Archiwa tagu: euro 2012

Oto 40 milionów powodów, dla których powinniśmy ubiegać się o igrzyska w Krakowie

Dziwna moda zapanowała ostatnio w internetach. Wszyscy od prawa do lewa zawzięcie krytykują pomysł organizacji w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Hejt porównywalny z nienawiścią do mamy Madzi, pijanych kierowców i sześciolatków w szkołach. Co ciekawe, te głosy to nie kolejny towar eksportowy klanu Gąsieniców z Gubałówki, ani następny po kampanii antygenderowej pomysł Episkopatu. Antyigrzyskowość jest na topie, jest hipsterska, klawa i dobrze się sprzedaje. Zbiorowej demencji dały się ponieść w zasadzie wszystkie grupy społeczne, w tym spora część normalsów. Tylko patrzeć, a ruszy produkcja koszulek, breloczków i… rezystorów (?) z hasłem „nie dla igrzysk”.

Nie zamierzam trwonić słów nad polemiką ze zdaniem babć z ulicy, które czasami wypowiadają się do kamery o zgubnych konsekwencjach wielkopańskich igrzysk. W sprawie mierzi bowiem szczególnie lenistwo intelektualne publicystów. Zamiast zainwestować czas w rozpoznanie tematu, co przynajmniej dla zatrudnionych w mediach opiniotwórczych powinno być dobrą praktyką, większość z nich decyduje się na ślepe schlebianie powszechnej nagonce i marazmowi. W Poranku Radia TOK FM 25 marca br. Renata Kim, Eliza Olczyk i Andrzej Talaga zgodnie opowiedzieli się przeciw pomysłowi organizacji igrzysk w Krakowie. Była to kropla, która przelała czarę goryczy i ostatecznie skłoniła mnie do poświęcenia czasu na napisanie tego tekstu. Szczególnie Renata Kim niesamowicie się zaperzyła. „Wszyscy eksperci, którzy podliczali, ile kosztuje taka impreza, mówią, że koszty zawsze przewyższają zyski [prawdopodobnie red. Kim chodziło o przychody – M.S.]” – perorowała. W dalszej części wypowiedzi szpetnie wyraziła się o politykach obiecujących zyski – kłamcy. Niestety, muszę z pełną świadomością powiedzieć, że to red. Kim jest kłamcą (kłamczynią?). Dziennikarka – gotowa bez mrugnięcia okiem kląć się na wszystkie możliwe autorytety – z całą pewnością nie zapoznała się samodzielnie z ani jednym opracowaniem naukowym czy raportem, a już na pewno nie z takimi artykułami jak te znalezione na szybko przeze mnie:

  • Leopkeya, B., Parenta, M.M. (2012) Olympic Games Legacy: From General Benefits to Sustainable Long-Term Legacy, The International Journal of the History of Sport 29(6), 924-943.
  • Levy, B., Berger, P.D. (2013) On the Financial Advantage of Hosting the Olympics, International Journal of Humanities and Social Science 3(1), 11-20.
  • Rose, A.K., Spiegel, M.M. (2011) The Olympic Effect, Economic Journal 121(553), 652-677.

Nie sięgnęła też po żadne bryki w stylu przeglądu literatury M. Malfasa, E. Theodorakiego i B. Houlihana – Impacts of the Olympic Games as mega-events lub E. Kasimati – Economic aspects and the Summer Olympics: a review of related research. Nie przeszkadzało jej to jednak w sięganiu (mniej więcej w co drugim słowie) po bardzo brzydkie wyrazy: „ściema”, „bajanie”, „bzdura”, „nonsens”. Co tam, ciemny lud to kupi. Przecież brakuje kasy na żłobki.

