Oto 40 milionów powodów, dla których powinniśmy ubiegać się o igrzyska w Krakowie

Dziwna moda zapanowała ostatnio w internetach. Wszyscy od prawa do lewa zawzięcie krytykują pomysł organizacji w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Hejt porównywalny z nienawiścią do mamy Madzi, pijanych kierowców i sześciolatków w szkołach. Co ciekawe, te głosy to nie kolejny towar eksportowy klanu Gąsieniców z Gubałówki, ani następny po kampanii antygenderowej pomysł Episkopatu. Antyigrzyskowość jest na topie, jest hipsterska, klawa i dobrze się sprzedaje. Zbiorowej demencji dały się ponieść w zasadzie wszystkie grupy społeczne, w tym spora część normalsów. Tylko patrzeć, a ruszy produkcja koszulek, breloczków i… rezystorów (?) z hasłem „nie dla igrzysk”.

Nie zamierzam trwonić słów nad polemiką ze zdaniem babć z ulicy, które czasami wypowiadają się do kamery o zgubnych konsekwencjach wielkopańskich igrzysk. W sprawie mierzi bowiem szczególnie lenistwo intelektualne publicystów. Zamiast zainwestować czas w rozpoznanie tematu, co przynajmniej dla zatrudnionych w mediach opiniotwórczych powinno być dobrą praktyką, większość z nich decyduje się na ślepe schlebianie powszechnej nagonce i marazmowi. W Poranku Radia TOK FM 25 marca br. Renata Kim, Eliza Olczyk i Andrzej Talaga zgodnie opowiedzieli się przeciw pomysłowi organizacji igrzysk w Krakowie. Była to kropla, która przelała czarę goryczy i ostatecznie skłoniła mnie do poświęcenia czasu na napisanie tego tekstu. Szczególnie Renata Kim niesamowicie się zaperzyła. „Wszyscy eksperci, którzy podliczali, ile kosztuje taka impreza, mówią, że koszty zawsze przewyższają zyski [prawdopodobnie red. Kim chodziło o przychody – M.S.]” – perorowała. W dalszej części wypowiedzi szpetnie wyraziła się o politykach obiecujących zyski – kłamcy. Niestety, muszę z pełną świadomością powiedzieć, że to red. Kim jest kłamcą (kłamczynią?). Dziennikarka – gotowa bez mrugnięcia okiem kląć się na wszystkie możliwe autorytety – z całą pewnością nie zapoznała się samodzielnie z ani jednym opracowaniem naukowym czy raportem, a już na pewno nie z takimi artykułami jak te znalezione na szybko przeze mnie:

  • Leopkeya, B., Parenta, M.M. (2012) Olympic Games Legacy: From General Benefits to Sustainable Long-Term Legacy, The International Journal of the History of Sport 29(6), 924-943.
  • Levy, B., Berger, P.D. (2013) On the Financial Advantage of Hosting the Olympics, International Journal of Humanities and Social Science 3(1), 11-20.
  • Rose, A.K., Spiegel, M.M. (2011) The Olympic Effect, Economic Journal 121(553), 652-677.

Nie sięgnęła też po żadne bryki w stylu przeglądu literatury M. Malfasa, E. Theodorakiego i B. Houlihana – Impacts of the Olympic Games as mega-events lub E. Kasimati – Economic aspects and the Summer Olympics: a review of related research. Nie przeszkadzało jej to jednak w sięganiu (mniej więcej w co drugim słowie) po bardzo brzydkie wyrazy: „ściema”, „bajanie”, „bzdura”, „nonsens”. Co tam, ciemny lud to kupi. Przecież brakuje kasy na żłobki.

Rzeczywiście, duża część naukowców słusznie zwraca uwagę, że raporty ex ante mają tendencję do wyolbrzymiania przyszłych korzyści związanych z organizacją wielkiej imprezy. Jest to działanie obliczone na uzyskanie akceptacji politycznej dla dużego projektu i obserwujemy ten proceder również w Polsce. Niemniej, nieprawdą jest stwierdzenie, że korzyści per saldo nie występują. Szczególnie w Polsce z większą pokorą powinniśmy podchodzić do ferowania lekkomyślnych wyroków niepochlebnych dla igrzysk. To my jesteśmy wszak państwem, które dzięki Euro 2012 jako jedyne w Europie uniknęło recesji i to pomimo beznadziejnej polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd. Gdyby nie inwestycje realizowane na potrzeby Mistrzostw Europy w piłce nożnej, dołączylibyśmy niechybnie do grona maruderów. Mówimy o wydarzeniach sprzed niespełna dwóch lat. Zbiorowa skleroza?

Swoistym geniuszem błysnął też red. Talaga: „to zawsze jest potworny lobbing firm, na przykład budowlanych. Bo takie firmy zarabiają na budowie obiektów.” Redaktor ma rację. Działać trzeba tak, żeby nikt przypadkiem nie zarobił. Równanie w dół tudzież pielęgnacja status quo jest kwintesencją nowoczesnej polityki gospodarczej. Szybkie googlowanie pokazało, że potwór lobbingu jest podobny do latającego potwora spaghetti i wygląda mniej więcej tak:

Potwor

Źródło obrazu: fronda.pl

Powtórzmy też raz jeszcze, powtarzaną do znudzenia prawdę, że wydatki związane stricte z organizacją igrzysk są relatywnie niewielkie i ograniczają się do kilku (w przypadku imprezy typu Euro 2012) do kilkunastu (w przypadku zimowych igrzysk) miliardów złotych. W odniesieniu do niedawnego Euro 2012 były to koszty budowy czterech stadionów oraz wydatki związane z zabezpieczeniem imprezy. Cała reszta, którą publicyści chętnie doliczają do rachunku imprezy, to inwestycje, które tak czy inaczej by powstały. Dzięki ich wymuszonemu przyspieszeniu, mogliśmy cieszyć się prędzej z efektów. Podobnie jest w przypadku zimowych igrzysk olimpijskich. Nakłady na infrastrukturę sportową osiągną zapewne kwotę trochę wyższą niż przy okazji Euro 2012. Co prawda wystarczy jeden stadion (organizatorzy planują ceremonię otwarcia na istniejącym stadionie Wisły, ale mnie wydaje się to nierealne), ale do wybudowania pozostaje kilka innych obiektów, między innymi okryty ponurą sławą tor saneczkowo-bobslejowy, który – i to akurat święta prawda – nigdy się nikomu nie zwrócił. To nieśmiertelny argument przeciwników igrzysk, którzy będą go powtarzać do końca świata. Ale niestety – tak samo jak nie można nauczyć się pływać, nie zachłystując się raz czy dwa wodą z chlorem, nieznany jest przypadek organizacji igrzysk bez utopienia części funduszy w lodowej rynnie.

Według obecnej wiedzy igrzyska mają kosztować 17 mld zł, z czego jakieś 8 mld to infrastruktura. Pozostaje 9 mld na obiekty sportowe, przy czym organizatorzy przekonują, że część i tak by powstała (znając życie – nie wierzę, ale taka jest oficjalna wersja). Warto pamiętać również, że część inwestycji weźmie na siebie Słowacja, gdzie odbędą się co najmniej konkurencje alpejskie. Ponadto, jest pewne, że krakowskie igrzyska odbędą się pod hasłem oszczędności. Nie ma mowy o dorównaniu poziomem wydatków krajom, które z pieniędzmi się nie liczą (vide Pekin 2008, Soczi 2014). Taki przekaz marketingowy ma szansę okazać się wręcz atrakcyjny, dając szansę na nawiązanie do pierwotnej idei igrzysk. W aurze kryzysu hasło oszczędnej imprezy może stać się nośne.

Swoje trzy grosze do dyskusji dorzucił red. Antoni Bohdanowicz z natemat.pl w artykule „Oto pięć powodów, dlaczego nie powinniśmy ubiegać się o Igrzyska w Krakowie. Powiedzmy temu pomysłowi stop!”.

Red. Bohdanowicz najpierw testuje też wiedzę czytelników, pytając w jakim mieście odbyły się igrzyska w 1994 roku. Lillehammer, to oczywiste. Zakończyły się raczej finansową klapą i do dziś Lillehammer nie jest szczególnie rozpoznawalnym kurortem zimowym. Wszystko prawda. Ale my nie organizujemy igrzysk w Trzebini albo Skawinie (populacja tych miast odpowiada mniej więcej Lillehammer), tylko w Krakowie i Zakopanem, które już teraz mają nie najgorszą rozpoznawalność wśród turystów i – co najważniejsze – potencjał wzrostu. Trudno powiedzieć, na co dwie dekady temu liczyli organizatorzy igrzysk w Norwegii, ale z pewnością po latach poszli po rozum do głowy – w wyścigu o igrzyska w 2022 roku wystawili do boju Oslo, które będzie najgroźniejszym konkurentem historycznej stolicy Polski.

Zdanie „jaki jest sens promowania imprezy, o której nie wiadomo nawet, czy się odbędzie” (red. Bohdanowicz pije do wydatków ponoszonych już teraz na promocję, spoty reklamowe itp.) zdradza kompletną nieznajomość tematu. Rozumiem, że krytykancki rozmach i werwa autora pozwala mu myśleć, że igrzyska to projekt na tyle banalny, że mógłby go rozpisać samemu, pierdząc w tym czasie w fotel i oglądając telenowelę, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Na szczęście MKOl wymaga już na tym etapie kompleksowej dokumentacji, m.in. jasno sformułowanej tzw. strategii  dziedzictwa (ang. legacy strategy), w której aplikant formułuje wizję związaną z post-olimpijskim rozwojem miasta w zakresie: turystyki, obiektów sportowych, rozwoju społeczno-gospodarczego itp. Najwyraźniej, w dobie Internetu są jednak tematy, na które każdy musi się wypowiedzieć, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek mądrego do wygenerowania. Ot, modnie jest zaistnieć. Dziś red. Bohdanowicz zagra autorytet w dziedzinie organizacji igrzysk, jutro będzie pisał o żywności genetycznie modyfikowanej, a pojutrze o umowach śmieciowych. „Znajomi mówią, że potrafię coś powiedzieć na każdy temat, więc chyba pasuję do natemat.pl” – głosi opis na profilu blogera i jest wyjątkowo trafny.

Pomysł organizacji referendum, proponowany przez red. Bohdanowicza, jest niewydarzony, gdyż głosowanie nie przyciągnęłoby do urn wymaganych 50 proc. obywateli. Wszyscy to wiemy, ale wszyscy dajemy się od czasu do czasu złapać w sieć magicznego myślenia o dobrodziejstwie referendów. Może przy nakładach promocyjnych równych tym, które wydaje się obecnie na kandydaturę Krakowa (albo chociaż tym, które wydano na promocję referendum akcesyjnego w 2003 roku – tam 50-proc. próg został ledwo-ledwo pobity), miałoby to sens. Ale wówczas z pomocą przychodzi żelazna logika dana nam do ręki przez samego blogera: jaki jest sens finansowania referendum, o którym nie wiadomo nawet czy będzie wiążące? Nie oszukujmy się, polskie społeczeństwo nie dorosło do posługiwania się tym instrumentem demokracji bezpośredniej i szybko się to nie zmieni. Standard wybranych do parlamentu polityków najlepiej świadczy również o raczej marnej jakości decyzji podejmowanych przez ogół obywateli.

Rozczulające jest zakończenie artykułu:

„Nikt na tym nie zyska, poza gronem firm, które wygrają przetargi/zlecenia m.in. na projektach oraz budowie obiektów czy dróg (choć te drugie i bez imprezy powinny powstać)”

Nikt, rzeczywiście. Pan Bohdanowicz zapewne na kursy ekonomiczne uczęszczał do red. Talagi. Mam nadzieję, że egzamin poprawkowy będzie miał miejsce już w jakimś zakładzie zamkniętym. Najpierw jednak trzeba będzie repety z podstaw matematyki, bo z warsztatem arytmetycznym też u blogera nie najlepiej.

A teraz moje autorskie zdanie, które wyrażę krótko, choć nieco manifestowo:

Dzięki igrzyskom, polską przywarę – jaką jest nieuleczalna skłonność do improwizacji – możemy zaprząc do realizacji kolejnych celów cywilizacyjnych. Jesteśmy na co dzień dość miernym narodem, któremu opornie idzie zwykła, rutynowa praca w warunkach „bez batu nad głową”. Jesteśmy jednak również skorzy do mobilizacji w chwilach dziejowych i przełomowych. Odpowiadając red. Bohdanowiczowi w konwencji tytułu jego tekstu – jest 40 milionów powodów do organizacji igrzysk w Krakowie. Są to: nasza polska próżność, zdolność do pracy pod presją czasu, pragnienie sukcesu oraz uznania – coś, co chcąc nie chcąc każdy z nas ma w jakimś stopniu w genach. Praktyka uczy także, że dobre projekty zawsze ogniskują w sobie ponadnormatywną dozę krytyki. Bezrefleksyjna nienawiść do igrzysk, tym bardziej ze strony laików posługujących się bardzo wątłymi i sztampowymi argumentami, powinna nadać projektowi rozpędu, a organizatorom animuszu do dalszej pracy. Będzie on potrzebny. Bo zanim odnajdziemy w naszych wadach to co najlepsze i skanalizujemy swoją energię na konstruktywną pracę, będziemy musieli wszyscy zwalczyć naszą największą bolączkę – krytykanctwo.

