Archiwa tagu: jednomandatowe okręgi wyborcze

Bo było za średnio!

Nie myślałem, że powstanie jakaś notka powyborcza, ale polski elektorat cały czas urządza popisowe spektakle.

Jeśli miałbym wybrać jedno zjawisko, które tak naprawdę, ale to naprawdę mnie zdziwiło, to fakt, że da się w krótkim czasie całemu społeczeństwu zohydzić takiego prezydenta jak Bronisław Komorowski. W gruncie rzeczy nijakiego nudziarza, który za bardzo nikomu nie wadził, a w zapleczu politycznym ma całą mozaikę doradców od prawa do lewa. Dobrze pokazują to internetowe memy – w zasadzie wszystkie dowcipy na temat Komorowskiego opierają się na wyśmiewaniu błędów ortograficznych, które zdarzało mu się popełniać. To najdobitniej pokazuje, że przez pięć lat człowiek nawet porządnej gafy nie zrobił!

Wydaje mi się, że tajemnicą sukcesu w tym przypadku było to, że do upadku Komorowskiego przyczynili się wszyscy. Nie tylko kontrkandydaci, ale i sam zainteresowany i jego zaplecze, którzy odpuścili sobie kampanię wyborczą. Wydawało się, że to bezpieczna strategia, bo poza dwoma Januszami wszyscy jego konkurenci byli kompletnie nierozpoznawalni (podobno Paweł Kukiz był kiedyś dość znanym muzykiem, ale ja o nim również wcześniej nie słyszałem). Mimo to, zjawisko do tej pory w Polsce niespotykane. Dotychczas można było zrozumieć, że po głowie dostawali Buzek (zbyt dużo bolesnych reform) czy Cimoszewicz (niewyparzony język). Ale Komorowski i to ze zgolonym wąsem?

Źródło: demotywatory.pl

Poza powyższym, wybory okazały się mało przełomowe. Po raz kolejny w kampanii stało się jasne, że elektorat nie do końca zna Konstytucję i przypisuje prezydentowi moce sprawcze, które znacząco wykraczają poza jego mandat. Że pamięć wyborców jest krótka, bo przecież nie tylko Ci, którzy za „IV RP” chodzili do gimnazjum, głosowali na Andrzeja Dudę. Zrobili to także ci, którzy szaleństwa Kaczyńskiego i Ziobry powinni doskonale pamiętać.

Trochę smutno wychodzić w poniedziałek rano na ulicę z myślą, że połowa ludzi na mieście ma ten piękny kraj w nosie (nie poszła do urn), 20 proc. głosuje na ekstremistyczne ugrupowania prawicowe, a 10 proc. na artystę bez programu i tak alternatywnego, że się aż krawatom nie kłania. Z wiekiem coraz bardziej rozumiem zgorzkniałą postawę Józefa Piłsudskiego w ostatnich latach życia, który już wówczas wiedział, że Polską nie można rządzić „bez bata”. Jego powinowaty, Gabriel Narutowicz, wiedział to już w 1922 roku, bo obrzucony błotem i śnieżkami mówił temu pierwszemu: „Ma pan rację, to nie jest Europa. Ci ludzie lepiej się czuli pod tym, co kark im deptał i bił po pysku”. Było już jednak za późno, żeby się wycofać…

Może w obliczu tych faktów warto zastanowić się nad bardziej gruntowną reformą polskiego ustroju. Może JOW-y albo wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe to za mało? Może zróbmy wybory kurialne? Cenzus majątkowy, edukacyjny? Dyktatura? Jeszcze do niedawna myślałem, że takie antysystemowe hasła nie mają racji bytu w dzisiejszym świecie, gdzie demokracja jest niewzruszalnym status quo. Ale myliłem się, czas dla radykalizmów jest niesłychanie dobry, a elektorat łyka skrajne hasła jak młody pelikan.

