Mentalność wetującego

Mało który termin w polskiej historiografii ma tak negatywną wymowę jak liberum veto. Nie wciskam już nawet tego zwrotu w cudzysłów, ani nie zapisuję go kursywą, bo jest moim zdaniem tak przesiąknięty polskością, że nie sposób traktować go w tekście jako makaronizmu. Przypisuje mu się wszelkie zło, włącznie z kapitalną (ba, decydującą!) rolą, jaką odegrał w procesie upadku polskiej państwowości w XVIII wieku. W 1669 roku poseł kijowski Adam Olizar po raz pierwszy zastosował to pojęcie w praktyce. Zerwał obrady odbywającego się w Krakowie sejmu koronacyjnego. Zanim to jednak nastąpiło, możliwość zakrzyknięcia liberum veto formalnie istniało w Rzeczypospolitej już od dziesięcioleci. A jednak wcześniej nie sięgnięto w ogóle po to narzędzie – tak silne było w izbie przekonanie, że uchwały powinny zapadać w drodze jednomyślności. Ogółem, od sejmu z 1669 roku do Konstytucji 3 Maja, która zniosła liberum veto, zastosowano je 73 razy. Wziąwszy pod uwagę, że posiedzenia ówczesnego sejmu były zwoływane rzadziej niż to ma miejsce obecnie, liczba ta jest duża. Coś zatem poszło nie tak.

Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem federacyjnym. Zasada jednomyślności miała znaczenie nie tylko głęboko demokratyczne (ochrona praw mniejszości), ale także czysto praktyczne. W czasach, gdy mechanizm egzekucji ustanowionego prawa był bardzo mizerny, należało dążyć do sytuacji, w której dana uchwała byłaby akceptowana i z ochotą wdrażana przez reprezentantów każdego z sejmików regionalnych. W innym przypadku, prawo ustanowione centralnie pozostałoby martwe. Nikt nie miał wówczas władzy, by skontrolować (a co ważniejsze – ukarać) niesubordynowane powiaty. To lokalna szlachta egzekwowała ustawy. Ostateczność polegająca na możliwości powołania się przez posłów na liberum veto była gwarantem sytuacji, że w Koronie i na Litwie nie tworzy się prawa „martwego”, nadwątlającego autorytet sejmu, co często ma miejsce dzisiaj, mimo że aparat egzekucyjny jest bardzo rozbudowany.

Zasadzie liberum veto przyświecało także przekonanie, że zawsze znajdzie się „jeden sprawiedliwy”, który powstrzyma zaślepioną masę przed popełnieniem błędu. Taki Henry Fonda z „12 Angry Men” lub Gary Cooper z „High Noon”. Nie przewidziano jednak sytuacji odwrotnej: co, gdy wystarczy tylko jeden przekupny poseł, by wywrócić porządek obrad do góry nogami. Cóż, deprecjacja takiej wartości jak honor rozpoczęła się już w XVII wieku.

W obecnym polskim parlamentaryzmie formalnego zamiennika dla liberum veto oczywiście nie ma, ale pewne substytuty od czasu do czasu występują. Jednak po zawetowaniu przez ogół obywateli (w wyborach) istnienia takich posłów jak Andrzej Lepper czy Gabriel Janowski, nie ma potrzeby zrywania obrad. Ale idea liberum veto wylała nam się poza mury gmachu przy Wiejskiej i jest stosowana w innych dziedzinach życia. Nierzadko, przed samymi murami sejmu.

Pokusiłem się o swoją prywatną, wybiórczą i subiektywną listę nowożytnych polskich (skutecznych) wet, czyli brzemiennych w skutki protestów jednostek (lub przytłaczającej mniejszości), które odbywają się z pominięciem współczesnych mechanizmów demokratycznych. Subiektywny, bo uważam wybrane przykłady za walkę w złej sprawie (inaczej nazwałbym je Termopilami, niosącymi jednak trochę większy ładunek pozytywnych skojarzeń). Nie jestem zwolennikiem demokracji, ale nie jestem także entuzjastą buntów i zaślepionego nieposłuszeństwa.

  1. W imię owiec. Obwodnica Augustowa i Dolina Rospudy. Na przełomie 2006 i 2007 roku aktywiści Greenpeace’u i popierający ich ekolodzy zablokowali budowę ważnego fragmentu drogi krajowej. Oczywiście, były też niedopatrzenia formalne, ale de facto to environmentaliści wymusili taki, a nie inny finał. Proces inwestycyjny został wstrzymany na wiele lat. Dopiero trzy tygodnie temu wojewoda podlaski podpisał zezwolenie na realizację inwestycji drogowej. Jako, że konflikt wokół pierwotnej lokalizacji drogi dotyczył głównie siedlisk ptasich, zawsze w takich sytuacjach powtarzam za Thomasem More’em: „owce pożarły ludzi”.
  2. W imię przywilejów. Wyprawa górniczych związków zawodowych na Warszawę w lipcu 2005 roku (nie mylić ze strajkiem). Rzesza w dużej części zapijaczonych bandytów ze związków zawodowych zdemolowała stolicę. Nazajutrz, przestraszeni posłowie przegłosowali korzystne dla górników przywileje. Żaden inny zawód w Polsce nie cieszy się takimi bonusami. Żaden też nie dysponuje tak agresywnymi związkami. Pokazuje to, że przerost znaczenia związków w polskiej gospodarce bardzo niebezpiecznie ociera się o patologię. Warto nadmienić, że w następstwie tych wydarzeń, „Solidarność” wynajęła kancelarię prawną do pomocy oskarżonym bojówkarzom i zaoferowała pokrycie kosztów ewentualnych grzywien. Ewentualna racjonalizacja górniczych przywilejów, mimo upływu ponad siedmiu lat od wydarzeń w Warszawie, nadal nie wygląda obiecująco.
  3. W imię krzyża. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Czytelnicy pozwolą, że nie będę rozwijać tego tematu. Pisał o tym już zresztą Stanisław Tym w swoim felietonie.
  4. W imię prawa własności. Wojciech Gąsienica-Byrcyn, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, a prywatnie właściciel dużej działki na Gubałówce, od lat hamuje inwestycje korzystne dla turystów i narciarzy. Okrzyknięty przez media „grabarzem Gubałówki”, Gąsienica-Byrcyn i jego klan na pewno nie są jedynymi winnymi całej sytuacji, bo dobrej woli brakuje po obu stronach konfliktu. Niemniej jednak, istotne dobro narodowe pozostaje nadal częściowo niedostępne dla turystów.
  5. W imię własnej bezmyślności. Kibole. To, co ich motywuje do działania, już zawsze chyba pozostanie dla mnie „black boxem”. Przypadek jest szczególnie skomplikowany, bo trudno ocenić beneficjenta ich harców. Na pewno nie są to kluby, które z powodu ich zachowania płacą kary liczone w dziesiątkach czy setkach tysięcy złotych. Do tego dochodzą straty wizerunkowe i utracone wpływy z biletów (szczególnie od rodzin z dziećmi, które rezygnują z uczestnictwa w widowisku, na którym są kibole). Na samych kibolach klub wiele nie zarabia, bo mają oni zawsze najtańsze miejscówki. Piłkarze też chyba nie bardzo poprawiają swoją grę pod wpływem dopingu. Szczególnie, gdy tego dopingu nie ma, bo akurat trwa protest, albo gdy po serii słabszych występów zawodnicy są poniewierani i zastraszani. Należy zatem stwierdzić, że chuligani uprawiają „sztukę dla sztuki” – w ich przypadku „postawa à la XVII-wieczny poseł kijowski” ma charakter bezinteresownej bezmyślności, przez którą nie przemawia żadne szczególne dążenie, która za to skutecznie uprzykrza życie innym.

Oczywiście, można powiedzieć, że sam fakt, iż to mniejszość doprowadziła do wszystkich wymienionych wyżej zjawisk nie świadczy jeszcze o tym, że sprawa, o którą walczyli, była zła. Wielokrotnie zdarza się, że przygniatająca większość lansuje hasła, które nie zasługują nawet na uwagę, a co dopiero na realizację. Być może większość jest dużo groźniejsza niż mniejszość. To prawda. Jednak warto zdać sobie sprawę, że (pozaparlamentarny) mechanizm liberum veto jest nadal w użyciu w dzisiejszych społeczeństwach. O ile był uzasadniony wówczas (co dowiodłem w pierwszych akapitach), gdy samorządność lokalna była praktycznie w powijakach, o tyle – czy jest uzasadnienie dla tego modelu współcześnie?