Rzeczywiście, duża część naukowców słusznie zwraca uwagę, że raporty ex ante mają tendencję do wyolbrzymiania przyszłych korzyści związanych z organizacją wielkiej imprezy. Jest to działanie obliczone na uzyskanie akceptacji politycznej dla dużego projektu i obserwujemy ten proceder również w Polsce. Niemniej, nieprawdą jest stwierdzenie, że korzyści per saldo nie występują. Szczególnie w Polsce z większą pokorą powinniśmy podchodzić do ferowania lekkomyślnych wyroków niepochlebnych dla igrzysk. To my jesteśmy wszak państwem, które dzięki Euro 2012 jako jedyne w Europie uniknęło recesji i to pomimo beznadziejnej polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd. Gdyby nie inwestycje realizowane na potrzeby Mistrzostw Europy w piłce nożnej, dołączylibyśmy niechybnie do grona maruderów. Mówimy o wydarzeniach sprzed niespełna dwóch lat. Zbiorowa skleroza?

Swoistym geniuszem błysnął też red. Talaga: „to zawsze jest potworny lobbing firm, na przykład budowlanych. Bo takie firmy zarabiają na budowie obiektów.” Redaktor ma rację. Działać trzeba tak, żeby nikt przypadkiem nie zarobił. Równanie w dół tudzież pielęgnacja status quo jest kwintesencją nowoczesnej polityki gospodarczej. Szybkie googlowanie pokazało, że potwór lobbingu jest podobny do latającego potwora spaghetti i wygląda mniej więcej tak:

Potwor

Źródło obrazu: fronda.pl

Powtórzmy też raz jeszcze, powtarzaną do znudzenia prawdę, że wydatki związane stricte z organizacją igrzysk są relatywnie niewielkie i ograniczają się do kilku (w przypadku imprezy typu Euro 2012) do kilkunastu (w przypadku zimowych igrzysk) miliardów złotych. W odniesieniu do niedawnego Euro 2012 były to koszty budowy czterech stadionów oraz wydatki związane z zabezpieczeniem imprezy. Cała reszta, którą publicyści chętnie doliczają do rachunku imprezy, to inwestycje, które tak czy inaczej by powstały. Dzięki ich wymuszonemu przyspieszeniu, mogliśmy cieszyć się prędzej z efektów. Podobnie jest w przypadku zimowych igrzysk olimpijskich. Nakłady na infrastrukturę sportową osiągną zapewne kwotę trochę wyższą niż przy okazji Euro 2012. Co prawda wystarczy jeden stadion (organizatorzy planują ceremonię otwarcia na istniejącym stadionie Wisły, ale mnie wydaje się to nierealne), ale do wybudowania pozostaje kilka innych obiektów, między innymi okryty ponurą sławą tor saneczkowo-bobslejowy, który – i to akurat święta prawda – nigdy się nikomu nie zwrócił. To nieśmiertelny argument przeciwników igrzysk, którzy będą go powtarzać do końca świata. Ale niestety – tak samo jak nie można nauczyć się pływać, nie zachłystując się raz czy dwa wodą z chlorem, nieznany jest przypadek organizacji igrzysk bez utopienia części funduszy w lodowej rynnie.

Według obecnej wiedzy igrzyska mają kosztować 17 mld zł, z czego jakieś 8 mld to infrastruktura. Pozostaje 9 mld na obiekty sportowe, przy czym organizatorzy przekonują, że część i tak by powstała (znając życie – nie wierzę, ale taka jest oficjalna wersja). Warto pamiętać również, że część inwestycji weźmie na siebie Słowacja, gdzie odbędą się co najmniej konkurencje alpejskie. Ponadto, jest pewne, że krakowskie igrzyska odbędą się pod hasłem oszczędności. Nie ma mowy o dorównaniu poziomem wydatków krajom, które z pieniędzmi się nie liczą (vide Pekin 2008, Soczi 2014). Taki przekaz marketingowy ma szansę okazać się wręcz atrakcyjny, dając szansę na nawiązanie do pierwotnej idei igrzysk. W aurze kryzysu hasło oszczędnej imprezy może stać się nośne.

Swoje trzy grosze do dyskusji dorzucił red. Antoni Bohdanowicz z natemat.pl w artykule „Oto pięć powodów, dlaczego nie powinniśmy ubiegać się o Igrzyska w Krakowie. Powiedzmy temu pomysłowi stop!”.