Dyskretny triumf terrorystów

Trudno jest wyrażać swoją ogólną opinię na temat jakiejś branży. Nie sposób na przykład powiedzieć, że cała branża odzieżowa jest do bani. Ostatnimi czasy do bani jest Reserved, choć moim zdaniem płacenie podatków na Cyprze i tak zasługuje na większą pobłażliwość niż outsourcing produkcji ubrań do krajów Trzeciego Świata (niestety LPP robi jedno i drugie). Trudno też wieszać psy na branży detergentów do zmywania naczyń. Są lepsze i gorsze, ale wszyscy zgodzą się, że sama branża jest potrzebna. Co poniektórzy ekstremiści mogliby oczywiście uznać, że pewne gałęzie gospodarki są z gruntu złe, niepotrzebne i w ogóle genderowo-masońskie. Amisze mogliby to powiedzieć o motoryzacji, brunatni prawacy o tabletkach antykoncepcyjnych, a pacyfiści o zbrojeniówce. Jednak w naszym życiowym łańcuchu wartości każda branża odgrywa określoną rolę (wysilałem się mocno by uniknąć banału, nie udało się).

Nie inaczej jest z pasażerskim lotnictwem cywilnym, któremu chciałbym poświęcić tę krótką notkę, bo mam o nim wyjątkowo ambiwalentne zdanie. A to z powodu coraz bardziej natrętnej, coraz niezmienniej niezmiennej i coraz wyraźniej skazanej na porażkę polityce walki z terroryzmem na lotniskach. 42 lata zajęło Stanom Zjednoczonym (na razie symboliczne) zakończenie fatalnej w skutkach wojny z narkotykami po tym jak ferment w tej sprawie zasiał dwa i pół roku temu ONZ. Czy równie długo poczekamy na zakończenie równie głupiej, a rozpętanej na dobre po zamachach na World Trade Center, wojny z „samolotowym” terroryzmem? Wygląda bowiem na to, że terroryści osiągają swój cel – paraliżują życie milionów normalnych ludzi, których jestestwo i bagażstwo przeżuwane jest każdego dnia przez służby ochrony portu, konsekwencje czego są nieobliczalne i niepoliczalne: od niemowlęcia spadającego „na główkę” z blatu kontroli bagażowej (jego pozbawiony podzielności uwagi ojciec zajęty był akurat obowiązkowym zdejmowaniem płaszcza) do urazy majestatu kardynała. No dobra, to drugie to tylko żart. Tak czy inaczej, liczne prowokacje dziennikarskie wykazały, że jeśli ktoś bardzo chce, to i tak przemyci na pokład scyzoryk. Wygląda na to, że terroryści po mistrzowsku opanowali zasadę głoszoną przez Bruce’a Lee w „Wejściu smoka” – tzw. sztukę walki bez walki. Na razie jest 1:0 dla nich i to bez użycia ani jednej bomby, bez poświęcenia ani jednego samobójcy-męczennika.

Poza lotniskowymi masochistami i ekshibicjonistami, nikt nie lubi kontroli osobistej. Dotychczas najbardziej upokarzające było – w mojej ocenie – zdejmowanie paska. Moje nierozerwalne skojarzenie wiodło mnie w progi hitlerowskiego Trybunału Ludowego. Zawsze gdy muszę zdejmować pasek zastanawiam się co czuł Stauffenberg w 1944 roku w oczekiwaniu na swój wyrok śmierci. Teraz niepokoi mnie, że coraz częściej pojawia się też tyleż kłopotliwa (szczególnie zimą), co zupełnie niedorzeczna prośba o zdjęcie butów.

To jednak tylko igraszki. Pierwsza zasadnicza nieprzyjemność spotkała mnie kilka lat temu na lotnisku w Łodzi. Tak… Jest takie lotnisko. W czasie remontu generalnego na Okęciu, wiele rejsów przejęło lotnisko im. Władysława Reymonta, zupełnie chyba nieprzygotowane do wzięcia tego zadania na swoje barki. Zostałem wówczas zgromiony jak [każdy może użyć w tym miejscu swojego ulubionego sformułowania] za to, że przed kontrolą osobistą nie opróżniłem kieszeni w spodniach. A konkretnie – w tylnej kieszeni pozostała paczka chusteczek. Trzeba było zobaczyć tę rozpaloną fizjonomię strażnika. Rozpierała go duma. Był w awangardzie walki z terroryzmem. Mówią, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Nie zgadzam się z tym. Groteska i faszyzm grają w zupełnie innej lidze.

W grudniu podobna przygoda spotkała mnie na lotnisku we Wrocławiu. Mój bagaż został „wylosowany” do szczegółowej kontroli, choć jak się okazało nie bez przyczyny. „Strasznie dużo ma pan elektroniki” – zajęczał sprawdzacz bagażu. „Kable to elektronika? Resztę wyłożyłem” – ripostowałem. „No nie, ale… o, komórkę pan ma. Jedną można mieć, ale pan ma trzy”. „No tak się złożyło”. „O, i piersiówkę pan ma”. Rzeczywiście, zapomniałem wyjąć i została po poprzednim wyjeździe. Ale pusta. Zresztą nawet gdyby była pełna, objętość jej zawartości mieściłaby się w przepisach. Antyterrorysta z pedanterią dobrego krawca dokonywał oględzin mojej „elektroniki”, szczególnie interesując się nietypową ładowarką do aparatu fotograficznego i zapasowym kompletem baterii. Dłużyło się to wszystko niemiłosiernie. W końcu dostałem pozwolenie na ponowne spakowanie rozbabranego bagażu. Kąśliwie zapytałem, czy jestem czysty i czy pan sprawdzacz na pewno nie znalazł żadnych nożyczek do paznokci. Po zastanowieniu odpowiedział, że za nożyczkami akurat się nie rozglądał. Mnie oniemiałemu zabrakło trzeźwości myślenia by dopytać, czego w takim razie szukał.

Image from LATimes.com
Image from LATimes.com

Nie kontestuję przepisów antyterrorystycznych w całości. To oczywiste, że loty szczególnego ryzyka muszą być poddane ściślejszej kontroli. Rozumiem, że na lotnisku w Tel Awiwie trzeba się pojawić nie dwie, a trzy godziny przed planowanym odlotem, a będąc w Rosji też czułbym się bezpiecznie wiedząc, że osoba na ławce obok mnie to po prostu ładna czerkieska, a nie terrorystka z Dagestanu. Ale żeby podobnemu rygorowi były poddawane loty w strefie Schengen, albo nawet rejsy wewnątrzkrajowe? Chamstwo w państwie!

Daleko mi też do stwierdzenia, że cały przemysł lotniczy jest przez to nieprzyszłościowy. Póki co na trasach długodystansowych transport powietrzny jest monopolistą i – dajmy na to – jeśli ktoś potrzebuje przemieścić się z Hagi do Hobart albo z Kapsztatu do New Delhi, nie ma zbyt wielu opcji do wyboru. Czy istnieje zatem ryzyko, że pasażerowie odwrócą się od tej formy komunikacji? Póki co nie, ale już niejeden ustabilizowany biznes padł ofiarą niespodziewanej innowacji, „czarnego łabędzia”. A może rozwiązanie jest prostsze niż nam się wydaje? Nie znam przepisów lotniczych i regulacje, które tutaj na dużym poziomie ogólności krytykuję zasadniczo są mi dość obce jeśli chodzi o szczegóły. Na chłopski rozum, wystarczyłoby stworzenie sieci alternatywnych lotnisk, które obsługiwałyby linie lotnicze „wyznające” mniej rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że wówczas Unia Europejska byłaby forpocztą skłonną do wydania dyrektywy w sprawie całkowitego zakazu obsługi takich maszyn w jakimkolwiek kraju członkowskim.

Nadgorliwość w kontroli bagażu prowadzi do gorszących scen na lotniskach, szczególnie tych, w których liczba obsługiwanych pasażerów przerasta możliwości infrastruktury. Kilometrowe kolejki sprawiają, że na lot rzeczywiście trzeba czasem przyjechać bardzo wcześnie. Po wprowadzeniu kolei wysokich prędkości w Polsce, może się zatem okazać, że krajowe rejsy staną się zupełnie nieatrakcyjne, bo nie pozwolą nawet na oszczędność czasu, nie mówiąc o pieniądzach. Loty międzynarodowe na razie pozostają raczej niezagrożone. Jako klienci musimy swoje w kolejce odstać. Ale gdy to się zmieni, chciałbym być wówczas jak ten człowiek, po prostu pierwszy

Kaukaski tygiel – część trzecia: Górski Karabach

Nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami z ostatniego przystanku naszej zeszłorocznej podróży po republikach Kaukazu Południowego, czyli z Górskiego Karabachu. Dla mnie, po Naddniestrzu, był to już drugi pobyt w państwie nieuznawanym przez większą część społeczności międzynarodowej (jak to nazywam – „kraj, którego nie ma”).

Wjazd do samozwańczej republiki, nieuznawanej oficjalnie nawet przez samą Armenię (choć tylko z terytorium tego kraju można się tam dostać) wymaga posiadania wizy. Wydaje ją konsulat Reprezentacji (nie ambasady!) Górskiego Karabachu w Armenii. Należy mieć na uwadze, że jakiekolwiek ślady w paszporcie świadczące o pobycie w Karabachu uniemożliwiają późniejszy wjazd do Azerbejdżanu. Podobno nie ma jednak problemu z poproszeniem służb konsularnych o wbicie pieczątki na osobnej kartce. Nie testowaliśmy tego podejścia, bo i tak oboje z Emilią mieliśmy w planach rychłą wymianę paszportu na nowy. Formularz wizowy wygląda tak:

Formularz wizowy do Górskiego Karabachu

I rachuneczek – 6000 dram za dwie osoby, czyli niecałe 50 zł:

Rachunek za wizę do Górskiego Karabachu

Wszystkie te ceregiele są oczywiście pokłosiem trwającej do 1994 roku wojny między Armenią i Azerbejdżanem o Górski Karabach. Obecna republika zajmuje terytorium większe od zamieszkanej przeważnie przez Ormian historycznej krainy. Konflikt ma oczywiście swoje źródło jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Tereny Karabachu od początku istnienia ZSRR wchodziły, ze względów politycznych i wbrew ich charakterowi etnicznemu, w skład Azerbejdżańskiej SRR. Po rozpadzie, Karabach, wówczas w ok. 75 proc. zamieszkany przez Ormian, w sposób naturalny przypadł Azerbejdżanowi. To nie spodobało się w Erywaniu i było zarzewiem konfliktu zbrojnego. W referendum przeprowadzonym przez lokalne władze, zdecydowaną większość uzyskała opcja niepodległościowa. Azerbejdżańskie wojska wkroczyły do Karabachu, ale w toku walk zostały wyparte przez partyzantkę i regularną armię ormiańską. W efekcie, praktycznie cała populacja azerbejdżańska została zmuszona do emigracji. Dziś, 140-tysięczny Karabach zamieszkują niemal wyłącznie Ormianie.

Pokłosiem wojny jest także znana (aż za dobrze!) polskim kibicom drużyna Qarabağ Ağdam FK, grająca w lidze azerbejdżańskiej, dla której Ağdam jest tylko tytularną siedzibą. Miasto, a właściwie jego ruiny, znajdują się dziś poza jurysdykcją Azerbejdżanu, na terenach okupowanych przez Armenię. O tym jak zespół rodem z Karabachu radził sobie z polskimi zespołami (w tym z „moim” Piastem) można się przekonać na załączonych materiałach:

Podróż z Erywania do Stepanakertu (azerbejdżańska nazwa to Xankəndi) trwa, w zależności od temperamentu kierowcy, od 5 do 6 godzin. Zanim woditiel wyruszył ze stolicy Armenii, różni handlarze próbowali – wchodząc jeden za drugim do marszrutki – sprzedać pasażerom najprzeróżniejsze przedmioty. Czego nie było w ich bazarowym arsenale! Zestaw noży, śrubokrętów, szmaciana lalka, zimne napoje, a nawet sporej wielkości obrazek z Matką Boską w trójwymiarze!

W momencie, w którym marszrutka z Erywania zaparkowała na dworcu autobusowym w Stepanakercie, obskoczyła nas grupa naganiaczy. Wynajmowałem już pokoje w taki sposób i szczerze mówiąc w tym przypadku nawet liczyłem na tych naganiaczy, bo to najszybsza opcja znalezienia kwatery, a czasu nie mieliśmy dużo. Jeden z nich był szczególnie przekonujący i widząc w mojej ręce polski przewodnik, pochwalił się, że znajduje się w nim rekomendacja dla jego „usług noclegowych”. Rzeczywiście, autorzy polecali jedną z kwater w Stepanakercie, człowiek brzmiał więc rozsądnie. Zdecydowaliśmy się.

Przy głównej ulicy Stepanakertu
Pranie wywieszane na sznurach między blokami to jeden ze znaków rozpoznawczych miasta

Po krótkiej rozmowie okazało się, że właściciel klitki (pokój był dość podły, ale nie nastawialiśmy się na nic innego) znał Polskę całkiem dobrze. Jak wielu Ormian i innych mieszkańców byłego Związku Radzieckiego, także i on odbył w słusznie minionej epoce służbę wojskową w Polsce. Nawet obnażył się częściowo przed nami, zdejmując koszulę i odsłaniając tatuaż, który zrobił sobie we Wrocławiu. W czasie naszych przygód w Stepanakercie spotkaliśmy także innego taksówkarza (ludzie w tym kraju są albo żołnierzami albo taksówkarzami, trudno o inne zajęcie), który całkiem nieźle mówił po polsku, mimo że od jego służby wojskowej w okolicach Szczecina minęło sporo czasu. W każdym razie, gdyby ktoś potrzebował taksy w Stepanakercie, dzwońcie do Waldka: +374 (0?) 97 250 159.

