Archiwa tagu: donald tusk

Sześciolatki w szkołach: rząd cyniczny, rząd altruistyczny

Nie sądziłem, że temat 6-latków w szkołach będzie jeszcze wałkowany w kontekście możliwości cofnięcia założeń reformy. Ale jest, Elbanowscy nie dali nam o sobie zapomnieć.

Najbardziej irytują (i dziwią) mnie te głosy, które „prawdziwych” intencji zmiany wieku obowiązku szkolnego upatrują w dalekowzrocznej, niecnej strategii obniżenia o rok wieku wejścia młodzieży na rynek pracy. Maturę nowe pokolenia będą zdawać przeciętnie w wieku 18 lat, a dyplom wyższej uczelni odbierać w wieku 23 lat. To spowoduje dodatkowy rok płacenia podatków i składkowania przed przejściem na emeryturę w wieku (czy ktoś w to jeszcze wierzy?) 67 lat. Wszystko prawda.

Zastanówmy się teraz, kiedy skutki tego przesunięcia będą odczuwalne dla budżetu. Pierwszy solidny zastrzyk gotówki z tego tytułu nie nastąpi wcześniej niż za 20 lat. Gdzie będzie wtedy Tusk? Kopacz? Kluzik-Rostkowska? Najprawdopodobniej na politycznej emeryturze. Na pewno daleko od miejsca, które groziłoby im uderzeniem w głowę tymi spadającymi z nieba paczkami banknotów.

W polskiej polityce nie kalkuluje się na tyle lat wprzód. Horyzont decyzyjny nie wybiega zwykle dalej niż na rok kolejnych wyborów. Mimo to, uważam, że decyzja o posłaniu do szkół 6-latków rzeczywiście wyłamuje się z tego krótkowzrocznego kontinuum, w jakim tkwi nasza władza. Jestem przekonany, że bardziej niż chęć poprawy politycznego bytu kolejnemu pokoleniu polityków z nie-wiadomo-jakiej-partii, decydentom przyświecał tutaj raczej idealistyczny cel doszusowania do standardów edukacyjnych w krajach rozwiniętych. Rozpoczynanie szkoły w wieku 7 lat to już anachronizm i trochę wstyd. W tym kontekście uchwaloną w 2012 roku ustawę oceniam jako najlepszy wprowadzony w życie projekt drugiego rządu Donalda Tuska. Zerowe korzyści polityczne w krótkim okresie, gigantyczny opór społeczny, a jednak – udało się.

Four-year-olds in education, 2011
Procent 4-latków objętych systemem edukacyjnych w wybranych krajach w 2011 roku. Źródło: Eurostat

6-letnie dziecko przyswaja wiedzę dużo lepiej niż 7-latek choć już i tak gorzej niż 4-latek). Tym samym, poza wspomnianymi korzyściami budżetowymi, mamy szansę osiągnąć jako kraj znaczne korzyści w zakresie kapitału ludzkiego (np. wyższy iloraz inteligencji). Oczywiście – również w długim terminie.

Formacja połączeń synaptycznych w mózgu dziecka. Źródło grafiki: http://www.teachchildhowtoread.com/learn-to-read/why-reading-important.html
Formacja połączeń synaptycznych w mózgu dziecka. Źródło grafiki: http://www.teachchildhowtoread.com/learn-to-read/why-reading-important.html
Poglądowa stopa zwrotu z inwestycji w kapitał ludzki. Źródło grafiki: http://www.unawe.org/about/audience/
Poglądowa stopa zwrotu z inwestycji w kapitał ludzki. Źródło grafiki: http://www.unawe.org/about/audience/

Jeśli za wprowadzeniem nowej regulacji stał jakiś cyniczny zamiar, to jest to nie obietnica wyższych wpływów podatkowych za ćwierć wieku, ale chęć zapewnienia większego luzu w przedszkolach. Zmagając się z nieśmiertelnym argumentem brzmiącym „czemu wydajemy N złotych na XYZ, a nie na przedszkola”, rząd w drodze nowej regulacji efektywnie obniży czas spędzany przez maluchy w przedszkolu, czym zwiększy dostępność publicznych instytucji tego typu. A szkoły? Ich jest póki co za dużo (wyż demograficzny dopiero przed nami), więc 6-latki pomogą uniknąć kosztownego politycznie (choć głównie dla samorządów) projektu zamykania placówek edukacyjnych.