Red. Bohdanowicz najpierw testuje też wiedzę czytelników, pytając w jakim mieście odbyły się igrzyska w 1994 roku. Lillehammer, to oczywiste. Zakończyły się raczej finansową klapą i do dziś Lillehammer nie jest szczególnie rozpoznawalnym kurortem zimowym. Wszystko prawda. Ale my nie organizujemy igrzysk w Trzebini albo Skawinie (populacja tych miast odpowiada mniej więcej Lillehammer), tylko w Krakowie i Zakopanem, które już teraz mają nie najgorszą rozpoznawalność wśród turystów i – co najważniejsze – potencjał wzrostu. Trudno powiedzieć, na co dwie dekady temu liczyli organizatorzy igrzysk w Norwegii, ale z pewnością po latach poszli po rozum do głowy – w wyścigu o igrzyska w 2022 roku wystawili do boju Oslo, które będzie najgroźniejszym konkurentem historycznej stolicy Polski.

Zdanie „jaki jest sens promowania imprezy, o której nie wiadomo nawet, czy się odbędzie” (red. Bohdanowicz pije do wydatków ponoszonych już teraz na promocję, spoty reklamowe itp.) zdradza kompletną nieznajomość tematu. Rozumiem, że krytykancki rozmach i werwa autora pozwala mu myśleć, że igrzyska to projekt na tyle banalny, że mógłby go rozpisać samemu, pierdząc w tym czasie w fotel i oglądając telenowelę, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Na szczęście MKOl wymaga już na tym etapie kompleksowej dokumentacji, m.in. jasno sformułowanej tzw. strategii  dziedzictwa (ang. legacy strategy), w której aplikant formułuje wizję związaną z post-olimpijskim rozwojem miasta w zakresie: turystyki, obiektów sportowych, rozwoju społeczno-gospodarczego itp. Najwyraźniej, w dobie Internetu są jednak tematy, na które każdy musi się wypowiedzieć, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek mądrego do wygenerowania. Ot, modnie jest zaistnieć. Dziś red. Bohdanowicz zagra autorytet w dziedzinie organizacji igrzysk, jutro będzie pisał o żywności genetycznie modyfikowanej, a pojutrze o umowach śmieciowych. „Znajomi mówią, że potrafię coś powiedzieć na każdy temat, więc chyba pasuję do natemat.pl” – głosi opis na profilu blogera i jest wyjątkowo trafny.

Pomysł organizacji referendum, proponowany przez red. Bohdanowicza, jest niewydarzony, gdyż głosowanie nie przyciągnęłoby do urn wymaganych 50 proc. obywateli. Wszyscy to wiemy, ale wszyscy dajemy się od czasu do czasu złapać w sieć magicznego myślenia o dobrodziejstwie referendów. Może przy nakładach promocyjnych równych tym, które wydaje się obecnie na kandydaturę Krakowa (albo chociaż tym, które wydano na promocję referendum akcesyjnego w 2003 roku – tam 50-proc. próg został ledwo-ledwo pobity), miałoby to sens. Ale wówczas z pomocą przychodzi żelazna logika dana nam do ręki przez samego blogera: jaki jest sens finansowania referendum, o którym nie wiadomo nawet czy będzie wiążące? Nie oszukujmy się, polskie społeczeństwo nie dorosło do posługiwania się tym instrumentem demokracji bezpośredniej i szybko się to nie zmieni. Standard wybranych do parlamentu polityków najlepiej świadczy również o raczej marnej jakości decyzji podejmowanych przez ogół obywateli.

Rozczulające jest zakończenie artykułu:

„Nikt na tym nie zyska, poza gronem firm, które wygrają przetargi/zlecenia m.in. na projektach oraz budowie obiektów czy dróg (choć te drugie i bez imprezy powinny powstać)”

Nikt, rzeczywiście. Pan Bohdanowicz zapewne na kursy ekonomiczne uczęszczał do red. Talagi. Mam nadzieję, że egzamin poprawkowy będzie miał miejsce już w jakimś zakładzie zamkniętym. Najpierw jednak trzeba będzie repety z podstaw matematyki, bo z warsztatem arytmetycznym też u blogera nie najlepiej.