Drugi zarzut – można powiedzieć, nie bez racji, że wszystko powyższe jest winą państwa. To ono ustaliło wadliwe prawo, które nie pozwala w łatwy i szybki sposób wywłaszczać obywateli w imię realizacji inwestycji celu publicznego i za godziwym odszkodowaniem. To ono kompromituje się, przegrywając każdego dnia walkę z bandytami na stadionach i wokół nich. To ono jest wasalem ekologów i katoli. To ono wreszcie pokazuje od wielu lat, że od stołu negocjacyjnego zawsze bardziej zadowolone odchodzą te związki zawodowe, które w czasie demonstracji lepiej prezentują się pod względem siłowym i pirotechnicznym.

Te przykłady to tylko reprezentacja podobnych zachowań, na jakie natykamy się w wielu dziedzinach życia. Jestem przekonany, że bardzo daleko im zarówno do liberum veto Michała Drzymały (pod względem powagi), jak i do protestu mieszkańca jakiejś polskiej wioski, który – domagając się doprowadzenia prądu do własnej chaty – ogłosił secesję od Polski i wywiesił na posesji własną flagę (pod względem zabawności).

O opozycji, znużeniu i sumieniu przemyślenia różne

Trochę działo się w polskiej bieda-polityce w ostatnich tygodniach. Kilka refleksji na ten temat.

  1. Przekonaliśmy się dobitnie, jak wiele traci nasz kraj z powodu braku realnej opozycji. Paradoksalnie, dowiedzieliśmy się tego właśnie w momencie, w którym opozycja wspięła się na wyżyny aktywności. PiS zorganizował kilka debat, ogłosił nazwisko parapremiera, który – choć powszechnie wyśmiany – zasiał jednak niepokój w rządowych gabinetach. Przedstawiciele największej partii opozycyjnej starali się, na miarę swoich możliwości, wypowiedzieć się parę razy w mediach w sposób merytoryczny. Bardzo to niewiele i głównie działania o charakterze operetkowym, ale jednak. W porównaniu z dotychczasowym brakiem jakiejkolwiek godnej pochwały działalności (nie licząc sprawy Smoleńska, multipleksu i serialu niekonstruktywnych zgryźliwości pod adresem rządu), obecna poprawa musi robić piorunujące wrażenie. Premier Tusk zareagował jak ranny tygrys i przeszedł do zmasowanej kontrofensywy. Atak PiS-u został odparty, ale cała kontrofensywa to niestety również kolejny akt tej samej operetki. O programowych „odgrzewanych kotletach”, serwowanych nam przez ministrów na konferencjach prasowych, za kilka miesięcy znowu nikt nie będzie pamiętał. Cała ta operetka dowodzi jednak po raz kolejny, że sprawna i kreatywna opozycja to prawdziwy dar. Zmusza rząd do myślenia, mówienia i – w optymistycznym przypadku („opozycja – level hard”) – do działania. Nawet jeśli obecny model PiS-owskiego protestu nie ma konstruktywnego charakteru, a jest tylko stworzeniem w pewnym sensie równoległego, niezależnego „państwa w państwie”, w którym to politycy tej partii sami sobie rządzą i sami do siebie mówią – zawsze to lepiej niż nic. Problem polega na tym, że to, co obserwujemy w ostatnich tygodniach, powinno być standardem przez całą czteroletnią kadencję. Ale my, Polacy, jesteśmy specjalistami od zrywów. Prawdziwi Polacy z PiS-u – szczególnie.
  2. Pojawiły się ostatnio głosy, że Tusk się zużył. Pięć lat rządów PO nagle znudziło wyborców, którzy przeżywają frustrację spowodowaną brakiem nowych twarzy wśród politycznej wierchuszki. Brzmi logicznie, prawda? Niestety, autorzy takiego wytłumaczenia kryzysu Platformy są w błędzie. Owszem, można mówić o zużyciu się pewnej formuły rządzenia, ale zdecydowanie nie w tym przypadku. Gdy po 11 latach podała się do dymisji świetna Margaret Thatcher, albo gdy po 16 latach odchodziła ikona niemieckiej polityki, Helmut Kohl, można było mówić, że wszystkiemu winna jest społeczna chcica do dokonania „zmiany dla samej zmiany”. W przypadku Platformy Obywatelskiej, w kontekście niekorzystnych dla niej sondaży, nie ma mowy o takiej motywacji wyborców. Nawet jeśli założymy, że politycy z zasady nie realizują obietnic przedwyborczych, to stopień nieudolności drugiego gabinetu Donalda Tuska przekracza chyba dopuszczalne normy. To lenistwo i brak pomysłu na Polskę są przyczyną słabnących notowań tej partii, a nie jakieś mityczne i nienamacalne znużenie elektoratu.
  3. Lansuje się w niektórych mediach przekonanie, że parlamentarzyści (czy też władza w ogólności) powinni kierować się swoim sumieniem przy podejmowaniu decyzji politycznych (które, jak wiemy, podejmowane są w interesie wszystkich obywateli). Wygląda więc na to, że otrzaskany już w Polsce, za sprawą farmaceutów, bon mot „klauzula sumienia” zahacza o nowe dziedziny życia. Zastanawiam się, w jaki sposób my, wyborcy, powinniśmy w takiej sytuacji oddawać głosy? Jak wniknąć w głąb kandydata na posła i poznać jego sumienie? Jak a priori przewidzieć jego zachowania, postawy, decyzje podjęte w głosowaniach? Może byłoby łatwiej, gdyby posłowie deklarowali zawczasu swoje wyznanie? Niezbyt skuteczny byłby to czynnik różnicujący, bo większość to katolicy rzymscy lub zadeklarowani ateiści, a grupy te wewnętrznie i tak są bardzo niejednolite. Czy demokracja ma zatem sens? Wobec takiej nieprzewidywalności zachowań wybranych przez nas reprezentantów, zarządźmy losowanie zamiast wyborów. Wyjdzie taniej. A póki co marzy mi się, by w świecie polityki istniała odrębna religia, wspólna dla wszystkich parlamentarzystów – interes publiczny! I wówczas pod postulatem „klauzuli sumienia” podpisałbym się bez wahania.

Błądząc we mgle

Wszyscy znamy ludowe porzekadło o sześciu kucharkach. Po debacie ekonomicznej, zorganizowanej ostatnio przez Prawo i Sprawiedliwość, można by ukuć nowe przysłowie: Gdzie ekonomistów trzy dychy – tam w brud pustosłowia i pychy. Tematem debaty miały być propozycje „reform” przedłożone przez partię Jarosława Kaczyńskiego.

Z pustego i Salomon nie naleje

Problem tkwi w tym, że gospodarka nie zajmuje żadnego poczesnego miejsca w programie PiS, toteż i zgłaszane propozycje dowodziły raczej niewiedzy i bezradności tej partii w sprawach ekonomicznych. Żaden ze zgłaszanych postulatów nie zasługuje na miano reformy. Mamy za to do czynienia z instrumentami o charakterze doraźnym bądź krótkowzrocznym, mającym za zadanie ręcznie sterować gospodarką. Te postulaty, które „pozują” na reformy, są natomiast zdefiniowane tak ogólnikowo, że nie sposób dojść, o co chodzi partii Jarosława Kaczyńskiego. Na przykład hasło „zreformować podatki” nie jest nigdzie rozwinięte. W Sejmie zostały co prawda złożone odpowiednie projekty ustaw, ale brakuje w nich przełomu – jest to kolejna żonglerka podatkami, bez realnej zmiany systemu. PiS ma także na sztandarach deregulację i to jedyny punkt, który łączy tę partię z PO, ale trudno powiedzieć, czy w tych działaniach przeważa miłość do idei ukręcenia łba zbędnym przepisom, czy miłość do Jarosława Gowina. Szeroko komentowany był także blamaż Jarosława Kaczyńskiego w sprawie obietnicy stworzenia 1,2 mln miejsc pracy w ciągu najbliższych 10 lat, podczas gdy w ostatnich czterech latach – w warunkach kryzysu – powstało ich aż 800 tysięcy.

PiS chce przywrócić wiek emerytalny wynoszący 60 i 65 lat. O ustalaniu jakichkolwiek progów pisałem już wcześniej. Majstrowanie przy wieku emerytalnym nie jest reformą, a jedynie manipulowaniem parametrem jednego z instrumentów systemu emerytalnego. To bardzo wąskie, wręcz agorafobiczne, postrzeganie kwestii zabezpieczenia społecznego.