Pozostaje jedna wątpliwość. Czy natłok „błędów i wypaczeń” polskiego systemu edukacyjnego sprawi, że posłanie 6-latków „w kamasze” przełoży się korzystnie na ich potencjał rozwojowy? Jeśli nie, to reforma pozostanie reformą tylko z nazwy. Podobnie jak ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat, bez żadnych towarzyszących reform systemowych. Zbyt często w Polsce kłócimy się o slogany,  ignorując to, co kryje się za nimi. Bez zmiany programów edukacyjnych i zrozumienia logiki nowoczesnej szkoły, w budowaniu kapitału ludzkiego nie pomoże nam nawet posyłanie do niej 4-latków.

Gender, MOOC i armia

Dziś kilka luźnych przemyśleń i tak się składa, że na moje ulubione tematy: teoria ekonomii, edukacja ekonomiczna i polityka gospodarcza.

  1. Gdy w ostatnich miesiącach przez polskie media przetaczała się nachalna dyskusja o gender, nie potrafiłem znaleźć w tym dla siebie żadnego sensu. Bić się w piersi nie będę, bo poziom dyskursu był i pozostaje rynsztokowy. Niemniej, czytając kolejny rozdział książki Davida Orrella, „Economyths”, zatytułowany „The gendered economy”, przejrzałem na oczy. Mimo moich licznych zastrzeżeń co do pracy Orrella, o których być może będzie jeszcze okazja napisać, ten rozdział jest bardzo pożyteczny. Pokazuje w jaki sposób fakt, że przez dziesięciolecia na kształt nauk ekonomicznych wpływali głównie mężczyźni, przekłada się na charakterystyczne założenia kluczowych konstruktów: zamiłowanie do teorii podkreślających stabilność i równowagę systemu oraz logiczne działania aktorów życia gospodarczego (słynny koncept homo economicus).
    Cóż, krytyka tych teorii jest powszechnie znana i ze wszech miar słuszna. Dotychczas nie udaje się jednak zmienić mainstreamowych, akademickich paradygmatów. Skoro jednak nie da się tego zrobić za pomocą argumentów merytorycznych, być może pomocna okaże się polityczna poprawność?
  2. Prowadzona przeze mnie agencja hostess i modelek w ostatnim czasie poszukiwała dla jednego z naszych zagranicznych klientów kandydatek na stanowisko stewardessy dla prywatnych linii lotniczych. Warunki pracy – cieplarniane. Bardzo wysoka pensja i diety, przyjazne zasady pogodzenia pracy i życia prywatnego. W związku z tak atrakcyjnymi warunkami, wymagania też były adekwatne. Niemniej jednak, wszystkie opisaliśmy bardzo szczegółowo, aby nie musieć zmagać się z zalewem aplikacji. Tym bardziej, że przez pewien okres ogłoszenie wisiało na największych polskich portalach dla poszukujących pracy.
    Jak sądzicie, jaki był efekt? Otrzymaliśmy setki zgłoszeń. 90 procent aplikacji była poniżej wszelkiej krytyki. Olbrzymia część z nich nie spełniała nawet wymogów formalnych! Otrzymywaliśmy CV w języku polskim (mimo, że wymagany był angielski), albo bez zdjęć (mimo że fotografie były bezwzględnie obowiązkowe). Jaki z tego wniosek? Od dłuższego czasu staram się lobbować za zwiększeniem roli edukacji finansowej i ekonomicznej w szkołach. Myślę, że kluczowe w tym procesie jest także włączenie do programu zasad poszukiwania pracy. Oczywiście, w pierwszej kolejności zależy nam na kształceniu przedsiębiorców, ale nie wszyscy nimi zostaną – część powinna nabyć umiejętność starania się o pracę w sposób elegancki i profesjonalny. To, czego doświadczyłem, przeglądając aplikacje potencjalnych stewardess jest dramatem, którego nie chcę przeżywać po raz kolejny. Zacząłem rozumieć, przez co muszą przechodzić specjaliści od rekrutacji w dużych firmach.
