- Dzisiejszy pogrzeb premier Margaret Thatcher to okazja do wspomnień i lekcji, ale także możliwość do poszukania na naszym poletku następców Żelaznej Damy. Tym bardziej, że na jej pogrzeb wybiera się Donald Tusk i ważni ministrowie z jego gabinetu. Tusk niewątpliwie chciałby, aby jego nazwisko znalazło się na kartach historii wypisane pogrubioną czcionką, ale miejsce należne Thatcher chciałby uzyskać przy minimalnym wysiłku i ryzyku. To nie ma prawa zadziałać. Tuskizm nie zdominuje thatcheryzmu w zbiorowej pamięci. Aby dochrapać się zaszczytów należnych Thatcher, trzeba dokonać „mentalnej ekshumacji” jej myśli, wartości i stylu, w jakim uprawiała politykę.
- 8 marca premier Donald Tusk był gościem Poranka Radia TOK FM, z okazji dziesięciolecia tej stacji. Rocznicowy wywiad okazał się dosyć łagodny. Piątkowy skład komentatorów (Żakowski, Lis, Władyka, Wołek) nie starał się nawet zmusić premiera do intelektualnego wysiłku. Wręcz przeciwnie, po zakończonym wywiadzie, publicyści rozpływali się w zachwytach nad świeżością i zręcznością premiera. Mnie z tej rozmowy utkwiło w pamięci co innego, coś co nie zostało moim zdaniem dostatecznie napiętnowane w komentarzach po tym wydarzeniu. Mianowicie, Donald Tusk przyznał – jasno i otwarcie – że… nie czuje się strategiem! Prezes rady ministrów w czterdziestomilionowym kraju wyznał wszem i wobec, że wizje nigdy nie były jego mocną stroną i osobiście preferuje politykę małych kroczków od wyznaczania długofalowych strategii. Innymi słowy, premier nie wie dokąd idzie. A jak powszechnie wiadomo, gdy się nie wie, dokąd się zmierza, żaden wiatr nie jest korzystny. Dryfujemy. I obawiam się, że osobą, która na tej inercji zyska najwięcej, będzie sam premier. Jest rzeczą zadziwiającą, że czterech inteligentnych przecież facetów, siedzących w studiu, nie zżarło Tuska żywcem za tak kompromitującą wypowiedź. Gdyby tej rozmowie przysłuchiwała się brytyjska premier, na pewno doprowadziłaby wszystkich do pionu jednym ze swoich wielu elokwentnych bon motów: „I make great leaps forward, not little jumps in studios”.
- Tusk jest antytezą Thatcher. Brytyjska premier realizowała jasny, bezkompromisowy, nierzadko niepopularny i bolesny program, ale kolejne zwycięskie wybory były tylko rezultatem działań rządu. Wielokrotnie narażała na szwank swoje sondaże, ale najlepszym dowodem skuteczności jej polityki są protesty jej przeciwników, zapowiadane nawet na dzień jej pogrzebu, mimo że od ustąpienia Thatcher z urzędu minęły już 23 lata. Po 23 latach od ustąpienia rządu Tuska, nie będzie o nim natomiast pamiętał nawet pies z kulawą nogą. Nikt nie zada sobie nawet trudu, by splunąć na jego portret. W przypadku Platformy Obywatelskiej wszystko, od pierwszego dnia drugiej kadencji, podporządkowane jest bowiem wyborom. Jest bardzo prawdopodobne, że również wybory parlamentarne w 2015 roku padną łupem Tuska. Jeśli dotrwa do końca trzeciej kadencji, będzie rządził przez 12 lat i pobije w tym względzie Margaret Thatcher. Daleko mu jednak do Żelaznej Damy pod względem osiągnięć. Inna sprawa, że nawet nie próbował. Ba, nawet rządzący „tylko” przez cztery lata gabinet prof. Jerzego Buzka, działający w znacznie mniej komfortowych warunkach politycznych, był w stanie przeprowadzić cztery wielkie reformy. Jak to z wielkimi reformami bywa, żadna z nich nie była idealna. Problem w tym, że żadnej nie udoskonalono. Następcy nie pomogli w utrwaleniu dziedzictwa reformatorskiego rządu i albo likwidowali reformy zupełnie (zdrowotna), albo bezczynnie obserwowali ich nieefektywności (oświatowa, administracyjna), albo też właśnie teraz demontują je w najlepsze (reforma emerytalna). „Małe kroczki” Tuska nie mają z reformami nic wspólnego. Zupełnie, jak gdyby Polska działała idealnie jako organizm państwowy, a premier czuł się najlepiej w roli administratora albo woźnego.
