Dlaczego nie powinniśmy cieszyć się z losowania EURO 2012?

Im dłużej przetrawiam swoją piątkową mękę przed telewizorem, tym większy niesmak czuję w związku z losowaniem grup przyszłorocznych Mistrzostw Europy, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie. Dziwi mnie powszechna w społeczeństwie radość z wylosowania łatwej grupy. Owszem, jest ona łatwa, ale jakby dodał pospiesznie minister Rostowski – tylko RELATYWNIE. Po raz kolejny empiria dowodzi, że mamy jako naród (wyłączając na chwilę z tej kategorii piłkarskich analfabetów, którzy o losowaniu być może nie słyszeli) bardzo krótką pamięć. Grupa z Ekwadorem i Kostaryką, pięć lat temu na Mistrzostwach Świata w Niemczech, była jeszcze łatwiejsza, a – zdążyliśmy już to najwidoczniej wyprzeć z pamięci – odpadliśmy z kretesem z dalszych gier. Pisze o tym dość obszernie Rafał Stec.

Poza meczem z Rosją, którego atrakcyjność tkwi raczej w kontekstach politycznych aniżeli piłkarskich, pozostałe starcia – z Grecją i Republiką Czeską – na papierze zapowiadają się jako dania nudne jak flaki z olejem. Gdyby nie status meczu otwarcia, potyczki Polski i Grecji, dwóch najsłabszych drużyn EURO 2008, nie obejrzałby w Europie pies z kulawą nogą. Można też podejrzewać, że w ostatniej kolejce rundy grupowej, światowe telewizje chętniej pokażą mecz Rosja-Grecja, niż rozgrywaną równolegle lokalną bitkę Polski (tym bardziej, jeśli to będzie dla niej tylko bój o honor) z jej południowymi sąsiadami.

Trudno czynić komukolwiek wyrzuty, bo na wynik losowania nikt (nawet, trzeba to przyznać, nawet PZPN) nie miał wpływu. Można utyskiwać na los, ale nie ma to większego sensu. Będę więc wciąż narzekać na nielogiczną reakcję kibiców. Owszem, radość z wylosowania teoretycznie najłatwiejszej grupy można zrozumieć – jeżeli ktoś jest optymistą. Dla mnie szanse Polski na wyjście z grupy wzrosły jednak nieproporcjonalnie w stosunku do ryzyka kompromitacji, czyli zajęcia miejsca niepremiowanego awansem. W mojej opinii, na idealny komplet grupowych rywali składały się drużyny Anglii, Portugalii i Francji. Z jednej strony, bardzo atrakcyjne marketingowo, z drugiej – sportowo do przejścia. To już jednak w tej chwili niewiele wnoszące dywagacje.

To co martwi wszak bardziej, to wymierne korzyści ekonomiczne z losowania. Na tej niwie, niestety bardziej zyskała Ukraina, która będzie u siebie gościć takich tuzów europejskiego futbolu jak reprezentacje Niemiec, Holandii, Anglii, Francji, Szwecji i Danii, toteż może liczyć również na przybycie kibiców z nieco zasobniejszymi portfelami. Z grona PIIGS-ów (pejoratywny akronim utworzony z pierwszych liter nazw krajów o najbardziej chwiejnych ostatnio gospodarkach), na Ukrainie zagra tylko Portugalia – ale i w tym przypadku kibice będą mieć przyjemność z podziwiania nad Dniestrem swego bożyszczego, CR7. Pozostałe „świnie”, Włochy, Irlandia, Grecja i Hiszpania, zagrają w Polsce. Razem z relatywnie biedniejszymi Rosjanami, Chorwatami i Czechami.

Pocieszenie? Zdecydowana większość z teamów narodowych szykuje się do zamieszkania w czasie turnieju w Polsce. Przynajmniej jak na razie, bo po wynikach losowania, swoje bazy zmieniają Skandynawowie – najpierw Szwedzi ogłosili, że przenoszą się pod Kijów, dziś na myśl o tysiąckilometrowych podróżach „wymiękli” Duńczycy. Pytanie, gdzie zadomowi się większość kibiców? Czy przyjedzie za reprezentacją, czy tam, gdzie rozlokowane są stadiony? Oczywiście, szczęśliwcy, którzy mają bilety na przyszłoroczne finały, nie będą się długo zastanawiać. Wydaje się jednak, że większość zaszczytu posiadania kart wstępu na stadiony nie dostąpi i atmosferą turnieju rozkoszować się będzie w strefach kibica. Inaczej bonusy wizerunkowe, związane z organizacją tak wielkiej imprezy, znacznie się z perspektywy Polski skurczą. Obywatele peryferyjnych Chorwacji czy Irlandii, albo stawianej w stan upadłości Grecji, mogą nie być odpowiednio podatni na uroki oferowane przez nasz kraj nadwiślański. I nie chodzi tu wcale o kwestie finansowe (jeżeli ktoś już przyjeżdża na turniej, to najpewniej nie z pustą portmonetką), ale o długofalowe czerpanie przez Polskę z pożytków wizerunkowych. Chorwacja i Grecja to po prostu kraje małe, „eksportujące” raczej niewielu turystów. Nic dziwnego. Do spółki z Włochami i Hiszpanią tworzą ścisłą europejską czołówkę przemysłu wypoczynkowego. Tym samym, nie należy się spodziewać, by śródziemnomorscy goście padli na kolana na widok Bałtyku, czy ugięli w pokorze kark pod wrocławskim pręgierzem.

Syzyfowe prace a sprawa polska

W „Syzyfowych pracach” Stefana Żeromskiego gorliwi rusyfikatorzy bezskutecznie usiłowali – nieudolnie i wbrew naturze – wyplewić polskość z serc swoich podopiecznych. Teraz, w epoce, gdy patriotyzm ekonomiczny wypiera patriotyzm pola bitwy, działania zaborców są replikowane przez nasze władze, polityczne i ekonomiczne. A chodzi o modną ostatnio tezę o konieczności tzw. repolonizacji banków. Pisze o tym Stefan Kawalec (link), hołduje temu Krzysztof Rybiński (link), popiera prezes NBP, Marek Belka (link). Przytomnie oponował przeciw tym pomysłom Maciej Bitner (link), a także – co dziwi najmniej – Robert Gwiazdowski (link), ale są oni w zakrzyczanej mniejszości.