  3. Pozostajemy w temacie edukacji ekonomicznej. Kilka tygodni temu zaangażowałem się w prace Khan Academy po polsku, pracując jako konsultant merytoryczny przy tłumaczeniach anglojęzycznych pierwowzorów. Pierwsza transza filmów z kursu makroekonomii znajduje się tutaj. Rozważam także zaangażowanie w Global Translator Community działającym przy Coursera (projekt typu MOOC prowadzony przez profesorów ze Stanford University). W mojej opinii wszelki wolontariat, który przyczynia się do popularyzacji wiedzy, sprawiając, że trafia ona „pod strzechy”, jest godny zainteresowania. Zachęcam wszystkich do angażowania się w podobne inicjatywy, bo zwiększanie poziomu edukacji w naszym społeczeństwie leży w interesie nas wszystkich. Przynajmniej dopóty, dopóki żyjemy w ustroju demokratycznym i decyzje wszystkich obywateli mają wpływ na nasze życie.
    Co do wspomnianego kursu makroekonomii, mam mimo wszystko ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, jest to z pewnością pożyteczny program, który wprowadzi wszystkich zainteresowanych w reguły rządzące gospodarką. Niemniej jednak, nie jest to kurs (przynajmniej na obecnym etapie, nie znam jeszcze tematyki kolejnych odcinków), który byłby w stanie wyrobić w słuchaczach nawyk samodzielnego myślenia i rozpatrywania problemów ekonomicznych. W sytuacji, w której obserwujemy totalną apatię i zagubienie społeczeństwa w sprawach gospodarczych (przykłady: brak jakiejkolwiek obywatelskiej aktywności w obronie tzw. II filaru systemu emerytalnego, zezwolenie na omnipotencję związków zawodowych, m.in. w zakresie ustalania płacy minimalnej, przyzwolenie a nawet poklask dla roszczeniowych postaw niektórych grup społecznych względem państwa), na czoło wysuwa się przede wszystkim potrzeba ukształtowania w ludziach umiejętności wartościowania realnych, życiowych problemów gospodarczych.
  4. Jeszcze w ubiegłym roku zapadła decyzja o zaakceptowaniu wieloletniego programu modernizacji polskich sił zbrojnych, opiewającego na kwotę prawie 100 mld zł. Decyzja ta spotkała się z różnymi komentarzami. Po zaognieniu sytuacji na Ukrainie, poparcie dla planu modernizacji nieco wzrosło, ale wciąż nie są to opinie powszechne. Krytyce podlega także stała każdego roku kwota, wynosząca aktualnie 1,95 proc. PKB, którą rząd ma prawo przeznaczać na potrzeby armii. Skrócę swoje rozważania do minimum. Tylko anarchiści odrzucają zaangażowanie państwa w przemysł obronny – akceptują go nawet libertarianie. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden element tej decyzji, który chyba trochę umyka w debacie publicznej. Jeśli mówi się ostatnio o obronności, to głównie w kontekście kryzysu ukraińskiego i możliwej agresji ze strony imperializmu rosyjskiego. Tymczasem ważna jest zapowiedź premiera, że program modernizacyjny stanie się okazją do rozwinięcia polskiego przemysłu zbrojeniowego. Premier powiedział: „zarówno decyzja o konsolidacji (…) i powstaniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, i wcześniejsze decyzje o inwestycjach: i finansowych, i technologicznych w polską zbrojeniówkę, to dopiero początek tego wielkiego planu, jakim jest maksymalna polonizacja przemysłu zbrojeniowego”. W tym kontekście nie sposób nie zwrócić uwagi, że armia była zawsze nośnikiem innowacji, a więc tego, na niedobór czego strasznie cierpimy. Było tak zarówno w dawnych wiekach (zob. Parker, 1996), jak i obecnie (zob.: Nincic & Cusack, 1979; Mowery & Rosenberg, 1998 dla Stanów Zjednoczonych). Patrzymy zatem na problem bardzo wąsko (dziecinna dychotomia: czołgi vs. żłobki i przedszkola, zupełnie jak w przypadku igrzysk w Krakowie), nie dostrzegając pozytywnych efektów zewnętrznych tej decyzji. Interwencjonizm państwowy jest do zaakceptowania tylko w zbrojeniówce – to jest coś, co rząd może zrobić, by dać pozytywny impuls do rozwoju innowacji w całej gospodarce.

