaskiej telenoweli. Nic dziwnego, bo sprawy zagraniczne od wielu lat nie cieszą się już u nas w kraju należytą atencją, głównie dlatego, że z trudem przychodzi nam wpisanie ich w jakiś ważki dla nas kontekst.

Inspiracją do napisania tej notki był jednak obniżony zapał zachodnich polityków do przedłużania sankcji oraz wyraźny marazm jeśli chodzi o poszukiwanie wyjścia z impasu. Podczas, gdy media w Polsce pławią się w tropieniu smaczków w CV Magdaleny Ogórek oraz ekscesach prawicowych dziennikarzy, umyka nam to, co naprawdę ważne dla polskiej racji stanu. A ważnym zastrzeżeniem przy czytaniu tego komentarza jest fakt, że jest on pisany właśnie z punktu widzenia polskich interesów, a nie etyki normatywnej, pacyfizmu czy innego rastafarianizmu.

Od kilku miesięcy mam jasno wyrobione zdanie. Rozwiązaniem konfliktu na naszą korzyść może być jedynie militarne zwycięstwo sił podległych rządowi ukraińskiemu. Uważam tak z trzech powodów.

Po pierwsze, wykluczam możliwość zadziałania sankcji jakiejkolwiek proweniencji, ani też presji dyplomatycznej. Kluczowe znaczenie ma tu ta oto nieszczęśliwa okoliczność, że ustrój Rosji jest autorytarny (z powodzeniem można go określić jako samodzierżawie, choć Mark Galeotti uważa, że kluczowy wpływ na obsadę stanowiska prezydenta mają złodziejskie elity), a Władimir Putin nie podlega bodźcom, jakim podlegają głowy państw demokratycznych. Aktualnie nie istnieje w Rosji siła zdolna do odsunięcia Putina od władzy. Prezydent może zatem do woli podsycać w rosyjskim społeczeństwie nastroje nacjonalistyczne, propagując story o złym i zepsutym Zachodzie, który ponosi winę za ostatnie niepowodzenia gospodarcze. Nie spotka go za to kara polityczna, wyborów na pewno nie przegra. Nawet gdyby doprowadził do klęski głodu od Smoleńska po Władywostok, jest na tyle zręcznym politykiem, że wybroniłby się z tego grzeszku co najmniej „przed Bogiem i historią”.

Po drugie, reżim nie ugnie się także pod jarzmem czynników obiektywnych, którymi są spadające ceny ropy naftowej i innych surowców (Rosji niedaleko do monokultury eksportowej) oraz osłabienie rubla. Nawet gdy nie utrzyma się model Rosji-stacji benzynowej świata oraz gdy na wiele wydatków – przede wszystkim socjalnych – zacznie brakować pieniędzy, możemy być przekonani, że na pewno nie zabraknie na armię. Związek Radziecki Stalina i Trzecia Rzesza Hitlera również nie należały do gospodarek opływających w mleko i miód, a jednak na niedostatek czołgów i moździerzy dziwnym zbiegiem okoliczności nie narzekano. Wniosek: upadającego kolosa trzeba się raczej bać niż z tego tytułu fetować.

Struktura rosyjskiego eksportu w latach 2000-2010 (w cenach stałych z 2007 roku). Źródło grafiki: http://www.voxeu.org/article/diversifying-russia.
Struktura rosyjskiego eksportu w latach 2000-2010 (w cenach stałych z 2007 roku). Źródło grafiki: http://www.voxeu.org/article/diversifying-russia.
Rosyjski budżet nie "spinał" się już przy październikowej cenie ropy wynoszącej 90 USD za baryłkę. Dziś ropa kosztuje około 50 USD. Źródło grafiki: http://www.vox.com/2014/10/14/6975977/which-countries-suffer-most-when-oil-prices-plummet.
Rosyjski budżet nie „spinał” się już przy październikowej cenie ropy wynoszącej 90 USD za baryłkę. Dziś ropa kosztuje około 50 USD. Źródło grafiki: http://www.vox.com/2014/10/14/6975977/which-countries-suffer-most-when-oil-prices-plummet.

Po trzecie, mamy historyczny precedens pokazujący, że Rosja jest w stanie przegrać batalię „na własnym stadionie”. Nie odnoszę się tu do wojny krymskiej sprzed półtora wieku, ale do pierwszego konfliktu w Czeczenii w latach 1994-1996, gdzie nieudolna i słabo zmotywowana rosyjska armia po prostu nie dała rady leśnym ludkom. Niestety, zmasowany szturm wojsk ukraińskich w ostatnich tygodniach zakończył się klęską, ale to wcale nie oznacza jeszcze przegranej wojny. Ukraina nie wygra jednak bez solidnych dostaw uzbrojenia i know-how z zagranicy, i… tu pojawia się problem. Polska nie kwapi się do dozbrojenia ukraińskiej armii, no chyba że za gotówkę – nie jest to jednak dobry znak dla łączonego nas sojuszu i faktycznej zbieżności interesów. To prawda, że Polska ponosi jak do tej pory największe koszty kryzysu ukraińskiego (czego dowodzi poniższe zestawienie z sierpnia 2014 roku), ale trzeba odnosić te koszty do wartości oczekiwanej kosztów, jakie przyjdzie nam ponieść w przypadku eskalacji konfliktu.

Utracone przychody z tytułu embarga na eksport produktów rolno-spożywczych do Rosji
Utracone przychody z tytułu embarga na eksport produktów rolno-spożywczych do Rosji. Źródło grafiki: http://www.statista.com/chart/2572/sanctioned-food-exports-to-russia/.

Na szczęście, polską apatię być może zrekompensują coraz śmielsze ruchy ze strony Stanów Zjednoczonych. Ukraina raczej nie stanie się drugim Izraelem, bo i ukraińskie lobby w Waszyngtonie nie istnieje, i amerykańskie interesy w Europie Wschodniej nie dorównują tym na Bliskim Wschodzie, ale należy mieć nadzieję, że na rozkładające się rosyjskie państwo to wystarczy.

Innym wątkiem, który warto poruszyć, jest propaganda. Myślę, że zachodnie media i politycy podchodzą do tej kwestii bardzo nieprofesjonalnie. Sednem jest uświadomienie sobie, że jesteśmy w stanie wojny i wszystkie chwyty są dozwolone. My tę wojnę wypieramy ze świadomości (pisała o tym już w sierpniu Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz), nie chcemy mierzyć się z tym traumatycznym zagrożeniem. Korespondent „Gazety Wyborczej” z Moskwy, Wacław Radziwinowicz, rozpoczął ostatnio swój artykuł słowami: „prawdopodobieństwo wybuchu otwartej wojny Rosji z Ukrainą rośnie”. Jeśli obecnie trwający konflikt, w którym zginęło już prawie 5 tysięcy osób, nie jest otwarty, to co nim jest?

Kilka miesięcy temu mieliśmy przykład takiej propagandowej klęski – po „referendum” na Krymie amerykański dziennikarz Roderick Gregory zauważył wpadkę jednej z rosyjskich instytucji, która rzekomo opublikowała prawdziwe wyniki głosowania, znacznie mniej korzystne dla Rosji niż rezultat oficjalny. Duża część opinii publicznej zareagowała na rewelacje Gregory’ego z typową dla siebie rezerwą i sceptycyzmem, domagając się twardych dowodów. To absurdalne, bo twarde dowody od samego początku nie mają w tym konflikcie żadnego znaczenia! Dokonując aneksji Krymu i organizując tam podwórkowy plebiscyt Kreml pogwałcił wszystkie możliwe normy prawa międzynarodowego. Co więcej, świat zachodni zareagował mniej więcej w sposób: „OK, bezczelnie ukradłeś kawałek ziemi, good for you. Ale spróbuj ukraść kolejny, to będziemy szczerzyć zęby dużo groźniej, aż do dziąseł”. Tak się nie da grać. Wojna toczy się na wielu polach, także na niwie propagandowej.