Politycy nie przepuszczą żadnej okazji, by przypodobać się wyborcom. Robią to żerując na prymitywnych instynktach i resentymentach Polaków, a czynią to po to, by poszerzyć pulę stanowisk do obsadzenia swoimi poplecznikami. Nie jest przecież tajemnicą, że wśród raptem kilku instytucji w Polsce zdolnych dokonać spektakularnego przejęcia banku od zagranicznego właściciela, są PKO BP, PZU, BGK i ewentualnie Getin Holding. Tylko ten ostatni jest w prywatnych rękach. W pozostałych przypadkach, takie repolonizacyjne akwizycje byłyby w istocie reprywatyzacją i okazją do stworzenia dodatkowych synekur.

Co dałby nam polski kapitał w bankach? To kluczowe pytanie, bo odpowiedź na nie pokaże, czy gra w ogóle jest warta świeczki. Nawet, gdyby repolonizacja, pieszczotliwie zwana przez niektórych „udomowieniem”, miałaby się dokonać za sprawą cywilizowanych metod, to czy będzie to korzystne z punktu widzenia stabilności sektora bankowego? Irving Fisher, autor hipotezy adaptacyjnych oczekiwań, znałby przyczynę ślepej wiary w to, że rodzimy kapitał jest lepszy. Według jego teorii, ludzie przewidują na podstawie przeszłych wydarzeń, sądząc, że powtórzą się w przyszłości. I tak, świadomością polityków rządzi przekonanie, że kryzysy już zawsze będą miały globalny wymiar, a wówczas wypełnieni patriotycznymi uczuciami bankierzy sypną groszem by stworzyć z Polski bezpieczną przystań na rozszalałym oceanie. Ale to nonsens. Po pierwsze, dywersyfikacja źródeł kapitału jest z zasady dobra, a obecny udział polskiego kapitału w sektorze bankowym jest całkiem bezpieczny (ok. 30 proc. aktywów). Po drugie, kryzysy mają nierzadko nawet w dzisiejszych czasach charakter lokalny. W przypadku, gdy mielibyśmy do czynienia z lokalnym załamaniem gospodarki, prawdopodobnie objęłoby ono również sektor finansowy. Polski kapitał w bankach byłby wówczas przeszkodą potęgującą kryzys, a nie amortyzującą jego skutki. To właśnie zagraniczne banki, mimo że często reagują słabiej na bodźce generowane przez politykę monetarną, są czynnikami stabilizującymi gospodarkę, co potwierdzają badania, m.in. Bonina, Hasana i Wachtela (2005) czy de Haasa i Lelyvelda (2006).

To prawda, że w czasie ostatniego kryzysu, PKO BP był jedynym bankiem zwiększającym akcję kredytową dla znajdujących się w potrzebie przedsiębiorstw. To piewcom teorii o dobrodziejstwach banków zdominowanych przez kapitał krajowy daje do ręki poważny argument. Ale postępowanie wbrew naturze rynku nie prowadzi do niczego dobrego, o czym przekonujemy się boleśnie, śledząc serial nieudolności, którego areną są Stany Zjednoczone i kraje strefy euro. Gdy więc dojdzie do drugiej fali kryzysu, a wyceny niektórych banków spadną na tyle, że krajowych graczy będzie stać na ich przejęcie, nie ma przeciwwskazań, by takie transakcje utrudniać. Ale powinny zadziałać mechanizmy rynkowe, a nie imperialistyczne czy etatystyczne plany NBP, KNF czy Ministerstwa Skarbu. Walka z rynkiem nie popłaci. I oby dyrektor Kriestoobriadnikow i inspektor Zabielskij pozostali bohaterami literackimi, a nie autorytetami dla ekonomistów i polityków.

Źródła:

  • Bonin, J. P., Hasan, I. and Wachtel, P. (2005) Bank performance, efficiency and ownership in transition countries, Journal of Banking & Finance, Vol. 29, Issue 1 (January), pp. 31-53.
  • De Haas, R. and van Lelyveld, I. (2006) Foreign Banks and Credit Stability in Central and Eastern Europe: A Panel Data Analysis, Journal of Banking & Finance, Vol. 30, Issue 7 (July), pp. 1927-1952.

Exposé się rzekło i co dalej?

Do exposé Donalda Tuska mam stosunek ambiwalentny. Politycznie bardzo dobre, merytorycznie konkretne, ale w przełożeniu na rzeczywistość wciąż zbyt ostrożne. Mimo, że największą wagę zawsze powinno się przykładać do kwestii gospodarczych, nie podobała mi się monotematyczność wystąpienia premiera. O planowanych ruchach w resortach niegospodarczych usłyszeliśmy niewiele, jeśli nie liczyć kilku mentorskich wstawek o krzyżu i miejscu Polski w Europie. Rząd chce przedsięwziąć odważne reformy, ale nie podzielam entuzjazmu części komentatorów, którzy przemówieniu Tuska nadają status rewolucyjnego. I nie chodzi bynajmniej o wyrażenie z mojej strony pewnego memento, że zapowiedzi z exposé nigdy w stu procentach nie przekładają się na realne działanie.

Tusk zamienia politykę małych kroków, którą (chyba nawet z pewną dumą) forsował do tej pory, na politykę półśrodków. Owszem, przyrównując zaprezentowane w piątek propozycje do tego, co działo się przez ostatnie cztery lata, zauważamy znaczny postęp. Ale potencjał kryzysu, jako okresu idealnego do gruntownych, strukturalnych reform, pozostanie najwyraźniej niewykorzystany. Planowane kroki nie usprawnią machiny państwa. Wszak nawet po urzeczywistnieniu zapowiedzianych przedsięwzięć, system emerytalny pozostanie ułomny i niezbilansowany, koszty pracy wysokie, pomoc społeczna niesprawiedliwa, system podatkowy skomplikowany, a sam pobór podatków drogi. Zmiany mają więc charakter fragmentaryczny, działają na relatywnie wąskich odcinkach wymienionych polityk, a do tego dotyczą zmian kwot, procentów, stawek, progów, ale nie systemu!