W samym 50-tysięcznym Stepanakercie nie ma w zasadzie nic ciekawego. Ze względu na dogodne połączenia z resztą kraju, można potraktować stolicę jako dobrą bazę wypadową.

Mieliśmy mało czasu, więc zaplanowaliśmy tylko odwiedziny w Ağdamie i Szuszy. Przewodniki polecają jeszcze obejrzenie co najmniej monasterów w Gandzasarze, Dadiwanku i Amaras. Pewnie skorzystalibyśmy z jednej z tych propozycji, gdyby nasz pobyt tam trwał chociaż dobę dłużej. A przypomnę, że „na czysto” spędziliśmy w Karabachu tylko niecałe 24 godziny.

Człowiek, od którego wynajęliśmy pokój (nie pamiętam jego imienia, ale nazwijmy go dla wygody Vlad), gdy tylko usłyszał o naszych planach na popołudnie, zaoferował również swoje usługi taksówkarskie. Widząc jego auto można było trochę się skrzywić, ale umówiliśmy się, że ma przyjechać po nas za pół godziny. W międzyczasie postanowiliśmy spożyć jakąś namiastkę obiadu i w tym celu udaliśmy się do położonego vis-à-vis sklepu osiedlowego. Wtedy po raz pierwszy mogliśmy się przekonać, że podejście mieszkańców Karabachu do wszelkiej maści standardów jest dosyć luźne. Po przyniesieniu do domu zakupionych jogurtów okazało się, że są dość poważnie przeterminowane. Wróciłem do ekspedientki z prośbą o wymianę. Jej zdziwienie było rozczulające. Nieswieżi? – zapytała. Ostatecznie zgodziła się je wymienić, ale wyraz zdziwienia nie zniknął ani na chwilę z jej twarzy.

Nasz kwatermistrz-taksiarz zajechał elegancką czarną wołgą (sic!). I się zaczęło. Zdziwiło mnie, że przed Ağdamem skręcił w – jak mi się wydawało – niewłaściwą odnogę drogi. Wjechaliśmy na lekkie wzniesienie, po czym facet zaczął –gestykulując – roztaczać przed nami widok tego wspaniałego miejsca. Tego było za wiele. Na tyle, na ile pozwalała mi znajomość rosyjskiego, nakrzyczałem na niego, każąc mu natychmiast wieść nas do ruin miasta, a nie na opłotki, z których tylko „dobrze widać”. Wtedy wpadł w histerię. Zaczął krzyczeć, że są tam żołnierze, miny, a jednemu turyście urwało nawet nogę. W ogóle wykluczał jakiekolwiek ustępstwo. Oznajmiłem mu, że nie na to się umawialiśmy i nakazałem natychmiastowy powrót do Stepanakertu. Owszem, teoretycznie wjazd do ruin miasta jest zabroniony (część może nadal być zaminowana), ale w praktyce ogarniętym miejscowym pogwałcenie tego przepisu nie powinno nastręczać żadnych trudności.

W stolicy udaliśmy się do hotelu Armenia (najbardziej luksusowy hotel w kraju) i skorzystaliśmy z pośrednictwa recepcji (oczywiście niemówiącej po angielsku) przy zamówieniu kolejnej taksówki. Zanim wsiadłem, upewniłem się trzykrotnie, że taksówkarz zrozumiał, o co mi chodzi i gdzie chcemy dojechać. Przez całe to zamieszanie z nieuczciwym „taksówkarzem” straciliśmy już z godzinę, no i trochę dramów. Nowy kierowca okazał się odważniejszy i nie miał żadnego problemu z wjechaniem do ruin. Zaparkował samochód i dał nam godzinę na obchód.

Miasto jest rzeczywiście zupełnie niezamieszkane, ale zdarza się zobaczyć pastuchów pasących tam swoje krowy (kością niezgody pozostaje zresztą fakt, że Ormianie używają tutejszego meczetu jako stodoły). Nam zdarzyło się również natknąć się na dwa dość agresywne psy, ale obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Poza tym jest bezpiecznie, przy założeniu, że patrzymy pod nogi i uważamy by nie wpaść do studzienki (pokrywy zostały najprawdopodobniej rozkradzione). Żołnierze z pobliskiego posterunku byli bardzo przyjaźni. Sami zaprosili nas do wejścia na minaret, a później zaoferowali nawet, że zrobią nam zdjęcie. W zasadzie dopiero wchodząc na minaret ma się okazję w pełni doświadczyć ogromu zniszczenia jakie dokonało się w tym miejscu. Z perspektywy kilkudziesięciu metrów widać wyraźnie, że Ağdam, niegdyś liczący blisko 50 tysięcy mieszkańców, musiał być prężnym, tętniącym życiem ośrodkiem miejskim.

Widok z minaretu w Ağdamie
Widok z minaretu w Ağdamie
Ağdam, na tle zniszczeń wojennych
Zapadający zmierzch w Ağdamie

Do Szuszy dotarliśmy już po zmroku i nie udało się wykonać żadnych udanych zdjęć. Szkoda, bo położona w centrum miejscowości, zupełnie biała katedra Ghazanchetsots jest bardzo urokliwa (i niestety kompletnie nieoświetlona). Miasto jest bardzo małe, zaledwie czterotysięczne, choć w czasach świetności było jednym z większych na całym Kaukazie. W czasie działań wojennych o Szuszę toczono zacięte walki.

Po powrocie z Szuszy, postaraliśmy się o znalezienie dobrego lokalu na kolację. Skorzystaliśmy z rady TripAdvisor, który polecał restaurację Sphinx. Trudno jej nie zauważyć, bo przed wejściem stoi równie pokaźna co kiczowata figura sfinksa oraz kilka plastikowych drzew palmowych. Wewnątrz, wystrój jest w zasadzie niczego sobie. Zdziwił nas jednak brak klientów. Po naszym bardzo przykrym doświadczeniu z Sofii, nie wchodzimy do pustych knajp. Ale – pomyślałem – tutaj to pewnie naturalne. Sądzę, że bardzo niewiele osób w takim kraju jak Górski Karabach bywa w restauracjach. Poza tym, byliśmy już bardzo głodni. Niestety, trzeba było trzymać się swoich zasad, bo jak miało się okazać – nie było dane nam się najeść. Mięso, które dostaliśmy (lokalny specjał, khorovats) składało się niemal z samych kości. Czarę goryczy przelał fakt, że piwo, które zamówiliśmy okazało się przeterminowane. Co więcej, nie był to żaden niepasteryzowany przysmak, ale heineken, którego trudno doprowadzić do stanu przeterminowania nawet w domu pełnym abstynentów, a co dopiero w stołecznej restauracji. Zgłosiłem nasze uwagi kelnerce, ale jej angielszczyzna była bardzo mierna. Stwierdziłem, że za co jak za co, ale na pewno nie zapłacimy za przeterminowany browar. Zdziwiła się, że mi to przeszkadza i powiedziała, że teraz, gdy piwa są już otwarte, nie można nic zrobić. Powinienem zgłosić to wcześniej, przed otwarciem butelki. Szkoda tylko, że przychodząc do restauracji nie można zakładać z góry, że nie dostanie się zepsutego napoju. Nie chciałem robić afery, bo nie bardzo wiedziałem, czym mogą skończyć się takie przepychanki słowne w tym kraju, toteż zapłaciłem. Ostentacyjnie nie daliśmy jednak napiwku i kazaliśmy przynieść sobie resztę. Sprawiło to kelnerce pewien problem, bo nie miała drobnych i musiała przez jakieś 15 minut prosić o przysługę kucharki na zapleczu.

Nienasyceni, poszliśmy posiedzieć przy fontannie. Ta w Stepanakercie jest dużo mniejsza od tych w Erywaniu czy Batumi, ale… jest. Obowiązkowo. Po nacieszeniu oczu fontanną i skorzystaniu z hot spotu (tak, przy fontannie działa bezprzewodowy Internet!) udaliśmy się na spoczynek. A przynajmniej taką mieliśmy intencję… Okazało się jednak, że pod adresem zapisanym w naszym przewodniku nie ma kwatery naszego „przyjaciela” Vlada. Co więcej, adres taki w ogóle w Stepanakercie nie istnieje (ulica ma się dobrze, ale numer jest zbyt wysoki). Zachowaliśmy się dość lekkomyślnie, nie przypatrując się wczesnym popołudniem tabliczce adresowej przed wejściem do naszej kwatery, aby zweryfikować adres. W pośpiechu wybieraliśmy się do Ağdamu, a potem w złości rozstawaliśmy się w centrum miasta z naszym niewydarzonym taksówkarzem i tym samym wszystko wskazywało na to, że chwilowo staliśmy się bezdomni. Jeszcze jakiś czas poszwendaliśmy się po mieście w nadziei, że może trafimy na jakiś charakterystyczny punkt, który zapamiętaliśmy. Próbowaliśmy się również dodzwonić na numer podany w przewodniku, ale bezskutecznie. Odwlekając podjęcie zdecydowanych kroków, zajęliśmy się jeszcze zakupami. Ja potrzebowałem na gwałt trochę ubrań i szczoteczkę do zębów, bo w pokoju zostawiłem część zawartości plecaka. Wzięliśmy też wódkę z morwy, która jest w Karabachu suwenirem numer jeden. Popularnym towarem eksportowym są też inne owoce oraz orzechy włoskie. Coraz prężniejszy jest też naturalnie przemysł winiarski.

Fontanna – czyli klasyka Kaukazu

Trzeba było stawić zatem czoła niespodziewanemu problemowi: potrzebowaliśmy nowego miejsca na nocleg. Po przeanalizowaniu dostępnych opcji, zdecydowaliśmy się skorzystać z hotelu Nairi, położonego nieco poza centrum. Hotele w ścisłym sercu miasta okazały się bardzo drogie. Co ciekawe w karabaskim przemyśle hotelowym, nie jest przyjęte, że obsługa recepcji posługuje się językiem angielskim. W zasadzie w żadnym z hoteli, który odwiedziliśmy, nie byliśmy w stanie porozmawiać po angielsku. W hotelu Nairi dziwi to szczególnie, bo jego historia należy do ciekawych. Obiekt został założony w 1999 roku przez Agoba 'Jacka’ Abolakiana, ormiańskiego emigranta z Australii. Gdy pod koniec ubiegłego wieku odwiedził swoje rodzinne strony, z przerażeniem stwierdził, że nie ma gdzie spać. Zainwestował wówczas w adaptację budynku starej, nieczynnej szkoły na hotel. Żeby dobrze się w nim mieszkało innym Australo-Ormianom, kangurowo-kaktusowe motywy są wszechobecne na korytarzach. Trudno stwierdzić, czy biznes się kręci, bo w tym olbrzymim gmachu byliśmy chyba jedynymi gośćmi (ogólnie, w 2010 roku Górski Karabach odwiedziło 8 tysięcy turystów nie-Ormian i liczba ta z roku na rok rośnie). Mimo to, recepcjonista zaprowadził nas chyba do najodleglejszego pokoju, jaki miał do dyspozycji. Było w nim nieprzyjemnie i zimno, a klimatyzacja nie działała tak jak powinna. W Karabachu ma prawo być zimno nawet w lecie (my byliśmy tam w pierwszej połowie listopada), bo choć średnia wysokość ponad poziomem morza wynosi tu blisko 1100 metrów, to wiele regionów republiki położonych jest jeszcze wyżej. Rano czekaliśmy na śniadanie nieprzyzwoicie długo, mimo że umówiliśmy się z recepcjonistą na konkretną godziną. 20 minut po czasie do stołówki wparowała pani kucharka obładowana siatkami zakupów. Trzeba jednak przyznać, że śniadanie, które w końcu wyczarowała, było smaczne.

Kontrasty Stepanakertu

Największym koszmarem związanym z pobytem w Stepanakercie okazał się jednak… powrót stamtąd. Nie chodzi o to, że marszrutka przez dobre trzy godziny zbierała się do odjazdu (nie istnieją sztywne rozkłady), ani o to, że Stepanakert nie oferuje zbyt wielu atrakcji pozwalających na przyjemne zagospodarowanie owych trzech godzin. Rzecz w tym, że kierowca, z którym mieliśmy nieszczęście podróżować, okazał się prawdziwym szatanem i piratem drogowym. Nie jestem szczególnie bojaźliwy jeśli chodzi o tzw. „wschodni styl jazdy samochodem”, ale ten fafarafa przebił wszystko, co do tej pory znałem. Pędził po półce skalnej z zawrotną prędkością, ścinał zakręty, rwał i gwałtownie zmieniał prędkość jazdy, wyprzedzał w niebezpiecznych miejscach. Przed każdym wirażem zastanawiałem się, czy to tutaj dopełnimy żywota. Nie byłem nawet w stanie zająć się czytaniem, co z reguły jest moim głównym zajęciem w czasie podróży. Dwie współpasażerki wymiotowały na postojach. Wychodząc z marszrutki na dworcu w Erywaniu prawie ucałowaliśmy ziemię. Emilia podeszła do kierowcy i sklęła go po polsku prosto w oczy.

Pozytywem tej podróży był spotkany w trakcie jednego z przystanków ormiański żołnierz. Była to jedyna osoba, jaką spotkaliśmy na Kaukazie, która mówiła doskonałym angielskim. Mimo, że jest zdolnym studentem prawa, sprawiał wrażenie, jakby nie miał żadnego problemu z tym, że dwa lata swojego życia musi spędzić w mundurze. Tryskał humorem, ale może to dlatego, że właśnie cały oddział jechał na przepustkę. Na okoliczność spotkania obdarował nas cukierkami.