Źródło grafiki: http://www.usnews.com/opinion/blogs/world-report/2014/03/24/the-ukraine-crisis-should-lay-to-rest-these-bad-defense-ideas
Źródło grafiki: http://www.usnews.com/opinion/blogs/world-report/2014/03/24/the-ukraine-crisis-should-lay-to-rest-these-bad-defense-ideas

Przejawem politycznej niedojrzałości jest rozkładanie wypowiedzi Władimira Putina na czynniki pierwsze (tak jakby rzeczywiście tkwiła w nich jakaś warta do przeanalizowania logika) i ważenie słów po drugiej stronie tak, aby nie drażnić Rosji i nie pobudzać jej apetytu (to 95-letni Helmut Schmidt w marcu ubiegłego roku). Mamy więc ludzi roztrząsających czy aby na pewno to rosyjscy terroryści strącili malezyjski MH17, czy może były to lewitujące ogry, jak również takich, którzy Rosję nazywają „domem tolerancji” a wojnę w Donbasie lekceważą jako „coś jak grypa”. Putin lansuje swoją narrację, mówi o prawie Rosji do imperium, o faszystowskim reżimie w Kijowie, o represjonowanej mniejszości rosyjskiej w Donbasie, często trafiając ze swoimi argumentami na podatny grunt Russversteherów (niestety, także Polaków, którzy chętnie wykorzystują okazję by rozgrywać resentymenty spod znaku rzezi wołyńskiej albo OUN). Wreszcie, kreuje się na orędownika pokoju, to wysyłając kolejne „konwoje humanitarne” do Donbasu, to wzywając do zawieszenia broni. Posiada duży potencjał perswazyjny i nie należy wykluczać żadnego scenariusza, włącznie z przyznaniem Putinowi Pokojowej Nagrody Nobla, tak już przecież zdewaluowanej.

Najpierw wydawało się, że anschluss Krymu zostanie powszechnie uznany jako „przegięcie” wymagające zdecydowanej reakcji. Nic z tych rzeczy. Mało kto w ogóle dyskutuje dziś o sprawie półwyspu (Wikipedia oznaczyła nawet terytorium jako „sporne”), uznawszy fakty dokonane i spisawszy Krym na straty. Następnie można było podejrzewać, że sprawa zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego będzie przełomem w traktowaniu Rosji. Te nadzieje również okazały się płonne i trudno dziś powiedzieć, co mogłoby się stać takim otrzeźwiającym punktem zwrotnym. Druga Srebrenica w postaci rzezi tatarów krymskich? Aneksja Białorusi?

Tymczasem odpowiadać trzeba było ostro, a repertuar działań wcale nie był ograniczony. Dość prostą organizacyjnie operacją byłaby blokada obwodu kaliningradzkiego, do której zresztą Kaliningrad się przygotowywał. Niestety, ociężałe instytucje Zachodu w tandemie z pacyfistycznymi (tj. w tym przypadku negującymi rzeczywistość) nastrojami uniemożliwiają jakiekolwiek skuteczne działanie.

Demony wielkich wojen światowych są dziś zapomniane. Nie ma jednak przesłanek, by twierdzić z całą pewnością, że Putin nie może stać się drugim Hitlerem albo Stalinem. Ma do tego wszelkie predyspozycje (preteksty rewizjonistyczne, okrucieństwo, tupet) oraz sprzyja mu sytuacja (uwielbienie społeczne w Rosji, pacyfistyczne nastroje na Zachodzie, presja na zmniejszanie wydatków na wojsko w krajach demokratycznych). Obyśmy za kilka miesięcy nie ponieśli konsekwencji tej polityki appeasementu w postaci podziwiania „zielonych ludzików” na przedmieściach Gołdapi.

Frank, kroplówka, węgiel

W 2015 roku ambitny plan regularnych komentarzy na blogu. Zaczynamy więc od podsumowania najnowszych wydarzeń w gospodarce, a dzieje się ostatnio dużo. W swoich notkach będę jednak ograniczał się do subiektywnej analizy wybranych aspektów zjawisk i wydarzeń, bo z ich kompleksowym opisem i tak możecie się zapoznać gdzie indziej.

SNB mówi „pas”

Decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego (Schweizerische Nationalbank, SNB) o zaprzestaniu obrony kursu wymiany franka na poziomie 1,20 za jedno euro wywołała burzę w wielu krajach, szczególnie tam, gdzie istnieją obawy co do konsekwencji społecznych tego kroku. W moim odczuciu, decyzja jest słuszna i korzystna dla obywateli tego kraju, a trzeba pamiętać, że to właśnie im – a nie polskim kredytobiorcom – SNB winny jest swą lojalność. Nie zgadzam się zatem z twierdzeniem Ryszarda Petru, uporczywie lansowanym w wielu przekazach (np. w wywiadzie dla portalu wyborcza.biz, albo dla „Gazety Prawnej”), jakoby krok ten był dla Helwetów skrajnie szkodliwy.

Trzeba pamiętać, że struktura szwajcarskiego eksportu jest specyficzna i obejmuje w dużej mierze artykuły luksusowe, będące dla ich nabywców wyznacznikiem prestiżu, a także zaawansowane technologicznie maszyny oraz innowacyjną chemię. Może się wręcz nawet zdarzyć, że popyt na niektóre dobra konsumpcyjne wzrośnie, mimo zwyżki cen (patrz paradoks Veblena). Nie umiem wyobrazić sobie rosyjskiego nuworysza odmawiającego sobie szwajcarskiego zegarka tylko dlatego, że jego cena wzrosła o marne 25 proc.

Znalezione w: Chabierski, B. (n.d.) "Gospodarka Szwajcarii", Ministerstwo Gospodarki RP, https://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/130A51DF-D9E3-45E8-B3E0-219DA7523F21/52195/GospodarkaKonfederacjiSzwajcarskiej.pdf (dostęp: 24.01.2015).
Przedruk z: Chabierski, B. (n.d.) Gospodarka Szwajcarii, Ministerstwo Gospodarki RP, https://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/130A51DF-D9E3-45E8-B3E0-219DA7523F21/52195/GospodarkaKonfederacjiSzwajcarskiej.pdf.

Silniejszy frank to także korzyść dla mniej zamożnych Szwajcarów. Wzrośnie ich siła nabywcza oraz potanieją towary z importu.

Nie bez znaczenia jest fakt, że dalsza obrona taniego franka kosztowała majątek. Szwajcarski bank centralny znalazł się niedawno pod presją części społeczeństwa, rozeźlonej faktem zbyt frywolnej polityki monetarnej, by zwiększyć pokrycie franka w złotym kruszcu. Co prawda w referendum Szwajcarzy odrzucili ten pomysł znaczną większością głosów, ale zyskał on i tak prominentnych zwolenników, m.in. Petera Schiffa. SNB postawił zatem na kompromis – Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek – i prawdopodobnie aby uspokoić nastroje zaprzestał obrony kursu.

Nie do końca zgadzam się także z jeszcze powszechniej wyrażanym poglądem, że sam sposób działania SNB był karygodny. Nie rozumieją go np. Ignacy Morawski z BIZ Banku i Piotr Kuczyński z Xelion. Obaj powołują się na poniedziałkową konferencję prasową, podczas której wysoki przedstawiciel SNB mówił o utrzymaniu kursu franka na poziomie 1,20 względem euro jako o fundamencie polityki pieniężnej. Kuczyński mówi nawet o „kardynalnym błędzie w komunikacji”. Nic z tych rzeczy. Obu ekonomistom umyka fakt, że w cywilizowanych państwach właśnie w ten sposób przeprowadza się tego typu operacje. Szwajcaria to nie Polska, gdzie w czasie exposé premier rządu może bezkarnie mówić o planach wprowadzenia podatku od kopalin, wywracając do góry nogami kurs górniczych spółek giełdowych. Jeśli zamierza się przeprowadzić operację mającą znaczny wpływ na rynek, zachowuje się pokerową twarz do końca i nie otwiera pola do spekulacji. Jeśli decyzja byłaby w jakimkolwiek stopniu do przewidzenia, rynki finansowe dyskontowałyby ją wcześniej, co doprowadziłoby do jeszcze większych strat na wielu frontach (P.S. Wyobrażacie sobie pół miliona polskich „frankowiczów” zabijających się we wtorek i w środę w kolejkach do swoich opiekunów bankowych z wnioskami o przewalutowanie kredytu?).

