Archiwa tagu: kredyty hipoteczne

Frank, kroplówka, węgiel

W 2015 roku ambitny plan regularnych komentarzy na blogu. Zaczynamy więc od podsumowania najnowszych wydarzeń w gospodarce, a dzieje się ostatnio dużo. W swoich notkach będę jednak ograniczał się do subiektywnej analizy wybranych aspektów zjawisk i wydarzeń, bo z ich kompleksowym opisem i tak możecie się zapoznać gdzie indziej.

SNB mówi „pas”

Decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego (Schweizerische Nationalbank, SNB) o zaprzestaniu obrony kursu wymiany franka na poziomie 1,20 za jedno euro wywołała burzę w wielu krajach, szczególnie tam, gdzie istnieją obawy co do konsekwencji społecznych tego kroku. W moim odczuciu, decyzja jest słuszna i korzystna dla obywateli tego kraju, a trzeba pamiętać, że to właśnie im – a nie polskim kredytobiorcom – SNB winny jest swą lojalność. Nie zgadzam się zatem z twierdzeniem Ryszarda Petru, uporczywie lansowanym w wielu przekazach (np. w wywiadzie dla portalu wyborcza.biz, albo dla „Gazety Prawnej”), jakoby krok ten był dla Helwetów skrajnie szkodliwy.

Trzeba pamiętać, że struktura szwajcarskiego eksportu jest specyficzna i obejmuje w dużej mierze artykuły luksusowe, będące dla ich nabywców wyznacznikiem prestiżu, a także zaawansowane technologicznie maszyny oraz innowacyjną chemię. Może się wręcz nawet zdarzyć, że popyt na niektóre dobra konsumpcyjne wzrośnie, mimo zwyżki cen (patrz paradoks Veblena). Nie umiem wyobrazić sobie rosyjskiego nuworysza odmawiającego sobie szwajcarskiego zegarka tylko dlatego, że jego cena wzrosła o marne 25 proc.

Znalezione w: Chabierski, B. (n.d.) "Gospodarka Szwajcarii", Ministerstwo Gospodarki RP, https://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/130A51DF-D9E3-45E8-B3E0-219DA7523F21/52195/GospodarkaKonfederacjiSzwajcarskiej.pdf (dostęp: 24.01.2015).
Przedruk z: Chabierski, B. (n.d.) Gospodarka Szwajcarii, Ministerstwo Gospodarki RP, https://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/130A51DF-D9E3-45E8-B3E0-219DA7523F21/52195/GospodarkaKonfederacjiSzwajcarskiej.pdf.

Silniejszy frank to także korzyść dla mniej zamożnych Szwajcarów. Wzrośnie ich siła nabywcza oraz potanieją towary z importu.

Nie bez znaczenia jest fakt, że dalsza obrona taniego franka kosztowała majątek. Szwajcarski bank centralny znalazł się niedawno pod presją części społeczeństwa, rozeźlonej faktem zbyt frywolnej polityki monetarnej, by zwiększyć pokrycie franka w złotym kruszcu. Co prawda w referendum Szwajcarzy odrzucili ten pomysł znaczną większością głosów, ale zyskał on i tak prominentnych zwolenników, m.in. Petera Schiffa. SNB postawił zatem na kompromis – Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek – i prawdopodobnie aby uspokoić nastroje zaprzestał obrony kursu.

Nie do końca zgadzam się także z jeszcze powszechniej wyrażanym poglądem, że sam sposób działania SNB był karygodny. Nie rozumieją go np. Ignacy Morawski z BIZ Banku i Piotr Kuczyński z Xelion. Obaj powołują się na poniedziałkową konferencję prasową, podczas której wysoki przedstawiciel SNB mówił o utrzymaniu kursu franka na poziomie 1,20 względem euro jako o fundamencie polityki pieniężnej. Kuczyński mówi nawet o „kardynalnym błędzie w komunikacji”. Nic z tych rzeczy. Obu ekonomistom umyka fakt, że w cywilizowanych państwach właśnie w ten sposób przeprowadza się tego typu operacje. Szwajcaria to nie Polska, gdzie w czasie exposé premier rządu może bezkarnie mówić o planach wprowadzenia podatku od kopalin, wywracając do góry nogami kurs górniczych spółek giełdowych. Jeśli zamierza się przeprowadzić operację mającą znaczny wpływ na rynek, zachowuje się pokerową twarz do końca i nie otwiera pola do spekulacji. Jeśli decyzja byłaby w jakimkolwiek stopniu do przewidzenia, rynki finansowe dyskontowałyby ją wcześniej, co doprowadziłoby do jeszcze większych strat na wielu frontach (P.S. Wyobrażacie sobie pół miliona polskich „frankowiczów” zabijających się we wtorek i w środę w kolejkach do swoich opiekunów bankowych z wnioskami o przewalutowanie kredytu?).