Z gruntu sprzeciwiam się wszystkim nowym obciążeniom podatkowym, szczególnie wymierzonym w konkretne podmioty (zdefiniowane „z palca”), co jest przejawem ręcznego sterowania gospodarką i zaprzeczeniem idei powszechności podatku. Tymczasem, PiS proponuje przeforsowanie haraczu dla banków i hipermarketów. Dlaczego? Przypuszczam, iż dlatego, że za dużo aktualnie zarabiają. Boję się takich decyzji, bo gdy okaże się, że za 10 lat, dzięki sprzyjającej koniunkturze, za dużo zarabiać będą zakłady krawieckie i garmażeryjne, to PiS wpadłby na pomysł, żeby im wyznaczyć specjalny podatek. PiS jest niezdolny do zrozumienia, że większe obciążenia, nałożone na przykład na hipermarkety, zostaną w całości przerzucone na klientów. Z tego, co sobie przypominam, to PiS najgłośniej utyskuje na drożyznę – tym razem chce to zjawisko domniemanej drożyzny dodatkowo pogłębić. Przytomnie alarmował w tej sprawie podczas debaty Marek Zuber.

Trzydzieścioro indywidualności

Większości wypowiedzi ekonomistów trudno cokolwiek zarzucić w sensie merytorycznym, ale były one na tyle ogólnikowe, że zamieniły się raczej w litanię truizmów niż w zestaw konkretnych polityk czy rekomendacji. Niestety, obok deklaracji mądrych, bądź w najgorszym razie bezdyskusyjnie oczywistych, nie mogło oczywiście zabraknąć nonsensów, spośród których wymieniam kilka:

  • Prof. Grażyna Ancyparowicz: polska gospodarka miała być społeczną gospodarką rynkową, ale tak się nie stało. Jest to gospodarka wyłącznie neoliberalna, gospodarka bardzo silnie poddana deregulacji, prywatyzacji, regułom wolnego rynku.

Nie wiem, skąd u prof. Ancyparowicz taki optymizm. W Polsce nie obserwujemy prawie trendu deregulacyjnego, prywatyzacja jest bardzo powolna, a wolny rynek daleki od ideału. Niestety, społecznej gospodarki rynkowej również nie mamy – i tu zgadzam się z sądem ekonomistki. Niestety, to co obserwujemy jest modelem bliższym zbiurokratyzowanemu socjalizmowi niż neoliberalizmowi, jako że nadaktywność państwa w gospodarce jest widoczna na każdym kroku. Słusznie zauważył to prof. Stanisław Gomułka, który zaznaczył, że wydatki publiczne w Polsce sięgają 50 proc. PKB.

  • Janusz Szewczak: Polacy nie posiadają żadnego wartościowego majątku. Nawet te 500 mld zł oszczędności, jakie mają w bankach, zanieśli do zagranicznych banków (…) Uważam, że pierwszą sprawą, jaką powinniśmy podjąć, jaką przyszły rząd powinien podjąć, to natychmiastowe zatkanie tych dziur, przez które wyciekają setki miliardów złotych rocznie. Z moich szacunków wynika, że jest to ok. 200 mld zł rocznie i tracimy je na rzecz m.in. zagranicznych podmiotów.

Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, wykorzystał debatę do promocji swojego pracodawcy. Nie wyjaśnił, w jaki sposób fakt ulokowania 500 mld zł kapitału w zagranicznych bankach ma przełożenie na utratę wartości tych pieniędzy. „Obliczenia” eksperta wskazują na 200 mld zł strat. Oczywiście, nie wskazał, skąd biorą się te straty, oblekając całą sprawę w mgiełkę (mgłę?) tajemnicy. Insynuacja w najczystszej formie.

  • Jacek Wróbel: Powinniśmy dyskutować na innym poziomie dyskusji. System podatkowy to nie jest żadna mądrość. Powinien być prosty, jasny itd. itd. W tej chwili mamy chaos. Powinniśmy zejść na poziom cząsteczki elementarnej. Podatkiem podstawowym powinien być podatek transakcyjny od każdej, dokonanej transakcji na poziomie 2-5 proc. Wprowadziłbym również podatek dochodowy na poziomie 50 proc. Ten system zakłada m.in. odejście od bzdurnego podatku VAT-owskiego.

Jacek Wróbel proponuje przewrót podatkowy, rewolucję. System, o którym mówi nie ma precedensu i w żadnym kraju świata nie istnieje podobny model. Co więcej, przy obecnym stanie prawnym w Unii Europejskiej, likwidacja VAT-u byłaby niemożliwa do zrealizowania. Wróbel zachował się jak nieskrępowany rzeczywistością ekonomista teoretyk. Jak astronom wysłany na orbitę. Nie odmawiam Wróblowi sensu istnienia i wyrażania się w ten sposób, ale jego wystąpienie ewidentnie nie pasowało do forum, w jakim się znalazł i do tematyki, jaka była poruszana.

  • Prof. Jerzy Kropiwnicki: Trzeba rozważyć wykupienie części sektora bankowego przez Polskę.

Pomysł absurdalny, o którym wypowiadałem się już w jednym z poprzednich wpisów. Najgorsze, że jego gorącym entuzjastą jest Jarosław Kaczyński, co absolutnie dyskwalifikuję tę partię jako prorynkową.

Ogólnie, debatę „Alternatywy” należy ocenić krytycznie. Dla PiS-u, co było jasne od początku, było to wydarzenie polityczne i zasadniczy cel spotkania został spełniony już w momencie, gdy do sztabu PiS-u wpłynęły potwierdzenia uczestnictwa od zaproszonych gości. Kompromitacji nie było, ponad trzydziestu uczestników to bardzo dobry wynik. Merytorycznie, debata zakończyła się klapą, bo część ekonomistów wykorzystała to wydarzenie do lansowania swojej osoby (aktywnie lansowali się nawet nieobecni, głośno swą absencję akcentując), a część abstrahowała w swoich wypowiedziach od konkretów i wygłaszała sądy bardzo generyczne. Tak czy inaczej, nawet jeśli z debaty płyną jakieś wnioski, nikt w PiS-ie nie będzie w stanie ich zinterpretować ani wcielić ich w życie, gdyż ekonomia jest od dawna materią zbyt skomplikowaną dla przedstawicieli tej partii. Przypomnijmy, że debatę otworzyła Beata Szydło, etnograf i niedoszła pani doktor w tej dziedzinie. To w tej chwili lider PiS-u w kwestiach ekonomicznych.

Co dalej z PiS-em?

PiS utyskuje na utrzymujące się wysokie poparcie dla PO, ale nie robi nic, by to zmienić. W Polsce od wielu lat nie ma realnej opozycji i organizacja debaty gospodarczej przez PiS nie zmieni tego obrazu. Retoryka konfrontacji sprzyja scementowaniu obecnego, radykalnie roszczeniowego elektoratu. Ten elektorat składa się zarówno ze skrajnie prawicowych, jak i lewicowych radykałów oraz bezrefleksyjnej rzeszy wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, gotowych ogłosić go mesjaszem narodu. Na tym krąg potencjalnych wyborców się zamyka. PiS w takiej formie nigdy nie przebije się przez próg 30 proc. głosów, co przy braku zdolności koalicyjnej skazuje go na trwałą nieobecność w rządowych ławach. W takim układzie, debatę należy potraktować jako ciekawy event z zakresu marketingu politycznego i symulowaną próbę wprowadzenia spraw gospodarczych do dyskursu publicznego, co jednakże nie może przynieść żadnych namacalnych skutków.

Mimo to, PiS-owi należy się szacunek. Nie ma już obecnie w tej partii rozdźwięku między słowami a czynami. Lepsze to niż to, co oferuje nam partia rządząca, która na sztandarach ma „A”, a w życie wprowadza „B”. Dla każdego jest już dzisiaj jasne, że wszelka hipokryzja i zakłamanie, jakie były domeną PiS-u jeszcze kilka lat temu oraz we wczesnych miesiącach postsmoleńskich – teraz zupełnie zanikła. PiS daje do zrozumienia, że jego celem jest powrót do idei ciemnogrodzkiej IV RP – nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku sukcesu wyborczego, te zapowiedzi doczekałyby się spełnienia. Program PiS-u jest szczery i nie ma w nim kłamstwa. Jest to program na miarę możliwości ugrupowania, które nie ma żadnego potencjału intelektualnego, bo resztka posłów na poziomie opuściła już szeregi partii. Pozostali mierni i jałowi umysłowo politycy, wiernopoddańczo wpatrzeni w swego dobrodzieja-lidera, którzy po prostu nie są w stanie spłodzić żadnej konstruktywnej idei. Ale za to w te idee, które uda im się już wykoncypować, wierzą z całej siły. W tym sensie, partia ta jest uczciwa wobec elektoratu, choć oczywiście wszyscy wolelibyśmy, by ta uczciwość przejawiała się w wierności ideom bardziej pożytecznym.