Cukierki od ormiańskiego poborowego

Tyle jeśli chodzi o Górski Karabach – ta relacja pieczętuje spóźniony o prawie rok tryptyk kaukaskich wpisów na blogu. Bardzo wątpię, żebym kiedykolwiek zawitał tam po raz kolejny, więc monastyry Gandzasar i Dadiwank zapewne pozostaną dla mnie nieodkryte…

Kaukaski tygiel – część druga: Armenia

Kolejna odsłona relacji z podróży po republikach Kaukazu Południowego dotyczyć będzie nieuchronnie Armenii. Pierwsze skojarzenia? Na pewno chaczkary, czyli krzyże z kamienia, których na terytorium Armenii są grube tysiące. Poza tym Ararat, góra, która co prawda leży na terytorium Turcji, ale – będąc doskonale widoczna z Erywania – służy za uniwersalny i wszechobecny symbol Armenii. Poza tym: średniowieczne monastyry, diaspora, koniak, owoce, górzyste tereny, pamięć o czystce etnicznej sprzed stu lat. Kilka miesięcy temu słyszałem w radiu wywiad z red. Karoliną Głowacką i red. Aleksandrą Dziadykiewicz, które wybrały się na wspólną podróż po Armenii i Górskim Karabachu. Byłem zdziwiony, jak wiele dzielimy wspólnych przeżyć i wniosków. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy w niedzielę, tłukąc się niemiłosiernie marszrutką z Tbilisi do Erywania (nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że czekają nas dużo bardziej „widowiskowe” kursy), więc od razu stwierdziliśmy, że dobrze będzie tego dnia odwiedzić Eczmiadzyn. Miasto, szumnie zwane ormiańskim Watykanem, znajduje się nieopodal Erywania. W stolicy ormiańskiego kościoła wałęsało się trochę osób, ale trudno mówić o tłoku.

Eczmiadzyn
Eczmiadzyn

Ciekawie wyglądające nagrobki nieopodal:

Eczmiadzyn

Jak wspominałem w poprzedniej notce o Gruzji, kościół ormiański jest najstarszym na świecie (czego oczywiście Gruzini nigdy nie przyznają), bo już w 301 r. ówczesny król Armenii Tirydates przyjął chrzest z rąk Grzegorza Oświeciciela. Niedługo potem, w 406 r. powstał ormiański alfabet, opracowany przez mnicha Mesropa Masztoca oraz przetłumaczono Biblię (na wiele lat przed tym, jak jej tłumaczenia na języki narodowe trafiły na watykański Index librorum prohibitorum).

Napełniwszy się wiedzą o duchowym dziedzictwie Ormian, w poniedziałek przystąpiliśmy do oględzin Erywania. Nie był to szczęśliwy pomysł. Wszystkie muzea były zamknięte, w tym szczególnie Muzeum Genocydu, upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez młodoturków w latach 1915-1917, na którym zależało mi najbardziej. Człowiek zawiedziony „wolnym poniedziałkiem” wygląda mniej więcej tak:

Erywań

Erywań jest trudnym miastem do nawigacji. Duże różnice poziomów i zawijaste ulice nie sprzyjają orientacji. Do chodzenia po mieście potrzebna jest znajomość lokalnej topografii albo dobra mapa, która wykaże, skąd dokąd można dojść pieszo, a gdzie potrzebna będzie taksówka. Po mieście można oczywiście poruszać się komunikacją publiczną, np. marszrutkami, ale w dzień roboczy jest w nich bardzo ciasno. W poniedziałek, poza poznawaniem miasta, mieliśmy też do wykonania ważną czynność administracyjną – mianowicie, wyrobienie wiz pozwalających na wjazd do Republiki Górskiego Karabachu. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy chcemy i czy uda nam się tam pojechać. Jak wiecie, udało się. Ale o tym szerzej napiszę w kolejnej części opowieści, która będzie poświęcona całkowicie Karabachowi.

W Erywaniu zamieszkaliśmy w hostelu Envoy. To miejsce godne polecenia i całkiem słusznie uważane przez backpackersów za legendarne. W cenie bardzo „hostelowej” otrzymujemy standard, jakiego nie powstydziłby się niejeden kaukaski hotel. Envoy plasuje się w ścisłej czołówce hosteli, w których przyszło mi przebywać w czasie moich europejskich podróży.

Kilka reminescencji ze stolicy. Myślicie pewnie, że te wielkie schody ze zdjęcia poniżej dokądś prowadzą? Niestety, donikąd.

Erywań

Zdjęcie jednej z erywańskich reklam na pierwszy rzut oka nie przedstawia nic szczególnego, ale gdy się przyjrzy, można zobaczyć, że wiele z tytułów tych książek brzmi znajomo…

Erywań

Całe centrum Erywania wykonane jest z atrakcyjnego czerwonawego tufu. Autorem tej koncepcji był architekt Aleksander Tamanian i trzeba przyznać, że jest to rozwiązanie bardzo efektowne:

Erywań

Od czasów Tamaniana, miasto znacznie się jednak rozrosło, co przy braku równie zdolnego urbanisty musiało sprawić, że im dalej od centrum, tym dzisiejszy Erywań jest coraz mniej pociągający.

Po dosyć intensywnym zwiedzaniu perełek Gruzji, byliśmy szczerze mówiąc znudzeni oglądaniem nieskończonych monastyrów i cerkwi. Niestety, nie było nam dane przerwać. W kolejnych dniach odwiedziliśmy monastyry w Sewanawank i Airawank (nie wydaje mi się, by była to dobra transkrypcja na język polski, ale jest najbardziej popularna), znajdujące się na wybrzeżu „ormiańskiego morza”, czyli Jeziora Sewan.

Najpierw był Sewanawank, klasztor niegdyś o zaostrzonym rygorze, przeznaczony dla mnichów-banitów:

Sewanawank
Sewanawank

Monastyr leży na półwyspie, choć… kiedyś była to wyspa. Kto czytał „Kirgiz schodzi z konia” Kapuścińskiego, ten z pewnością pamięta siłowanie się ormiańskich „hydrologów” z naturą za czasów radzieckich. Zakończyło się to niestety tak, jak musiało się zakończyć – kompletną katastrofą ekologiczną i drastycznym spadkiem lustra wody w jeziorze. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, według różnych źródeł, poziom wody obniżył się o 30-40 metrów.

Potem był zupełnie niepodobny do swojego poprzednika monastyr w Airawank:

Airawank
Airawank

Następnie kierowca zawiózł nas do jednego z najbardziej znanych w Armenii cmentarzy z okresu średniowiecza, znajdującego się w miejscowości Noratus. Są tam zarówno stare chaczkary, jak i bardziej nowożytne groby. Ormiańskie cmentarze są wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze, w zasadzie każdy grób opatrzony jest portretem. I to nie byle jakim:

Noratus

Jak widać, krzyże – w przeciwieństwie do portretów – nie są obowiązkowe. Po drugie, Ormianie na cmentarzach… jedzą. Jest to jeden ze sposobów oddania szacunku zmarłym przodkom. By jadło się łatwiej, przy wielu grobach jest cała infrastruktura:

Noratus

Po trzecie, szybki rzut oka na daty mówi, że ormiańscy mężczyźni umierają dość młodo (co potwierdzają statystyki). Może to z uwagi na tytoń. W 2006 roku Armenia była na 6. miejscu na świecie pod względem odsetka palaczy. Pali oficjalnie 70 proc. mężczyzn, choć my mieliśmy wrażenie, że 100 proc. również nie byłoby złym oszacowaniem.

Po zwiedzaniu cmentarza, kupiliśmy trochę miejscowej wódki owocowej w plastikowych butelkach i zostaliśmy zaproszeni na obiad do rodziny mieszkającej nieopodal. Ormiańska kuchnia nie jest już tak smaczna jak gruzińska, ale jest jadalna. Podobnie, słynne ormiańskie alkohole to również koniak (np. „Dvin” był ulubionym trunkiem Winstona Churchilla) i – w mniejszym stopniu – wino. Po posileniu się (i lekkim podpiciu) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Gegard, zespół świątynny wpisany na listę UNESCO:

Gegard
Gegard

W krajach górzystych wody pitnej jest zawsze pod dostatkiem (przerabialiśmy to już w Bośni i Hercegowinie), więc leje się gdzie popadnie:

Gegard

Wieś Garni nieodparcie przywołuje skojarzenia z Grecją, a to za sprawą świątyni boga Mitry, będącej centralnym obiektem dobrze zachowanej średniowiecznej twierdzy. Elementy charakterystyczne dla okresu hellenistycznego są widoczne na pierwszy rzut oka.

Garni

Widoki ze szczytu na wąwóz rzeki Azat są naprawdę imponujące, a ja jestem ciekawy, do kogo należy ta willa, ale raczej nie do Kirka Kerkoriana:

Garni

Mówiąc o Armenii, nie sposób nie wspomnieć, że jest krajem wybitnie i obrzydliwie rusofilskim – w przeciwieństwie do Gruzji. Ma to przełożenie na wszystkie dziedziny życia, w tym i na gospodarkę. Półki w ormiańskich sklepach uginają się pod ciężarem towarów importowanych znad Wołgi. Różnic z Gruzją jest zresztą sporo. Gruzinów trudno spotkać podróżując po świecie, to naród, który najlepiej czuje się u siebie w domu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Ormianami, to naród handlarzy, żyjący w wiecznej diasporze. Ormiańskie pochodzenia mają m.in. Charles Aznavour, Aram Chaczaturian, Cher, Garri Kasparow czy multimiliarder Kirk Kerkorian (i to jeden z niewielu wątków ekonomicznych w tej notce). W Armenii częściej niż w Gruzji zdarzy się, że spotkamy kogoś, kto posługuje się językiem angielskim albo francuskim. Z rosyjskim nie ma oczywiście żadnych problemów.

Sama Armenia jest krajem wielkości porównywalnej do województwa wielkopolskiego. Więcej niż co trzeci Ormianin żyjący w Armenii mieszka w Erywaniu (nie przychodzi mi do głowy państwo, dla którego odsetek ludzi zamieszkałych w stolicy byłby większy). Ale i miasto miało dużo czasu, by „uzbierać” sobie tylu osadników. O prehistorycznych korzeniach Ormian niech świadczy fakt, że w 1968 roku Erywań obchodził… 2750. rocznicę założenia miasta.

Nie wszystko jednak aż tak bardzo różni się od Gruzji. Wygląda na to, że cechą wspólną narodów kaukaskich jest niechęć do wczesnego wstawania z łóżka. Była chyba środa, a więc zwykły dzień roboczy, kiedy przed 7:00 rano wyszliśmy z hostelu z zamiarem złapania jakiegoś transportu na dworzec autobusowy. Centrum stolicy Armenii o tej porze przypominało peryferyjną dzielnicę Warszawy o 3 w nocy. Nie działo się absolutnie nic: na ulicach nie było żywego ducha, po ulicy przejeżdżał jeden samochód na trzy minuty. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczął się dzień pracy. Z olbrzymim trudem, po jakichś 20 minutach złapaliśmy zabłąkaną taksówkę. Wspólną cechą Ormian i Gruzinów jest także zwyczaj wieczerzy połączonej z toastami. U Ormian szefa stołu nazywa się tak samo jak u Gruzinów – tamadą.

Jak widać, gospodarka Armenii nie ma przed sobą świetlanych perspektyw. Jeśli chodzi o standardy polityczne, Armenia również jest krajem nadal niestabilnym. Nie minęło nawet 15 lat od najbardziej traumatycznego, niewyjaśnionego do dziś incydentu w ormiańskim parlamencie. W strzelaninie zginął wówczas premier Wazgen Sarkisjan i przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Karen Demirczian:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=oT_yG4P4a88]

Do tego dochodzą konflikty i zatargi z sąsiadami: z Azerbejdżanem o Górski Karabach, z Turcją o klasyfikację prawną rzezi Ormian, z Gruzją na płaszczyźnie kulturowej oraz stosunków z Rosją.

Na koniec jeszcze kilka luźnych obserwacji o samym Erywaniu, w którym bądź co bądź spędziliśmy najwięcej czasu. Do dzisiaj nie udaje mi się rozgryźć znaczenia niektórych erywańskich znaków drogowych:

Erywań

Miasto jest wbrew pozorom dość snobistyczne, czego dowodem (niejedynym!) chociażby salon Armani Junior:

Erywań

Rynek ormiański szturmują także i polskie firmy, choć rusofilia Ormian jest nie do ogarnięcia i przewaga rosyjskich produktów w sklepach jest miażdżąca:

Erywań

Jak w każdym szanującym się kaukaskim mieście, także i w Erywaniu znajdziemy reprezentacyjną fontannę. Ta funkcjonuje w dodatku przy sztucznym jeziorze:

Erywań

Po pobycie w Erywaniu wróciliśmy jeszcze na jeden dzień do Gruzji, skąd następnego dnia odlecieliśmy do Polski. Ale wcześniej, będąc jeszcze w stolicy Armenii, wyskoczyliśmy na jeden dzień do Górskiego Karabachu. I o tej najdzikszej przygodzie będzie w kolejnej, ostatniej notce z kaukaskiego tryptyku. Do następnego razu!

Co jest najtrudniejsze przy zakładaniu firmy?