Jeśli zatem chodzi o konsekwencje dla polskich kredytobiorców – należy pamiętać, że banki udzielające kredytów hipotecznych są zainteresowane przede wszystkim spłatą kredytu, a niekoniecznie przejmowaniem mieszkań. W normalnych warunkach rynkowych kredytodawcy powinni być chętni do renegocjacji umów, byle zapobiec niewypłacalności znacznej części kredytobiorców.

Również z tej perspektywy absurdalne są pomysły obciążania banków zwiększonym kosztem spłacania kredytów. Myślę, że w obecnych dniach wszystkie partie polityczne badają grunt i przeprowadzają sondaże, mające na celu ustalenie, czy pół miliona „frankowiczów” może stanowić jakąś konkretną grupę nacisku, bądź czy rozkład sympatii partyjnych jest wśród tej grupy znacząco różny od średniej dla całej populacji. Moim zdaniem – raczej nie, toteż na szczęście nie sformuje się koalicja polityczna będąca w stanie zaryzykować gniew kredytobiorców złotowych w celu przypodobania się „frankowiczom”. Tym bardziej, że przez wiele lat ci drudzy wychodzili na swoich kredytach dużo lepiej od konserwatywnych „złotowców”. Dopiero w lipcu 2013 roku rata kredytu zaciągniętego w styczniu w 2008 roku we frankach stała się wyższa od raty analogicznego kredytu złotowego. Wcześniej, różnica w wysokości raty na korzyść franka osiągała w porywach nawet 70 proc.

Kolejna transza wirtualnych pieniędzy w strefie euro

Tu i ówdzie słychać pienia zachwytu nad dodrukiem 60 mld euro, czyli kolejną furą pieniędzy, którą Europejski Bank Centralny zamierza zrzucić na głowę gospodarce.

Jak z górnictwem, które omawiam w kolejnym minirozdziale, temat podłączania coraz to nowych kroplówek gospodarkom strefy euro jest również motywem przewijającym się z regularnością godną niemieckiego pociągu. Brak jednak na horyzoncie jasnej odpowiedzi na pytanie: kiedy ktoś odważy się powiedzieć „stop” temu szaleństwu?

Nie chcę w tej krótkiej notce wnikać w górnolotne teorie przyczyn bogactwa narodów, ani w powielaną w nieskończoność krytykę keynesizmu i ekonomii popytowej. Zostawmy te kwestie na inną okazję – dziś tylko jedna uwaga. Jest wiele nieodkrytych zaułków w dziedzinie edukacji ekonomicznej w Polsce, które należałoby zagospodarować – a pokazują to kolejne niezrozumiałe zachowania polskiego społeczeństwa (zdziwienie upadkiem Amber Gold, brak reakcji na ekspropriację oszczędności zgromadzonych w OFE czy wreszcie niezrozumienie teorii parytetu stopy procentowej, co pośrednio przyczyniło się do aktualnego kryzysu związanego z aprecjacją franka szwajcarskiego). Każdy z nas powinien mieć jednak świadomość przynajmniej jednego mechanizmu, który w naszych czasach stał się istną plagą. Gdy banki centralne rzygają pieniędzmi – spada realna wartość tego, co mamy w portfelu, co z kolei nazywamy inflacją. Tak uwarunkowaną inflację powinniśmy interpretować nie inaczej jak przejaw nadmiernego fiskalizmu i dodatkowy podatek.

Problem na razie dotyczy Polski tylko pośrednio, gdyż nie jesteśmy jeszcze członkiem strefy euro, ale i u nas deflacja „sprzedawana” jest w mediach jako zło. Z punktu widzenia budżetu państwa, inflacja jest bowiem pożądana. Łatwiej spłacać długi, a zamrożenie progów podatkowych powoduje drenaż, polegający na tym, że coraz większa liczba podatników wpada w wyższy, 32-proc. próg PIT.

Inflacja jako ukryty podatek

Górniczy „kompromis”

Temat górnictwa średnio co kilkanaście lub kilkadziesiąt miesięcy powraca na czoło debaty publicznej. Sektor ten jest jedną z czarnych owiec polskiej transformacji. Jakkolwiek można większość winy zrzucić na związki zawodowe, byłoby to zbyt duże uproszczenie. Związki nie miałyby bowiem żadnej władzy, gdyby im jej nie nadano z góry. Mamy więc kumulację innych zjawisk i nieefektywności politycznych, sprowadzających się do problemu zbyt „miękkich” decydentów i niedecyzyjności. Przede wszystkim mamy jednak kolejny dowód na ułomność publicznego menedżera.

W spółce zarządzanej prywatnie zapaść porównywalna z tą, do jakiej doprowadził zarząd Kompanii Węglowej nie mogłaby zaistnieć. Plan naprawczy musiałby być wdrożony dużo wcześniej pod karabinami Rady Nadzorczej. Nie w państwowym molochu, wyposażonym w niefachowy i słabo umocowany zarząd, gdzie sprawy zostawia się na ostatni moment, a potem w łzawym przedstawieniu głosuje za pięć dwunasta w parlamencie. Dlatego trudno nie zgodzić się z postawą senatora Włodzimierza Cimoszewicza, dla którego sam sposób rozwiązania kryzysu pośpieszną ustawą jest niesmaczny.

Zęby bolą od absurdalnych propozycji, jakie padły w debacie, np. utworzenia Ministerstwa Górnictwa (problemy nie rozwiązują się od tego tylko, że ktoś potrafi je nazwać i utworzyć dedykowany im urząd) czy przeniesienia kopalń do spółek energetycznych. Ten ostatni postulat niestety został częściowo zrealizowany, gdyż jedna z kopalń („Bobrek”) zostanie przejęta przez Węglokoks, czyli inną państwową firmę. Przeniesienie nierentownej spółki do spółki zdrowej oczywiście nie rozwiązuje realnie żadnego problemu, a wygląda tylko dobrze pod względem księgowym.

Źródło: venitism.blogspot.com
Źródło: venitism.blogspot.com

W mojej ocenie absurdalny był także sam pomysł, aby to rząd odgórnie zamykał zakłady (do tzw. „wygaszenia” przeznaczone były cztery kopalnie). Nie wiem, dlaczego premier zdecydowała się występować w tak niepopularnej społecznie roli. Sytuacja gospodarcza Polski wielokrotnie ostatnio zmusza mnie do przytaczania metafory o strażaku-podpalaczu. W tym przypadku rząd również wchodzi w buty takiego osobnika. Już dawno mógł zdjąć sobie z barków problem górnictwa, ale nigdy nie dokończył prywatyzacji!

Stoję na stanowisku, że w kraju takim jak Polska – bogatym w surowiec, ze względnie tanią siłą roboczą i ze znakomitym zapleczem naukowo-badawczym w dziedzinie górnictwa – przemysł górniczy jest samograjem, na którym wstyd tracić pieniądze. Jest to konstatacja potwierdzona dobrymi wynikami osiąganymi przez już sprywatyzowane kopalnie. Dowodzą tego również liczne zapowiedzi budowy nowych prywatnych kopalń. Niestety, Kompania Węglowa od początku była skazana na ekonomiczny niebyt. Rząd nie powinien więc mówić o zamykaniu kopalń, ale o przeprowadzeniu szybkiej i skutecznej prywatyzacji. A wówczas zapewne okaże się, że złoty biznes z tego węgla kamiennego!