Brak obłudy i fałszu ma jednak swoją cenę. PiS zatrzymał się w rozwoju na etapie smoleńskiej mgły. Od tamtego czasu nie jest w stanie jej rozrzedzić i wyjść z intelektualnej zapaści. Swój polityczny kapitał, które zapewni mu byt i trwanie, może więc zbijać tylko na ciemnocie. Każda zmiana kursu jest obarczona dużą dozą ryzyka, bo elektorat przyzwyczajony do silnej ręki zamordystycznego prezesa, przepełniony ksenofobią, rusofobią i mesjańskim nacjonalizmem, może nie zaakceptować zbyt daleko idących, liberalizujących posunięć. Wszak łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. I tak samo we mgle błądzi.

Nadgorliwość gorsza od nepotyzmu

Tegoroczne wakacje sponsoruje słówko „nepotyzm”. Jeszcze dwa miesiące temu, jego definicję znały tylko wykształciuchy. Przypomina mi to karierę wyrazu „matactwo”, odmienianego swego czasu (a konkretnie czasu Dębskiego i Inki) przez wszystkie przypadki. Później podobne lingwistyczne blockbustery próbowali przeforsowywać na zmianę bracia Kaczyńscy (absmaki, semantyczne nadużycia i inne małpy w czerwonym), a Palikot edukował ostatnio Polaków na temat terminu „apostazja”. Prawdziwy hit lata niewątpliwie padnie jednak łupem PSL-u (choć po walce łeb w łeb z kibicowskim „nic się nie stało”). Bardzo się cieszę, że w narodzie krzewi się znajomość słownika języka polskiego, a szczególnie haseł wywodzących się ze starożytnej greki czy łaciny, ale z drugiej strony te „semantyczne” amplitudy w naszej debacie publicznej są irytujące.

Sprawa jest o tyle poważna, że został w nią wciągnięty sam premier i, co zdarza mu się rzadko, skompromitował się. Ogłaszając, że syn nowo powołanego ministra rolnictwa, Daniel Kalemba, zrezygnuje z pracy w Agencji Rynku Rolnego, poniósł podwójną porażkę. Mało tego, że jego oświadczenie okazało się nieskuteczne, bo syn ze stanowiska nie odszedł, to jeszcze – podejmując taki krok – premier wpisał się w bardzo tani i pozbawiony głębszej refleksji trend denepotyzacji. W języku „Simplified Polish” tudzież „Niederpolnisch” nazwalibyśmy to nadgorliwością.

Tusk postawił między wierszami swojej nierozważnej wypowiedzi pytanie, gdzie w takim razie powinni pracować krewni wysoko postawionych funkcjonariuszy państwa. Może powinni zawiesić na czas kadencji swoich wujów i ciotek działalność publiczną i zająć się uprawą przydomowych grządek? Może wyjechać za granicę, najlepiej do kraju skłóconego z władzami Rzplitej, tak aby o żadne faworyzowanie nie mogli zostać posądzeni? Jak daleko mają sięgać „macki” antynepotystycznej inkwizycji, do siostrzeńca czy kuzyna drugiego stopnia? Wreszcie, nie będzie i tak żadnej gwarancji, że politycy żądni budowy prywatnego imperium, pozbawieni vacatów dla rodziny, nie zwiększą przydziału stanowisk dla kolesi. Tu trudniej o kontrolę.

Naturalnie, mamy w Polsce problem z nepotyzmem i naiwnością byłoby negowanie tego faktu. Na poziomie lokalnym, „panami życia i śmierci” bywają wójtowie, którzy do dyspozycji mają tyle „stołków”, że poprzez swoją politykę zatrudnienia nierzadko ręcznie sterują poziomem bezrobocia w okolicy. I wśród rodziny. Nie mówię, że wójtów i innych państwowych pracodawców należy rozgrzeszyć. Twierdzę tylko, że ludzie reagują na bodźce, co w przypadku części z nich – pozbawionych kręgosłupa etycznego – przekłada się na ciągotki do nepotyzmu. Nie bez znaczenia jest też wpływ otoczenia, które przyzwala na takie praktyki. Pierwotnym źródłem tych nikczemności nie jest jednak ludzka słabość, a słabość państwa – słabość przejawiająca się, paradoksalnie, w jego potędze. Rozbuchane instytucje państwowe „produkują” zbyt wiele nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Najczęściej są to miejsca pracy, gdzie kompetencje się nie liczą, można więc zatrudnić kogokolwiek. Jeśli kogokolwiek, to dlaczego nie… No właśnie.

Problemem nie jest natomiast praca syna Stanisława Kalemby w ARR. Problemem nie jest tym bardziej praca Michała Tuska (na zresztą dosyć poślednim stanowisku) w gdańskim porcie lotniczym. Problemem nie jest nawet nominacja Krzysztofa Kiliana na prezesa PGE. To przerost biurokracji i obecności państwa w gospodarce jest źródłem problemu i w tym obszarze należy poszukiwać rozwiązań. Ze względu na skalę, olbrzymie trudności interpretacyjne i skomplikowane zależności rodzinno-towarzyskie, system regulacyjny, który aspirowałby do pełnej kontroli takich zjawisk jak nepotyzm, byłby albo szalenie nieefektywny, albo totalitarny. Najpewniej jedno i drugie.

Co możemy zrobić? Zmniejszyć zatrudnienie w sektorze publicznym, wspierać dobre praktyki w zakresie etyki urzędniczej i zwiększyć transparentność procedur rekrutacyjnych nie tylko do Korpusu Służby Cywilnej, ale także na niższe stanowiska w administracji państwowej.

Euro, Euro i… po Euro

Nie ma od tego ucieczki. Wypada podsumować to Euro, bo za chwilę każdy zapomni, że w ogóle było. Widzę to po sobie. Turnieje z czasów dziecięcych pamiętam bardzo dobrze. Euro 1996, Euro 1998, może trochę słabiej mundial w Stanach Zjednoczonych – miałem wtedy tylko siedem lat. Natomiast rozgrywki mistrzowskie z ostatnich lat zacierają mi się w pamięci dużo szybciej. Piętnaście lat temu taki turniej był wielką atrakcją, teraz – siłą rzeczy – jest tylko dodatkiem do pracy, nauki, innych zajęć. Za rok pewnie nie będę pamiętać, kto strzelał bramki dla Hiszpanii w meczu finałowym.

Euro było niezwykłe pod kilkoma względami, wypada zacząć od wymiaru sportowego:

  • Bardzo dobry poziom widowiska. Wiele gwiazd przyjechało na turniej w dobrej formie. Nie było na tych mistrzostwach nieciekawego meczu, nawet te kończące się wynikami 0:0 (tylko dwa!) były warte trzech godzin spędzonych przed telewizorem.
  • Tylko trzy czerwone kartki we wszystkich 31 meczach, w dodatku dwie w meczu otwarcia, z czego jedna niesłuszna. Co dziwne, fakt ten pozostał prawie niezauważony w mediach. Niesamowite fair play, zważywszy jak łatwo w dzisiejszym futbolu dostać „czerwień”.
  • Mało rzutów karnych. Tylko cztery, choć przez całą fazę grupową – jeden, również w meczu otwarcia. Na ostatnich mistrzostwach sędziowie dyktowali zdecydowanie więcej „jedenastek”. Miejmy nadzieję, że polsko-ukraińskie Euro będzie sygnałem do odwrócenia tego trendu.
  • W moim odczuciu, relatywnie niewiele rażących błędów sędziowskich. Z brzemiennych w skutki należy wymienić tylko te podczas meczów Polska-Grecja (Carlos Velasco Carballo), Chorwacja-Hiszpania (Wolfgang Stark), Anglia-Ukraina (Viktor Kassai). Bardzo nie podobał mi się również poziom sędziowania w meczu półfinałowym Hiszpania-Portugalia (Cuneyt Çakir). Ale obszerna analiza (pod którą się podpisuję) znajduje się tutaj: igol.