Parę dni temu założyłem działalność gospodarczą i w związku z tym kilka subiektywnych refleksji na temat jednego z elementów towarzyszących temu wydarzeniu. Od razu zaznaczam, że notka nie będzie tym, na co się zapowiada.

Wielu potencjalnych przedsiębiorców przeraża ogrom papierkowej roboty, jaką trzeba wykonać, i mierzi konieczność wędrówki przez biurokratyczne piekło. Ruch Palikota zaproponował nawet, by umożliwić obywatelom zakładanie działalności gospodarczej na próbę. Nie wiem, czy firma w wersji light jest rozwiązaniem bolączek polskiej przedsiębiorczości i sposobem na poprawę jej prężności, ale być może są gorsze zjawiska niż urzędnicza niedołężność. Tej hipotezy będę dowodzić.

Przekonałem się bowiem ostatnio, że czasami gorzej niż ze zbiurokratyzowanym front officem państwa polskiego jest się porozumieć z sektorem prywatnym, a konkretnie z operatorami telefonii komórkowej. Cały proces kupowania telefonu „na firmę” zaczął się w moim przypadku 16 czerwca, a zakończył dopiero 5 lipca. Opiszę krok po kroku, jak to było.

Najpierw chciałem skorzystać z szeroko reklamowanej taryfy „Oba ma” w Plusie. Złożyłem odpowiednie zamówienie w sklepie internetowym, przesłałem wszystkie wymagane dokumenty rejestracyjne firmy i czekałem. Po dwóch dniach na moją skrzynkę trafiło około dziesięciu mejli. Zawierały one wszystkie możliwe statusy mojego zlecenia. Ostatni z nich pozwalał na wysnucie wniosku, jakoby moje zamówienie zostało anulowane. Adnotacja głosiła, że to z powodu błędu technicznego. Niezrażony, złożyłem zamówienie ponownie. Byłem zdeterminowany, bo upatrzyłem sobie całkiem fajny numer telefonu, który dobrze prezentowałby się na stronie internetowej firmy. Historia jednak powtórzyła się, zamówienie zostało odrzucone z uwagi na jakiś obiektywny błąd. Tym razem skontaktowałem się z biurem obsługi klienta i poprosiłem o wyjaśnienie. Okazało się, że ów „błąd” wynika z faktu, że moja działalność gospodarcza rusza dopiero 2 lipca i nie mogę skorzystać z oferty dla firm już w okolicach 20 czerwca. Smutne. Zapytałem w takim razie, czy mogę zarezerwować wybrany przez siebie numer do 2 lipca. Konsultant stwierdził, że jest to absolutnie niewykonalne.

Ponieważ naprawdę zależało mi na owym numerze, a taryfy Plusa wydawały mi się najkorzystniejsze, podjąłem jeszcze jedną próbę. Zakupiłem telefon w taryfie dla klienta indywidualnego, z intencją by po formalnym rozpoczęciu działalności gospodarczej, dokonać cesji umowy na firmę. To ci dopiero diabelski zamiar. W tym scenariuszu osiągnąłem już większy sukces. Kurier przyjechał, a ja już poczułem zapach nowiutkiego telefonu wydobywający się z wnętrza kartonowego pudełka. Niestety, nie dane mi było już teraz dostąpić ulgi z zakończonego żmudnego procesu podpisania umowy z operatorem. Po sprawdzeniu moich dokumentów, kurier stwierdził, że nie wyda mi telefonu, bo adres z dowodu osobistego nie zgadza się z adresem zamieszkania, jaki podałem w formularzu zamówienia. Jakże ma się zgadzać, skoro adres zamieszkania (o który proszono mnie w formularzu) nie jest tożsamy z adresem zameldowania (który widnieje na dowodach osobistych)? Nie protestowałem zbyt zaciekle, bo cóż winny kurier.

Po odjeździe kuriera nikt z Plusa nie skontaktował się ze mną przez kilka dni, choćby po to by dokonać korekty danych i kontynuować realizację zamówienia. Sam zatem z własnej inicjatywy skontaktowałem się ponownie z biurem obsługi klienta z pytaniem, czy w mojej sprawie coś się dzieje. Nie otrzymałem wszak również żadnej informacji o definitywnym zamknięciu transakcji. W odpowiedzi, 27 czerwca otrzymałem mejla w brzmieniu: „Z informacji, które uzyskałem w firmie kurierskiej wynika, że kurier próbował doręczyć przesyłkę, natomiast Państwo odmówili jej przyjęcia”. Ręce mi opadły. Nie czekając na dalsze wyrzuty, od razu przyznałem się konsultantowi, że nie tylko odmówiłem przyjęcia przesyłki, ale też pobiłem kuriera, znieważyłem go werbalnie i usiłowałem dokonać kradzieży telefonu połączonej z rozbojem. Później w ciągu dnia nadeszła kolejna wiadomość: „Chciałbym poinformować, że w sprawie braku doręczenia przesyłki wysłałem interwencję do firmy kurierskiej w drodze reklamacji. Proszę oczekiwać na kontakt”. Od tego czasu brak jakiegokolwiek kontaktu.

Tyle o Plusie. Ale to dopiero połowa drogi. Przygnieciony niepowodzeniami, zwróciłem się do Orange, sądząc, że uda mi się tam coś wywalczyć. Próbowałem skorzystać z oferty łączonej Orange (telefon komórkowy + internet mobilny) w sklepie internetowym, ale okazało się to dosyć skomplikowane. Platforma sprzedażowa sugeruje w takich wypadkach rozmowę z konsultantem telefonicznym. Co też uczyniłem. Bardzo miła pani konsultantka zoptymalizowała ofertę pod moje potrzeby i poddała pod rozwagę kilka pomysłów. Miała zadzwonić nazajutrz przed południem – wtedy mieliśmy dokonać finalizacji zamówienia. Zadzwoniła nazajutrz, ale po południu. Jadłem obiad, więc poprosiłem o telefon za 15 minut. Minęła godzina i 15 minut, a odzewu brak, więc zdecydowałem się na samotną szarżę i sam zadzwoniłem do biura obsługi klienta. Było mi trochę  przykro, że pani nie dostanie swojej prowizji, ale dość szybko przyjdzie mi pozbyć się jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Tym razem zostałem połączony z panem, któremu przedstawiłem wszystkie moje wymagania. Stwierdził, że pracuje dziś do 14:00, ale powinien się ze wszystkim wyrobić, a w najgorszym razie dokończy realizację mojego zamówienia następnego dnia rano. Poprosił o przesłanie dokumentów firmy na swoją skrzynkę pocztową, co też niezwłocznie uczyniłem. Aż po dziś dzień brak jakiegokolwiek kontaktu…

Byłem bliski stanu jak na obrazku:

shut-up-and-take-my-money

Albo kulturalniej:

shut-up-and-take-my-money-philip-j-fry-futurama-zamknij-sie-bierz-moje-pieniadze-mem-joseph-ducreux

Ale to oczywiście jeszcze nie finał nieszczęść. Nie mogąc zrealizować swojej potrzeby ani online, ani za pośrednictwem konsultanta telefonicznego (gdzie się podziało to charakterystyczne dla nich parcie na prowizje?), wybrałem się do salonu Orange. Niestety, wybrałem salon w CH Blue City, gdzie korek był co prawda optycznie nieduży, ale i rotacja niezbyt płynna. Mimo godzinnego oczekiwania, kolejka nie posunęła się do przodu i zrezygnowałem z dalszego marnotrawienia czasu w ten sposób. W późniejszych godzinach wybrałem się do położonego vis-à-vis salonu w CH Reduta. Byłem bardzo zdziwiony, bo kolejki w ogóle nie było. Szybko okazało się, co jest tego przyczyną – zepsuł się system transakcyjny i panie w salonie de facto nie pracowały. Ale – okazało się – nic straconego. Tablet jest na magazynie, telefon sprowadzimy na wtorek (był piątek). „Zadzwonimy do pana w poniedziałek z potwierdzeniem” – mówili. Ucieszyłem się, że wreszcie ktoś mnie wysłuchał.

Myślicie pewnie, że to koniec? Że w poniedziałek zadzwoniła do mnie pani z salonu z informacją, że telefon i umowa będą czekać na mnie we wtorek o 10:00? Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. W ciągu tygodnia, to ja dwa razy dzwoniłem do salonu i dwa razy upominałem się o jakąś informację. Okazało się, że muszę czekać, bo telefon jaki sobie zażyczyłem (BlackBerry Bold 9790) jest tak rzadkim okazem w naszym kraju, że sprowadzenie go graniczy z cudem. „Ale staramy się, szukamy, na pewno go zdobędziemy” – tłumaczyli, przekonując, że kierowniczka salonu osobiście trzyma nad tymi poszukiwaniami pieczę.

W czwartek moja cierpliwość była na wyczerpaniu. Postanowiłem zawstydzić salon w CH Reduta i udowodnić, że BlackBerry wcale nie jest jakimś białym krukiem. Skoro do salonu w CH Blue City nie można dostać się normalną drogą ze względu na kolejkę, to może można się chociaż dodzwonić? Zadzwonię i zapytam, czy mają sprzęt, który mnie interesuje. Niestety, przez cały czwartek, mimo kilkudziesięciu prób, nie udało mi się dodzwonić do salonu. Telefon albo był zajęty (rzadziej), albo nikt nie podnosił słuchawki (częściej).

Zrezygnowany, zacząłem przeglądać oferty T-Mobile i Playa, zastanawiając się, gdzie tym razem ulokować swoje uczucia, w myśl zasady, że do trzech razy sztuka. W piątek rano tknęło mnie jednak, żeby jeszcze raz spróbować wykręcić numer do salonu w CH Blue City. Tym razem udało się i już za pierwszym razem ktoś odebrał.

– Czy macie na stanie BlackBerry Bold 9790?

– Tak, oczywiście, jest kilka sztuk.

– A tablet Alcatel One Touch Evo 7?

– Tak, została jeszcze jedna sztuka.

– Czy mogę przyjść na 14:00, bez kolejki?

– Jasne, nie ma problemu.

Przyszedłem, rzeczywiście bez kolejki. Obsłużyła mnie pani Katarzyna, szybko i sprawnie, mimo jakichś tam problemów formalnych. Dzięki niej, złe wrażenie zostało przynajmniej częściowo zatarte.

Kontaktu z salonu w CH Reduta nie ma po dziś dzień. Jak się okazuje, przejście przez ulicę do kolegów z salonu obok, którzy mieli u siebie kilka sztuk tego „niezwykle rzadkiego telefonu”, o jaki prosiłem, było zbyt dużym wysiłkiem dla tej załogi. Trudno mi także zrozumieć – odnosząc się już do dwóch konsultantów telefonicznych, którzy nie potrafili mi sprzedać żadnej oferty – dlaczego pracownicy front office’u nie mają ciągu na prowizje. Orange naprawdę tak słabo płaci, że nie kalkuluje się starać? W moim przypadku nie trzeba było nawet specjalnie się wysilać, by cokolwiek sprzedać… Dziwny nam czas nastał.

A do napisania tej notki zainspirowali mnie częściowo Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski poprzez swój artykuł. Dokładam się więc do bazy wiedzy o polskich sprzedawcach.

Kaukaski tygiel – część pierwsza: Gruzja

Raport z październikowo-listopadowej wyprawy do republik Kaukazu Południowego rozpoczynam od Gruzji. Nie jest to pewnie kraj bardziej interesujący od Armenii, a na dodatek (zbyt) popularny ostatnio wśród polskich turystów, ale z uwagi na zachowanie chronologii podróży, najlepiej będzie, jeśli rozpocznę od niego.

Na lotnisku w Tbilisi urzędnik wręczył nam buteleczki młodego kachetyjskiego wina. Pewnie z racji faktu, że przybyliśmy do kraju w okresie winobrania. Mimo wszystko, bardzo miły sposób na przywitanie turystów – w żadnym innym kraju nie spotkałem się z czymś podobnym. Od razu wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby turystów na Okęciu witać małą żubróweczką albo góralskimi kierpcami. Wolałbym jednak, by takie suweniry wręczano przy opuszczaniu państwa, a nie przy wjeździe, bo wino i tak zabraliśmy ze sobą do Polski. Na miejscu czekały bowiem dużo większe atrakcje niż degustacja miniaturowego trunku.

Gruzję odwiedziliśmy zaledwie kilka dni po wyborczym triumfie Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie w październikowych wyborach parlamentarnych. Człowiek, którego majątek sięga połowy PKB Gruzji, nie miał problemów z pokonaniem stronników wciąż urzędującego prezydenta Saakaszwilego. Był to pierwszy pokojowy transfer władzy w historii tego kraju. Moment zatem historyczny. Miejscowe media pochłonięte były całkowicie analizą obecnej sytuacji politycznej.

Przez większość czasu w Gruzji towarzyszyli nam nasi przewodnicy i kierowcy, a prywatnie nowożeńcy, Kacha i Janis (wbrew pozorom, pierwsze imię jest męskie, a drugie żeńskie). W Tbilisi przywitała nas zaskakująco dobra jak na tę porę roku pogoda, która potem utrzymywała się (z wyjątkiem jednego czy dwóch dni) przez cały nasz wyjazd. Temperatura w ciągu dnia sięgała 20 stopni, a w Batumi nawet 24-26 stopni. Niby listopad, a można było spokojnie się opalać.