Decyzja o stopniowym podwyższaniu wieku emerytalnego jest naturalnie bardzo zręczna – ogranicza ryzyko wybuchu społecznego niezadowolenia i buduje zaufanie do państwa jako organizacji przewidywalnej i odpowiedzialnej. Tak powinno się wprowadzać reformy. Można oczywiście dyskutować, czy perspektywy 2020 i 2040 roku, kiedy to zaczną w pełni obowiązywać nowe regulacje, nie są zbyt odległe. Wydaje się, że taki, w istocie ostrożny, wzrost wieku emerytalnego może okazać się dalece niewystarczający w 2040 roku, jeśli średnia długość życia na emeryturze znacznie w międzyczasie wzrośnie. W tej sprawie bulwersują natomiast przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza, rząd bohatersko podejmuje się sanacji systemu emerytalnego po niedawnym jego demontażu (zamach na OFE). Syndrom strażaka-podpalacza? Druga, w związku ze wspomnianym demontażem, nie wiem na jakiej podstawie Tusk obiecuje przyszłym emerytom o x% większe świadczenia wynikające z wydłużonego czasu pracy. Cudowne rozmnożenie na „kontach” ZUS? To czysty miraż.

Żeby nie było tak gorzko, pochwały należą się Tuskowi za krok w kierunku ograniczenia przywilejów emerytalnych służb mundurowych. Na plus należy zapisać również decyzję o, na razie tymczasowej, kwotowej waloryzacji emerytur, zamiast dotychczasowej procentowej. Dobrym posunięciem jest także stopniowe wyłączanie bogatszych rolników z KRUS-u.

Propozycja ograniczenia ulg, owszem, przyniesie korzyści dla budżetu, ale dodatkowo skomplikuje system podatkowy. Kolejny raz nie doczekaliśmy się decyzji politycznej dotyczącej całkowitej likwidacji ulg, co doprowadziłoby do uproszczenia systemu podatkowego i otworzyłoby drogę na przykład do obniżenia stawki podatkowej PIT. Najwidoczniej, niektórzy ekonomiści nadal mają kłopoty ze zrozumieniem, że narzędziem redystrybucji dochodu narodowego jest nie system podatkowy, a system opieki społecznej. Daniny publiczne są w Polsce ściągane drogo, nieefektywnie, lub nie są ściągane w ogóle (szara strefa), a trud orientowania się w gąszczu podatkowych przepisów pochłania cenną energię obywateli.

Najbardziej zniechęca mnie do exposé jednak coś innego – wzrost składki rentowej o 2 pkt. proc. Premier stwierdził, że przedsiębiorstwa i tak nie inwestują, więc mogą bez uszczerbku płacić wyższą składkę. To najbardziej jaskrawy przykład posunięcia zupełnie sprzecznego z oczekiwaniami rynku. Priorytetem kolejnych rządów, zresztą od wielu lat, powinno być ograniczanie kosztów zatrudnienia, co jest główną i bezpośrednią przyczyną wysokiego bezrobocia. Tymczasem, Tusk decyduje się ten już i tak horrendalnie wysoki klin podatkowy zwiększyć.

Nie usłyszeliśmy zbyt wiele o optymalizacji wydawania pieniędzy na pomoc społeczną. To obszar, gdzie do ugrania jest, lekko licząc, kilka miliardów złotych. Wygląda więc na to, że hojny strumień publicznych pieniędzy przez kolejne cztery lata będzie nadal płynął do osób, które tego zastrzyku finansowego kompletnie nie potrzebują.

Nic albo bardzo niewiele zostało powiedziane o deregulacji, wspieraniu innowacyjności i nauce, wspieraniu ożywienia w sektorze mikroprzedsiębiorstw, polityce proimigracyjnej, dokończeniu prywatyzacji, walce z bezrobociem wśród młodych ludzi, nawet o infrastrukturze czy sądownictwie (poza elektroniczną administracją).

Jakie nadzieje można wiązać z drugim rządem Donalda Tuska? Biorąc pod uwagę niekorzystne prognostyki, do których zaliczam między innymi unik przed koalicją z reformatorskim Ruchem Palikota, brak silnej i merytorycznej opozycji, słaby skład personalny gabinetu, prawdopodobnie nadal wysoki, rozleniwiający i usypiający strumień unijnych pieniędzy na lata 2014-2020, można sądzić, że w sferze strukturalnej zmieni się niewiele. Jedyna nadzieja na przebudzenie i większą ambicję rządzących leży w rozprzestrzenieniu się w Polsce – tym razem na poważnie – zjawisk związanych z kryzysem gospodarczym. Takich życzeń wolę jednak mimo wszystko nie wypowiadać.

Między wierszami samobójstwa

Samobójcza śmierć Andrzeja Leppera zadziwiająco trafnie wpisuje się w opis losów jego literackiego pierwowzoru, Nikodema Dyzmy. Skompromitowany polityk, uwikłany zapewne w szereg nie do końca jasnych intryg, nie wytrzymał ciężaru, jakim nigdy nie powinien był zostać obarczony. Władzę do rąk, niczym zegarek małpie, dali mu wyborcy – zakończyło się najpierw bankructwem politycznym, teraz – totalnym unicestwieniem. W całym tym wydarzeniu martwi jedna rzecz – przykryta płaszczykiem szoku i względnej żałoby. Śmierć Leppera przekreśla – i tak nikłe – szanse na wyjaśnienie związanych z nim afer mających miejsce w „ciemnych wiekach” rządów PiS.

Trzeba w ogólności powiedzieć, że wbrew początkowym nadziejom, wyjaśnianie nadużyć z lat 2005-2007 idzie niezwykle ślamazarnie. Dopiero niedawno zakończyła pracę Komisja śledcza do zbadania okoliczności tragicznej śmierci byłej posłanki Barbary Blidy, a także Komisja śledcza do zbadania sprawy zarzutu nielegalnego wywierania wpływu na funkcjonariuszy policji, służb specjalnych, prokuratorów i osoby pełniące funkcje w organach wymiaru sprawiedliwości. Wnioski z prac tej ostatniej, kierowanej przez Andrzeja Czumę, okazały się zresztą na tyle żenujące, że Tomasz Lis posunął się niedawno do nazwania Czumy „kosmitą”. Nie ma jednak wątpliwości, że spraw zasługujących na wyjaśnienie jest więcej.