O porutach braci polskiey w zatargach europeyskiech żale i treny

17 lipca rozpoczniemy kolejną edycję europejskich pucharów w piłce nożnej. Zaczadzeni stojącym na wyjątkowo wybitnym poziomie mundialem moglibyśmy przeoczyć, że reprezentanci rodzimej ekstraklasy już za niedługo staną w szranki europejskich zmagań. Co gorsza, odpaść mogą tak szybko, że nawet nie zdążymy się obejrzeć. Z reguły w Polsce staramy się leczyć kompleksy. Typowy polski bloger powinien w tym miejscu – oczywiście ku pokrzepieniu serc – odnieść się do chwil tryumfu polskiej piłki klubowej i przypomnieć jej najlepsze momenty. Ja zrobię coś odwrotnego i to nie ku pokrzepieniu serc, „lecz by wstyd był ostrogą dla żywych”.

Europejskie puchary istnieją od sezonu 1955/1956. Przez kilka lat prowadzono na szczeblu europejskim rozgrywki wyłącznie Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (odpowiednik obecnej Ligi Mistrzów). W sezonie 1961/1962 dokooptowano Puchar Intertoto (istniejący w różnej formie i pod różnymi nazwami do 2008 roku), a sezon później – także Puchar Zdobywców Pucharów (zlikwidowany ostatecznie po sezonie 1998/1999). Puchar UEFA, czyli protoplasta obecnej Ligi Europy, powstał w sezonie 1971/1972 (wcześniej rozgrywany Puchar Miast Targowych nie jest uznawany przez UEFA za oficjalny turniej – polskie drużyny grywały w nim zresztą rzadko).

Pierwszy raz polski klub przebrnął rundę europejskiego pucharu dopiero w sezonie 1962/1963, kiedy Polonia Bytom w efektownym stylu wyeliminowała w I rundzie PEMK Panathinaikos Ateny. W II rundzie musiała jednak uznać wyższość tureckiego Galatasaray Stambuł.

Największe sukcesy polska piłka święciła w sezonie 1969/1970, kiedy Górnik Zabrze awansował do finału PZP, nie dając szans Olympiakosowi Pireus, Glasgow Rangers, Lewskiemu Sofia i Romie, a Legia Warszawa do półfinału PEMK, eliminując po drodze rumuński UT Arad, francuski AS Saint-Étienne i Galatasaray Stambuł, a ulegając dopiero Feyenoordowi Rotterdam. W jeszcze bardziej efektownym stylu sukces Legii powtórzył w sezonie 1982/1983 Widzew Łódź. Po pokonaniu Hibernians Paola i Rapidu Wiedeń, Widzew odprawił z kwitkiem słynny Liverpool i dopiero po zaciętych meczach w półfinale odpadł z Juventusem Turyn. Był to ostatni wielki sukces polskiego klubu w europejskich rozgrywkach.

Ta notka nie powstała jednak po to, by przypominać chwile chwały, ale momenty wstydu. Nie będzie tu mowy o najwyższym zwycięstwie polskiej drużyny (Szombierki Bytom – FC Lugano 11:0 w Pucharze Intertoto 1969), ale o najwyższej porażce (Eintracht Frankfurt – Widzew Łódź 9:0 w Pucharze UEFA 1992/1993). Dla potomności, przedstawiam poniżej wielki ranking kompromitacji. Podobną próbę podjął w 2009 roku „Magazyn Futbol”, no ale… przecież od tego czasu wiele się wydarzyło. Poza tym, magazyn przyjął trochę inną metodykę oceny – nie wziął pod uwagę dwumeczów, ale głównie pojedyncze spotkania. Nie uwzględnił też klasy rywala (moim zdaniem trudno uznać porażkę Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn w 1983 roku za jakąś wielką wtopę). Podkreślam zatem, że jest to zapis kompromitacji, a nie wszystkich bolesnych czy nawet dotkliwych porażek. Jeśli pamiętam, że wynik był pochodną kardynalnych błędów sędziego, albo rywal był naprawdę z najwyższej półki, albo drużyna była zdziesiątkowana kontuzjami – nie przypominam takich meczów. Podobne rankingi próbowali tworzyć również ekstraklasa.net w 2011 roku oraz igol.pl rok później (pierwsza „10” zresztą bardzo podobna do mojej).

Na pierwszy rzut oka można mieć wrażenie, że na liście przeważają mecze z ostatnich dwóch dekad. To prawda, ale trzeba zauważyć, że po pierwsze – europejskie puchary z czasem bardzo się rozrosły i meczów (a w konsekwencji okazji do ośmieszenia się) jest dużo więcej niż kiedyś; po drugie – powstały nowe kraje, m.in. w efekcie rozpadu Związku Radzieckiego i Jugosławii, które dziwnym trafem upodobały sobie dawanie łupnia w pucharach polskim zespołom.

Dlaczego ten ranking? Otóż, gdy zbierze się we mnie pokusa oglądania tegorocznej edycji biedameczów rund wstępnych i kwalifikacyjnych do Ligi Mistrzów albo Ligi Europy, otworzę sobie to TOP50, co skutecznie powinno mnie zniechęcić do włączania telewizora. Nikt przecież nie powiedział, że rzeczywistość już za kilka tygodni nie zmusi mnie do wprowadzenia znacznych korekt w czołówce poniższego zestawienia…

No to jedziemy! TOP 50.

Stan na: 8 lipca 2016 r.

1. Liga Europy 2014/2015 (III runda kwalifikacyjna)

UMF Stjarnan Garðabær – Lech Poznań, 1:0, 0:0

(Trener Mariusz Rumak)

W drużynie z Islandii grało bodaj czterech piłkarzy profesjonalnie trudniących się grą w piłkę. Reszta to studenci i przedstawiciele innych zawodów. Po takim meczu trener i piłkarze powinni otrzymać dożywotni zakaz reprezentowania Polski w pucharach, tym bardziej że klęska nastąpiła w rok po odpadnięciu z Żalgirisem (patrz pozycja 3. w rankingu). Jeden z największych sukcesów islandzkiej piłki klubowej.

2. Liga Mistrzów 2009/2010 (II runda wstępna)

Wisła Kraków – Levadia Tallinn, 1:1, 0:1

(Trener Maciej Skorża)

W 2014 roku pisałem: „Absolutny król kompromitacji. Przez wiele lat nic chyba nie będzie w stanie przebić klęski z Estończykami.” Jak wiemy, Lech Poznań jednak przebił. Po tym meczu trener Skorża głowy nie stracił, choć nazwał ten dwumecz swoim „trenerskim Waterloo”.

3. Liga Europy 2013/2014 (III runda wstępna)

Żalgiris Wilno – Lech Poznań 1:0, 1:2

(Trener Mariusz Rumak)

Trudno opisać słowami ten blamaż. Jeden piłkarz Lecha wart był tyle, co cały zespół Żalgirisu. Mimo ostrej reakcji mediów po pierwszym meczu, gracze Lecha nie byli w stanie zmobilizować się na rewanż. Ponad 16 tys. widzów (może w całym sezonie ligi litewskiej tyle osób przychodzi na mecze Żalgirisu) było świadkami bezprecedensowej klęski.

4. Puchar UEFA 2003/2004 (Runda kwalifikacyjna)

Cementarnica Skopje – GKS Katowice, 0:0, 1:1

(Trener Edward Lorens)

Buńczuczność trenera Lorensa na nic się zdała w starciu ze słabeuszami z Macedonii. GKS przypieczętował największy sukces w historii Cementarnicy. Trener Lorens po tym wyczynie nie znalazł już nigdzie stałego zatrudnienia.

5. Liga Europy 2016/2017 (I runda kwalifikacyjna)

FK Shkëndija Tetowo – Cracovia Kraków, 2:0, 2:1

(Trener Jacek Zieliński)

Pozostajemy w klimatach macedońskich. Czwarta drużyna polskiej ekstraklasy nie nawiązuje ani przez chwilę walki z wicemistrzem Macedonii. To był piąty występ Shkëndiji w europejskich pucharach i pierwszy przypadek, gdy udało im się stanie przejść rundę.