Z kwestii organizacyjnych:

  • W porównaniu z poprzednimi mistrzostwami, szczególnie tymi sprzed czterech lat, stadiony były naprawdę wspaniałe. To nie był biedaturniej jak w Austrii i Szwajcarii. Sam miałem okazję podczas tych mistrzostw odwiedzić trzy z nich: warszawski (Polska-Rosja), wrocławski (Polska-Republika Czeska) i gdański (Chorwacja-Hiszpania). Trochę gorzej prezentowało się otoczenie stadionów. W Gdańsku wielki plac budowy, we Wrocławiu – trochę lepiej, ale też nieciekawie. Trzeba też uczciwie oddać, że za cztery lata we Francji szykuje się istna stadionowa ekstrawagancja.
  • Naprawdę nieźle wyglądała kwestia transportu miejskiego. Z gdańskiego lotniska na stadion można było przedostać się w pół godziny. Warszawa była w ogóle poza konkurencją, bo to jedno z nielicznych miast na świecie, gdzie stadion znajduje się w centrum.
  • Wstydu najedliśmy się przed i po meczu Polska-Rosja. Jeśli którykolwiek dzień Euro 2012 zaświadczał o tym, że nie dorośliśmy jeszcze do organizacji takiego widowiska, to był to właśnie 12 czerwca. Lepiej powinno się zarządzać ruchem kibiców, a bandyci nie powinni dostać okazji do rozwinięcia skrzydeł. Trudno jednak o zdecydowanie, gdy nie ma nawet jednolitego frontu politycznego przeciw chuliganom.
  • Sądząc po korzystnych dla Polski artykułach, wywiadach, sondażach, zagranicznym kibicom się podobało, duża część zamierza wrócić. Nigdy nie wierzyłem w defetyzm siany przez krytyków Euro, gdyż homo kibicus to taka osoba, której do szczęścia potrzeba bardzo niewiele. Nie jest wybredna, chce obejrzeć dobry mecz, napić się piwa, pośpiewać, kupić pamiątki i przespać gdzieś, gdzie nie ma karaluchów. Jeśli na dodatek można zamienić z autochtonami dwa słowa po angielsku i wydać mniej pieniędzy niż się spodziewało, z uwagi na niskie ceny, to już w ogóle rewelacja. Do tego dopasował się poziom sportowy, rzecz na którą „Tusk” nie miał wpływu, a który był bardzo wysoki.

Inne:

  • Całkiem fajna piosenka na Euro:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=5EVhiBGvVFc]

  • Szpakowski się skończył i musi odejść.

Przedstawiciele różnych frakcji „antyeurowych” przerzucają się w mediach lamentami i szacunkami co do tego, ile pieniędzy zostało wydanych na te igrzyska próżności. Otóż, czuję się w obowiązku poinformować, że zbudowane za rządowe pieniądze autostrady, odnowione dworce kolejowe czy lotniska, zostają u nas. A że inwestycje zostały zrealizowane troszkę wcześniej niż to by się stało w normalnym trybie, cóż, Polska – kraj malkontentów. Najwyraźniej ćwiczmy się w narzekaniu z coraz to nowych powodów. Zawsze było utyskiwanie na powolność budów, a teraz jest na szybkość. Normalne. Co się zaś tyczy kosztów Euro, to szacowałbym je maksymalnie na kilka miliardów złotych. Są to wydatki na zabezpieczenie imprezy, logistykę oraz w jakiejś części na stadiony. Ale nie alokowałbym 100 proc. wartości stadionów jako bezpośredni wydatek na Euro, bo areny i tak wcześniej czy później musiałyby powstać – stadiony we Wrocławiu i w Gdańsku mogłyby być ewentualnie mniejsze. Kosztów marketingowych nie liczę, bo jest chyba oczywiste, że one akurat zwrócą się z nawiązką. Polska miała niesamowicie dobrą prasę, jak nigdy w historii. UEFA chyba też była zadowolona, bo mogła pobawić się zasuwanym dachem (niedużo takich stadionów na świecie). Gdyby banda ćwierćgłówków nie dała znać o swoim istnieniu w dniu meczu z Rosją, prawdopodobnie światowe media uznałyby mistrzostwa za turniej bez skazy, przynajmniej w jego „polskiej” części.

Co wyniesiemy z tego turnieju? Może właśnie uodpornimy się na nasze narodowe przywary. Coś się udało i chyba wszyscy mają tego świadomość. Reakcja na wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o „kompromitującej klęsce” może być tylko jedna. Rozdźwięk między rzeczywistością a majakami Prezesa jeszcze nigdy nie była tak olbrzymia. Wprowadził do organizmów Polaków paskudny zarazek, który jednakowoż może stać się szczepionką. Oby.

Czekają nas kolejne imprezy sportowe. Mistrzostwa Europy w siatkówce w 2013 roku (do spółki z Danią), siatkarski mundial rok później (to będzie wielka impreza!), a w 2016 roku Mistrzostwa Europy w szczypiorniaku. I akurat w przypadku piłki ręcznej mistrzostwa kontynentu stoją na wyższym poziomie niż mistrzostwa świata. Póki co niestety spalił się Chorzów ze swoją bezmyślną kandydaturą do organizacji Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce w 2015 roku, ale liczę, że po pomyślnym ukończeniu tego obiektu, będzie on gościł dużą imprezę lekkoatletyczną. Wątpliwy jest niestety ewentualny sukces w staraniach o organizację igrzysk olimpijskich. Jesteśmy bez cienia szans jeśli chodzi o igrzyska letnie, natomiast oferta „zimowa” wymaga mobilizacji wszystkich sił i środków w kraju. Władze Zakopanego dotychczas w sposób żałośnie nieudolny starają się o Mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym i przypomina to trochę niegdysiejsze starania Wrocławia o EXPO.

Notkę o Euro wymaga zakończyć autorskim typem na jedenastkę turnieju. Po przemyśleniach, stawiam na: Buffon – Hummels, Alba, Pepe – Pirlo, Ronaldo, Khedira, Jiráček, Krohn-Dehli – Dzagoev, Balotelli. Umieściłbym jeszcze Greka Salpingidisa w nagrodę za to, co pokazał w trakcie turnieju i wartość jaką wniósł do drużyny, ale brakuje miejsca. Inny Grek, Karagounis, nie znalazł się tu ze względu na przestrzelony karny.

Pułapki demokracji bezpośredniej

W dobie ogólnodostępnego Internetu nie ma już prawie żadnych przesłanek, szczególnie technologicznych, by nie wprowadzić w życie ideałów demokracji bezpośredniej. Sprawnie działający system informatyczny zorganizuje głosowanie internetowe w dowolnej sprawie sto razy szybciej niż aparat państwowy, przy użyciu konwencjonalnych procedur i środków, spłodzi referendum. Pytanie tylko, czy rzeczywiście uśmiecha nam się taki rozrost demokracji, który objąłby swym zasięgiem obszary obywatelskiej niekompetencji. Innymi słowy, czy obywatele mają merytoryczne podstawy by decydować o wszystkim? Czy mamy świadomość, że poprzez uinternetowienie demokracji, sieciowa społeczność (ludzie o bardzo różnej „jakości”) zostałaby zinstytucjonalizowana, zalegitymizowana i wtłoczona w ramy nowego ustroju?

Pomysł wykorzystania Internetu w debacie publicznej ma trzy słabe strony. Pierwsza to wspomniany brak kompetencji szerokich rzesz obywateli do decydowania w wielu sprawach. Przy czym nie uważam również, że kompetencje te posiadają jakiekolwiek gremia polityczne w naszym kraju, bo byłoby to nazbyt optymistyczne stwierdzenie. Druga wada polega na zatrważająco wysokim poziomie trollingu w polskim Internecie, co sprawia, że standard prowadzonych tam dyskusji jest bardzo niski. Trzeci punkt, w oparciu o który można skonstruować krytykę koncepcji internetowej demokracji bezpośredniej, to danie w ten sposób pożywki pokusie, by mechanizmy demokracji przyspieszać i organizować internetowe referenda często i szybko. „Prawdziwy sąd to sąd po latach, czasem – wieki później” – pisał Ryszard Kapuściński w „Lapidarium III”. Nie da się ukryć, że ludzie mają skłonność do podejmowania zbyt pochopnych decyzji, pod wpływem chwili. Podobnie, jak przy innych zastrzeżeniach, także i tu trudno powiedzieć z całą pewnością, że demokracja pośrednia prezentuje się w tym wymiarze dużo lepiej. Najlepszym przykładem, że tak nie jest, była nieopatrzna decyzja władz o pochówku pary prezydenckiej w Grobach Królewskich na Wawelu.