A teraz moje autorskie zdanie, które wyrażę krótko, choć nieco manifestowo:

Dzięki igrzyskom, polską przywarę – jaką jest nieuleczalna skłonność do improwizacji – możemy zaprząc do realizacji kolejnych celów cywilizacyjnych. Jesteśmy na co dzień dość miernym narodem, któremu opornie idzie zwykła, rutynowa praca w warunkach „bez batu nad głową”. Jesteśmy jednak również skorzy do mobilizacji w chwilach dziejowych i przełomowych. Odpowiadając red. Bohdanowiczowi w konwencji tytułu jego tekstu – jest 40 milionów powodów do organizacji igrzysk w Krakowie. Są to: nasza polska próżność, zdolność do pracy pod presją czasu, pragnienie sukcesu oraz uznania – coś, co chcąc nie chcąc każdy z nas ma w jakimś stopniu w genach. Praktyka uczy także, że dobre projekty zawsze ogniskują w sobie ponadnormatywną dozę krytyki. Bezrefleksyjna nienawiść do igrzysk, tym bardziej ze strony laików posługujących się bardzo wątłymi i sztampowymi argumentami, powinna nadać projektowi rozpędu, a organizatorom animuszu do dalszej pracy. Będzie on potrzebny. Bo zanim odnajdziemy w naszych wadach to co najlepsze i skanalizujemy swoją energię na konstruktywną pracę, będziemy musieli wszyscy zwalczyć naszą największą bolączkę – krytykanctwo.

Euro, Euro i… po Euro

Nie ma od tego ucieczki. Wypada podsumować to Euro, bo za chwilę każdy zapomni, że w ogóle było. Widzę to po sobie. Turnieje z czasów dziecięcych pamiętam bardzo dobrze. Euro 1996, Euro 1998, może trochę słabiej mundial w Stanach Zjednoczonych – miałem wtedy tylko siedem lat. Natomiast rozgrywki mistrzowskie z ostatnich lat zacierają mi się w pamięci dużo szybciej. Piętnaście lat temu taki turniej był wielką atrakcją, teraz – siłą rzeczy – jest tylko dodatkiem do pracy, nauki, innych zajęć. Za rok pewnie nie będę pamiętać, kto strzelał bramki dla Hiszpanii w meczu finałowym.

Euro było niezwykłe pod kilkoma względami, wypada zacząć od wymiaru sportowego:

  • Bardzo dobry poziom widowiska. Wiele gwiazd przyjechało na turniej w dobrej formie. Nie było na tych mistrzostwach nieciekawego meczu, nawet te kończące się wynikami 0:0 (tylko dwa!) były warte trzech godzin spędzonych przed telewizorem.
  • Tylko trzy czerwone kartki we wszystkich 31 meczach, w dodatku dwie w meczu otwarcia, z czego jedna niesłuszna. Co dziwne, fakt ten pozostał prawie niezauważony w mediach. Niesamowite fair play, zważywszy jak łatwo w dzisiejszym futbolu dostać „czerwień”.
  • Mało rzutów karnych. Tylko cztery, choć przez całą fazę grupową – jeden, również w meczu otwarcia. Na ostatnich mistrzostwach sędziowie dyktowali zdecydowanie więcej „jedenastek”. Miejmy nadzieję, że polsko-ukraińskie Euro będzie sygnałem do odwrócenia tego trendu.
  • W moim odczuciu, relatywnie niewiele rażących błędów sędziowskich. Z brzemiennych w skutki należy wymienić tylko te podczas meczów Polska-Grecja (Carlos Velasco Carballo), Chorwacja-Hiszpania (Wolfgang Stark), Anglia-Ukraina (Viktor Kassai). Bardzo nie podobał mi się również poziom sędziowania w meczu półfinałowym Hiszpania-Portugalia (Cuneyt Çakir). Ale obszerna analiza (pod którą się podpisuję) znajduje się tutaj: igol.