Cała wstecz, czyli czym się różni Tusk od Thatcher

  1. Dzisiejszy pogrzeb premier Margaret Thatcher to okazja do wspomnień i lekcji, ale także możliwość do poszukania na naszym poletku następców Żelaznej Damy. Tym bardziej, że na jej pogrzeb wybiera się Donald Tusk i ważni ministrowie z jego gabinetu. Tusk niewątpliwie chciałby, aby jego nazwisko znalazło się na kartach historii wypisane pogrubioną czcionką, ale miejsce należne Thatcher chciałby uzyskać przy minimalnym wysiłku i ryzyku. To nie ma prawa zadziałać. Tuskizm nie zdominuje thatcheryzmu w zbiorowej pamięci. Aby dochrapać się zaszczytów należnych Thatcher, trzeba dokonać „mentalnej ekshumacji” jej myśli, wartości i stylu, w jakim uprawiała politykę.
  2. 8 marca premier Donald Tusk był gościem Poranka Radia TOK FM, z okazji dziesięciolecia tej stacji. Rocznicowy wywiad okazał się dosyć łagodny. Piątkowy skład komentatorów (Żakowski, Lis, Władyka, Wołek) nie starał się nawet zmusić premiera do intelektualnego wysiłku. Wręcz przeciwnie, po zakończonym wywiadzie, publicyści rozpływali się w zachwytach nad świeżością i zręcznością premiera. Mnie z tej rozmowy utkwiło w pamięci co innego, coś co nie zostało moim zdaniem dostatecznie napiętnowane w komentarzach po tym wydarzeniu. Mianowicie, Donald Tusk przyznał – jasno i otwarcie – że… nie czuje się strategiem! Prezes rady ministrów w czterdziestomilionowym kraju wyznał wszem i wobec, że wizje nigdy nie były jego mocną stroną i osobiście preferuje politykę małych kroczków od wyznaczania długofalowych strategii. Innymi słowy, premier nie wie dokąd idzie. A jak powszechnie wiadomo, gdy się nie wie, dokąd się zmierza, żaden wiatr nie jest korzystny. Dryfujemy. I obawiam się, że osobą, która na tej inercji zyska najwięcej, będzie sam premier. Jest rzeczą zadziwiającą, że czterech inteligentnych przecież facetów, siedzących w studiu, nie zżarło Tuska żywcem za tak kompromitującą wypowiedź. Gdyby tej rozmowie przysłuchiwała się brytyjska premier, na pewno doprowadziłaby wszystkich do pionu jednym ze swoich wielu elokwentnych bon motów: „I make great leaps forward, not little jumps in studios”.
  3. Tusk jest antytezą Thatcher. Brytyjska premier realizowała jasny, bezkompromisowy, nierzadko niepopularny i bolesny program, ale kolejne zwycięskie wybory były tylko rezultatem działań rządu. Wielokrotnie narażała na szwank swoje sondaże, ale najlepszym dowodem skuteczności jej polityki są protesty jej przeciwników, zapowiadane nawet na dzień jej pogrzebu, mimo że od ustąpienia Thatcher z urzędu minęły już 23 lata. Po 23 latach od ustąpienia rządu Tuska, nie będzie o nim natomiast pamiętał nawet pies z kulawą nogą. Nikt nie zada sobie nawet trudu, by splunąć na jego portret. W przypadku Platformy Obywatelskiej wszystko, od pierwszego dnia drugiej kadencji, podporządkowane jest bowiem wyborom. Jest bardzo prawdopodobne, że również wybory parlamentarne w 2015 roku padną łupem Tuska. Jeśli dotrwa do końca trzeciej kadencji, będzie rządził przez 12 lat i pobije w tym względzie Margaret Thatcher. Daleko mu jednak do Żelaznej Damy pod względem osiągnięć. Inna sprawa, że nawet nie próbował. Ba, nawet rządzący „tylko” przez cztery lata gabinet prof. Jerzego Buzka, działający w znacznie mniej komfortowych warunkach politycznych, był w stanie przeprowadzić cztery wielkie reformy. Jak to z wielkimi reformami bywa, żadna z nich nie była idealna. Problem w tym, że żadnej nie udoskonalono. Następcy nie pomogli w utrwaleniu dziedzictwa reformatorskiego rządu i albo likwidowali reformy zupełnie (zdrowotna), albo bezczynnie obserwowali ich nieefektywności (oświatowa, administracyjna), albo też właśnie teraz demontują je w najlepsze (reforma emerytalna). „Małe kroczki” Tuska nie mają z reformami nic wspólnego. Zupełnie, jak gdyby Polska działała idealnie jako organizm państwowy, a premier czuł się najlepiej w roli administratora albo woźnego.
  4. Ostatnie zamieszanie wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej pokazuje krótkowzroczność, makiawelizm i brak wyższych ambicji u premiera Tuska. Przewodniczący PO żyje kategoriami statystycznymi: minimalizuje dług publiczny (ten „na papierze” i tak nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym zadłużeniem), a maksymalizuje wyniki sondaży, z których cieszy się jak małe dziecko. Nie zamierzam powielać tu argumentów używanych w mediach publicznych w dyskusji ZUS vs. OFE. Sądzę, że dla większości czytelników moje poglądy na system emerytalny są klarowne. Osobiście, podoba mi się artykuł-kompendium Łukasza Pałki, opublikowany w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Żyjmy krócej”). Czego byśmy nie powiedzieli, ani ja, ani nawet prof. Balcerowicz, finał tego sztucznie wywołanego sporu jest jasny: rząd zdemontuje OFE i „drugi filar”, i „uratuje” na 2-3 lata wskaźniki długu publicznego. Co z tego, że ucierpią przyszłe pokolenia emerytów, zupełnie już pozbawione realnych oszczędności przeznaczonych na wypłatę świadczeń (chyba, że ktoś korzysta ze słabo rozreklamowanego „trzeciego filaru”) oraz rynek kapitałowy, który tylko dzięki OFE był w stanie zanotować imponujący rozwój w ostatniej dekadzie. Byle do wyborów! I cała wstecz!