6. Puchar Europy Mistrzów Klubowych 1959/1960 (I runda)

Juenesse Esch – ŁKS Łódź, 5:0, 1:2

(Trener Władysław Król)

W zamierzchłych czasach miało miejsce takie wydarzenie jak porażka z Luksemburczykami – jakby ktoś chciał sondować dno polskiego kunsztu piłkarskiego, ma świetny punkt odniesienia. Większość amatorskich piłkarzy luksemburskich w dniu meczu do późna pracowała w swoich zakładach.

Źródło: slowfoot.pl
Źródło: slowfoot.pl

7. Liga Europy 2010/2011 (III runda kwalifikacyjna)

Wisła Kraków – Qarabağ Ağdam, 0:1, 2:3

(Trener Henryk Kasperczak)

Karabach rok wcześniej wyeliminował Rosenborg Trondheim i minimalnie uległ Twente w IV rundzie kwalifikacyjnej, nie był więc drużyną zupełnie przypadkową. Mimo wszystko, Wisła Kraków nie miała prawa tych meczów przegrać w takim stylu.

8. Puchar Intertoto 2006 (II runda)

FC Tyraspol – Lech Poznań, 1:0, 3:1

(Trener Franciszek Smuda)

9. Liga Europy 2011/2012 (I runda kwalifikacyjna)

Jagiellonia Białystok – Irtysz Pawłodar, 1:0, 0:2

(Trener Michał Probierz)

Trudno cokolwiek powiedzieć po odpadnięciu z zespołem z Kazachstanu.

Kibice Jagielloni ładnie jednak pogratulowali Kazachom.

Źródło: lubczasopismo.salon24.pl
Źródło: lubczasopismo.salon24.pl

10. Puchar UEFA 2001/2002 (Runda kwalifikacyjna)

Fylkir Reykjavík – Pogoń Szczecin, 2:1, 1:1

(Trener Mariusz Kuras)

Jedna z bardziej zawstydzając klęsk w XXI wieku. Pogoń Szczecin w ostatnich minutach traci awans z Islandczykami. Prezes Ptak, który przed meczem zaprosił garstkę islandzkich kibiców na pomeczowy obiad, chcąc nie chcąc musiał spełnić swoją obietnicę.

11. Puchar Zdobywców Pucharów 1995/1996 (1/32 finału)

GKS Katowice – Ararat Erywań, 2:0, 0:2 karne 4:5

(Trener Orest Lenczyk)

Jedna z największych kompromitacji polskiej klubowej piłki nożnej w latach dziewięćdziesiątych. Miałem wtedy 8 lat i słabo pamiętam ten mecz, a jeśli już to głównie ze względu na szok, jaki wywołała ta porażka. Warto wspomnieć, że w czasie, gdy GKS odpadał z Araratem, zacięte boje z inną ormiańską drużyną – Szirakiem Giumri – toczyło w Pucharze UEFA Zagłębie Lubin. Tam na szczęście zakończyło się to awansem „miedziowych”.

12. Puchar Intertoto 2003 (I runda)

Odra Wodzisław Śląski – Shamrock Rovers FC, 1:2, 0:1

(Trener Ryszard Wieczorek)

Jedyna porażka polskiego klubu w historii w starciu z Irlandczykami. Co ciekawe, trenerem Shamrock Rovers był wówczas Liam Buckley, który obecnie jest szkoleniowcem St.Patrick’s Athletic, czyli… najbliższego rywala Legii Warszawa w walce o Ligę Mistrzów.

13. Puchar Intertoto 2003 (I runda)

Polonia Warszawa – Toboł Kostanaj, 0:3, 1:2

(Trener Krzysztof Chrobak)

14. Puchar UEFA 2003/2004 (Runda kwalifikacyjna)

FK Ventspils – Wisła Płock, 1:1, 2:2

(Trener Mirosław Jabłoński)

Gigantyczna wpadka Wisły Płock, która w meczu rewanżowym prowadziła po pierwszej połowie 2:0, by po frajersku dać sobie wydrzeć pewny awans w drugiej odsłonie. Klęska w meczach, w których prowadzi się w stosunku 2:0 urosła tym samym do rangi tradycji w przypadku trenera Jabłońskiego. Niesłuszną czerwoną kartką w meczu rewanżowym ukarany został słynny boiskowy brutal, Marcin Wasilewski, co mogło mieć wpływ na końcowy rezultat. Do dziś porażka Wisły Płock pozostaje jedynym przypadkiem odpadnięcia polskiego klubu z pucharów (nie licząc Pucharu Intertoto – patrz pkt. 21) za sprawą rywala z Łotwy. Pozostałych siedem starć zakończyło się po myśli polskich drużyn.

15. Puchar UEFA 1992/1993 (1/32 finału)

Widzew Łódź – Eintracht Frankfurt, 2:2, 0:9

(Trener Władysław Jan Żmuda)

Ja rozumiem, że Niemcy, ale… Mecz ten praktycznie zakończył karierę trenerską 53-letniego wówczas Władysława Żmudy.

https://www.youtube.com/watch?v=T13yHkym3oo

16. Puchar Intertoto 2008 (I runda)

Cracovia Kraków – Szachtior Soligorsk, 1:2, 0:3

(Trener Stefan Majewski)

Wyjazd na Białoruś byłby, przynajmniej na papierze, nieco mniej bolesny, gdyby Cracovia nie straciła dwóch bramek w doliczonym czasie gry.

https://www.youtube.com/watch?v=Gjf6jSk9qVw

17. Puchar UEFA 2008/2009 (II runda kwalifikacyjna)

Legia Warszawa – FK Moskwa, 1:2, 0:2

(Trener Jan Urban)

Przeciętne FK Moskwa nie pozostawiło żadnych złudzeń Legii. Można było liczyć się z porażką w tym dwumeczu, ale styl pozostawił duży niesmak.

18. Puchar UEFA 1978/1979 (1/32 finału)

MSV Duisburg – Lech Poznań, 5:0, 5:2

(Trener Jerzy Kopa)

Strata 10 bramek w dwumeczu to zdecydowanie za dużo, nawet jeśli rywalem jest czołowa drużyna niemiecka, a Lech debiutuje na europejskiej scenie. Co interesujące, Lech zagrał w Duisburgu w koszulkach… Warty Poznań. Biało-niebieskie koszulki były zarezerwowane dla gospodarzy.

Źródło: sport.pl
Źródło: sport.pl

19. Puchar UEFA 2004/2005 (I runda)

Wisła Kraków – Dinamo Tbilisi, 4:3, 1:2

(Trener Henryk Kasperczak)

Jeden z długiej listy kompromitujących występów Wisły w europejskich pucharach na przestrzeni ostatniej dekady. Po meczu rewanżowym Maciej Żurawski zdobył się na odważną deklarację: „nie graliśmy z ogórkami” – powiedział. Od tej chwili tego typu usprawiedliwienie (oraz „dziś w Europie nie ma już słabeuszy”) będzie często pojawiać się w wypowiedziach piłkarzy po przegranych meczach z rywalami ze wschodu.

20. Puchar UEFA 2003/2004 (II runda)

Valerenga Oslo – Wisła Kraków, 0:0, 0:0 karne 4:3

(Trener Henryk Kasperczak)

Po świetnym pierwszym sezonie 2002/2003, dla trenera Kasperczaka na ławce trenerskiej Wisły nastały chude lata. Choć po efektownym wyeliminowaniu NEC Nijmegen wydawało się, że przejście Valerengi będzie tylko formalnością, rzeczywistość okazała się brutalna. Niestety, Wiślacy przez 3,5 godziny gry w dwumeczu nie byli w stanie strzelić Norwegom choćby jednej bramki. Odpadli w karnych. W kolejnych dwóch sezonach Wisła koncertowo odpadała z Dinamo Tbilisi (pkt. 19) i – już za trenera Engela – z Vitória Guimarães (pkt. 36).

https://www.youtube.com/watch?v=BV_AAW0a_RU

21. Puchar Intertoto 2002 (I runda)

Zagłębie Lubin – Dinaburg Daugavpils, 1:1, 0:1

(Trener Stefan Majewski)

Mniej więcej w tym czasie polskie kluby przestały szanować Puchar Intertoto. Nie bardzo wiadomo po co w ogóle się do niego zgłaszały. Mimo, że w latach 2006-2008 aż 11 zespołów zyskiwało kwalifikację do Pucharu UEFA, dla polskich drużyn niemal zawsze był on kulą u nogi. Ówczesny trener Zagłębia, Stefan Majewski, mówił o tym bez ogródek. W żadnym razie głupota czy też niezrozumienie stawki Pucharu nie mogą jednak być usprawiedliwieniem tego wyniku.