Może to i dobrze, że nie wracamy tak namiętnie do (niedalekiej wszak) przeszłości i nie rozdrapujemy niedawnych skandali. Ale nie jest to do końca prawda. Takie przypadki jak ten piątkowy pokazują, że warto przyjrzeć się problemowi nadużywania prawa przez polityków, póki jest komu stawiać zarzuty. Zagmatwana sieć powiązań i układów, na pograniczu polityki, biznesu, świata przestępczego, niejasna dla większości obywateli, może z czasem zebrać dużo większe żniwo samobójców. Pożyjemy, zobaczymy. Mnie najbardziej dziwi, że grono najzagorzalszych zwolenników skrupulatnego wyjaśnienia sprawy śmierci Leppera otwiera Zbigniew Ziobro, który raczej największy interes upatrywać powinien w tuszowaniu swoich wybryków, aniżeli nawoływaniu do przejrzystości. Być może jednak liczy na reakcję otoczenia odwrotną do wykrzyczanych przez samego siebie słów.

„Inside Job” – ticked

After submitting my master’s thesis in the recent weeks, the amount of spare time did not magically multiplied (that is what I naively hoped for), but nevertheless I pulled myself together to catch-up for literature- and movie-related unforgivable ommissions. One of them was “Inside Job”, a movie watched and discussed even by my friends with non-financial backgrounds, which ultimately made me act. Much has already been said about Charles Ferguson’s documentary, but I feel like sharing my views as well.

First of all, no one can deny, the movie is unavoidably biased. The director has a clear hypothesis and manipulates the input he managed to collect in order to exert the influence he wants. The issue of validity of this hypothesis is vague. He points out deregulation and financial innovation as the major, continuous factors that spoilt the markets. As a matter of fact, I cannot agree with such an approach. Deregulation itself is good. The thing that worries is the deficit of ethics in business. Ferguson touches this topic very superficially, mainly with relation to prevailing conflict of interest among U.S. academics. This is important, but does not make up for a one-and-only root cause. Ferguson is silly blaming e.g. Ronald Reagan for initiating deregulation back in 1980s, since the one may be blamed only for the foreseeable consequences of his decisions. True, many decision-makers rejected the opportunity to appear in the movie, but it may not be used as a tacit argument against them. It seems that the scope of “Inside Job” is too wide and complex. It does not really explain the direct causations of the recent turbulence, but rather meanders throughout the past and ambiguous actions that might, but did not have to cause the effects they caused. Too much time is devoted to topics unrelated (directly) to the crisis, e.g. drug consumption or luxury prostitution settled by corporate credit cards. As such, Ferguson’s picture becomes an arbitrary public persecution and a somewhat populist medium to express rage aimed at world’s top economic figures and the Wall Street as a whole.

Few people, if any, are able to grasp the crisis mechanism from cover to cover. However, from my point of view, even if we assume that bankers are inherently greedy and will always lack proper ethics, the following sources brought most far-reaching consequences:

  • Rating agencies, assigning AAA to compound assets filled with junk instruments, have made market vulnerable to downturn by providing insidious profit opportunities; given lower rating, many institutions would not have been allowed to invest in such securities.
  • Politicians have assumed that a decent home is a commodity; quoting George W. Bush addressing subprime borrowers: You don’t have to have a lousy home. The low-income home buyer can have just as nice a house as anybody else; therefore, yes, the deficit of regulation is important here, but it regards retail credit, rather than derivatives traded by professionals.

Gdzie kapitalizm mówi dobranoc

Nie przestaje zadziwiać mnie stopień (nie)dopasowania różnych instytucji w Polsce do wyzwań i potrzeb wolnego rynku. Czego chyba wszyscy mamy świadomość, wiele jednostek państwowych w naszym kraju ma wciąż więcej wspólnego z systemem nakładczo-rozdzielczym niż kapitalistyczną wolną konkurencją. Od kilku dni doświadczam tegoż na własnej skórze, próbując zaszczepić się przeciwko durowi brzusznemu.

W Warszawie są zasadniczo dwa miejsca, w których można poddać się szczepieniom przeciw chorobom tropikalnym. To Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna i Szpital Zakaźny przy ul. Wolskiej. Obie mają bardzo „przyjazne” (trudno nie powiedzieć tego z przekąsem) godziny otwarcia. Punkt szczepień w sanepidzie jest czynny od 15:00 do 19:30 (przy czym wczoraj na przykład kolejka została zamknięta o 17:00 ze względu na rzesze chętnych), a punkt przy ul. Wolskiej od 10:00 do 14:00 – a i to bardzo być może, bo na stronach internetowych szpitala próżno szukać jakichkolwiek wskazówek. Rezerwacji terminów oczywiście nie ma, bo i po co. Lepiej, żeby petenci (bo nie powiem pacjenci) walczyli o miejsce w kolejce. Wolny czas nie jest przecież dobrem rzadkim – każdy ma go w nadmiarze i gotów jest zawsze poświęcić odrobinę na ołtarzu nieefektywności, pielęgnując pieczołowicie narodową cechę polskich instytucji publicznych – bylejakość. To już nie tyle arynkowe, co antyrynkowe. A wszystko po to by pracownicy sanepidu mogli później błyszczeć w mediach, wypowiadając się, jak wiele to mają pracy, jak odpowiedzialną rolę pełnią i jak odpowiedzialni są synowie polskiej ziemi, hordami przychodząc się do nich zaszczepić przed daleką podróżą.

Warszawa jest miastem dwumilionowym. Trzeba założyć, że część osób przychodzi do sanepidu po zwykłe, „nieegzotyczne” szczepionki. Przy maksymalnej przepustowości wynoszącej 35 osób dziennie (na miejscu jest jedna lekarka) i zakładając, że część osób zaszczepi się w szpitalu, można oszacować że w całej stolicy w ciągu wakacji – najbardziej newralgicznego okresu – zaszczepi się ok. 1500 osób. Żałosna liczba, biorąc pod uwagę zapotrzebowania – wakacyjne cele warszawiaków są przecież coraz bardziej finezyjne, a – jeszcze bardziej urealniając założenia – trzeba by do grona klientów doliczyć także osoby z innych okolicznych miast, bo najbliższy punkt ze szczepionkami tropikalnymi znajduje się pewnie w Radomiu albo w Siedlcach. Trudno o bardziej wyraziste niedopasowanie popytu i podaży. Petenci w sanepidzie przy Żelaznej nie mieszczą się na korytarzu, ale ci, którym udało się dostać do kolejki i odstać w niej jakieś dwie godziny, mogą być szczęśliwi – wielu jest bowiem odsyłanych z kwitkiem. Co ma zrobić ktoś, kto nie ma szczęścia kończyć pracy o 16:00. Podpowiadam: jeśli rynek jest efektywny, powinien „wypluć” instytucję kolejkowych „staczy”. Wymaganiem dla zaistnienia rynku efektywnego jest jednak doskonały dostęp do wiarygodnej informacji. I nie ukrywam, że ta notka służy temu, by o stanie rynku (dodajmy, monopolistycznego) tropikalnych szczepionek dowiedzieli się wszyscy.