O opozycji, znużeniu i sumieniu przemyślenia różne

Trochę działo się w polskiej bieda-polityce w ostatnich tygodniach. Kilka refleksji na ten temat.

  1. Przekonaliśmy się dobitnie, jak wiele traci nasz kraj z powodu braku realnej opozycji. Paradoksalnie, dowiedzieliśmy się tego właśnie w momencie, w którym opozycja wspięła się na wyżyny aktywności. PiS zorganizował kilka debat, ogłosił nazwisko parapremiera, który – choć powszechnie wyśmiany – zasiał jednak niepokój w rządowych gabinetach. Przedstawiciele największej partii opozycyjnej starali się, na miarę swoich możliwości, wypowiedzieć się parę razy w mediach w sposób merytoryczny. Bardzo to niewiele i głównie działania o charakterze operetkowym, ale jednak. W porównaniu z dotychczasowym brakiem jakiejkolwiek godnej pochwały działalności (nie licząc sprawy Smoleńska, multipleksu i serialu niekonstruktywnych zgryźliwości pod adresem rządu), obecna poprawa musi robić piorunujące wrażenie. Premier Tusk zareagował jak ranny tygrys i przeszedł do zmasowanej kontrofensywy. Atak PiS-u został odparty, ale cała kontrofensywa to niestety również kolejny akt tej samej operetki. O programowych „odgrzewanych kotletach”, serwowanych nam przez ministrów na konferencjach prasowych, za kilka miesięcy znowu nikt nie będzie pamiętał. Cała ta operetka dowodzi jednak po raz kolejny, że sprawna i kreatywna opozycja to prawdziwy dar. Zmusza rząd do myślenia, mówienia i – w optymistycznym przypadku („opozycja – level hard”) – do działania. Nawet jeśli obecny model PiS-owskiego protestu nie ma konstruktywnego charakteru, a jest tylko stworzeniem w pewnym sensie równoległego, niezależnego „państwa w państwie”, w którym to politycy tej partii sami sobie rządzą i sami do siebie mówią – zawsze to lepiej niż nic. Problem polega na tym, że to, co obserwujemy w ostatnich tygodniach, powinno być standardem przez całą czteroletnią kadencję. Ale my, Polacy, jesteśmy specjalistami od zrywów. Prawdziwi Polacy z PiS-u – szczególnie.
  2. Pojawiły się ostatnio głosy, że Tusk się zużył. Pięć lat rządów PO nagle znudziło wyborców, którzy przeżywają frustrację spowodowaną brakiem nowych twarzy wśród politycznej wierchuszki. Brzmi logicznie, prawda? Niestety, autorzy takiego wytłumaczenia kryzysu Platformy są w błędzie. Owszem, można mówić o zużyciu się pewnej formuły rządzenia, ale zdecydowanie nie w tym przypadku. Gdy po 11 latach podała się do dymisji świetna Margaret Thatcher, albo gdy po 16 latach odchodziła ikona niemieckiej polityki, Helmut Kohl, można było mówić, że wszystkiemu winna jest społeczna