Z kwestii organizacyjnych:

  • W porównaniu z poprzednimi mistrzostwami, szczególnie tymi sprzed czterech lat, stadiony były naprawdę wspaniałe. To nie był biedaturniej jak w Austrii i Szwajcarii. Sam miałem okazję podczas tych mistrzostw odwiedzić trzy z nich: warszawski (Polska-Rosja), wrocławski (Polska-Republika Czeska) i gdański (Chorwacja-Hiszpania). Trochę gorzej prezentowało się otoczenie stadionów. W Gdańsku wielki plac budowy, we Wrocławiu – trochę lepiej, ale też nieciekawie. Trzeba też uczciwie oddać, że za cztery lata we Francji szykuje się istna stadionowa ekstrawagancja.
  • Naprawdę nieźle wyglądała kwestia transportu miejskiego. Z gdańskiego lotniska na stadion można było przedostać się w pół godziny. Warszawa była w ogóle poza konkurencją, bo to jedno z nielicznych miast na świecie, gdzie stadion znajduje się w centrum.
  • Wstydu najedliśmy się przed i po meczu Polska-Rosja. Jeśli którykolwiek dzień Euro 2012 zaświadczał o tym, że nie dorośliśmy jeszcze do organizacji takiego widowiska, to był to właśnie 12 czerwca. Lepiej powinno się zarządzać ruchem kibiców, a bandyci nie powinni dostać okazji do rozwinięcia skrzydeł. Trudno jednak o zdecydowanie, gdy nie ma nawet jednolitego frontu politycznego przeciw chuliganom.
  • Sądząc po korzystnych dla Polski artykułach, wywiadach, sondażach, zagranicznym kibicom się podobało, duża część zamierza wrócić. Nigdy nie wierzyłem w defetyzm siany przez krytyków Euro, gdyż homo kibicus to taka osoba, której do szczęścia potrzeba bardzo niewiele. Nie jest wybredna, chce obejrzeć dobry mecz, napić się piwa, pośpiewać, kupić pamiątki i przespać gdzieś, gdzie nie ma karaluchów. Jeśli na dodatek można zamienić z autochtonami dwa słowa po angielsku i wydać mniej pieniędzy niż się spodziewało, z uwagi na niskie ceny, to już w ogóle rewelacja. Do tego dopasował się poziom sportowy, rzecz na którą „Tusk” nie miał wpływu, a który był bardzo wysoki.

Inne:

  • Całkiem fajna piosenka na Euro:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=5EVhiBGvVFc]

  • Szpakowski się skończył i musi odejść.

Przedstawiciele różnych frakcji „antyeurowych” przerzucają się w mediach lamentami i szacunkami co do tego, ile pieniędzy zostało wydanych na te igrzyska próżności. Otóż, czuję się w obowiązku poinformować, że zbudowane za rządowe pieniądze autostrady, odnowione dworce kolejowe czy lotniska, zostają u nas. A że inwestycje zostały zrealizowane troszkę wcześniej niż to by się stało w normalnym trybie, cóż, Polska – kraj malkontentów. Najwyraźniej ćwiczmy się w narzekaniu z coraz to nowych powodów. Zawsze było utyskiwanie na powolność budów, a teraz jest na szybkość. Normalne. Co się zaś tyczy kosztów Euro, to szacowałbym je maksymalnie na kilka miliardów złotych. Są to wydatki na zabezpieczenie imprezy, logistykę oraz w jakiejś części na stadiony. Ale nie alokowałbym 100 proc. wartości stadionów jako bezpośredni wydatek na Euro, bo areny i tak wcześniej czy później musiałyby powstać – stadiony we Wrocławiu i w Gdańsku mogłyby być ewentualnie mniejsze. Kosztów marketingowych nie liczę, bo jest chyba oczywiste, że one akurat zwrócą się z nawiązką. Polska miała niesamowicie dobrą prasę, jak nigdy w historii. UEFA chyba też była zadowolona, bo mogła pobawić się zasuwanym dachem (niedużo takich stadionów na świecie). Gdyby banda ćwierćgłówków nie dała znać o swoim istnieniu w dniu meczu z Rosją, prawdopodobnie światowe media uznałyby mistrzostwa za turniej bez skazy, przynajmniej w jego „polskiej” części.