22. Puchar Intertoto 1996 (faza grupowa)

KAMAZ Nabierieżnyje – ŁKS Łódź, 3:0

ŁKS Łódź – Spartak Warna, 1:1

TSV 1860 Monachium – ŁKS Łódź, 5:0

ŁKS Łódź – FC Kaučuk Opava, 0:3

(Trener Marek Dziuba)

Od sezonu 1995/1996 zwycięzcy Pucharu Intertoto byli premiowani awansem do Pucharu UEFA. Jak widać, łodzian to nie zmobilizowało. Był to jak dotąd ostatni występ ŁKS-u w tych rozgrywkach. Później w pucharach wystąpili już tylko w sezonie 1998/1999.

23. Puchar UEFA 1989/1990 (1/32 finału)

RoPS Rovaniemi – GKS Katowice, 1:1, 1:0

(Trener Władysław Jan Żmuda)

Klops Rovaniemi. Kolejny przykład na to, że GKS w pewnym okresie był silny jak na polską ligę, ale w pucharach kompromitował kraj na potęgę.

24. Puchar UEFA 2012/2013 (III runda kwalifikacyjna)

AIK Solna – Lech Poznań, 3:0, 0:1

(Trener Mariusz Rumak)

Liga szwedzka do potężnych nie należy, a tamtejsze kluby nie zwykły stawiać zbyt wysoko poprzeczki polskim zespołom w europejskich pucharach… aż do sezonu 2012/2013, kiedy poślizgnęły się na nich Śląsk i właśnie Lech. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Lech we wcześniejszych fazach wyeliminował Kazachów i Azerbejdżanów (wiązało się to z bardzo kosztownymi wojażami po Azji), tylko po to, by potknąć się na niewiele lepszych Szwedach. Biorąc pod uwagę wysokie koszty udziału w rozgrywkach, lechici nie mieli prawa przegrać dwumeczu z AIK-iem.

25. Puchar UEFA 2006/2007 (I runda kwalifikacyjna)

Zagłębie Lubin – Dynamo Mińsk, 1:1, 0:0

(Trener Edward Klejndinst)

„Miedziowi” odpadają z Dynamem Mińsk i w ogóle nie czują się zażenowani tym faktem.

26. Puchar UEFA 1981/1982 (1/32 finału)

Malmö FF – Wisła Kraków, 2:0, 3:1

(Trener Lucjan Franczak)

Biorąc pod uwagę ówczesną siłę skandynawskiej piłki, ten dwumecz należy uznać za coś więcej niż potknięcie. Prasa pisała: „Wyniki polskich zespołów w pierwszej rundzie europejskich pucharów, już po raz któryś z kolei, uwidoczniły nam miejsce, w którym znajduje się nasz futbol, jaka różnica dzieli polską piłkę od średniego europejskiego poziomu”.

27. Puchar UEFA 1982/1983 (1/16 finału)

Śląsk Wrocław – Servette Genewa, 0:2, 1:5

(Trener Jan Caliński)

Blamaż, który nastąpił po efektownym wyeliminowaniu przez Śląsk Wrocław radzieckiego Dynamo Moskwa. Niestety, coś się w drużynie wrocławian zacięło.

https://www.youtube.com/watch?v=jCTx6Yleq0k

28. Puchar Intertoto 2004 (I runda)

Odra Wodzisław Śląski – Dynamo Mińsk, 1:0, 0:2

(Trener Ryszard Wieczorek)

29. Puchar Intertoto 2001 (I runda)

Dyskobolia Grodzisk – Spartak Warna, 1:0, 0:4

(Trener Edward Lorens)

30. Puchar Europy Mistrzów Klubowych 1989/1990 (I runda)

Ruch Chorzów – CSKA Sofia, 1:1, 5:1

(Trener Jerzy Wyrobek)

Co wolno to wolno, ale w takich rozmiarach przegrywać z Bułgarami – chyba nie.

31. Liga Europy 2013/2014 (faza grupowa)

S.S. Lazio – Legia Warszawa, 1:0, 2:0

Legia Warszawa – Apollon Limassol, 0:1, 2:0

Trabzonspor Kulübü – Legia Warszawa, 2:0, 2:0

(Trener Jan Urban)

Pięć porażek w sześciu meczach i tylko dwie strzelone bramki – występ prawie porównywalny z Amicą Wronki w sezonie 2004/2005, ale boleśniejszy ze względu na o wiele większy potencjał i oczekiwania wobec Legii.

32. Puchar Intertoto 1966/1967 (faza grupowa)

IFK Norrköping – Polonia Bytom, 5:1, 1:3

Polonia Bytom – Dynamo Drezno, 0:0, 1:7

Spartak Hradec Králové – Polonia Bytom 0:0, 0:0

(Trener Józef Malchel [?])

Można powiedzieć, że wyszukiwanie wyników Pucharu Intertoto jest bez sensu, gdyż nie wszyscy traktowali te rozgrywki na serio, ale w tym przypadku granica lekceważenia została przekroczona, tym bardziej, że zaledwie trzy sezony wcześniej Polonia w Pucharze Intertoto triumfowała.

33. Liga Mistrzów 1994/1995 (Runda wstępna)

Legia Warszawa – Hajduk Split, 0:1, 0:4

(Trener Paweł Janas)

Tej klęski i w takich rozmiarach nikt się nie spodziewał. Pierwsze zetknięcie z Ligą Mistrzów było bolesne dla Legii.

34. Liga Mistrzów 2012/2013 (III runda wstępna)

Śląsk Wrocław – Helsingborgs IF, 0:3, 1:3

(Trener Orest Lenczyk)

Porażki z mistrzem Szwecji w rozmiarze bardzo zawstydzającym.

35. Puchar UEFA 2005/2006 (II runda kwalifikacyjna)

Legia Warszawa – FC Zurich, 0:1, 1:4

(Trener Jacek Marek Zieliński)

Rozkojarzenie Legii przełożyło się na dość wstydliwą porażkę ze Szwajcarami. Samo odpadnięcie byłoby do przełknięcia, ale 4:1 w rewanżu nie daje o sobie zapomnieć.

36. Puchar UEFA 2005/2006 (I runda)

Vitória Guimarães – Wisła Kraków, 3:0, 1:0

(Trener Jerzy Engel)

Sezon 2005/2006 był beznadziejny dla polskich klubów. Wisła w fatalnym stylu odpada z ówczesną „czerwoną latarnią” ligi portugalskiej.

37. Puchar Intertoto 1983 (faza grupowa)

Cracovia Kraków – Videoton Székesfehérvár, 1:3, 0:6

Sturm Graz – Cracovia Kraków, 0:2, 1:1

Cracovia Kraków – Rudá Hvězda Cheb, 0:2, 0:2

(Trenerzy Henryk Stroniarz i Zenon Baran)

W latach osiemdziesiątych dwie wysokie porażki z Węgrami chluby już nikomu nie przynoszą.

Źródło: wikipasy.pl
Źródło: wikipasy.pl

38. Puchar UEFA 2004/2005 (II runda kwalifikacyjna)

Terek Grozny – Lech Poznań, 1:0, 1:0

(Trener Czesław Michniewicz)

Lech Poznań ulega rosyjskiemu drugoligowcowi z Czeczenii.