Demokracja jest systemem, w którym klasa polityczna odzwierciedla zapatrywania obywateli. Dlatego też, o ile sztab Komorowskiego nie będzie w stanie zmobilizować ludzi do głosowania w drugiej turze równie skutecznie jak uczynił to Jacques Chirac w 2002 roku, to Andrzej Duda zostanie nową głową państwa. My chcemy jednak przecież systemu, w którym klasa polityczna jest lepsza, inteligentniejsza, bardziej rozgarnięta niż ogół społeczeństwa. Elektorat też tego oczekuje, ale sam w swej masie nie jest w stanie dokonać odpowiedniego wyboru. Bo postpezetpeerowska mentalność. Bo naiwna roszczeniowość, podsycana przez populistów charakterystycznych dla młodych demokracji. Bo schizofreniczne niezdecydowanie między dobrem państwa a dobrym samopoczuciem największej wspólnoty religijnej w naszym kraju. Powodów jest wiele. Okrzepnięcie demokracji w kraju takim jak Polska jest trudne, szczególnie w dobie globalizacji, która daje niezliczone preteksty do frustracji wynikającej z porównań z demokracjami 100- albo 300-letnimi. Ograniczenie praw wyborczych dałoby szansę na lepszą jakościowo selekcję. Rzucam hasło. Jedno jest pewne: połowa uprawnionych do głosowania nawet nie zauważy zmiany!

Jednomandatowe okręgi wyborcze są już passé?

Z niemałym zdziwieniem przysłuchiwałem się kilka dni temu debacie politologów, która toczyła się w jednej ze stacji radiowych krótko po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Przypomnę, że Trybunał uznał JOW w wyborach do Senatu za zgodne z Konstytucją. Zdziwienie miało swoje źródło w tym, że po teoretykach systemu wyborczego spodziewałem się raczej apologii wyborów większościowych, aniżeli totalnej krytyki. Politolodzy, m.in. Radosław Markowski (dziś w „Wyborczej” ukazał się także wywiad: wyborcza.pl/1,75248,9988619,Prof__Markowski__Zle_jednomandatowe_okregi.html), nie pozostawili na tym pomyśle suchej nitki i stwierdzili, że rządzącej partii na pewno nie przyniesie nic dobrego. Z wygłoszonych tez zgadzam się z jedną: jednomandatowe okręgi przyniosłyby więcej pożytku w wyborach do Sejmu, gdzie wybory większościowe byłyby szansą na zredukowanie liczby reprezentowanych partii (obecne cztery to wyjątkowe błogosławieństwo, ale któż zagwarantuje, że w kolejnej kadencji nie będzie ich sześć czy siedem?), uformowanie się stabilnej większości i wyłonienie w każdym okręgu autentycznych, rozpoznawalnych i – co najważniejsze – „rozliczalnych”, bo nieanonimowych liderów. Wybory proporcjonalne z kolei charakteryzują się kompletną anonimowością, a w Sejmie znajduje się w znacznej mierze bezimienna głosująca masa.

Abstrahując od pytania, czy Senat w obecnej formie jest w ogóle pożyteczny i potrzebny, z mojej perspektywy i według logiki, którą się kieruję – jednomandatowe okręgi wyborcze są zawsze rozwiązniem korzystnym. Prof. Markowski ubolewa, że nawet w przypadku małej różnicy głosów, zwycięzca weźmie wszystko, a przegrany odejdzie z kwitkiem. Trudno – taka jest polityka. W imię politycznej ekonomiki należy się na to zgodzić. A przy okazji być może wyborcy wreszcie przekonają się, że ich głos naprawdę coś znaczy – skoro tyle może zmienić. Rozkład sił w parlamencie w następstwie Wyborów większościowych nie odzwierciedla preferencji społeczeństwa, ale – powtórzę się – zapewnia stabilizację i możliwość (zazwyczaj – bo jako kontrargument można przytoczyć zeszłoroczny powyborczy pat w Wielkiej Brytanii) swobodnego działania tym, którzy w głosowaniu zwyciężyli. Przez to wybory większościowe stanowią rozwiązanie pragmatyczne i nastawione na sprawność rządów, aniżeli na realizację na wskroś romantycznego postulatu pełnej reprezentatywności organów kolegialnych państwa.

Dla zainteresowanych, znacznie szerszą argumentację na rzecz wyborów większościowych przedstawiłem w pracy: „Electoral System in 2025: Diagnosis and Change Principles„.