- Ostatnie zamieszanie wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej pokazuje krótkowzroczność, makiawelizm i brak wyższych ambicji u premiera Tuska. Przewodniczący PO żyje kategoriami statystycznymi: minimalizuje dług publiczny (ten „na papierze” i tak nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym zadłużeniem), a maksymalizuje wyniki sondaży, z których cieszy się jak małe dziecko. Nie zamierzam powielać tu argumentów używanych w mediach publicznych w dyskusji ZUS vs. OFE. Sądzę, że dla większości czytelników moje poglądy na system emerytalny są klarowne. Osobiście, podoba mi się artykuł-kompendium Łukasza Pałki, opublikowany w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” („Żyjmy krócej”). Czego byśmy nie powiedzieli, ani ja, ani nawet prof. Balcerowicz, finał tego sztucznie wywołanego sporu jest jasny: rząd zdemontuje OFE i „drugi filar”, i „uratuje” na 2-3 lata wskaźniki długu publicznego. Co z tego, że ucierpią przyszłe pokolenia emerytów, zupełnie już pozbawione realnych oszczędności przeznaczonych na wypłatę świadczeń (chyba, że ktoś korzysta ze słabo rozreklamowanego „trzeciego filaru”) oraz rynek kapitałowy, który tylko dzięki OFE był w stanie zanotować imponujący rozwój w ostatniej dekadzie. Byle do wyborów! I cała wstecz!
Archiwa tagu: emerytury
Exposé się rzekło i co dalej?
Do exposé Donalda Tuska mam stosunek ambiwalentny. Politycznie bardzo dobre, merytorycznie konkretne, ale w przełożeniu na rzeczywistość wciąż zbyt ostrożne. Mimo, że największą wagę zawsze powinno się przykładać do kwestii gospodarczych, nie podobała mi się monotematyczność wystąpienia premiera. O planowanych ruchach w resortach niegospodarczych usłyszeliśmy niewiele, jeśli nie liczyć kilku mentorskich wstawek o krzyżu i miejscu Polski w Europie. Rząd chce przedsięwziąć odważne reformy, ale nie podzielam entuzjazmu części komentatorów, którzy przemówieniu Tuska nadają status rewolucyjnego. I nie chodzi bynajmniej o wyrażenie z mojej strony pewnego memento, że zapowiedzi z exposé nigdy w stu procentach nie przekładają się na realne działanie.
Tusk zamienia politykę małych kroków, którą (chyba nawet z pewną dumą) forsował do tej pory, na politykę półśrodków. Owszem, przyrównując zaprezentowane w piątek propozycje do tego, co działo się przez ostatnie cztery lata, zauważamy znaczny postęp. Ale potencjał kryzysu, jako okresu idealnego do gruntownych, strukturalnych reform, pozostanie najwyraźniej niewykorzystany. Planowane kroki nie usprawnią machiny państwa. Wszak nawet po urzeczywistnieniu zapowiedzianych przedsięwzięć, system emerytalny pozostanie ułomny i niezbilansowany, koszty pracy wysokie, pomoc społeczna niesprawiedliwa, system podatkowy skomplikowany, a sam pobór podatków drogi. Zmiany mają więc charakter fragmentaryczny, działają na relatywnie wąskich odcinkach wymienionych polityk, a do tego dotyczą zmian kwot, procentów, stawek, progów, ale nie systemu!