Internet jest przełomem w rozwoju ludzkości, ale też lekcją pokory dla wszystkich zwolenników, którzy żywili co do niego nadzieję, że będzie on inkarnacją greckiej agory, odzwierciedlającej ideały społeczeństwa obywatelskiego. Ja też byłem swego czasu zafascynowany modelem szwajcarskim, gdzie demokracja bezpośrednia osiągnęła swoją najdoskonalszą emanację w świecie nowożytnym. Ale nie jest to model uniwersalny. Specyficzna mikrokultura Szwajcarii pozwoliła na rozwinięcie się takiego systemu, ale nawet dziś niektórzy Helweci nie czują się dobrze z tym, że kobiety uzyskały tu powszechne prawa wyborcze dopiero w 1971 roku, a kilka lat temu zabroniono w drodze referendum budowy minaretów. To samo można powiedzieć o innych szwajcarskich „znakach szczególnych”, tj. najbardziej liberalne na świecie przepisy dotyczące dostępu do broni palnej, czy kwestia neutralności politycznej. Z kolei przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2008 roku, mieszkańcy Zurychu zadecydowali w referendum, że nie chcą budować na tę okoliczność nowego stadionu. W efekcie widzowie tłoczyli się na niezbyt imponującym, lekkoatletycznym trzydziestotysięczniku – Letzigrund.

Fala międzynarodowego oburzenia, jaka przetoczyła się po świecie w następstwie słynnego już referendum w sprawie minaretów, stanowi zresztą ciekawy casus z zakresu nauk politycznych. Okazało się bowiem, że w całej ośmiomilionowej Konfederacji Szwajcarskiej nie znalazł się ani jeden winowajca tego niezbyt poprawnego politycznie werdyktu. Bo znaleźć się nie mógł. Demokracja bezpośrednia zapewnia olbrzymią decentralizację odpowiedzialności (a w zabarwieniu bardziej pejoratywnym, można by mówić o rozmyciu odpowiedzialności) i w kwestiach niepoprawnych politycznie, vide minarety, dowartościowanie anonimowego vox populi może paradoksalnie odpowiadać potrzebom i oczekiwaniom części społeczeństw.

O ile szwajcarskie referenda organizowane są metodą tradycyjną, o tyle Estonia (1,3 mln mieszkańców) śmiało wkroczyła na drogę informatyzacji głosowań. Po raz pierwszy tę możliwość wprowadzono pilotażowo w wyborach lokalnych siedem lat temu. Wówczas amatorów elektronicznego głosowania było mniej niż 10 tys. W wyborach parlamentarnych w 2007 r. e-wyborcy stanowili już 5,5% głosujących (w liczbach bezwzględnych – ponad 30 tys. osób). W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. odsetek e-głosujących wzrósł do 14,7% (ponad 58 tys. osób). W wyborach lokalnych z 2009 roku z e-głosowania skorzystało ponad 104 tys. osób, a w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2011 roku – już 24% ogółu, czyli prawie 141 tys. obywateli. Frekwencja wyniosła 63,53% i wykazuje tendencję wzrostową. O takiej Polska może na razie tylko pomarzyć.

Jak bardzo popularność referendów jest pochodną lokalnych tradycji pokazuje przykład Niemiec. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Bartosz Wieliński, mówił o tym niedawno, gdy w wywiadzie radiowym poruszył temat przekazania przez Niemcy większych kompetencji na rzecz Brukseli. Proponowano w tej sprawie referendum, ale pomysł ten został jednoznacznie odrzucony. W Niemczech publiczne plebiscyty są dosyć egzotycznym pomysłem, referenda nie są umocowane w niemieckiej konstytucji i zasadniczo nie przeprowadza się ich. Jest to pochodną traumy po czasach hitlerowskich, w trakcie których Führer nader chętnie korzystał z tego instrumentu demokracji bezpośredniej.

Wszystkie te przemyślenia nie świadczą bynajmniej o tym, że nie należy wykorzystywać technologii do usprawnienia procedur tam, gdzie jest to możliwe i nie narusza w drastyczny sposób zakorzenionych w społeczeństwie demokratycznych rytuałów. Na przykład nic nie stoi na przeszkodzie, by technologia wsparła w większym stopniu proces wyborów od strony technicznej. Uczestnictwo w wyborach powszechnych za pomocą domowego połączenia internetowego nie jest niczym nagannym i należy to społeczeństwu umożliwić. Kwestią zasadniczą jest bowiem nie forma głosowania, a – jak już mówiłem – częstotliwość angażowania obywateli w proces podejmowania decyzji. Co innego głosować w cyklach czteroletnich (wybory parlamentarne i wybory samorządowe, gdyż nadal utrzymuję, że wybory prezydenckie powinny być w Polsce pośrednie), co innego co dwa tygodnie na temat wysokości ceł na marchewkę. Jest też rozwiązanie dla osób, które nie posiadają komputera w domu. Umieszczenie pecetów w lokalach wyborczych (przecież i tak każda chyba szkoła w Polsce ma salę informatyczną) pozwoliłoby znacznie ograniczyć koszty organizacji głosowania, m.in. koszty zatrudnienia obwodowych komisji wyborczych, skrócić czas procesowania i opracowywania wyników głosowania oraz podnieść jakość gromadzonych w tym czasie danych demograficznych.

Jak stracić stałego klienta w 15 minut?

Rzadko stosuję formę bojkotu jako wyraz niezadowolenia z usług świadczonych przez jakiś sklep, ale tym razem mi się zdarzyło.

W hipermarkecie Carrefour (w CH „Arkadia” w Warszawie) wybierałem lalkę jako prezent na urodziny mojej chrześniaczki. Po naradach z Emilią, wreszcie zdecydowałem się na jedną konkretną, piękną lalkę. Cena według etykiety: 59 zł. Trochę zdziwiłem się przy kasie, gdy przyszło mi zapłacić za całe zakupy ponad 150 zł, ale szybki rzut oka na paragon wszystko wyjaśnił. Za lalkę policzono 119 zł. Nie znam się na zabawkach, ale lalka sprawiała wrażenie produktu wysokiej klasy, więc w zasadzie można by uznać tę cenę za godziwą, ale mimo wszystko rozbieżność między etykietą a paragonem była kolosalna i niesmak pozostał. Udałem się więc do punktu obsługi klienta.

Miła pani pracująca w punkcie przyjęła zgłoszenie i razem wybraliśmy się do działu z zabawkami, aby zweryfikować moje zeznania. Po oględzinach metki okazało się, że jest ona bez zarzutu. No, może poza jakimś małym kodem, napisanym czcionką „ósemką”, który rzekomo nie zgadzał się z jakimś analogicznym kodem na produkcie. Nikt normalny tego czyta i nie porównuje. Sama informacja na etykiecie nie pozostawiała natomiast wątpliwości, że chodzi o produkt, który miałem w ręce. Jako konsument, nie popełniłem więc błędu i zachowałem należytą staranność w określeniu ceny lalki, którą włożyłem do koszyka.

Powróciliśmy do „stanowiska dowodzenia”, a pani z obsługi wykonała telefon do osoby decyzyjnej, uprzedzając mnie, że prawdopodobnie zaproponuje mi ona całkowity zwrot kosztów, co oznaczałoby też, że musiałbym zwrócić tak pieczołowicie wybraną zabawkę. Nieśmiało zaproponowałem (bo dostrzegłem, że zwrot różnicy w cenie nie był pomysłem, który w ogóle zaświtałby w głowie pracownicy Carrefoura), że jestem skłonny zgodzić się na jakiś rozsądny rabat, bo chciałbym zachować lalkę.

Po kilkuminutowej rozmowie między pracownicą a kierownikiem, usłyszałem ofertę: 10 proc. rabatu, czyli 11,90 zł. Poczułem się, jakby ktoś dał mi „z liścia”. Przez 20 minut wybierałem lalkę, kolejny kwadrans spędziłem na wyjaśnianiu sprawy złego oznaczenia towaru. Abstrahuję już od faktu, że cenę, jaka pojawiła się przy towarze, należy na mocy prawa traktować jako ofertę handlową, i żadna dyskusja o sprzedaży lalki po cenie innej niż 59 zł nie powinna wcale wchodzić w grę. Ale chciałem być miły. Odpowiedziałem grzecznie, że 10 proc. to oferta dalece niesatysfakcjonująca, nierekompensująca mi nawet czasu, jaki muszę poświęcić załatwianiu tej reklamacji i oczekuję bardziej przemyślanej propozycji.