Stolica wywiera bardzo korzystne wrażenie. Szczególnie panorama, którą podziwiać można ze wzgórza, na którym znajduje się miejscowa twierdza, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Połączenie nowoczesności (choć zdecydowanie zbyt wyszukanej i napuszonej jak na mój gust) z dość dobrze zachowaną starością, przynajmniej w tych najbardziej reprezentacyjnych częściach miasta. Wiele z futurystycznie wyglądających budynków ma jednego fundatora – wspomnianego miliardera, Bidzinę Iwaniszwilego. Kacha pokazuje palcem to rezydencję bogacza, to odnowiony w imponującym stylu przez Saakaszwilego pałac prezydencki (z czego wyraźnie nie jest zadowolony), to most „always ultra”, wymyślną konstrukcję w kształcie podpaski. Niestety, zwiedzanie Tbilisi, podobnie jak późniejsze zwiedzanie Erywania, przypadło na poniedziałek, co oznacza, że większość muzeów (w tym etnograficzne – na którym najbardziej mi zależało) było zamkniętych.

Tbilisi
Tbilisi

Najlepiej zachowanym (patrząc przez pryzmat zachodnich standardów) zabytkiem Gruzji jest miasto Mccheta. Niemniej jednak, w mojej opinii starożytność i nowoczesna sterylność nie idą ze sobą w parze. Nie jest to może tak samo silny dysonans, jaki odczułem niegdyś w berlińskim Pergamonmuseum, ale jednak. Przechadzając się po starych budowlach, wolałbym trochę więcej „zapachu starości”, aniżeli wymuskanych, przystosowanych dla zachodnich turystów wygód.

Mccheta
Mccheta

Obwożąc się po Kachetii, zahaczyliśmy o kaukaskie Las Vegas, jakim niewątpliwie jest małe miasteczko Signagi. Oprócz niezłego muzeum prac Niko Pirosmaniego, gruzińskiego malarza prymitywisty (à la łemkowski Nikifor), znajduje się tam bowiem działający całą dobę urząd stanu cywilnego. Po spontanicznej decyzji o wzięciu ślubu cywilnego, przebraniu się przy bagażniku auta i zakupie plastikowych obrączek, okazało się, że z ceremonii jednak nici, bo urzędniczka „przypomniała” sobie, że jednak nie jest tłumaczką przysięgłą języka polskiego. O tyle to było ważne, że nasze polskie nazwiska należałoby na dokumencie urzędowym zapisać alfabetem gruzińskim, co w przypadku mojego nazwiska nie było jeszcze takie trudne, ale w przypadku Emilii okazało się problemem nie do przeskoczenia. Niepocieszeni udaliśmy się do rodzinnej wioski naszego przewodnika na tradycyjną gruzińską wieczerzę – suprę.

Było to najbardziej niezwykłe przeżycie, bo supra nosiła wszelkie cechy autentyczności. Pojechaliśmy na kachetyjską wieś, do domu dziadków Kachy. Niestety, zaczęło się od dość przykrego incydentu, bo gdy zajechaliśmy pod dom, lśniła przed nim karetka pogotowia. Okazało się, że babcia naszego przewodnika (mająca zresztą polskie korzenie, bo jej wciąż żyjąca matka, którą również poznaliśmy, urodziła się na Wołyniu) z powodu nadciśnienia musiała poddać się interwencji lekarskiej. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie i tylko supra lekko się opóźniła. Wujek Kachy był mistrzem ceremonii (tamadą) i co rusz wznosił toasty z młodego wina. To za miłość, to za przyjaźń, to za gości, to za gospodarzy, to za przyjaźń polsko-gruzińską, to za zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego. A wszystko pięknie i kwieciście, nawet w niedoskonałych tłumaczeniu naszego kierowcy, który angielskim władał niewiele lepiej od licealisty po wakacyjnym kursie u metodystów. Każdy toast kończył się zwrotem „gaumardżos”, co po polsku znaczy mniej więcej „na zdrowie”. Cała moja znajomość języka gruzińskiego ogranicza się do tego jednego słowa. Jakieś 2,5 litra wina, które wypiliśmy na głowę, odbiło się oczywiście negatywnie na porannym wstawaniu i czasie rozpoczęcia podróży powrotnej ze wschodnich rubieży kraju.

Na terenie Gruzji znajdują się trzy słynne skalne miasta: David Garedża, Upliscyche i Wardzia. Odwiedziliśmy je wszystkie, co było chyba lekką nadgorliwością (nasi gruzińscy przewodnicy niektóre z nich widzieli po raz pierwszy w życiu). Najlepiej zachowane (tj. dopieszczone funduszami UNESCO), choć najstarsze ze wszystkich, jest Upliscyche…

Upliscyche
Upliscyche

… najbardziej malownicze (i w zasadzie niestarożytne, bo pochodzące z XII wieku) to Wardzia, która w czasach swojej świetności mogła dać schronienie nawet 60 tys. mieszkańców…

Wardzia
Wardzia

… a najtrudniej dostępne – Dawid Garedża z VI wieku. Niestety to ostatnie, zlokalizowane iście po eremicku, niedaleko granicy z Azerbejdżanem (komórki już zmieniły sieć), było w trakcie naszej wizyty częściowo zamknięte, przez co nie mogliśmy go w pełni podziwiać. Dawid Garedża jest obiektem sporu granicznego między Gruzją a Azerbejdżanem, gdyż część kompleksu leży rzekomo już po azerbejdżańskiej stronie granicy. Niemniej jednak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Gruzja i Azerbejdżan to kraje najlepiej dogadujące się na Kaukazie i to mimo (a może właśnie dzięki) odmienności religijnej (chrześcijańska Gruzja, muzułmański Azerbejdżan). Jak na kaukaskie warunki, relacja między obu narodami, wyłączając wspomniany spór graniczny, jest wzorcowa. Inaczej ma się rzecz na linii azerbejdżańsko-ormiańskiej (brak jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych w wyniku długotrwałego konfliktu o Górski Karabach) oraz gruzińsko-ormiańskiej (spory zarówno na niwie kulturowo-religijnej, jak i politycznej – Gruzji nie jest po drodze z nieprzyzwoicie wręcz prorosyjską Armenią). Kacha w rozmowach nigdy nie przyznał Armenii prymatowi w jakiejkolwiek sprawie, nawet oczywistej. Jak na przykład w tej, że Apostolski Kościół Ormiański (założony ok. 314 roku) jest starszy niż Gruziński Kościół Prawosławny i Apostolski (chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej w Gruzji w 317 r.). Armenia i Gruzja to dwa najstarsze schrystianizowane państwa świata, a oba kościoły powstały na długo przed tym, jak świat zachodni wymyślił „prymat Rzymu” i tym samym funkcjonują one w oderwaniu od kościoła rzymskiego.

Mimo niezbyt dogodnej lokalizacji, warto było jednak udać się tam, bo po odbiciu z głównej drogi, trasa tam wiedzie przez półpustynny teren. Przez około dwie godziny przejeżdża się tylko przez jedną wioskę – Udabno – zamieszkałą przez przesiedleńców z górzystej Swanetii.

Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża
Droga do Dawid Garedża

Czasami na drodze zdarzają się jeszcze stada owiec, pędzone przez pasterzy. Z punktu widzenia Polaka – totalna egzotyka, w Gruzji to normalny widok:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=HvxLVvvvic0]

Osobny paragraf należy się muzeum Stalina w Gori. Miejsce urodzenia zbrodniczego przywódcy ZSRR to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kult Stalina jest wciąż żywy. Trudno rozmawiać w Gruzji o Soso, czasami nawet bałem się rozpoczynać ten temat. Lepiej nie usłyszeć zbyt wiele, by się nie zawieść. Chciałbym wierzyć, że to wszystko na niby, taka ustawiana gra dla picu, dla przyciągnięcia turystów. Niestety, chyba tak nie jest, a mit Stalina siedzi głęboko w gruzińskiej mentalności. Pieczołowitość i powaga pań zatrudnionych w muzeum mówi sama za siebie, w Gruzji brakuje dystansu do osoby Stalina. Wydaje się, że staliniści w Gruzji to głównie osoby starsze i problem może zostać w przyszłości rozwiązany poprzez biologię, ale jednak z takimi demonami nigdy nic nie wiadomo. Wojciech Górecki pisze w książce „Toast za przodków”, że często w czasie supry pojawiają się toasty za Stalina. Reportażysta brał także udział w realizacji filmu „Boskość J. W. Stalina w świetle najnowszych badań”, którego niestety nie udało mi się obejrzeć. Można jednak znaleźć w Internecie jeden ze wstrząsających odcinków emitowanej niegdyś w TVP audycji „Szerokie tory”, poświęcony między innymi właśnie wciąż żywemu kultowi ludobójcy. Na szczęście, w naszym przypadku w czasie supry pominięto ten wątek.

Na zdjęciu poniżej kibel, w którym załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne towarzysz Stalin w trakcie krótkiego, acz owocnego pobytu w Jałcie.

Toaleta Stalina w wagonie, którym udał się na konferencję jałtańską

W drodze z Tbilisi do Gori, po prawej ręce widać miasto przesiedleńców z Osetii Południowej, ewakuowanych z tego rejonu po wybuchu ostatniej wojny. Według opowieści naszych przewodników, miasteczko wzniesiono w ciągu kilku dni. To imponujące, bo prezentuje się wcale nieźle, jest schludne i w niczym nie przypomina „barakowisk”, z jakimi zwykle kojarzą się obozy dla uchodźców.

Najsilniejszą stroną Gruzji jest niewątpliwie smaczna kuchnia. Wiele z zakosztowanych tam potraw próbowałem także w polskich „gruzińskich” restauracjach, ale żadna nie smakowała tak dobrze, jak na Kaukazie. Uniwersalne i tanie chaczapuri („serowy chleb” albo uboga wersja pizzy – jak kto woli) w różnych odmianach, gruzińskie pierogi, czyli chinkali (smaczne, ale nie da się ich zjeść nie brudząc rąk i – w moim wypadku – połowy twarzy), szaszłyki, lobio (na bazie popularnej w tym kraju fasoli), a na deser czurczchela, zwana szumnie „kaukaskim snickersem”, a z wyglądu przypominająca długą kiełbasę i tak też eksponowana na straganach. W tej mozaice nie może oczywiście zabraknąć napojów, czyli najczęściej wina, choć ja osobiście preferuję gruzińskie brandy (np. Sarajishvili). Niezła jest także winogronowa wódka, zwana czaczą. Niestety, prężny niegdyś gruziński przemysł herbaciany (wszyscy chyba pamiętają z piosenki mityczne „herbaciane pola Batumi”) kompletnie podupadł. Gruzja, jak i cały Kaukaz, nie jest niestety krainą piwoszy i o kupieniu smacznego browaru można raczej zapomnieć. Na ewentualnego kaca najlepszym lekarstwem jest słynna na całym świecie woda mineralna Borjomi. Od niedawna wznowiono również jej sprzedaż w Polsce. Niestety, krótko po tej informacji, gruchnęła wieść, że marka przejdzie w ręce rosyjskie, ku rozpaczy chyba każdego, komu woda Borjomi jest bliska.

Gruzińskie jedzenie

Skoro już o Bordżomi (bo woda Borjomi pochodzi z miasta o tej samej nazwie, tj. – spolszczając – Bordżomi)… Miasto kandydowało do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. Gdy przyjedzie się na miejsce, wspomnienie tego faktu brzmi jak bardzo ponury dowcip. Jest 1 listopada i niby już po sezonie (przynajmniej letnim), ale wszechogarniająca atmosfera ponurej beznadziei jest trudna do wytrzymania. O ile ujęcie ciepłego źródła znajduje się w głównym parku, o tyle ujęcie wody zimnej jest tragiczne. Należy wspiąć się na skarpę przy rzece, przejść przez kładkę, następnie wzdłuż koryta rzeki – bardzo wąską (a w deszczu – błotnistą) ścieżką. Jak na flagowy produkt miasta, dostęp do niego jest zdecydowanie zbyt trudny.

Dopiero w Bordżomi w pełni zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo rozwinięte u Gruzinów jest leniuchowanie. Była może godzina 10 rano, gdy spacerowaliśmy po mieście. Z trudem udało nam się kupić coś na śniadanie. Ulice były opustoszałe. Wypicie kawy około 11 również nastręczyło pewne trudności – poza tym okazało się, że w kawiarni nie ma… mleka. Na dworcu kolejowym wszystkie okna były zabite dechami. Dramat, i trudno wyobrazić sobie igrzyska olimpijskie rozgrywane w takim miejscu. Jedynym plusem Bordżomi jest naturalnie doskonała lokalizacja pośród górzystych terenów. Jednakże kolejka linowa, jedna z atrakcji bordżomskiego parku, zakończyła swoje działanie z dniem 31 października i 1 listopada nie mogła niestety nas obsłużyć.

Bordżomi

A w pobliskim lesie jedliśmy gumę do żucia z drzewa. Podobno nie umiera się od tego:

Guma do żucia z żywicy

Jeśli jednak Bordżomi ma być symbolem gruzińskiego lenistwa, pozerstwa, przepychu i próżności, to do opisania Batumi zabrakłoby skali. To miasto (?) w niczym nie przypomina jakiegokolwiek miejsca, jakie widziałem do tej pory. To połączenie Las Vegas z przysłowiowym Wąchockiem, przenikanie się najbardziej wyuzdanego Zachodu z najbardziej pocztówkowym i stereotypowym Wschodem, amalgamacja snobistycznej klasy wyższej i zwykłych małomiasteczkowych plebejuszy. Ekscentryczność, przejawiająca się w takich pomysłach jak budowa fontanny wódki (staliśmy przy niej kilkanaście minut i nie poczęstowała nas niestety czaczą – może dlatego, że było już po sezonie), diabelski młyn na dachu drapacza chmur albo hotele stylizowane na amerykańskie Miami Beach. Przy wjeździe do miasta czytamy na wielkim banerze cytat z Donalda Trumpa. Wielki inwestor wita turystów słowami „In five years, Batumi will be the best city in the world”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć biznesowych Trumpa, w sprawie Batumi pomylił się i to okrutnie. Mam nadzieję, że za tę blagę zainkasował chociaż porządne pieniądze od władz miasta. No… Chyba, że Donald Trump zainwestuje w rozwój Batumi swoje prywatne pieniądze, o czym zresztą swego czasu było głośno.