chcica do dokonania „zmiany dla samej zmiany”. W przypadku Platformy Obywatelskiej, w kontekście niekorzystnych dla niej sondaży, nie ma mowy o takiej motywacji wyborców. Nawet jeśli założymy, że politycy z zasady nie realizują obietnic przedwyborczych, to stopień nieudolności drugiego gabinetu Donalda Tuska przekracza chyba dopuszczalne normy. To lenistwo i brak pomysłu na Polskę są przyczyną słabnących notowań tej partii, a nie jakieś mityczne i nienamacalne znużenie elektoratu.
  3. Lansuje się w niektórych mediach przekonanie, że parlamentarzyści (czy też władza w ogólności) powinni kierować się swoim sumieniem przy podejmowaniu decyzji politycznych (które, jak wiemy, podejmowane są w interesie wszystkich obywateli). Wygląda więc na to, że otrzaskany już w Polsce, za sprawą farmaceutów, bon mot „klauzula sumienia” zahacza o nowe dziedziny życia. Zastanawiam się, w jaki sposób my, wyborcy, powinniśmy w takiej sytuacji oddawać głosy? Jak wniknąć w głąb kandydata na posła i poznać jego sumienie? Jak a priori przewidzieć jego zachowania, postawy, decyzje podjęte w głosowaniach? Może byłoby łatwiej, gdyby posłowie deklarowali zawczasu swoje wyznanie? Niezbyt skuteczny byłby to czynnik różnicujący, bo większość to katolicy rzymscy lub zadeklarowani ateiści, a grupy te wewnętrznie i tak są bardzo niejednolite. Czy demokracja ma zatem sens? Wobec takiej nieprzewidywalności zachowań wybranych przez nas reprezentantów, zarządźmy losowanie zamiast wyborów. Wyjdzie taniej. A póki co marzy mi się, by w świecie polityki istniała odrębna religia, wspólna dla wszystkich parlamentarzystów – interes publiczny! I wówczas pod postulatem „klauzuli sumienia” podpisałbym się bez wahania.

Nadgorliwość gorsza od nepotyzmu

Tegoroczne wakacje sponsoruje słówko „nepotyzm”. Jeszcze dwa miesiące temu, jego definicję znały tylko wykształciuchy. Przypomina mi to karierę wyrazu „matactwo”, odmienianego swego czasu (a konkretnie czasu Dębskiego i Inki) przez wszystkie przypadki. Później podobne lingwistyczne blockbustery próbowali przeforsowywać na zmianę bracia Kaczyńscy (absmaki, semantyczne nadużycia i inne małpy w czerwonym), a Palikot edukował ostatnio Polaków na temat terminu „apostazja”. Prawdziwy hit lata niewątpliwie padnie jednak łupem PSL-u (choć po walce łeb w łeb z kibicowskim „nic się nie stało”). Bardzo się cieszę, że w narodzie krzewi się znajomość słownika języka polskiego, a szczególnie haseł wywodzących się ze starożytnej greki czy łaciny, ale z drugiej strony te „semantyczne” amplitudy w naszej debacie publicznej są irytujące.