Po kolejnych minutach rozmowy, padła aktualizacja oferty: 10 proc., ale mogę wysunąć roszczenie na piśmie o zwiększenie rabatu z powodu błędnej etykiety. Łaskawcy! Tego już trochę za wiele. Powiedziałem (ale nadal grzecznie), że jestem gotowy kupić tę lalkę nawet z 10-proc. rabatem, gdyż zwyczajnie nie mam czasu na ponowną selekcję czy odwiedzanie innych sklepów. Ponadto, nie zamierzam wysuwać żadnych dodatkowych „roszczeń” na piśmie, ani w ogóle wyłuszczać swoich racji w formie rozprawki, ponieważ również nie mam na to czasu. Nadmieniłem, że brak satysfakcjonującego rabatu jest decyzją biznesową Carrefoura i że jeśli nie otrzymam rozsądnej oferty, nie zamierzam więcej pojawiać się w żadnym sklepie tej sieci. Jestem przekonany, że mój wywód zabrzmiał bardzo klarownie.

Po kolejnej wymianie zdań pracownicy z kierownikiem, żadna lepsza propozycja nie padła. Pani obsługująca mnie próbowała robić dobre wrażenie i trudno odmówić jej empatii i chęci rozwiązania problemu po mojej myśli. Jest bez winy. Ale zachowanie kierownika zasługuje na publiczną krytykę. Okazuje się, że nawet mimo ostatnich wpadek PKO BP, Pekao SA (słynna „sprawa toalety”) czy niedawnej Realu (W hipermarkecie zaginęło dziecko), podejście klientocentryczne w wielu firmach jest nadal albo czarną magią, albo jakimś pseudonaukowym konceptem wykraczającym swym nowatorstwem daleko poza granice pojmowania świata przez kadrę zarządzającą. Na blogu pana Tomasza Miączyńskiego (Towar niezgodny z umową), podobne przypadki opisywane są na porządku dziennym.

W takim układzie, nagłośnienie tej sprawy i bojkot wydają mi się jedynym rozsądnym posunięciem. Emilia trochę się zmartwiła, bo Carrefour to najbliższy sklep w moim sąsiedztwie, a ja przez chwilę wyglądałem pewnie jak pan Kazio z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, ale nic to. Wytępienie z rynku podobnych zachowań, jak to Carrefoura, wymaga trochę poświęceń.

Chętnych na przypomnienie sobie nieśmiertelnej sceny z kurczakiem i szmatą z nieśmiertelnego filmu Barei, odsyłam:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=q9ut3jdWBVc&w=420&h=315]

Nowomowa, czyli o wymieraniu języków

Każdemu, kto czytał „Rok 1984” Orwella, z pewnością dobrze wryła się w pamięć koncepcja nowomowy. Pamiętam, że najbardziej szokujący był dla mnie fakt, że był to język, którego filozofia sprowadzała się do samoograniczania. Był to język, którego słownictwo – owszem – rozwijało się, ale wiemy, że rozwój może przybrać zarówno szaty postępu, jak i regresu. Rozwój nowomowy należałoby scharakteryzować niewątpliwie jako regres. Liczba słów w obiegu malała. Dobry, plusdobry, dwaplusdobry, bezdobry – ledwie cztery słowa miały służyć do wartościowania. Cztery, zamiast całej palety przymiotników. Wysiłki totalitarnej władzy, która usiłowała zapobiegać tzw. myślozbrodniom, były nadzwyczaj owocne.

Tyle na temat książki. Sukcesy nowomowy były uwarunkowane działaniami totalitarnego aparatu, a nie przesłankami wynikającymi z natury ludzkiej. Natura ludzka ma bowiem to do siebie, że zastaną rzeczywistość rozbudowuje, zamiast minimalizować. Świadczy o tym pęd do innowacji, konsumpcjonizm czy indywidualizm. Do niedawna świadczył też o tym język, który per saldo (po odjęciu wychodzących z użycia wyrazów przestarzałych) ubogacał się. Nawet jeśli nie brać pod uwagę slangu czy żargonu, z  których wywodzi się zapewne spory odsetek nowych słów w obiegu, język polski rozrastał się.

Problem, który poruszę, być może jest obcy większości z was. Ja jednak, jako (przynajmniej tymczasowy) „więzień” korporacji, dostrzegam w swoim otoczeniu coś, co można by delikatnymi słowy określić jako zanikanie języka polskiego wśród pewnych grup zawodowych. Bo jak na przykład określić wyrażenia (wszystkie autentyczne) w stylu:

  • Przygotuj to w takim formacie, żebyśmy mogli kolaborować i pabliszować zmiany.
  • Czym są drajwowane te klastry?
  • W tym templejcie musimy pokazać, jak zastaffujemy i sczardżujemy ten projekt.
  • Janek zesleszował ten engejdżment o dwa tygodnie.
  • Fajne oporciunity, przegadajmy to na kolu.

Przykłady można mnożyć. Dwujęzyczne środowisko pracy i dynamika języka polskiego nienadążająca za angielskimi pierwowzorami są katalizatorami takich potworków językowych.

Sygnalizuję problem, ale nie wiem, jak z nim walczyć. Walczyć trzeba, bo angielsko-polskie hybrydy lub spolonizowane jeden-do-jednego terminy ekonomiczne (lub inne, ale o innych branżach trudno mi się wiarygodnie wypowiadać) brzmią koszmarnie. Oczywiście, sam nie jestem od tej zarazy wolny. Szybkie tempo komunikacji w firmie i przesiąkanie pewnymi nawykami robią swoje.

Rozwiązania nie mam, ale mam hipotezę, która – podobnie jak wstęp tej notki – czerpie z literatury. Józef Teodor Korzeniowski, światu znany bardziej jako Joseph Conrad, tworzył w języku angielskim. Takie arcydzieła jak „Lord Jim” czy „Jądro ciemności” powstały w języku Szekspira, mimo że sam pisarz aż do końca życia nie nauczył się tego języka perfekcyjnie, popełniając nierzadko bardzo proste błędy. Pisał zaś po angielsku z tej prostej przyczyny, że charakter jego książek (jak wiemy, przeważnie to powieści i nowele marynistyczne) uniemożliwiał pisanie po polsku ze względu na… brak odpowiedniego słownictwa! Conrad, pisarz bezsprzecznie wybitny, postawił wszystko na jedną kartę. Nie wchodził w językowe hybrydy, nie budował pokracznych słów, które tylko imitowałyby jego ojczysty język. Postawił więc na angielski i wyszedł na tym najlepiej jak mógł.

Czas więc chyba zaakceptować ten bolesny fakt, że polski język ekonomiczny nie ma szans na przetrwanie. Dla ograniczenia własnej śmieszności, ale także dla usprawnienia komunikacji w globalizującym się jednak świecie, powinniśmy porzucić język polski w korporacjach. Po pierwsze, wyparowałaby bariera językowa (np. konieczność czasochłonnego tłumaczenia dokumentów). Po drugie, polscy menedżerowie, ludzie biznesu czy nawet akademicy, poprzez oswojenie się w jeszcze większym stopniu z językiem angielskim, byliby bardziej konkurencyjni globalnie. Po trzecie, nie kaleczylibyśmy mowy przodków polskoangielskim (celowo bez łącznika) bełkotem.

Dlaczego nazwałem to więc hipotezą, a nie rozwiązaniem? Nie ośmieliłem się. Trudno mi sobie wyobrazić, by ten pomysł znalazł szerokie kręgi zwolenników, choć – moim zdaniem – spełnia wszystkie wymogi racjonalności. Kultywowanie języka polskiego w każdych warunkach jest jednak dla wielu Polaków punktem honoru i kwestią nie podlegającą dyskusji. A może się mylę? Conrad się na zdobył, jest więc od kogo brać przykład.

P.S. (21 lutego 2012 r.)
Widzę, że publikacja notki niezamierzenie zbiegła się niemalże terminem z Międzynarodowym Dniem Języka Ojczystego i całkiem ciekawą kampanią społeczną:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=WSGeKQcSsAA&w=560&h=315]

Polityka i in vitro: oddzielanie ziarna od plew

Wszystko w nadmiarze szkodzi. Liberalne myślenie także. Tym bardziej, że liberalne myślenie – inaczej niż się powszechnie sądzi – może mieć niewiele wspólnego z naukowym czy gospodarczym liberalizmem (rozumianym na przykład jako umiłowanie wolności i minimalizacja roli państwa), a tym samym z racjonalnością. Redukując ten wywód logiczny, można powiedzieć tak: ci, którzy obnoszą się ze swoim „otwartym” umysłem, lansując liberalne koncepcje, mogą być jednocześnie na bakier z rozumem.