Jednomandatowe okręgi wyborcze są już passé?

Z niemałym zdziwieniem przysłuchiwałem się kilka dni temu debacie politologów, która toczyła się w jednej ze stacji radiowych krótko po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Przypomnę, że Trybunał uznał JOW w wyborach do Senatu za zgodne z Konstytucją. Zdziwienie miało swoje źródło w tym, że po teoretykach systemu wyborczego spodziewałem się raczej apologii wyborów większościowych, aniżeli totalnej krytyki. Politolodzy, m.in. Radosław Markowski (dziś w „Wyborczej” ukazał się także wywiad: wyborcza.pl/1,75248,9988619,Prof__Markowski__Zle_jednomandatowe_okregi.html), nie pozostawili na tym pomyśle suchej nitki i stwierdzili, że rządzącej partii na pewno nie przyniesie nic dobrego. Z wygłoszonych tez zgadzam się z jedną: jednomandatowe okręgi przyniosłyby więcej pożytku w wyborach do Sejmu, gdzie wybory większościowe byłyby szansą na zredukowanie liczby reprezentowanych partii (obecne cztery to wyjątkowe błogosławieństwo, ale któż zagwarantuje, że w kolejnej kadencji nie będzie ich sześć czy siedem?), uformowanie się stabilnej większości i wyłonienie w każdym okręgu autentycznych, rozpoznawalnych i – co najważniejsze – „rozliczalnych”, bo nieanonimowych liderów. Wybory proporcjonalne z kolei charakteryzują się kompletną anonimowością, a w Sejmie znajduje się w znacznej mierze bezimienna głosująca masa.

Abstrahując od pytania, czy Senat w obecnej formie jest w ogóle pożyteczny i potrzebny, z mojej perspektywy i według logiki, którą się kieruję – jednomandatowe okręgi wyborcze są zawsze rozwiązniem korzystnym. Prof. Markowski ubolewa, że nawet w przypadku małej różnicy głosów, zwycięzca weźmie wszystko, a przegrany odejdzie z kwitkiem. Trudno – taka jest polityka. W imię politycznej ekonomiki należy się na to zgodzić. A przy okazji być może wyborcy wreszcie przekonają się, że ich głos naprawdę coś znaczy – skoro tyle może zmienić. Rozkład sił w parlamencie w następstwie Wyborów większościowych nie odzwierciedla preferencji społeczeństwa, ale – powtórzę się – zapewnia stabilizację i możliwość (zazwyczaj – bo jako kontrargument można przytoczyć zeszłoroczny powyborczy pat w Wielkiej Brytanii) swobodnego działania tym, którzy w głosowaniu zwyciężyli. Przez to wybory większościowe stanowią rozwiązanie pragmatyczne i nastawione na sprawność rządów, aniżeli na realizację na wskroś romantycznego postulatu pełnej reprezentatywności organów kolegialnych państwa.

Dla zainteresowanych, znacznie szerszą argumentację na rzecz wyborów większościowych przedstawiłem w pracy: „Electoral System in 2025: Diagnosis and Change Principles„.

Bośniacki literacki rekonesans

Jakiś rok temu otrzymałem od znajomego książkę Juli Zeh „Cisza jest dźwiękiem” (oryg. „Die Stille ist ein Geräusch”), będącą reportażem autorki z jej podróży po Bośni i Hercegowinie. Fakt, że sięgnąłem po niego i odkurzyłem dopiero wczoraj, najlepiej świadczy o mojej niemocy czytelniczej, na którą cierpiałem w ostatnich dwunastu miesiącach. Jednak w obliczu zbliżającej się wrześniowej eskapady do kraju nad Neretwą, wyjątkowo słabo poznanego i wątle zakorzenionego w ogólnoeuropejskiej świadomości, konieczność zdobycia jakiejś głębszej wiedzy jawi się jako więcej niż wskazana.

Książka, przynajmniej jej początek, czyta się bardzo dobrze. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wydana została w 2004 roku, a autorka odbywała swą podróż w momencie, gdy Bośnia i Hercegowina była jednym z państw najbardziej odizolowanych od bieżącego nurtu wydarzeń. Po zakończeniu wojny w 1995 roku, Bośnia zniknęła bowiem z czołówek mediów. Strach rodzi się z niewiedzy, toteż wszyscy znajomi autorce podróż odradzali. W zakamarkach ich pamięci istniały tylko dwie „miejscowości”, których nazwy wryły się w umysł tak mocno, że stały się trudne do wyplewienia: „bośniacka-enklawa-bihać” i „oblężone-sarajewo”. Komentarz zbędny.

Teraz światowe koncerny medialne znów interesują się Srebrenicą, a i sam kraj pod względem politycznym wygląda już dużo stabilniej. Jestem bardzo ciekawy, jak wygląda z bliska. We wrześniu planuję zobaczyć co najmniej stolicę Sarajewo, zabytkowy Mostar, słynne z fałszywych objawień maryjnych Medziugorie i Neum, jedyne bośniackie miasto z dostępem do morza, w którym zamierzam stacjonować. O ile oczywiście biuro podróży nie pokrzyżuje moich planów i nie odwoła wycieczki, na wzór tego, co zrobiło poprzednie biuro, z którego usług pierwotnie chciałem skorzystać. Jak widać, nie można powiedzieć by Neum cieszyło się wśród polskich turystów szczególną popularnością, a podróż do Bośni zupełnie na własną rękę byłaby skomplikowana i niestety bardzo nieopłacalna.

Juli Zeh żałuje, że przed wyjazdem nie zapoznała się na przykład z średniowieczną historią Bośni. I ja chyba będę również żałować, ale widoków na ujarzmienie aż tak rozległej porcji literatury nie dostrzegam. Mam jednak nadzieje, że mój rekonesans na reportażu Zeh się nie zakończy.