Sprawa jest o tyle poważna, że został w nią wciągnięty sam premier i, co zdarza mu się rzadko, skompromitował się. Ogłaszając, że syn nowo powołanego ministra rolnictwa, Daniel Kalemba, zrezygnuje z pracy w Agencji Rynku Rolnego, poniósł podwójną porażkę. Mało tego, że jego oświadczenie okazało się nieskuteczne, bo syn ze stanowiska nie odszedł, to jeszcze – podejmując taki krok – premier wpisał się w bardzo tani i pozbawiony głębszej refleksji trend denepotyzacji. W języku „Simplified Polish” tudzież „Niederpolnisch” nazwalibyśmy to nadgorliwością.

Tusk postawił między wierszami swojej nierozważnej wypowiedzi pytanie, gdzie w takim razie powinni pracować krewni wysoko postawionych funkcjonariuszy państwa. Może powinni zawiesić na czas kadencji swoich wujów i ciotek działalność publiczną i zająć się uprawą przydomowych grządek? Może wyjechać za granicę, najlepiej do kraju skłóconego z władzami Rzplitej, tak aby o żadne faworyzowanie nie mogli zostać posądzeni? Jak daleko mają sięgać „macki” antynepotystycznej inkwizycji, do siostrzeńca czy kuzyna drugiego stopnia? Wreszcie, nie będzie i tak żadnej gwarancji, że politycy żądni budowy prywatnego imperium, pozbawieni vacatów dla rodziny, nie zwiększą przydziału stanowisk dla kolesi. Tu trudniej o kontrolę.

Naturalnie, mamy w Polsce problem z nepotyzmem i naiwnością byłoby negowanie tego faktu. Na poziomie lokalnym, „panami życia i śmierci” bywają wójtowie, którzy do dyspozycji mają tyle „stołków”, że poprzez swoją politykę zatrudnienia nierzadko ręcznie sterują poziomem bezrobocia w okolicy. I wśród rodziny. Nie mówię, że wójtów i innych państwowych pracodawców należy rozgrzeszyć. Twierdzę tylko, że ludzie reagują na bodźce, co w przypadku części z nich – pozbawionych kręgosłupa etycznego – przekłada się na ciągotki do nepotyzmu. Nie bez znaczenia jest też wpływ otoczenia, które przyzwala na takie praktyki. Pierwotnym źródłem tych nikczemności nie jest jednak ludzka słabość, a słabość państwa – słabość przejawiająca się, paradoksalnie, w jego potędze. Rozbuchane instytucje państwowe „produkują” zbyt wiele nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Najczęściej są to miejsca pracy, gdzie kompetencje się nie liczą, można więc zatrudnić kogokolwiek. Jeśli kogokolwiek, to dlaczego nie… No właśnie.

Problemem nie jest natomiast praca syna Stanisława Kalemby w ARR. Problemem nie jest tym bardziej praca Michała Tuska (na zresztą dosyć poślednim stanowisku) w gdańskim porcie lotniczym. Problemem nie jest nawet nominacja Krzysztofa Kiliana na prezesa PGE. To przerost biurokracji i obecności państwa w gospodarce jest źródłem problemu i w tym obszarze należy poszukiwać rozwiązań. Ze względu na skalę, olbrzymie trudności interpretacyjne i skomplikowane zależności rodzinno-towarzyskie, system regulacyjny, który aspirowałby do pełnej kontroli takich zjawisk jak nepotyzm, byłby albo szalenie nieefektywny, albo totalitarny. Najpewniej jedno i drugie.

Co możemy zrobić? Zmniejszyć zatrudnienie w sektorze publicznym, wspierać dobre praktyki w zakresie etyki urzędniczej i zwiększyć transparentność procedur rekrutacyjnych nie tylko do Korpusu Służby Cywilnej, ale także na niższe stanowiska w administracji państwowej.