Po tym przydługim wstępie, zaprezentuję na krótkim przykładzie, jak może działać taki mechanizm. Dzisiaj chyba powinienem napisać o marihuanie, bo jesteśmy świeżo po próbie Janusza Palikota zapalenia w Sejmie jointa. Ale napiszę o innym pomyśle środowisk lewicowych – refundacji in vitro.

Sama ustawa bioetyczna, regulująca procedury wykonywania zapłodnienia in vitro, jest naturalnie potrzebna i to od dawna. Problemem pozostaje natomiast sposób finansowania tej procedury i czy budżet państwa w jakikolwiek sposób powinien się do tego dokładać. Co bardziej lewicowe środowiska ochoczo tej koncepcji przyklaskują i piszą pod nią ustawy. Najgłośniej o sprawie było pod koniec listopada, gdy do walki o in vitro i jego refundację stanęła Wanda Nowicka z Ruchu Palikota oraz niezależnie od siebie Marek Balicki i Joanna Senyszyn z SLD (Onet.plKAI).

W istocie, kwestia uregulowania in vitro z poszanowaniem etyki i w duchu liberalnym, tj. zapewnienie dostępności tej metody leczenia bezpłodności i budowa społecznej akceptacji dla tej formy prokreacji, a kwestia finansowania tej metody przez państwo, to rzeczy najzupełniej różne. Prawda jest bowiem taka, że dla zapłodnienia in vitro istnieje, może nie perfekcyjny, ale jednak bliski substytut – adopcja. Co więcej, jest to substytut niosący znacznie większe korzyści społeczne. Mianowicie, już narodzone dziecko, które nie ma na tyle szczęścia, by wychowywać się w normalnej rodzinie, ma szansę na uśmiech losu i prawdziwy dom.

Mając zatem do wyboru posiadanie dziecka w drodze adopcji i posiadanie dziecka w drodze procedury in vitro, jest jasne, że preferowanym przez rząd wyborem, tj. takim, który maksymalizuje „użyteczność” z punktu widzenia społeczeństwa, jest raczej wspieranie adopcji, aniżeli in vitro. Jeżeli dotacje państwa mają pomagać w rozwoju któregoś z tych dwóch hipotetycznych programów, wolę, aby zostały wydane na promowanie adopcji i wsparcie rodzin, które zdecydowały się na ten krok. Wówczas tworzą one bowiem warunki do rozwoju dziecka, które są wielokrotnie korzystniejsze od tych, na które skazani są wychowankowie w domach dziecka.

Owszem, część par z różnych względów nie zechce skorzystać z adopcji. Oczywiście, jest to rzecz, którą należy uszanować. Niemniej jednak, w żaden sposób nie może to usprawiedliwiać udostępniania przyszłym rodzicom publicznych pieniędzy na wybór alternatywnej ścieżki, która – choć również pożyteczna (większy przyrost naturalny to w naszych warunkach błogosławieństwo) – nie powinna otrzymywać wsparcia z funduszy prorodzinnych nieproporcjonalnie większego niż adopcja.

Co należało dowieść. Jak widać, liberalne myślenie niemal zawsze nosi znamiona racjonalności, ale racjonalny osąd musi odbywać się nie na niwie ideologii, ale w drodze obiektywnych przemyśleń.

Jak wskrzesić gatunek homo oeconomicus?

Moja edukacja ekonomiczna rozpoczęła się dosyć wcześnie. Dokonując akumulacji pierwszego poważnego, jak na owe czasy (i mój wiek) kapitału, w kwocie 220 tys. zł (naturalnie, przed denominacją), kupiłem piłkę nożną. Kapitał pochodził głównie z IPO, tj. debiutu w szkole podstawowej i zebranych z tej okazji „prezentów” od rodziny, co zaszło 1 września 1994 roku. Futbolówka kosztowała 165 tys. zł, a więc wydatek pochłonął trzy czwarte mojego ówczesnego majątku. Inwestycja w kategoriach finansowych się nie zwróciła, bo nie zostałem wielkim piłkarzem, ale co się nagrałem tą piłką (była ładna, z motywami nawiązującymi do MŚ w USA) – to moje. Później, dokonując różnych inwestycji, bądź samodzielnie (chipsy i batoniki), bądź przez inwestorów instytucjonalnych (rodziców), gospodarowałem rzadkimi zasobami, z mniejszym lub większym rozsądkiem. Operując przenośnią, sprzyjało mi znikome ryzyko polityczne (troskliwy nadzór rodziców), szeroko dostępna pomoc publiczna (finansowanie etapowe ze strony rodziców) i stabilna stopa zwrotu (zapewniana przez konserwatywnego regulatora – rodziców). Ech, monotonia… Ale skuteczna.

Rozpisuję się o tym i powracam do zarania mojego cash managementu, aby uświadomić sobie, jak człowiek zarządza pieniędzmi na podstawie samej tylko intuicji, bez przygotowania ekonomicznego. Teraz już wiem, że nie wolno inwestować 75% kapitału w jeden instrument (w moim przypadku była to wspomniana piłka), bo to hazard. Ale wówczas owa intuicja nie zadziałała, co sugeruje, że homo oeconomicus to nie korzeń człowieczeństwa, z którego się wyrasta, ale pewien gatunek, w który się „wrasta” wraz z doświadczeniem. Owszem, z wykresami giełdowymi byłem za pan brat od dzieciństwa, nie do końca wszak byłem świadomy ich znaczenia. Zasłyszane w telewizji pojęcie „nierentowna firma” przez długi czas tłumaczyłem sobie zakład będący w tak fatalnej sytuacji finansowej, że jego pracownicy po zaprzestaniu pracy w nim nie będą mogli otrzymać… renty. Umysł dziecka przyjmie wszystko.

Przedmiot zatytułowany „Podstawy przedsiębiorczości” pojawia się w szkole średniej. Przy czym określenie „pojawia się” jest tutaj bardzo na miejscu. W moim przypadku wykładał go geograf, w innych, które znam – chemiczka lub pan z łapanki. Brakuje jeszcze siostry zakonnej i fryzjerki, ale jestem pewien, że jak nasz kraj długi i szeroki, i takie przypadki musiały się zdarzyć. Z zajęć nie wyniosłem dosłownie nic. W wieku 19 lat moją podstawową kompetencją społeczną w zakresie nauk ekonomicznych była umiejętność wypełnienia PIT-a. Dla porządku, nabyłem ją w gimnazjum na wiedzy o społeczeństwie, a nie w liceum na podstawach przedsiębiorczości.

Zastrzegam – nie wiem, czy od „moich czasów” (6-8 lat temu) coś się zmieniło. W każdym razie, dowiem się. Ale nic dziwnego, że wielkim szokiem i przełomem okazały się dla mnie pierwsze zajęcia na studiach ekonomicznych – mikroekonomia. Pojęcie maksymalizacji użyteczności, krzywe popytu i podaży, elastyczności, przychody ze skali, malejąca użyteczność krańcowa… To wywraca sposób myślenia, filozofię myślenia o finansach, do góry nogami. Ale przecież nie tylko o finansach w ścisłym znaczeniu! Narzędzia stosowane w ekonomii i logika, jaką ta nauka się posługuje, dają fantastyczny warsztat, otwierają możliwości na wielu polach badawczych. Rację miał F. A. Hayek, gdy mówił, że ekonomia to nie jakaś bliżej nieokreślona „rzecz”. Ekonomia to my, ekonomia jest w nas – i nie da się jej ująć jako nauki w granice, ramy czy skrępować jej innego typu sztucznymi więzami. I w tym tkwi piękno tej dziedziny wiedzy. Bardzo chciałbym, aby wśród dzieci i młodzieży jak najwcześniej wzbudzać zainteresowanie tą dyscypliną, tym bardziej, że zetknie się z nią siłą rzeczy każdy, a niewiedza może drogo kosztować – i dosłownie, i w przenośni.

Jako postscriptum mogę napisać, że po 1994 roku nabyłem jeszcze kilka piłek. Niektóre kosztowały więcej, niektóre mniej niż ówczesne 165 tys. zł. Ale żadna już nie sprawiła mi tyle radości, co ta pierwsza. Cóż – czytelny dowód na prawdziwość prawa malejącej użyteczności krańcowej!