Co wyniesiemy z tego turnieju? Może właśnie uodpornimy się na nasze narodowe przywary. Coś się udało i chyba wszyscy mają tego świadomość. Reakcja na wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o „kompromitującej klęsce” może być tylko jedna. Rozdźwięk między rzeczywistością a majakami Prezesa jeszcze nigdy nie była tak olbrzymia. Wprowadził do organizmów Polaków paskudny zarazek, który jednakowoż może stać się szczepionką. Oby.

Czekają nas kolejne imprezy sportowe. Mistrzostwa Europy w siatkówce w 2013 roku (do spółki z Danią), siatkarski mundial rok później (to będzie wielka impreza!), a w 2016 roku Mistrzostwa Europy w szczypiorniaku. I akurat w przypadku piłki ręcznej mistrzostwa kontynentu stoją na wyższym poziomie niż mistrzostwa świata. Póki co niestety spalił się Chorzów ze swoją bezmyślną kandydaturą do organizacji Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce w 2015 roku, ale liczę, że po pomyślnym ukończeniu tego obiektu, będzie on gościł dużą imprezę lekkoatletyczną. Wątpliwy jest niestety ewentualny sukces w staraniach o organizację igrzysk olimpijskich. Jesteśmy bez cienia szans jeśli chodzi o igrzyska letnie, natomiast oferta „zimowa” wymaga mobilizacji wszystkich sił i środków w kraju. Władze Zakopanego dotychczas w sposób żałośnie nieudolny starają się o Mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym i przypomina to trochę niegdysiejsze starania Wrocławia o EXPO.

Notkę o Euro wymaga zakończyć autorskim typem na jedenastkę turnieju. Po przemyśleniach, stawiam na: Buffon – Hummels, Alba, Pepe – Pirlo, Ronaldo, Khedira, Jiráček, Krohn-Dehli – Dzagoev, Balotelli. Umieściłbym jeszcze Greka Salpingidisa w nagrodę za to, co pokazał w trakcie turnieju i wartość jaką wniósł do drużyny, ale brakuje miejsca. Inny Grek, Karagounis, nie znalazł się tu ze względu na przestrzelony karny.

Dlaczego nie powinniśmy cieszyć się z losowania EURO 2012?

Im dłużej przetrawiam swoją piątkową mękę przed telewizorem, tym większy niesmak czuję w związku z losowaniem grup przyszłorocznych Mistrzostw Europy, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie. Dziwi mnie powszechna w społeczeństwie radość z wylosowania łatwej grupy. Owszem, jest ona łatwa, ale jakby dodał pospiesznie minister Rostowski – tylko RELATYWNIE. Po raz kolejny empiria dowodzi, że mamy jako naród (wyłączając na chwilę z tej kategorii piłkarskich analfabetów, którzy o losowaniu być może nie słyszeli) bardzo krótką pamięć. Grupa z Ekwadorem i Kostaryką, pięć lat temu na Mistrzostwach Świata w Niemczech, była jeszcze łatwiejsza, a – zdążyliśmy już to najwidoczniej wyprzeć z pamięci – odpadliśmy z kretesem z dalszych gier. Pisze o tym dość obszernie Rafał Stec.

Poza meczem z Rosją, którego atrakcyjność tkwi raczej w kontekstach politycznych aniżeli piłkarskich, pozostałe starcia – z Grecją i Republiką Czeską – na papierze zapowiadają się jako dania nudne jak flaki z olejem. Gdyby nie status meczu otwarcia, potyczki Polski i Grecji, dwóch najsłabszych drużyn EURO 2008, nie obejrzałby w Europie pies z kulawą nogą. Można też podejrzewać, że w ostatniej kolejce rundy grupowej, światowe telewizje chętniej pokażą mecz Rosja-Grecja, niż rozgrywaną równolegle lokalną bitkę Polski (tym bardziej, jeśli to będzie dla niej tylko bój o honor) z jej południowymi sąsiadami.