Jeśli chcecie w Batumi podziwiać takie widoki…

Batumi
Batumi
Batumi

… wynajmijcie apartament nie dalej niż w promieniu 300 metrów od plaży. 400 metrów od plaży drogi nagle tracą asfalt, a z budynków wyziera postkomuna…

Batumi – rzut beretu od centrum miasta

W Batumi, na plus na pewno zaciszny ogród botaniczny o bogatej tradycji, w którym spędziliśmy prawie pół dnia.

Ogród botaniczny w Batumi
Ogród botaniczny w Batumi

Realia komunistyczne trafiły więc w Gruzji na bardzo podatny grunt. System, który przynajmniej części społeczeństwa pozwalał żyć w wystawnym przepychu, łechtał drzemiącą w tym narodzie próżność, umiłowanie życia ponad stan i potrzebę obdarowywania innych kosztownymi prezentami. Poza paletą negatywnych cech, każdy Gruzin jest bowiem z natury gościnny i życzliwy, czuły na punkcie honoru gospodarza. Należy podkreślić, że ta gościnność wyraźnie odbiega od przysłowiowej polskiej gościnności, o której lubi się przypominać przy wielu okazjach. W Gruzji gościnność jest wartością żywą i praktykowaną, a nie uśpionym od dawna narodowym mitem.

Najzabawniejszym, choć dość irytującym problemem w Gruzji jest poczta. Zakup kartek pocztowych graniczy z cudem, to produkt, który zupełnie się w tym kraju nie przyjął. W Batumi, turystycznej perełce Gruzji, poczciarka sprzedała nam jakieś zakurzone archiwalia z czasów Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Załączam skan dla celów dowodowych.

Front kartki pocztowej
Tył kartki pocztowej

Samo znalezienie urzędu pocztowego jest wyzwaniem. W Tbilisi szukaliśmy go z Kachą około pół godziny, po czym – nie wpadając na żaden trop – zrezygnowaliśmy. Urzędy często zmieniają adresy i połapanie się w tym jest trudne nawet dla tubylca.

Ostatniego dnia podróży po Kaukazie, wróciliśmy do Tbilisi zrobić ostatnie zakupy i zrelaksować się przed powrotem do kraju. Jednym z symboli miasta są łaźnie. Nazwa stolicy kraju pochodzi zresztą od ciepłych wód. Można powiedzieć, że Tbilisi to po polsku Cieplice. Łaźnie są rozlokowane w bardzo klimatycznych miejscach. Nie są typową atrakcją turystyczną, przeciwnie – przychodzą do nich prawie sami Gruzini. Wszystko tak trochę na pograniczu starodawnej tradycji i komunistycznych naleciałości. Do kąpieli można zamówić sobie dzban gorącej herbaty z cytryną. Z ciekawostek: zdziwiło nas, że łaźnia zaopatruje gości w prześcieradła zamiast ręczników. Okazało się jednak, że są one dużo bardziej efektywne. Tak żebyście wiedzieli, jak to wygląda:

Łaźnia w Tbilisi
Łaźnia w Tbilisi

W jednym z pociągów na naszej trasie podróżowaliśmy w kuszetce z Szotą Iatashvilim, dość znanym gruzińskim poetą. Iatashvili był po solidnej dawce koniaku (kapka ostała mu się jeszcze w butelce, którą dzierżył), ale pewnie tylko dzięki tej odrobinie śmiałości, jaką wyzwala alkohol, był w stanie improwizować trochę po angielsku. Znał osobiście autora książki, którą akurat czytałem (wspomniany „Toast za przodków” Góreckiego). Tłumaczka z sąsiedniego przedziału wystosowała w jego imieniu oświadczenie, po czym położyliśmy się spać. A mnie przypomniała się piosneczka:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=nJ0mBS0qTSo]

Cała wstecz, czyli czym się różni Tusk od Thatcher

  1. Dzisiejszy pogrzeb premier Margaret Thatcher to okazja do wspomnień i lekcji, ale także możliwość do poszukania na naszym poletku następców Żelaznej Damy. Tym bardziej, że na jej pogrzeb wybiera się Donald Tusk i ważni ministrowie z jego gabinetu. Tusk niewątpliwie chciałby, aby jego nazwisko znalazło się na kartach historii wypisane pogrubioną czcionką, ale miejsce należne Thatcher chciałby uzyskać przy minimalnym wysiłku i ryzyku. To nie ma prawa zadziałać. Tuskizm nie zdominuje thatcheryzmu w zbiorowej pamięci. Aby dochrapać się zaszczytów należnych Thatcher, trzeba dokonać „mentalnej ekshumacji” jej myśli, wartości i stylu, w jakim uprawiała politykę.
  2. 8 marca premier Donald Tusk był gościem Poranka Radia TOK FM, z okazji dziesięciolecia tej stacji. Rocznicowy wywiad okazał się dosyć łagodny. Piątkowy skład komentatorów (Żakowski, Lis, Władyka, Wołek) nie starał się nawet zmusić premiera do intelektualnego wysiłku. Wręcz przeciwnie, po zakończonym wywiadzie, publicyści rozpływali się w zachwytach nad świeżością i zręcznością premiera. Mnie z tej rozmowy utkwiło w pamięci co innego, coś co nie zostało moim zdaniem dostatecznie napiętnowane w komentarzach po tym wydarzeniu. Mianowicie, Donald Tusk przyznał – jasno i otwarcie – że… nie czuje się strategiem! Prezes rady ministrów w czterdziestomilionowym kraju wyznał wszem i wobec, że wizje nigdy nie były jego mocną stroną i osobiście preferuje politykę małych kroczków od wyznaczania długofalowych strategii. Innymi słowy, premier nie wie dokąd idzie. A jak powszechnie wiadomo, gdy się nie wie, dokąd się zmierza, żaden wiatr nie jest korzystny. Dryfujemy. I obawiam się, że osobą, która na tej inercji zyska najwięcej, będzie sam premier. Jest rzeczą zadziwiającą, że czterech inteligentnych przecież facetów, siedzących w studiu, nie zżarło Tuska żywcem za tak kompromitującą wypowiedź. Gdyby tej rozmowie przysłuchiwała się brytyjska premier, na pewno doprowadziłaby wszystkich do pionu jednym ze swoich wielu elokwentnych bon motów: „I make great leaps forward, not little jumps in studios”.
  3. Tusk jest antytezą Thatcher. Brytyjska premier realizowała jasny, bezkompromisowy, nierzadko niepopularny i bolesny program, ale kolejne zwycięskie wybory były tylko rezultatem działań rządu. Wielokrotnie narażała na szwank swoje sondaże, ale najlepszym dowodem skuteczności jej polityki są protesty jej przeciwników, zapowiadane nawet na dzień jej pogrzebu, mimo że od ustąpienia Thatcher z urzędu minęły już 23 lata. Po 23 latach od ustąpienia rządu Tuska, nie będzie o nim natomiast pamiętał nawet pies z kulawą nogą. Nikt nie zada sobie nawet trudu, by splunąć na jego portret. W przypadku Platformy Obywatelskiej wszystko, od pierwszego dnia drugiej kadencji, podporządkowane jest bowiem wyborom. Jest bardzo prawdopodobne, że również wybory parlamentarne w 2015 roku padną łupem Tuska. Jeśli dotrwa do końca trzeciej kadencji, będzie rządził przez 12 lat i pobije w tym względzie Margaret Thatcher. Daleko mu jednak do Żelaznej Damy pod względem osiągnięć. Inna sprawa, że nawet nie próbował. Ba, nawet rządzący „tylko” przez cztery lata gabinet prof. Jerzego Buzka, działający w znacznie mniej komfortowych warunkach politycznych, był w stanie przeprowadzić cztery wielkie reformy. Jak to z wielkimi reformami bywa, żadna z nich nie była idealna. Problem w tym, że żadnej nie udoskonalono. Następcy nie pomogli w utrwaleniu dziedzictwa reformatorskiego rządu i albo likwidowali reformy zupełnie (zdrowotna), albo bezczynnie obserwowali ich nieefektywności (oświatowa, administracyjna), albo też właśnie teraz demontują je w najlepsze (reforma emerytalna). „Małe kroczki” Tuska nie mają z reformami nic wspólnego. Zupełnie, jak gdyby Polska działała idealnie jako organizm państwowy, a premier czuł się najlepiej w roli administratora albo woźnego.
  4. Ostatnie zamieszanie wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej pokazuje krótkowzroczność, makiawelizm i brak wyższych ambicji u premiera Tuska. Przewodniczący PO żyje kategoriami statystycznymi: minimalizuje dług publiczny (ten „na papierze” i tak nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym zadłużeniem), a maksymalizuje wyniki sondaży, z których cieszy się jak małe dziecko. Nie zamierzam powielać tu argumentów używanych w mediach publicznych w dyskusji ZUS vs. OFE. Sądzę, że dla większości czytelników moje poglądy na system emerytalny są klarowne. Osobiście, podoba mi się artykuł-kompendium Łukasza Pałki, opublikowany w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Żyjmy krócej”). Czego byśmy nie powiedzieli, ani ja, ani nawet prof. Balcerowicz, finał tego sztucznie wywołanego sporu jest jasny: rząd zdemontuje OFE i „drugi filar”, i „uratuje” na 2-3 lata wskaźniki długu publicznego. Co z tego, że ucierpią przyszłe pokolenia emerytów, zupełnie już pozbawione realnych oszczędności przeznaczonych na wypłatę świadczeń (chyba, że ktoś korzysta ze słabo rozreklamowanego „trzeciego filaru”) oraz rynek kapitałowy, który tylko dzięki OFE był w stanie zanotować imponujący rozwój w ostatniej dekadzie. Byle do wyborów! I cała wstecz!

Pochwała prokrastynacji

Z pewnością jako dzieci byliśmy uczeni trzech rzeczy: systematycznej nauki, nieodkładania ważnych rzeczy na ostatnią chwilę i formułki „najpierw obowiązki, potem przyjemności”.

Muszę powiedzieć, że nie sprawdzają mi się za bardzo w praktyce te życiowe mądrości. Owszem, często jest tak, że jako ludzie zabiegani wiele rzeczy robimy na ostatnią chwilę. Ale na pewno każdemu zdarzyło się parę razy, że czekanie do ostatniej chwili z wykonaniem jakiejś niezbyt atrakcyjnej czynności było wyborem, a nie przymusem. Wszak prokrastynacja nie bez przyczyny zwana jest „chorobą studentów”. Ale czy to na pewno takie zdradzieckie schorzenie?

Procrastination

Pamiętam, że raz w nieco luźniejszym okresie, jedyną rzeczą, jaka wisiała mi nad głową, była jakaś prezentacja na zajęcia. Miałem dwa tygodnie. Zasadniczo, zrobienie tej prezentacji nie powinno zająć więcej niż 2-3 dni. Jak myślicie, ile czasu nad nią spędziłem? Dobra odpowiedź: dwa tygodnie. Bardzo mnie to zirytowało i od tamtego czasu staram się w miarę możliwości maksymalnie przeciągać moment rozpoczęcia pracy nad zadaniami, które nie wydają się nadmiernie skomplikowane. Oczywiście, takie podejście działa wyłącznie wówczas, gdy istnieje jakiś odgórnie narzucony deadline. W przeciwnym wypadku, realizację dowolnej czynności można odkładać na dowolnie nieokreśloną przyszłość.

Z tą moją powyższą konstatacją nierozerwalnie związana jest mantra „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Otóż, jeśli byłoby tak, że na pracę jesteśmy w stanie poświęcić dowolnie dużo czasu (przypadek mojej prezentacji, nad którą ślęczałem dwa długie tygodnie), zabrakłoby nam czasu na relaks. Właściwa kolejność powinna być zatem w moim przypadku odwrotna. Najpierw powinienem przez półtora tygodnia w pełni świadomie odpoczywać, czytać książki, na których przeczytanie zawsze brakowało mi czasu, posegregować znaczki w klaserach, albo porządnie się wyspać, a potem przez kilka dni harować nad PowerPointem.

Przedkładanie przyjemności nad pracę i rozmyślne wykonywanie ważnych rzeczy tuż przed deadlinem jest ryzykowne. Nie zawsze warto iść tą drogą. Zdarzają się w życiu nieprzewidziane wypadki, zdarza się przekroczenie deadline’u o kilkanaście minut czy kilka godzin. Mimo wszystko, mam przeczucie, że generalnie warto próbować przełamać stereotyp o supremacji systematycznej pracy. Jest to podejście pragmatyczne dopóty, dopóki nie cierpi na tym jakość wykonanej pracy i cel, który zamierzamy osiągnąć.

WOŚP: dialog wewnętrzny

Co z tym WOŚP-em?