39. Puchar UEFA 1980/1981 (1/32 finału)

Śląsk Wrocław – Dundee United, 0:0, 2:7

(Trener Orest Lenczyk)

Orest Lenczyk odkupił swoje winy dopiero 30 lat później, eliminując, ponownie jako trener Śląska Wrocław, Dundee United z Ligi Europy.

40. Puchar UEFA 2004/2005 (faza grupowa)

Amica Wronki – Glasgow Rangers, 0:5

Grazer AK – Amica Wronki, 3:1

Amica Wronki – AZ Alkmaar, 1:3

AJ Auxerre – Amica Wronki, 5:1

(Trener Maciej Skorża)

Amica wymęczyła awans do fazy grupowej Pucharu UEFA (jako pierwsza polska drużyna w historii), ale z perspektywy czasu można powiedzieć, że było to pyrrusowe zwycięstwo i lepiej gdyby tak się nie stało. Amica była niestety pośmiewiskiem rozgrywek i w czterech meczach grupowych okazała się chłopcem do bicia.

41. Puchar Intertoto 1995 (faza grupowa)

Aarhus GF – Górnik Zabrze, 4:1

Górnik Zabrze – FC Basel, 1:2

Sheffield Wednesday – Górnik Zabrze, 3:2

Górnik Zabrze – Karlsruher SC, 1:6

(Trener Adam Michalski)

W pierwszym sezonie, w którym zwycięzcy Pucharu Intertoto mogli liczyć na kwalifikację do Pucharu UEFA, srogie lanie zebrał Górnik Zabrze. Warto wspomnieć, że zwycięzca tamtej edycji, Girondins de Bordeaux, awansował później aż do finału Pucharu UEFA.

42. Puchar UEFA 1987/1988 (1/32 finału)

Sportul Studenţesc – GKS Katowice, 1:0, 2:1

(Trener Władysław Jan Żmuda)

Zbyt łatwo GKS dał się ograć rumuńskiemu średniakowi, dla którego wygrana z GKS-em była największym sukcesem w historii klubu. Niestety, po raz kolejny na liście nazwisko Władysława Żmudy.

43. Puchar Intertoto 1991 (faza grupowa)

Zagłębie Lubin – IFK Norrköping, 2:1, 2:2

Zagłębie Lubin – Lyngby BK, 3:0, 0:3

Zagłębie Lubin – Lausanne Sports, 1:3, 1:8

(Trener Marian Putyra)

Być może echa tej wstydliwej porażki z lozańczykami sprawiły, że w kolejnej edycji Pucharu Intertoto polskie kluby w ogóle nie wystartowały.

44. Puchar Europy Mistrzów Klubowych 1980/1981 (II runda)

CSKA Sofia – Szombierki Bytom, 4:0, 1:0

(Trener Hubert Kostka)

Umówmy się, że mistrz Polski (nawet jeśli były nim Szombierki) nie powinien przegrywać w takim stosunku z mistrzem Bułgarii.

45. Liga Mistrzów 1992/1993 (II runda)

IFK Göteborg – Lech Poznań, 1:0, 3:0

(Trener Henryk Apostel)

Pierwsza edycja Ligi Mistrzów UEFA nie rozpoczęła się dobrze dla polskich zespołów.

46. Puchar Intertoto 1974 (faza grupowa)

ŁKS Łódź – Sturm Graz, 1:0, 4:3

Randers Freja – ŁKS Łódź, 5:0, 1:1

ŁKS Łódź – VSS Koszyce, 1:3, 1:1

(Trener [brak danych, więc kolejny wstyd – dla działaczy i autorów stron poświęconych ŁKS-owi])

Razi przede wszystkim kompromitująca porażka łodzian z duńskimi kelnerami. ŁKS ostatecznie zajął drugie miejsce w tej grupie, więc ogólnie zaprezentował się wcale nieźle.

47. Liga Mistrzów 1993/1994 (II runda)

Lech Poznań – Spartak Moskwa, 1:5, 1:2

(Trener Roman Jakóbczak)

W drugim podejściu Lecha Poznań do Ligi Mistrzów też nie było lepiej. Smutny epizod trenerski Romana Jakóbczaka, reprezentacyjnego pomocnika z lat 1974-1976.

48. Puchar Intertoto 1974 (faza grupowa)

MSV Duisburg – Górnik Zabrze, 6:1, 3:3

Hvidovre IF – Górnik Zabrze, 2:2, 0:3

Górnik Zabrze – FC Winterthur, 1:3, 4:3

(Trener Teodor Wieczorek)

Ostatecznie Górnik Zabrze zakończył rywalizację w tej grupie na drugim miejscu – w ostatecznym rozrachunku wstydu więc nie było. W meczu z Duisburgiem zabrzanie byli zresztą lekko osłabieni.

49. Puchar Intertoto 1988 (faza grupowa)

ŁKS Łódź – 1. FC Kaiserslautern, 2:4, 1:4

ŁKS Łódź – Admira Wacker Mödling, 2:6, 2:2

ŁKS Łódź – FC Luzern, 1:3, 1:3

(Trener Leszek Jezierski [? – po raz kolejny brak pewności, fatalna polityka informacyjna ŁKS-u])

Marny jeden punkt w sześciu meczach to nie jest dobry wynik.

50. Puchar UEFA 2012/2013 (III runda kwalifikacyjna)

Ruch Chorzów – Viktoria Pilzno, 0:2, 0:5

(Trener Tomasz Fornalik)

Nie można mieć pretensji do Ruchu Chorzów za to, że awansował do pucharów (nikt inny nie chciał), ale porażka zbyt wyrazista.

* * *

Na liście powinny się też niewątpliwie znaleźć co najmniej dwa zwycięskie dwumecze. Pierwszy rozegrał Lech Poznań trenera Jacka Zielińskiego w II rundzie kwalifikacyjnej do Ligi Mistrzów w sezonie 2010/2011. W starciu z azerbejdżańskim Interem Baku dwukrotnie padły wyniki 1:0. O awansie Lecha przesądził dramatyczny konkurs rzutów karnych i wygrana 9:8. Obrazu goryczy dopełniła szalona radość „Kolejorza” po wygranym konkursie „jedenastek”. Innym przykładem jest potyczka Ruchu Chorzów (trener Waldemar Fornalik) z maltańskim FC Valetta w sezonie 2010/2011 Ligi Europy. 1:1 na wyjeździe i 0:0 u siebie chluby nie przynosi, tym bardziej, że w bramce „niebieskich” dwoił się i troił Matko Perdijić. Można dyskutować, czy podobnym przypadkiem nie jest też dwumecz z Pucharu UEFA 2007/2008 między GKS-em Bełchatów Oresta Lenczyka a Ameri Tbilisi (2:0, 0:2 karne 4:2).

* * *

Tytułem podsumowania, na czoło wysuwają się następujące nazwiska: Władysław Jan Żmuda, Orest Lenczyk i Henryk Kasperczak (wszyscy po trzy kompromitacje) oraz Edward Lorens, Ryszard Wieczorek, Jan Urban, Maciej Skorża i Mariusz Rumak (po dwie wpadki). Jeśli chodzi o kluby, najczęściej nasz kraj zawstydzała Wisła Kraków (aż sześć razy), tuż przed Legią Warszawa (pięciokrotnie). Po cztery wtopy zaliczyli: GKS Katowice, Lech Poznań i ŁKS Łódź, przy czym ŁKS głównie w Pucharze Intertoto (jeśli nie liczyć porażki z Luksemburczykami ponad 50 lat temu). Trzy wpadki padły udziałem Zagłębia Lubin i Śląska Wrocław. Dwukrotnie kompromitowali się piłkarze Cracovii Kraków, Odry Wodzisław Śląski, Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze oraz Widzewa Łódź.

Z czymś się nie zgadzacie? Macie inne typy? A może ja przesadziłem? Piszcie. Lista będzie stale uzupełniana!

Gender, MOOC i armia

Dziś kilka luźnych przemyśleń i tak się składa, że na moje ulubione tematy: teoria ekonomii, edukacja ekonomiczna i polityka gospodarcza.