20 lat prywatyzacji – wciąż bez pointy

W tym roku mija dwadzieścia lat od zapoczątkowania przemian gospodarczych w naszym kraju. Jednym z kluczowych elementów transformacji były niewątpliwie przekształcenia własnościowe. Cel ten przez różne rządy wcielany był w życie z różną gorliwością. Efektem tego braku zdecydowania, czy wręcz opieszałości, jest fakt, że Ministerstwo Skarbu Państwa nadal istnieje i ma się czym zajmować. Dziś posługując się przykładem jednej ze sprywatyzowanych spółek chciałbym pokusić się o szereg refleksji dotyczących zjawiska prywatyzacji w Polsce.

Może to truizm, ale beneficjentami prywatyzacji jesteśmy wszyscy. Prywatyzacja wzmacnia akcjonariat obywatelski, poprawia efektywność zarządzania przedsiębiorstwem czy warunki bytowe pracowników. Jej największa siła tkwi jednak w efektach zewnętrznych, externalities. Przyjmując takie podejście, w mojej opinii największym wygranym wszystkich transakcji prywatyzacyjnych po 1990 r. jest przedsiębiorstwo ze wsi – kopalnia węgla kamiennego w Bogdance. Czym są externalities w jej przypadku? Ich katalog jest bardzo rozciągliwy. Począwszy od poprawy opinii Polaków o prywatnej własności jako podstawie dobrobytu, a skończywszy na przykład tym, że górnicy z Bogdanki już nigdy nie spalą opon pod Kancelarią Premiera, tym samym oszczędzając trochę grosza z budżetu przeznaczonego na postrajkowe porządki.

Choć zeszłoroczna prywatyzacja Bogdanki – nie ukrywajmy – była wymuszona trudną sytuacją budżetową i narastającym długiem publicznym, to po pierwsze – kole to w oczy chyba tylko libertariańskich purystów, a po drugie – za kilka lat i tak już nikt o tym nie będzie pamiętał.
Jak emeryci kupowali kopalnię
O wadze denacjonalizacji kopalni Bogdanka decydują dwa niezwykłe czynniki. Po pierwsze, świadomie czy nie, to górnicy stali się awangardą prywatyzacji. W momencie, gdy wiele grup społecznych rękami i nogami broni się przed prywatnym kapitałem, upublicznienie Bogdanki jawi się jako bezprecedensowy krok pod prąd. Po drugie, jakby tego było mało, interesariuszami transakcji stali się… emeryci. Ta niezbyt kojarzona z przedsiębiorczością i papierami wartościowymi grupa społeczna tym razem niosła „kaganek” prywatyzacji. Fundusze emerytalne (cała czternastka!) stały się bowiem głównymi udziałowcami spółki, sprywatyzowanej do cna w marcu bieżącego roku.
Bogdanki nie przygarnęły więc państwowe molochy, ale niepodstawieni, z krwi i kości prywatni inwestorzy. Trudno o lepszy kubeł zimnej wody dla opinii publicznej. Kubeł, który pozwoli niektórym otrząsnąć się z postkomunistycznej depresji i odruchu bezwarunkowego polegającego na sianiu „złej nowiny” o rodzimej gospodarce i wolnym rynku. Pracownicy kopalni, inwestorzy instytucjonalni, posiadacze jednostek funduszy emerytalnych – tak, oni wszyscy są na plusie, ale to nie wszystko. Zwycięzcą jest odrodzona polska mentalność, która poprzez realizację tego przedsięwzięcia „zmartwychwstała”, wynurzając się z otchłani postkomunistycznego defetyzmu.
Cena emisyjna Bogdanki w czerwcu 2009 r. wynosiła 48 zł. Zdaniem wielu analityków spółka była przeszacowana. Niespełna rok później fundusze bez szemrania zapłaciły 70,50 zł. Dziś jeden walor wart jest grubo ponad 100 zł. Jakiej miary byśmy nie przyłożyli, prywatyzacja spółki okazała się sukcesem nie tylko marketingowym, ale i przyniosła zysk liczony w twardym pieniądzu.
Źródło: nettg.pl
20 lat temu kopalnia „Bogdanka” była na skraju bankructwa – dziś może służyć za przykład dla innych.
Wydawało się, że – szczególnie w Polsce – słowo „górnictwo” pasuje do wszystkiego, ale nie do takich wyrażeń jak „długoterminowa strategia rozwoju”, „ład korporacyjny”, „relacje inwestorskie”. Potrafię wyobrazić sobie i salwy śmiechu jednych, i spazmatyczne okrzyki paniki drugich – na dźwięk słowa „prywatyzacja” w połączeniu z nazwą kopalni. Udało się, ale…
Sygnał dla pozostałych
Debiut Bogdanki ma szansę zapisać się złotymi zgłoskami w historii polskiej prywatyzacji tylko wtedy, gdy na fali pozytywnych doświadczeń swoje kopalnie sprywatyzują Kompania Węglowa, Katowicki Holding Węglowy czy Jastrzębska Spółka Węglowa.
Bogdanka jest więc wygranym „na kredyt”. Jest to kredyt zaufania wobec Ministerstwa Skarbu Państwa i zarządów pozostałych kopalń, że w najbliższych latach podejmą prywatyzacyjny wysiłek. 120 tys. górników zatrudnionych w 32 kopalniach węgla kamiennego i kolejne 17 tys. pracujących w 5 kopalniach węgla brunatnego, może na tym tylko zyskać, bo „fundamenty” mówią same za siebie. Nadal ponad 90 proc. energii elektrycznej w Polsce produkowanej jest z węgla i żadne normy ekologiczne, ani mgliste plany budowy elektrowni atomowych nie są w stanie tego z dnia na dzień zmienić. Górnictwo to biznes.
I pomyśleć, że w latach osiemdziesiątych kopalnia w Bogdance była na szarym końcu w Polsce pod względem rentowności, a na początku lat dziewięćdziesiątych poważnie rozważano jej zamknięcie. Wiele słów ciśnie się na usta, ale samą transakcję i późniejsze losy spółki można skwitować jednym słowem – niespodzianka!