Trudno czynić komukolwiek wyrzuty, bo na wynik losowania nikt (nawet, trzeba to przyznać, nawet PZPN) nie miał wpływu. Można utyskiwać na los, ale nie ma to większego sensu. Będę więc wciąż narzekać na nielogiczną reakcję kibiców. Owszem, radość z wylosowania teoretycznie najłatwiejszej grupy można zrozumieć – jeżeli ktoś jest optymistą. Dla mnie szanse Polski na wyjście z grupy wzrosły jednak nieproporcjonalnie w stosunku do ryzyka kompromitacji, czyli zajęcia miejsca niepremiowanego awansem. W mojej opinii, na idealny komplet grupowych rywali składały się drużyny Anglii, Portugalii i Francji. Z jednej strony, bardzo atrakcyjne marketingowo, z drugiej – sportowo do przejścia. To już jednak w tej chwili niewiele wnoszące dywagacje.

To co martwi wszak bardziej, to wymierne korzyści ekonomiczne z losowania. Na tej niwie, niestety bardziej zyskała Ukraina, która będzie u siebie gościć takich tuzów europejskiego futbolu jak reprezentacje Niemiec, Holandii, Anglii, Francji, Szwecji i Danii, toteż może liczyć również na przybycie kibiców z nieco zasobniejszymi portfelami. Z grona PIIGS-ów (pejoratywny akronim utworzony z pierwszych liter nazw krajów o najbardziej chwiejnych ostatnio gospodarkach), na Ukrainie zagra tylko Portugalia – ale i w tym przypadku kibice będą mieć przyjemność z podziwiania nad Dniestrem swego bożyszczego, CR7. Pozostałe „świnie”, Włochy, Irlandia, Grecja i Hiszpania, zagrają w Polsce. Razem z relatywnie biedniejszymi Rosjanami, Chorwatami i Czechami.

Pocieszenie? Zdecydowana większość z teamów narodowych szykuje się do zamieszkania w czasie turnieju w Polsce. Przynajmniej jak na razie, bo po wynikach losowania, swoje bazy zmieniają Skandynawowie – najpierw Szwedzi ogłosili, że przenoszą się pod Kijów, dziś na myśl o tysiąckilometrowych podróżach „wymiękli” Duńczycy. Pytanie, gdzie zadomowi się większość kibiców? Czy przyjedzie za reprezentacją, czy tam, gdzie rozlokowane są stadiony? Oczywiście, szczęśliwcy, którzy mają bilety na przyszłoroczne finały, nie będą się długo zastanawiać. Wydaje się jednak, że większość zaszczytu posiadania kart wstępu na stadiony nie dostąpi i atmosferą turnieju rozkoszować się będzie w strefach kibica. Inaczej bonusy wizerunkowe, związane z organizacją tak wielkiej imprezy, znacznie się z perspektywy Polski skurczą. Obywatele peryferyjnych Chorwacji czy Irlandii, albo stawianej w stan upadłości Grecji, mogą nie być odpowiednio podatni na uroki oferowane przez nasz kraj nadwiślański. I nie chodzi tu wcale o kwestie finansowe (jeżeli ktoś już przyjeżdża na turniej, to najpewniej nie z pustą portmonetką), ale o długofalowe czerpanie przez Polskę z pożytków wizerunkowych. Chorwacja i Grecja to po prostu kraje małe, „eksportujące” raczej niewielu turystów. Nic dziwnego. Do spółki z Włochami i Hiszpanią tworzą ścisłą europejską czołówkę przemysłu wypoczynkowego. Tym samym, nie należy się spodziewać, by śródziemnomorscy goście padli na kolana na widok Bałtyku, czy ugięli w pokorze kark pod wrocławskim pręgierzem.