Jeśli zatem chodzi o konsekwencje dla polskich kredytobiorców – należy pamiętać, że banki udzielające kredytów hipotecznych są zainteresowane przede wszystkim spłatą kredytu, a niekoniecznie przejmowaniem mieszkań. W normalnych warunkach rynkowych kredytodawcy powinni być chętni do renegocjacji umów, byle zapobiec niewypłacalności znacznej części kredytobiorców.

Również z tej perspektywy absurdalne są pomysły obciążania banków zwiększonym kosztem spłacania kredytów. Myślę, że w obecnych dniach wszystkie partie polityczne badają grunt i przeprowadzają sondaże, mające na celu ustalenie, czy pół miliona „frankowiczów” może stanowić jakąś konkretną grupę nacisku, bądź czy rozkład sympatii partyjnych jest wśród tej grupy znacząco różny od średniej dla całej populacji. Moim zdaniem – raczej nie, toteż na szczęście nie sformuje się koalicja polityczna będąca w stanie zaryzykować gniew kredytobiorców złotowych w celu przypodobania się „frankowiczom”. Tym bardziej, że przez wiele lat ci drudzy wychodzili na swoich kredytach dużo lepiej od konserwatywnych „złotowców”. Dopiero w lipcu 2013 roku rata kredytu zaciągniętego w styczniu w 2008 roku we frankach stała się wyższa od raty analogicznego kredytu złotowego. Wcześniej, różnica w wysokości raty na korzyść franka osiągała w porywach nawet 70 proc.

Kolejna transza wirtualnych pieniędzy w strefie euro

Tu i ówdzie słychać pienia zachwytu nad dodrukiem 60 mld euro, czyli kolejną furą pieniędzy, którą Europejski Bank Centralny zamierza zrzucić na głowę gospodarce.

Jak z górnictwem, które omawiam w kolejnym minirozdziale, temat podłączania coraz to nowych kroplówek gospodarkom strefy euro jest również motywem przewijającym się z regularnością godną niemieckiego pociągu. Brak jednak na horyzoncie jasnej odpowiedzi na pytanie: kiedy ktoś odważy się powiedzieć „stop” temu szaleństwu?

Nie chcę w tej krótkiej notce wnikać w górnolotne teorie przyczyn bogactwa narodów, ani w powielaną w nieskończoność krytykę keynesizmu i ekonomii popytowej. Zostawmy te kwestie na inną okazję – dziś tylko jedna uwaga. Jest wiele nieodkrytych zaułków w dziedzinie edukacji ekonomicznej w Polsce, które należałoby zagospodarować – a pokazują to kolejne niezrozumiałe zachowania polskiego społeczeństwa (zdziwienie upadkiem Amber Gold, brak reakcji na ekspropriację oszczędności zgromadzonych w OFE czy wreszcie niezrozumienie teorii parytetu stopy procentowej, co pośrednio przyczyniło się do aktualnego kryzysu związanego z aprecjacją franka szwajcarskiego). Każdy z nas powinien mieć jednak świadomość przynajmniej jednego mechanizmu, który w naszych czasach stał się istną plagą. Gdy banki centralne rzygają pieniędzmi – spada realna wartość tego, co mamy w portfelu, co z kolei nazywamy inflacją. Tak uwarunkowaną inflację powinniśmy interpretować nie inaczej jak przejaw nadmiernego fiskalizmu i dodatkowy podatek.

Problem na razie dotyczy Polski tylko pośrednio, gdyż nie jesteśmy jeszcze członkiem strefy euro, ale i u nas deflacja „sprzedawana” jest w mediach jako zło. Z punktu widzenia budżetu państwa, inflacja jest bowiem pożądana. Łatwiej spłacać długi, a zamrożenie progów podatkowych powoduje drenaż, polegający na tym, że coraz większa liczba podatników wpada w wyższy, 32-proc. próg PIT.

Inflacja jako ukryty podatek

Górniczy „kompromis”

Temat górnictwa średnio co kilkanaście lub kilkadziesiąt miesięcy powraca na czoło debaty publicznej. Sektor ten jest jedną z czarnych owiec polskiej transformacji. Jakkolwiek można większość winy zrzucić na związki zawodowe, byłoby to zbyt duże uproszczenie. Związki nie miałyby bowiem żadnej władzy, gdyby im jej nie nadano z góry. Mamy więc kumulację innych zjawisk i nieefektywności politycznych, sprowadzających się do problemu zbyt „miękkich” decydentów i niedecyzyjności. Przede wszystkim mamy jednak kolejny dowód na ułomność publicznego menedżera.

W spółce zarządzanej prywatnie zapaść porównywalna z tą, do jakiej doprowadził zarząd Kompanii Węglowej nie mogłaby zaistnieć. Plan naprawczy musiałby być wdrożony dużo wcześniej pod karabinami Rady Nadzorczej. Nie w państwowym molochu, wyposażonym w niefachowy i słabo umocowany zarząd, gdzie sprawy zostawia się na ostatni moment, a potem w łzawym przedstawieniu głosuje za pięć dwunasta w parlamencie. Dlatego trudno nie zgodzić się z postawą senatora Włodzimierza Cimoszewicza, dla którego sam sposób rozwiązania kryzysu pośpieszną ustawą jest niesmaczny.