Krajobraz po katastrofie

Ta notka nie miała być o Wawelu. Ale to właśnie na Wawel skierowane były oczy dużej części Polaków w czasie do tego co najmniej niestosownym. Wawel podzielił Polaków w tygodniu żałoby narodowej, ale jestem przekonany, że jeszcze przez długie lata będzie jednocześnie miejscem kultu dla jednych, obiektem kpin dla drugich, a dla wszystkich środowisk kością niezgody, bo obok kwestii prezydenckiego pochówku na tym krakowskim wzgórzu raczej nie można przejść obojętnie. Ale ponieważ ta notka poświęcona miała być czemu innemu, to od tego „czego innego” zacznę.

Ziemia smoleńska po raz drugi zażądała ofiary krwi. Przerażająca symbolika tej tragedii i bezmiar poniesionych strat na długie lata odcisną swoje piętno na świadomości Polaków. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej może przewidywać – i przewiduje – konsekwencje śmierci prezydenta i opróżnienie zajmowanego przezeń urzędu. Żadna konstytucja świata nie ma jednak gotowych do zastosowania rozwiązań w obliczu tak bezprecedensowej katastrofy. Trzeba jednak przyznać, że konstytucja zadziałała i wszelkie procedury przeszły nadzwyczaj sprawnie. Moim zdaniem jeszcze za wcześnie by roztrząsać długofalowe konsekwencje smoleńskiej tragedii. Chciałem bardziej skoncentrować się na tym, co już za nami – przebiegu szczególnych dni żałoby narodowej.

Wielu polityków postawiło tezę, że nie wyobraża sobie w zaistniałej sytuacji „normalnej kampanii wyborczej”. Z początku stałem na stanowisku całkowicie przeciwnym. W zaistniałej sytuacji wyobrażałem sobie WYŁĄCZNIE normalną kampanię wyborczą. Myślałem, że być może będziemy świadkami najnormalniejszej, najbardziej cywilizowanej kampanii wyborczej po 1989 roku. Tylko bowiem spory merytoryczne, bez uciekania się do ostrej retoryki i argumentacji ad personam, będą społecznie akceptowalne w tym szczególnym momencie. Niestety ostatnie dni pozbawiły mnie złudzeń i chyba srodze się na moich kalkulacjach zawiodę. Przede wszystkim martwi mnie fakt, że zapowiedź kandydaowania zgłosiło aż kilkunastu kandydatów, z których część (nie po raz pierwszy) pomyliła wybory prezydenckie z jarmarkiem. Druga rzecz to zapowiedź kandydowania Jarosława Kaczyńskiego, który jest gwarantem jak najniższych standardów prowadzenia dyskursu politycznego. Nie mam więc wątpliwości, że kampania będzie, może nie brutalna, ale bogatą w ciężkie złośliwości i uderzenia poniżej pasa. Skrajnym posunięciem byłoby powielanie przez Prawo i Sprawiedliwość sztampów o męczennikach spod Smoleńska.

Istotny wymiar tej tragedii został ukształtowany w mediach, które bardzo kompleksowo informowały o biegu wydarzeń. Dość jasno uwypukliła się w tym momencie reputacja jaką cieszą się niektórzy politycy. Wśród gości zapraszanych do studia znajdowały się wyłącznie osoby wyważone, reprezentujące odpowiedni poziom – to na nich media skierowały swoją uwagę. Próżno szukać na szklanym ekranie Palikota, Senyszyn, Kurskiego, Macierewicza, a nawet nieco bardziej strawnego Niesiołowskiego czy innych politycznych błaznów. W tym sensie media swoją rolę w tym kryzysie spełniły. Mam oczywiście na myśli TVN i Polsat, nie mogę wypowiadać się o pozostałych.

Mam pewien dysonans – z jednej strony entuzjazm Polaków sprawia wrażenie, że Prezydent Kaczyński bliski jest niemal wyniesienia na ołtarze. Z drugiej strony, czy powinniśmy pozwolić, aby prawdziwy obraz tej prezydentury popadł w zapomnienie? W rzeczywistości, choć może jeszcze (zgodnie z polską tradycją niemówienia źle o dopiero co zmarłych) nie wypada o tym mówić, to poza jednym obszarem (polityka historyczna) nie była to kadencja udana. Ale właśnie kwestia nieszczęsnego Wawelu sprawia, że tę prezydenturę trzeba rozliczyć. Miałem taki moment, w którym byłbym skłonny zgodzić się na wybielenie postaci Lecha Kaczyńskiego w polskiej historiografii. Ale w momencie, gdy sam zainteresowany spoczywa w miejscu dla niego nieprzeznaczonym i szkodliwym z punktu widzenia wpływu, jaki ten fakt może mieć na społeczeństwo, a także w momencie, gdy jego brat otwarcie mówi o kontynuacji „misji” nieżyjącego prezydenta, jestem przekonany, że tę kadencję należy podsumować. Sposób, w jaki człowiek odchodzi z tego świata, nie może wpływać na postrzeganie tego, w jaki sposób ten człowiek żył. A już szczególnie wtedy, gdy mowa o osobie z elity świata politycznego.

Rozliczenie prezydentury Lecha Kaczyńskiego

Prawdziwą katastrofą dyplomatyczną było półtoraroczne ostentacyjne zwlekanie z ratyfikowaniem traktatu z Lizbony. Prezydent postawił na szali wizerunek naszego kraju, będąc w zasadzie z góry skazanym na porażkę – bo traktat ostatecznie sygnował. Lech Kaczyński siedemnastokrotnie wetował ustawy rządu Donalda Tuska, wśród których znajdowało się kilka ważnych projektów (reforma służby zdrowia, ustawa o radiofonii i telewizji), doprowadzając tym samym do paraliżu legislacyjnego. Aż sześciokrotnie ogłaszał żałobę narodową (tyleż razy, co w całej III RP razem wziętej), znacznie dewaluując jej rzeczywiste znaczenie. Prezydent „wsławił” się całą masą niestosownych wypowiedzi, które głowie państwa nie przystoją:

  • Od prezydenta Kwaśniewskiego najwyższe odznaczenia, co niestety, tyczy się też Orderu Orła Białego, dostają ludzie zasłużeni. Są rzeczywiście zasłużeni – ale dla PRL.
  • Za to, że Lepper i Giertych zostali wicepremierami, odpowiedzialność ponosi PO. To oczywiste. (po odwołaniu Leppera i Giertycha w lipcu 2007 roku)
  • Andrzej Lepper udowodnił, że ma za nic prawo i jest politycznym awanturnikiem. Poparcie PiS-u dla tego polityka w jakiejkolwiek sytuacji jest nierealne. (marzec 2005 roku, jeszcze przed wyborami prezydenckimi, ale już jako prezydent tych solennych zapewnień nie wcielił w życie)
  • Jako prezydent oparł się na aparacie dawnych służb specjalnych. (o Lechu Wałęsie w 2007 roku) i w tym samym wywiadzie: Kilka lat temu jeden z nieżyjących już dziś wybitnych polityków zwrócił mi uwagę, że walka o prezydenturę między Kwaśniewskim i Wałęsą w 1995 roku była w istocie rozgrywką między dwoma elementami tego samego aparatu: aparatem partyjnym i aparatem bezpieczeństwa. Pomyślałem wtedy, że dla mnie było to jasne od początku.
  • Jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy. (w sierpniu 2008 r. o pilocie kpt. Grzegorzu Pietruczuku, gdy odmówił lądowania na lotnisku w Tbilisi w ogarniętej wojną Gruzji)
  • Stokrotka, stokrotka, jest pani na mojej krótkiej liście, pożałuje pani tego, wykończę panią, nie obronią pani agenci służb specjalnych Walterowie (do Moniki Olejnik tuż po zakończeniu „Kropki nad i”)
  • Wierzę, że jest wielu ludzi – nie tylko z Polski, ale także z innych krajów – nieudolnych z natury i szukających lepszego życia za granicą. Obecnie Wielka Brytania stała się punktem docelowym dla tych ludzi. (Londyn, 2006 rok)

Pozostają jeszcze wciąż żywe w zbiorowej pamięci „małpa w czerwonym”, „Irasiad”, „Benhauer”, „Borubar”, „semantyczne nadużycie”, „melduję wykonanie zadania”, „spieprzaj dziadu”… ale po latach nikt nie będzie o gafach i przejęzyczeniach pamiętał, można więc je już teraz odłożyć między marności, o których wspominać nie warto.

Ponadto prezydent Kaczyński legitymizował i patronował odrażającym praktykom rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nie sprzeciwił się (dwukrotnie!) przygnębiającej koalicji Prawa i Sprawiedliwości z populistami i ultrakatolickimi nacjonalistami, nie sprzeciwił się dzikiej lustracji i „polowaniu na czarownice”, nie potrafił – tak jak Aleksander Kwaśniewski – wejść w rolę mediatora i uspokoić debatę między zwaśnionymi ugrupowaniami. Przyczynił się tym samym do zdziczenia debaty publicznej w Polsce, wraz z bratem nadwerężył – w imię źle pojętego patriotyzmu – na niespotykaną wcześniej skalę wizerunek Polski w Europie.

Wawelskie nieporozumienie

Z punktu widzenia historycznego pochówek pary prezydenckiej na Wawelu jest trudną do zrozumienia ekstrawagancją. Sebastian Adamkiewicz w „Histmagu” (czytaj artykuł) pisze mniej więcej tak:

Po pierwsze, żaden z Prezydentów RP nie spoczywa w tym miejscu, a różnica pomiędzy dawną pozycją monarchy a urzędem prezydenckim jest zbyt wielka, aby prawo do wawelskiego pochówku nadawać prezydentom z urzędu. Zmieniła się też wymowa Wawelu, jako miejsca wyróżnienia, nie zaś pogrzebu królewskiego, jak miało to miejsce w okresie staropolskim.

Po drugie, oprócz Józefa Piłsudskiego, żaden z pogrzebów wawelskich epoki porozbiorowej nie odbył się bezpośrednio po śmierci chowanego. Decyzję zawsze poprzedzały dyskusje, które wykazać miały autentyczną społeczną potrzebę pochówku danego autorytetu na Wawelu. W tym przypadku postąpiono inaczej. Decyzja zapadła szybko, w niewyjaśnionych okolicznościach (czy kiedykolwiek dowiemy się, kto był tajemniczym inicjatorem? – przyp. M.S.), a okres żałoby zdusił jakąkolwiek debatę na ten temat.

Po trzecie, żaden z bohaterów narodowych nie był pochowany z małżonką, co wiązało się z ideą wyróżniania danej osoby poprzez pochówek u boku królów, nie zaś uhonorowaniem urzędu, którego dostojeństwo obejmowałoby również rodzinę chowanego.

Po czwarte, powstaje oczywiste pytanie o zasługi Lecha Kaczyńskiego, na które częściowo odpowiedziałem powyżej, a które upoważniałyby go do spoczywania obok Józefa Piłsudskiego czy Tadeusza Kościuszki. Kluczem do wawelskich krypt było przekonanie, że postać chowana w ich zakamarkach odegrała kluczową rolę w spajaniu narodu, tak jak król był wyrazem jedności państwa (w tę definicję wpasowują się wszyscy czterej nie-królowie i nie-wieszcze pochowani na Wawelu: Poniatowski, Kościuszko, Piłsudski i Sikorski – przyp. M.S.). Czy o Lechu Kaczyńskim można mówić jako o jednoczącym Polaków? Czy raczej jako człowieku, który przez długi czas legitymizował debatę publiczną pełną wykluczeń, negowania patriotyzmu ludzi o innych poglądach, retoryki wojny? Czy można o nim mówić jako o osobie ponadprzeciętnej, wykraczającej poza ramy politycznej codzienności? Czy nie był odbierany jako prezydent jednej partii?

Adamkiewicz dodaje jeszcze:
Nie można zgodzić się, że przepustką na Wawel jest sam patriotyzm, którego Lechowi Kaczyńskiemu odmówić nie można. Gdyby tylko on wystarczał, prawdopodobnie trumny należałoby ustawiać piętrowo. Pochówek wawelski zawsze łączył się z przekroczeniem granic przeciętności, wybiciem się ponad normalność, zniesieniem podziałów ideologicznych i światopoglądowych. Nie wynikał z woli rodziny czy pojedynczych biskupów, lecz autentycznego życzenia narodu, aby określoną postać wynieść do rangi „równego królom”. W tym przypadku ktoś zadecydował za naród, ktoś podjął próbę kreacji mitu, przytłaczając społeczeństwo okresem żałoby i ucinając dyskusję.