Z WOŚP-em nic szczególnego, to oddolna inicjatywa społeczna, jakich wiele w całym kraju. Problem leży gdzie indziej.

To jest jakiś problem?

Jest. WOŚP tak, a nie inaczej usytuowany w dzisiejszej rzeczywistości społecznej – bardziej szkodzi niż pomaga. Po pierwsze, zamieszanie medialne jest nieproporcjonalne do wagi tego wydarzenia, i tu winne są media; a po drugie, Orkiestra rozleniwia i upupia Polaków. Jak podaje Stowarzyszenie Klon/Jawor, wrzucenie paru groszy do puszki WOŚP-u to dla 40 proc. Polaków jedyna działalność charytatywna w ciągu roku. To przerażające. Jeśli nie liczyć WOŚP-u, tylko 2 proc. Polaków przekazało w 2012 roku jakiekolwiek pieniądze na organizacje zajmujące się ochroną zdrowia.

Gdyby nie WOŚP, nie pomagaliby w ogóle…

Może. A może nie? WOŚP utrwala pewien polski stereotyp. Jesteśmy narodem miłującym zrywy, kochamy je. Jednorazowe akcje, szczytne – oczywiście – cele, ale z głów bardzo szybko wyparowują nam te ideały. Uczestnicząc w WOŚP poprawiamy swoje samopoczucie, obnosimy się z naklejkami w kształcie serduszka, po to by przez następne dwanaście miesięcy zupełnie zapomnieć o pomocy bliźnim. To jak dzień kobiet w Rosji Radzieckiej: 8 marca kwiaty, a przez cały rok awantury w domu. Tak nie zrodzi się u nas kultura filantropii. Tymczasem, sam WOŚP jest dosyć monotematyczny (w tym roku akurat dwutematyczny). Potrzeb jest więcej niż chore dzieci: są dzieci zdrowe z rodzin patologicznych, z obszarów wiejskich, niepełnosprawni, bezdomni, uzależnieni, ofiary przemocy domowej, trudna młodzież, ośrodki edukacyjne, domy kultury. Niestety, nie są to tematy, które wzruszają tłumy. Nie pomyślałeś, że WOŚP monopolizuje obszar dobroczynności w Polsce, wypiera inne jej formy i cele? Taka monokultura mnie osobiście się nie podoba.

A „jeden procent”?

O, przepraszam. Jest jeden procent odpisu podatkowego, z którego chętnie korzystamy. Ale to nie są nasze pieniądze. Gdybyśmy ich nie przekazali na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP), zgarnęłoby je państwo. Więc tu nie ma się czym chlubić. To tak jakby dać kotu jedzenie, którego wcześniej nie zjadł pies. Zresztą „jeden procent” to też element prawny bardzo rozleniwiający społeczeństwo. Ostatnie lata wykazały, że wokół programu narosły liczne patologie, związane głównie z bardzo wysokimi kosztami pozyskania odpisów przez niektóre OPP, a także wysoką koncentracją beneficjentów.

Wróćmy do WOŚP-u. Dlaczego obwiniasz media?

To oczywiste, poświęcają temu tematowi niewspółmiernie dużo czasu w stosunku do jego wagi i do wartości, jaką przynosi nam wszystkim WOŚP. Przez jakieś dwa tygodnie stycznia, jedyny sposób na ucieczkę przed informacjami o WOŚP to chyba włączenie Radia Maryja. To jest plaga. Mama Madzi to było zjawisko jednorazowe, WOŚP jest pewnikiem co roku, jak Boże Narodzenie.

Prawie 60 mln zł (w 2011 roku, najnowsze dostępne sprawozdanie) to twoim zdaniem mało?

Do dzieci trafiły z tego jakieś 43 mln zł. Resztę pochłonęła organizacja. 43 mln zł to było wówczas około 0,07 proc. budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, który w 2011 roku wyniósł około 57 mld zł, ale w tym roku ta kwota wzrosła do 64,5 mld zł, więc udział WOŚP-u będzie pewnie jeszcze mniejszy. W każdym razie, mówimy o kwotach rzędu poniżej jednego promila.

Ale jest z tego konkretny sprzęt! Każdy, kto miał dziecko w szpitalu, to potwierdzi.

Wolałbym, żebyśmy poświęcili jeden dzień w roku na dyskusję o priorytetach służby zdrowia i bardziej efektywnym wykorzystaniu budżetu, niż na festyny. Byłoby to wydarzenie prawdziwie budujące społeczeństwo obywatelskie. Wszyscy płacimy podatki i mamy prawo do godnej opieki zdrowotnej, co wynika z konstytucji. Myślę, że oszczędności rzędu 0,07 proc. dałoby się w NFZ znaleźć w ciągu kilku godzin.

Kto niby miałby ich szukać? Obywatele?

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Niech to będzie dzień debaty, zgłaszania propozycji, pomysłów. Nie mówię, że WOŚP ma zniknąć. Niech zostanie, bo to jedna z bardziej udanych inicjatyw społecznych III RP! Ale jego ekspozycja powinna zdecydowanie zmaleć.

Trzymasz się tych 0,07 proc., ale będę drążył – jest z tego sprzęt, dlaczego tak przeszkadza szum wokół orkiestry?

Jeśli przyjmiemy, że cel uświęca środki, a lekarstwo nigdy nie jest gorsze od choroby, w porządku. Ale orkiestra nie przyczynia się do rozwoju, ale do regresu społeczeństwa obywatelskiego. Poza tym, nie wiem czy WOŚP dużo by stracił, gdyby nie trąbiono o nim przez całe dwa tygodnie stycznia. Moim zdaniem, Jerzy Owsiak zbudował sobie wizerunek (i model biznesowy), który pozwoli jego Orkiestrze przetrwać długie lata, nawet bez wsparcia kamer.

To, co mówisz, nie wynika przypadkiem z niechęci do samego Owsiaka?

Przegapiłem moment, w którym Jerzy Owsiak wszedł do establishmentu. Jeszcze kilka lat temu nie było tak gremialnych wyrazów poparcia. Mam wrażenie, że urósł do rangi marabuta albo papieża. Kto podniesie na niego głos, naraża się na kąśliwe riposty, lekceważenie albo inne gesty sygnalizujące obrzydzenie.

Boli cię to?

Nie wiem, uważam że są lepsze autorytety.

Na przykład?

W dziedzinie działalności charytatywnej? Janina Ochojska, Marek Kotański, a nawet Leszek Czarnecki czy Jerzy Starak – ci ostatni budują pozytywne wzorce dla innych miliarderów. Filantropia to zadanie dla najbogatszych, tych, którzy dysponują własnymi środkami. Ich powinniśmy cenić. A także każdego, kto bez rozgłosu, pokornie wykonuje swoją pracę, zmienia świat, wspiera najsłabszych. Ale ty, gdy dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja (Mat 6, 3).

Owsiak być może zmienia społeczeństwo, inni tylko dają kasę.

Niech zmienia, nie bronię mu. Ale na razie rozbijamy się o wizerunek Orkiestry w mediach. Gdyby inna organizacja dostała takie wsparcie, myślę, że też zebrałaby niezgorsze datki.

To co wspierać, jeśli nie Owsiaka?

Jestem zwolennikiem dywersyfikacji w niemal każdej dziedzinie życia. Niech każdy decyduje za siebie, każdy ma inną wrażliwość społeczną i priorytety. Zadaniem społecznie zaangażowanych instytucji czy mediów powinno być promowanie postawy pomocniczości, ale nie wskazywanie palcem, która organizacja zasługuje na wsparcie w sposób szczególny.

Nekrofilia SLD, czyli jak się wywołuje duchy na lewicy

Mam dość rehabilitowania Edwarda Gierka! Komunista, który doprowadził do ruiny polską gospodarkę, zafundował nam co najmniej dwie „stracone dekady” w walce o niepodległość, oraz dopełnił działa zniszczenia mentalności polskiego społeczeństwa – wynoszony jest na piedestał przez postkomunistyczną lewicę. Jego zwolennicy dumnie podnoszą teraz głowy, bo chwalenie „dobrego gospodarza z Zagłębia” najwyraźniej stało się modne.

Co gorsze, w imię źle pojętych postaw koncyliacyjnych, nawet osoby o poglądach – najogólniej mówiąc – nielewicowych, mają tendencję do „wybielania” postaci Gierka. Mowa zarówno o narodowych socjalistach, jak Jarosław Kaczyński, jak i o samym premierze Donaldzie Tusku. Oboje chętnie godzą się z retoryką obieraną przez postkomunistów. Mówią: jeżeli już trzeba wyróżnić kogoś z PRL-owskiej wierchuszki, kogoś, kto może choć trochę zasłużył na ciepłe słowa, to – niech tam – Gierek nie był taki zły. To katastrofa. Budowanie wizerunku zagłębiowskiego sekretarza jako „dobrego wujka” to utrwalenie bardzo szkodliwego mitu, dowód piramidalnej niewiedzy i nieumiejętności posługiwania się nie tylko kalkulatorem, ale i jakimkolwiek racjonalnym aparatem poznawczym.

Wiceprzewodnicząca SLD, Paulina Piechna-Więckiewicz, zaapelowała o ogłoszenie 2013 roku rokiem Edwarda Gierka. Wiele można zarzucić SLD. Płytkość, zacietrzewienie ideologiczne, niezdolność do wygenerowania jakiejkolwiek konstruktywnej myśli. Ale niewątpliwie najlepiej wychodzi im wskrzeszanie trupów. Czy to politycznych, w stylu Leszka Millera, czy całkiem dosłownych, w postaci Edwarda Gierka. Za co ten rok Gierka? Może w dowód wdzięczności, że w październiku ubiegłego roku udało się wreszcie spłacić wszystkie zaciągnięte przez niego zobowiązania zagraniczne? Czy to sprawia, że winy bonzy z Zagłębia są już przedawnione? Nie, bo zabieg wyzerowania tzw. długu Gierka odbył się wyłącznie na papierze. Tak naprawdę, dług Gierka ma się dobrze. Zastąpiliśmy go wyłącznie nowym zadłużeniem, nieco tańszym w obsłudze.

W ostatnim roku rządów Gierka dług Polski osiągnął 24,1 mld USD (ówczesnych), czyli ok. 12 proc. PKB liczonego według parytetu siły nabywczej, ale to wskaźnik zupełnie nieporównywalny z dzisiejszymi realiami. Dlaczego? Wymagalne płatności z tytułu obsługi zadłużenia zagranicznego w 1981 roku wynosiły prawie 11 mld USD, czyli o 28 proc. więcej niż wartość całego eksportu do krajów kapitalistycznych! Ponadto, szacuje się, że tylko 20 proc. kredytów przeznaczono na inwestycje, i to takie pożal się Boże. Import surowców i konsumpcja pożarły resztę. Właśnie w 1981 roku, tuż po ustąpieniu Gierka, PRL ogłosiło niewypłacalność. Trudno się dziwić, bo między 1970 a 1980 rokiem wartość zadłużenia w dewizach wzrosła ponaddwudziestokrotnie. Rolowanie długu Gierka odbija się nam czkawką od wielu lat. Po transformacji, polscy ekonomiści, zamiast spędzać czas na doprowadzeniu gospodarki do porządku, ślęczeli nad negocjacjami z Klubem Paryskim i Klubem Londyńskim. Ale z drugiej strony, gdyby nie sukces tych rozmów, wartość odsetek mogłaby być nie do udźwignięcia dla młodego, niepodległego państwa.

W latach siedemdziesiątych ekonomiczne bankructwo socjalistycznej polityki centralnego planowania (systemu nakazowo-rozdzielczego) było ewidentne. Gierek, będąc tego świadomym, zdecydował się lewarować tę nieefektywność długiem. Utrwalił i pogłębił w Polsce dramat marnotrawstwa. Musiał wiedzieć, że wcześniej czy później (okazało się, że jednak wcześniej) zakończy się to nie tylko ekonomiczną, ale i humanitarną klęską (w drugiej połowie lat siedemdziesiątych gwałtownie poszybowały w górę wskaźniki śmiertelności obywateli, które osiągnęły apogeum w 1980 roku). Należy mu się za to potępienie, a nie piedestał.

Gierek sprawił, że dziś wiele starszych (czy tylko?) osób tęskni za komunizmem lub ma do niego sentyment. Według badań CBOS z 2009 roku, aż 44 proc. Polaków pozytywnie oceniało czasy PRL. Daleko szukać – nawet internauci z rozrzewnieniem wspominają tasiemcowe kolejki do mięsnego. Ten krótki, kilkuletni okres sarmackiego życia ponad stan, zakończony w 1976 roku tzw. „manewrem gospodarczym”, przewrócił ludziom w głowach i wychodzi nam wszystkim bokiem po dziś dzień. Edward Gierek był zbrodniarzem. Niepospolitym, bo nie mordował ludzi, jak inni twardogłowi komuniści. Gierek przeniknął głębiej, do serc Polaków. Był zbrodniarzem gospodarczym.

Tak jak w chorobie gorączka informuje nas o tym, że mamy się źle i wymagamy leczenia, tak w systemie komunistycznym partyjny beton „przypominał” społeczeństwu, że musi dążyć do odzyskania wolności. Gierek zaburzył tę prawidłowość, był kochany i podziwiany, pieczołowicie dbał o swój wizerunek . Zbił gorączkę, ale nie zlikwidował objawów choroby. Komunizm lat siedemdziesiątych to była choroba bezobjawowa, a takie są przecież najgroźniejsze. „Socjalizm z ludzką twarzą”, jak miało się wkrótce okazać, był bardzo zdradliwy.