  1. Gdy w ostatnich miesiącach przez polskie media przetaczała się nachalna dyskusja o gender, nie potrafiłem znaleźć w tym dla siebie żadnego sensu. Bić się w piersi nie będę, bo poziom dyskursu był i pozostaje rynsztokowy. Niemniej, czytając kolejny rozdział książki Davida Orrella, „Economyths”, zatytułowany „The gendered economy”, przejrzałem na oczy. Mimo moich licznych zastrzeżeń co do pracy Orrella, o których być może będzie jeszcze okazja napisać, ten rozdział jest bardzo pożyteczny. Pokazuje w jaki sposób fakt, że przez dziesięciolecia na kształt nauk ekonomicznych wpływali głównie mężczyźni, przekłada się na charakterystyczne założenia kluczowych konstruktów: zamiłowanie do teorii podkreślających stabilność i równowagę systemu oraz logiczne działania aktorów życia gospodarczego (słynny koncept homo economicus).
    Cóż, krytyka tych teorii jest powszechnie znana i ze wszech miar słuszna. Dotychczas nie udaje się jednak zmienić mainstreamowych, akademickich paradygmatów. Skoro jednak nie da się tego zrobić za pomocą argumentów merytorycznych, być może pomocna okaże się polityczna poprawność?
  2. Prowadzona przeze mnie agencja hostess i modelek w ostatnim czasie poszukiwała dla jednego z naszych zagranicznych klientów kandydatek na stanowisko stewardessy dla prywatnych linii lotniczych. Warunki pracy – cieplarniane. Bardzo wysoka pensja i diety, przyjazne zasady pogodzenia pracy i życia prywatnego. W związku z tak atrakcyjnymi warunkami, wymagania też były adekwatne. Niemniej jednak, wszystkie opisaliśmy bardzo szczegółowo, aby nie musieć zmagać się z zalewem aplikacji. Tym bardziej, że przez pewien okres ogłoszenie wisiało na największych polskich portalach dla poszukujących pracy.
    Jak sądzicie, jaki był efekt? Otrzymaliśmy setki zgłoszeń. 90 procent aplikacji była poniżej wszelkiej krytyki. Olbrzymia część z nich nie spełniała nawet wymogów formalnych! Otrzymywaliśmy CV w języku polskim (mimo, że wymagany był angielski), albo bez zdjęć (mimo że fotografie były bezwzględnie obowiązkowe). Jaki z tego wniosek? Od dłuższego czasu staram się lobbować za zwiększeniem roli edukacji finansowej i ekonomicznej w szkołach. Myślę, że kluczowe w tym procesie jest także włączenie do programu zasad poszukiwania pracy. Oczywiście, w pierwszej kolejności zależy nam na kształceniu przedsiębiorców, ale nie wszyscy nimi zostaną – część powinna nabyć umiejętność starania się o pracę w sposób elegancki i profesjonalny. To, czego doświadczyłem, przeglądając aplikacje potencjalnych stewardess jest dramatem, którego nie chcę przeżywać po raz kolejny. Zacząłem rozumieć, przez co muszą przechodzić specjaliści od rekrutacji w dużych firmach.
  3. Pozostajemy w temacie edukacji ekonomicznej. Kilka tygodni temu zaangażowałem się w prace Khan Academy po polsku, pracując jako konsultant merytoryczny przy tłumaczeniach anglojęzycznych pierwowzorów. Pierwsza transza filmów z kursu makroekonomii znajduje się tutaj. Rozważam także zaangażowanie w Global Translator Community działającym przy Coursera (projekt typu MOOC prowadzony przez profesorów ze Stanford University). W mojej opinii wszelki wolontariat, który przyczynia się do popularyzacji wiedzy, sprawiając, że trafia ona „pod strzechy”, jest godny zainteresowania. Zachęcam wszystkich do angażowania się w podobne inicjatywy, bo zwiększanie poziomu edukacji w naszym społeczeństwie leży w interesie nas wszystkich. Przynajmniej dopóty, dopóki żyjemy w ustroju demokratycznym i decyzje wszystkich obywateli mają wpływ na nasze życie.
    Co do wspomnianego kursu makroekonomii, mam mimo wszystko ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jest to z pewnością pożyteczny program, który wprowadzi wszystkich zainteresowanych w reguły rządzące gospodarką. Niemniej jednak, nie jest to kurs (przynajmniej na obecnym etapie, nie znam jeszcze tematyki kolejnych odcinków), który byłby w stanie wyrobić w słuchaczach nawyk samodzielnego myślenia i rozpatrywania problemów ekonomicznych. W sytuacji, w której obserwujemy totalną apatię i zagubienie społeczeństwa w sprawach gospodarczych (przykłady: brak jakiejkolwiek obywatelskiej aktywności w obronie tzw. II filaru systemu emerytalnego, zezwolenie na omnipotencję związków zawodowych, m.in. w zakresie ustalania płacy minimalnej, przyzwolenie a nawet poklask dla roszczeniowych postaw niektórych grup społecznych względem państwa), na czoło wysuwa się przede wszystkim potrzeba ukształtowania w ludziach umiejętności wartościowania realnych, życiowych problemów gospodarczych.
  4. Jeszcze w ubiegłym roku zapadła decyzja o zaakceptowaniu wieloletniego programu modernizacji polskich sił zbrojnych, opiewającego na kwotę prawie 100 mld zł. Decyzja ta spotkała się z różnymi komentarzami. Po zaognieniu sytuacji na Ukrainie, poparcie dla planu modernizacji nieco wzrosło, ale wciąż nie są to opinie powszechne. Krytyce podlega także stała każdego roku kwota, wynosząca aktualnie 1,95 proc. PKB, którą rząd ma prawo przeznaczać na potrzeby armii. Skrócę swoje rozważania do minimum. Tylko anarchiści odrzucają zaangażowanie państwa w przemysł obronny – akceptują go nawet libertarianie. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden element tej decyzji, który chyba trochę umyka w debacie publicznej. Jeśli mówi się ostatnio o obronności, to głównie w kontekście kryzysu ukraińskiego i możliwej agresji ze strony imperializmu rosyjskiego. Tymczasem ważna jest zapowiedź premiera, że program modernizacyjny stanie się okazją do rozwinięcia polskiego przemysłu zbrojeniowego. Premier powiedział: „zarówno decyzja o konsolidacji (…) i powstaniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, i wcześniejsze decyzje o inwestycjach: i finansowych, i technologicznych w polską zbrojeniówkę, to dopiero początek tego wielkiego planu, jakim jest maksymalna polonizacja przemysłu zbrojeniowego”. W tym kontekście nie sposób nie zwrócić uwagi, że armia była zawsze nośnikiem innowacji, a więc tego, na niedobór czego strasznie cierpimy. Było tak zarówno w dawnych wiekach (zob. Parker, 1996), jak i obecnie (zob.: Nincic & Cusack, 1979; Mowery & Rosenberg, 1998 dla Stanów Zjednoczonych). Patrzymy zatem na problem bardzo wąsko (dziecinna dychotomia: czołgi vs. żłobki i przedszkola, zupełnie jak w przypadku igrzysk w Krakowie), nie dostrzegając pozytywnych efektów zewnętrznych tej decyzji. Interwencjonizm państwowy jest do zaakceptowania tylko w zbrojeniówce – to jest coś, co rząd może zrobić, by dać pozytywny impuls do rozwoju innowacji w całej gospodarce.

Czy skrajny konserwatyzm i wolność gospodarcza muszą iść w parze?

Tym razem z braku czasu na pisanie notki postuję video. W kontekście sytuacji, jaka miała miejsce na wczorajszej konferencji Free Market Road Show, zastanawiam się, dlaczego partie polityczne, którym bliskie są ideały wolności gospodarczej, są częściej prawicowe niż lewicowe. Przepraszam za słabą jakość nagrania, ale nie dysponuję dobrą kamerką internetową.

Więcej informacji o konferencji Free Market Road Show znajdziecie tutaj: freemarket-rs.com/tour.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=6eIJRT9xczM]