Decyzja o stopniowym podwyższaniu wieku emerytalnego jest naturalnie bardzo zręczna – ogranicza ryzyko wybuchu społecznego niezadowolenia i buduje zaufanie do państwa jako organizacji przewidywalnej i odpowiedzialnej. Tak powinno się wprowadzać reformy. Można oczywiście dyskutować, czy perspektywy 2020 i 2040 roku, kiedy to zaczną w pełni obowiązywać nowe regulacje, nie są zbyt odległe. Wydaje się, że taki, w istocie ostrożny, wzrost wieku emerytalnego może okazać się dalece niewystarczający w 2040 roku, jeśli średnia długość życia na emeryturze znacznie w międzyczasie wzrośnie. W tej sprawie bulwersują natomiast przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza, rząd bohatersko podejmuje się sanacji systemu emerytalnego po niedawnym jego demontażu (zamach na OFE). Syndrom strażaka-podpalacza? Druga, w związku ze wspomnianym demontażem, nie wiem na jakiej podstawie Tusk obiecuje przyszłym emerytom o x% większe świadczenia wynikające z wydłużonego czasu pracy. Cudowne rozmnożenie na „kontach” ZUS? To czysty miraż.
Żeby nie było tak gorzko, pochwały należą się Tuskowi za krok w kierunku ograniczenia przywilejów emerytalnych służb mundurowych. Na plus należy zapisać również decyzję o, na razie tymczasowej, kwotowej waloryzacji emerytur, zamiast dotychczasowej procentowej. Dobrym posunięciem jest także stopniowe wyłączanie bogatszych rolników z KRUS-u.
Propozycja ograniczenia ulg, owszem, przyniesie korzyści dla budżetu, ale dodatkowo skomplikuje system podatkowy. Kolejny raz nie doczekaliśmy się decyzji politycznej dotyczącej całkowitej likwidacji ulg, co doprowadziłoby do uproszczenia systemu podatkowego i otworzyłoby drogę na przykład do obniżenia stawki podatkowej PIT. Najwidoczniej, niektórzy ekonomiści nadal mają kłopoty ze zrozumieniem, że narzędziem redystrybucji dochodu narodowego jest nie system podatkowy, a system opieki społecznej. Daniny publiczne są w Polsce ściągane drogo, nieefektywnie, lub nie są ściągane w ogóle (szara strefa), a trud orientowania się w gąszczu podatkowych przepisów pochłania cenną energię obywateli.
Najbardziej zniechęca mnie do exposé jednak coś innego – wzrost składki rentowej o 2 pkt. proc. Premier stwierdził, że przedsiębiorstwa i tak nie inwestują, więc mogą bez uszczerbku płacić wyższą składkę. To najbardziej jaskrawy przykład posunięcia zupełnie sprzecznego z oczekiwaniami rynku. Priorytetem kolejnych rządów, zresztą od wielu lat, powinno być ograniczanie kosztów zatrudnienia, co jest główną i bezpośrednią przyczyną wysokiego bezrobocia. Tymczasem, Tusk decyduje się ten już i tak horrendalnie wysoki klin podatkowy zwiększyć.
Nie usłyszeliśmy zbyt wiele o optymalizacji wydawania pieniędzy na pomoc społeczną. To obszar, gdzie do ugrania jest, lekko licząc, kilka miliardów złotych. Wygląda więc na to, że hojny strumień publicznych pieniędzy przez kolejne cztery lata będzie nadal płynął do osób, które tego zastrzyku finansowego kompletnie nie potrzebują.
Nic albo bardzo niewiele zostało powiedziane o deregulacji, wspieraniu innowacyjności i nauce, wspieraniu ożywienia w sektorze mikroprzedsiębiorstw, polityce proimigracyjnej, dokończeniu prywatyzacji, walce z bezrobociem wśród młodych ludzi, nawet o infrastrukturze czy sądownictwie (poza elektroniczną administracją).
Jakie nadzieje można wiązać z drugim rządem Donalda Tuska? Biorąc pod uwagę niekorzystne prognostyki, do których zaliczam między innymi unik przed koalicją z reformatorskim Ruchem Palikota, brak silnej i merytorycznej opozycji, słaby skład personalny gabinetu, prawdopodobnie nadal wysoki, rozleniwiający i usypiający strumień unijnych pieniędzy na lata 2014-2020, można sądzić, że w sferze strukturalnej zmieni się niewiele. Jedyna nadzieja na przebudzenie i większą ambicję rządzących leży w rozprzestrzenieniu się w Polsce – tym razem na poważnie – zjawisk związanych z kryzysem gospodarczym. Takich życzeń wolę jednak mimo wszystko nie wypowiadać.