Zęby bolą od absurdalnych propozycji, jakie padły w debacie, np. utworzenia Ministerstwa Górnictwa (problemy nie rozwiązują się od tego tylko, że ktoś potrafi je nazwać i utworzyć dedykowany im urząd) czy przeniesienia kopalń do spółek energetycznych. Ten ostatni postulat niestety został częściowo zrealizowany, gdyż jedna z kopalń („Bobrek”) zostanie przejęta przez Węglokoks, czyli inną państwową firmę. Przeniesienie nierentownej spółki do spółki zdrowej oczywiście nie rozwiązuje realnie żadnego problemu, a wygląda tylko dobrze pod względem księgowym.

Źródło: venitism.blogspot.com
Źródło: venitism.blogspot.com

W mojej ocenie absurdalny był także sam pomysł, aby to rząd odgórnie zamykał zakłady (do tzw. „wygaszenia” przeznaczone były cztery kopalnie). Nie wiem, dlaczego premier zdecydowała się występować w tak niepopularnej społecznie roli. Sytuacja gospodarcza Polski wielokrotnie ostatnio zmusza mnie do przytaczania metafory o strażaku-podpalaczu. W tym przypadku rząd również wchodzi w buty takiego osobnika. Już dawno mógł zdjąć sobie z barków problem górnictwa, ale nigdy nie dokończył prywatyzacji!

Stoję na stanowisku, że w kraju takim jak Polska – bogatym w surowiec, ze względnie tanią siłą roboczą i ze znakomitym zapleczem naukowo-badawczym w dziedzinie górnictwa – przemysł górniczy jest samograjem, na którym wstyd tracić pieniądze. Jest to konstatacja potwierdzona dobrymi wynikami osiąganymi przez już sprywatyzowane kopalnie. Dowodzą tego również liczne zapowiedzi budowy nowych prywatnych kopalń. Niestety, Kompania Węglowa od początku była skazana na ekonomiczny niebyt. Rząd nie powinien więc mówić o zamykaniu kopalń, ale o przeprowadzeniu szybkiej i skutecznej prywatyzacji. A wówczas zapewne okaże się, że złoty biznes z tego węgla kamiennego!

„Inside Job” – ticked

After submitting my master’s thesis in the recent weeks, the amount of spare time did not magically multiplied (that is what I naively hoped for), but nevertheless I pulled myself together to catch-up for literature- and movie-related unforgivable ommissions. One of them was “Inside Job”, a movie watched and discussed even by my friends with non-financial backgrounds, which ultimately made me act. Much has already been said about Charles Ferguson’s documentary, but I feel like sharing my views as well.

First of all, no one can deny, the movie is unavoidably biased. The director has a clear hypothesis and manipulates the input he managed to collect in order to exert the influence he wants. The issue of validity of this hypothesis is vague. He points out deregulation and financial innovation as the major, continuous factors that spoilt the markets. As a matter of fact, I cannot agree with such an approach. Deregulation itself is good. The thing that worries is the deficit of ethics in business. Ferguson touches this topic very superficially, mainly with relation to prevailing conflict of interest among U.S. academics. This is important, but does not make up for a one-and-only root cause. Ferguson is silly blaming e.g. Ronald Reagan for initiating deregulation back in 1980s, since the one may be blamed only for the foreseeable consequences of his decisions. True, many decision-makers rejected the opportunity to appear in the movie, but it may not be used as a tacit argument against them. It seems that the scope of “Inside Job” is too wide and complex. It does not really explain the direct causations of the recent turbulence, but rather meanders throughout the past and ambiguous actions that might, but did not have to cause the effects they caused. Too much time is devoted to topics unrelated (directly) to the crisis, e.g. drug consumption or luxury prostitution settled by corporate credit cards. As such, Ferguson’s picture becomes an arbitrary public persecution and a somewhat populist medium to express rage aimed at world’s top economic figures and the Wall Street as a whole.

Few people, if any, are able to grasp the crisis mechanism from cover to cover. However, from my point of view, even if we assume that bankers are inherently greedy and will always lack proper ethics, the following sources brought most far-reaching consequences:

  • Rating agencies, assigning AAA to compound assets filled with junk instruments, have made market vulnerable to downturn by providing insidious profit opportunities; given lower rating, many institutions would not have been allowed to invest in such securities.
  • Politicians have assumed that a decent home is a commodity; quoting George W. Bush addressing subprime borrowers: You don’t have to have a lousy home. The low-income home buyer can have just as nice a house as anybody else; therefore, yes, the deficit of regulation is important here, but it regards retail credit, rather than derivatives traded by professionals.